FANDOM


Turniej Pięciu Wiosek - Igrzyska odbywające się pomiędzy pięcioma Wielkimi Krajami Shinobi co cztery lata. W ich trakcie reprezentacje każdej z głównych Ukrytych Wiosek rywalizują ze sobą podczas rozmaitych konkurencji. Zwycięska drużyna zyskuje dla swojej wioski nie tylko wyjątkową, zmieniającą się za każdym razem nagrodę, ale również automatyczną promocję jej członków na jouninów, jeśli ci nie posiadają jeszcze takiej rangi.

Początek turnieju Edytuj

Akeru siedział w specjalnym sektorze wyznaczonym dla Kage i ich doradców oraz ochroniarzy. Przed nim, w dole, rozciągała się kamienna arena ogrodzona grubymi kamiennymi murami. Siedząca na widowni publiczność wiwatowała, mimo że igrzyska jeszcze się nie zaczęły. Widzów wciąż przybywało, ale już teraz drewniane ławki przypominały wielkie mrowiska wypełnione ściśniętymi na nich ludźmi. Patrząc na to, Uzumaki doceniał wygodę swojej zamkniętej loży. Tym bardziej, że nie brakowało mu towarzystwa. Po jego prawej przysypiał jego wieloletni przyjaciel, a obecny Raikage - Isao Yumarana. Jego bujna biała grzywa zasłaniała oczy tak, że do złudzenia przypominał drzemiącego długowłosego psa. W ręce trzymał niedbale swój biało-żółty kapelusz, który lada chwila mógł wyślizgnąć mu się z ręki. Obok jego krzesła natomiast niedbale oparty stał jego miecz - Kuroroki, zawinięty w elegancki ciemny pokrowiec. Akeru mógł co prawda obudzić przyjaciela, ale zbyt dobrze się bawił, by się na to zdobyć. Do tej pory nie przyzwyczaił się do widoku Isao w jego luźnej, jasnej szacie Kage. Z jakiegoś dziwnego powodu nie pasowała mu ona do niego. Wyglądał w niej śmiesznie, ale prawdopodobnie to samo tyczyło się jego samego. Miał w końcu na sobie identyczny strój, różniący się jedynie czerwonymi wykończeniami, jak przystało na Hokage. W takich chwilach zazdrościł Renowi, że nie krępuje go etykieta i obyczaje. Nachylił się do przodu, by zobaczyć resztę zgromadzonych. Ten idiota, Kojiro, jak zwykle ściągał na siebie całą uwagę. Skrzywił się, patrząc jak flirtuje z Tsuchikage.

,,Znalazłby sobie kogoś wreszcie" - pomyślał, zerkając porozumiewawczo na zażenowanego zachowaniem kolegi Kazekage.

Odwrócił się w lewo, gdzie miał dużo ciekawsze widoki do oglądania. Ubrana w granatową sukienkę ze znakiem Uchiha na plecach, Mei Senju jak zwykle wyglądała olśniewająco. Jej długie, brązowe włosy spływały na plecy, a duże, czekoladowe oczy spoglądały ciekawsko w stronę areny. Jej wąskie, pełne usta znaczył uśmiech pełen ekscytacji.

- Kiedy to się zacznie? - zapytała, zerkając w stronę Akeru.

Blondyn podrapał się po głowie.

,,No właśnie."

Turniej w zasadzie mógłby już się rozpocząć, ale któryś z Kage musiał najpierw wygłosić mowę początkową. Kiedy Gaara piastował swoje stanowisko, nigdy nie stanowiło to problemu, ale niestety Piąty Kazekage był już teraz tylko reliktem przeszłości. Jego syn nie odziedziczył jego zdolności oratorskich, nie wspominając już o jego nieśmiałości. Nikt specjalnie nie palił się do tego zadania. Akeru westchnął. Dobrze wiedział, komu w końcu ono przypadnie.

- Muszę tam iść wygłosić przemówienie otwierające igrzyska - wyjaśnił niechętnie.

- No to na co jeszcze czekasz?

Uzumaki skrzywił się.

- Wiesz, nie do końca tak sobie wyobrażałem pracę Hokage - poskrażył się.

- No to czego się spodziewałeś? - Mei uniosła brew.

- No nie wiem - zamachał rękami - Więcej wybuchów, a mniej papierkowej roboty, to z pewnością. Za czasów mojego ojca to wydawało się fajniejsze.

- Oj, Akeru, Akeru - pokręciła głową - Ty się nigdy nie zmienisz. I tak masz ułatwione zadanie. Ren wziął na siebie politykę zagraniczną.

- No właśnie - warknął Uzumaki - Gdzie on jest, kiedy go najbardziej potrzebuję? To on powinien tutaj teraz siedzieć i wygłaszać głupie mowy.

- Przecież sam wysłałeś go na misję.

Blondyn spuścił głowę. Skończyły mu się argumenty, więc postanowił na chwilę się uciszyć. Już prawie zapomniał, jak ciętą ripostę ma Mei. Zerknął w stronę ziemistej areny, na którą prowadziły dwa ustawione naprzeciwko siebie przejścia. Wiedział, że gdzieś tam jest Kinsei przygotowujący się do zawodów. Kibicował mu w duchu, ale ze względu na swoją pozycję nie mógł faworyzować żadnego z shinobi.

- Nie przejmuj się - powiedziała miło brązowowłosa - Na pewno sobie poradzi. Zresztą sam widziałeś już wiele razy, jak dużo już potrafi.

- Ta... - Akeru przypomniał sobie tamten pełen radości moment, gdy po udanej misji jego syn wyszedł razem z resztą swoich kompanów z lasu. Był cały posiniaczony, ale to nic w porównaniu do jego dokonań. Pamiętał dumę, którą czuł, gdy Kinsei przedstawił mu Shiraia. Wiedział, że wychował go na dobrego człowieka i świetnego shinobi, ale wciąż czuł w kościach niepewność. - Ciekawe, czy wie, że trzymam teraz za niego kciuki.

Mei zaśmiała się lekko, zasłaniając usta ręką.

- Nie pozwoliłeś mu o tym zapomnieć - uśmiechnęła się - Kinsei wie, że masz swoje obowiązki jako Hokage. Podziwia cię. Na pewno da z siebie wszystko na turnieju.

,,Przestań się mazgaić" - warknął do niego Kyuubi z wnętrza jego podświadomości - ,,Twój chłopak odziedziczył część moich zdolności. Jest prawie jak staruszek Rikudou."

,,Wiem. Poradzi sobie. Dzięki, Kurama."

,,Hmpf." - prychnął lis i przewrócił się na drugi bok, zmęczony całym tym zamieszaniem.

Nagle Akeru poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. Nie cierpiał tego uczucia. Jako użytkownik Byakugana nie przyzwyczaił się do zachodzenia go od tyłu, ale w końcu nie mógł utrzymywać go aktywowanego przez cały czas. Odwrócił się i zobaczył znajomą twarz okoloną długimi, białymi włosami. Dwie czerwone kropki namalowane pomiędzy brwiami - znak klanu Kaguya nie mogły należeć do nikogo innego, jak do Kasaia. Poważne, surowe rysy przyjaciela jak zwykle nie zdradzały najmniejszych emocji. Ubrany był w nieco zmodyfikowany strój dowódcy ANBU. Czarne spodnie i bezrękawnik, na które założył fioletowawą kamizelkę, stanowiły typowy uniform osoby jego rangi. Na jego prawym bicepsie zawiązana była czarno - biała opaska ze znakiem ,,Shinobi", którą dostał od Rena i z którą nigdy się nie rozstawał. Poza tym na jego plecach przewieszone paskiem wisiało tanto gotowe w każdej chwili do użycia. Jak przystało na każdego szanującego się ochroniarza Hokage.

- Przyszedł - mruknął tylko i cofnął się pod ścianę, czujnie obserwując całą lożę.

Początkowo Akeru nie zrozumiał, o co chodziło białowłosemu. Dopiero po chwili zauważył ciemną sylwetkę wchodzącą powoli, dostojnie po schodach do sektora. Rozpoznał przybysza już po samym jego kroku. W końcu denerwował go on latami. To dumne, wyniosłe chodzenie już samo w sobie potrafiło niegdyś wyprowadzić go z równowagi. Ale te czasy już minęły. Okryta czarnym, nieco zakurzonym płaszczem wysoka postać stanęła na najwyższym stopniu i omiotła ponurym wzrokiem pomieszczenie. Gdy wyszła z półmroku, jej podłużną twarz i delikatne rysy oświetliło intensywne światło. Mały, lekko zadarty w górę nos, wąski podbródek i wydatne kości policzkowe - te cechy nie zmieniły się przez całe życie mężczyzny. Jego kruczoczarne, spiczaste włosy układały się do tyłu, ale okalały również boki twarzy. Jasnoniebieskie oczy, czujnie badające otoczenie były natomiast częściowo zasłonięte przez spływającą na nie grzywkę. Mei również się odwróciła, uśmiechając się szeroko. Reszta Kage i ich ochroniarzy również zauważyła przybycie odzianej w płaszcz postaci. W sektorze zrobiło się tak cicho, że Uzumaki mógł usłyszeć poszczególne osoby rozmawiające na widowni.

- Ren - powiedział powoli i wstał ze swojego miejsca. Wyprostował się i ruszył w kierunku przyjaciela.

- Akeru.

Blondyn stanął naprzeciwko Uchihy i spojrzał mu poważnie w oczy. Niemal dorównywał mu wzrostem. Przybysz odpowiedział tym samym, jak zwykle zachowując swój chłodny, wyniosły wyraz twarzy. Stali tak parę sekund, mierząc się nieprzychylnym wzrokiem. W końcu Akeru nie wytrzymał i uśmiechnął się szeroko, szczerząc zęby. Od razu po nim uśmiechnął się Ren, unosząc kącik ust, co w jego przypadku było ogromnym wyczynem. Mężczyźni rzucili się sobie w objęcia, poklepując się po przyjacielsku po plecach.

- Wzruszające - wtrąciła się Mei - Rozumiem, że o swojej żonie już zapomniałeś?

Uchiha natychmiast zbliżył się do niej i przywitał się należycie. Nie miał jednak okazji zamienić z nią nawet dwóch słów, bo wtedy właśnie zgromadzony w loży tłum ochłonął ze zdziwienia.

- Ren! - obudził się Isao, niemal spadając z ławki - Stary, ile ja już cię nie widziałem!

Zerwał się z miejsca, tarmosząc rękę zadziwionego tak wylewnym powitaniem Uchihy. Patrząc na tą scenę Akeru nie mógł uwierzyć, jak bardzo Isao zmienił się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Niegdyś cichy i skryty, teraz stał się swoim przeciwieństwem. Jego popularność jako Raikage zrobiła z niego zupełnie innego człowieka. W Kumogakure czuł się jak ryba w wodzie, co widać było na każdym kroku. Szybko został jednak odepchnięty przez Kojiro, który rzucił się naprzód, by jako pierwszy przywitać się z przybyszem.

- Witaj, Ren - powiedział, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu i obejmując go przedramieniem za szyję, niczym najlepszy przyjaciel - Już myślałem, że cię nie będzie!

,,Teraz to go uwielbiasz, co?" - pomyślał sarkastycznie Akeru - ,,Mówiłeś co innego, gdy został zamiast ciebie dowódcą oddziału, ty hipokryto".

Uchiha musiał mieć podobne przemyślenia w tej sprawie, ponieważ zmroził Kojiro lodowatym spojrzeniem. Nikt poza nim go nie zauważył, ale Mizukage skwapliwie puścił szyję mężczyzny i cofnął się parę kroków.

,,Jakoś wolałem Yukaia" - zdał sobie sprawę po raz kolejny Uzumaki - ,,Nie musiał rezygnować tak szybko ze stanowiska...Oszczędziłby każdemu wiele nerwów."

Tłum wokół Rena coraz bardziej gęstniał, a widocznie skrępowany mężczyzna raz po raz witał się ze wszystkimi. W większości byli to członkowie jego dawnego oddziału, więc powitania były naprawdę wylewne. Tylko nowy Kazekage nie znał go osobiście i wydawał się jeszcze bardziej onieśmielony niż zazwyczaj obecnością legendarnego shinobi.

,,Rety, jak ja tego nienawidzę" - westchnął w duchu blondyn. W końcu to on był Hokage, a gdy tylko nadarzała się okazja, jego kompan odciągał od niego całą uwagę. Wiedział jednak, że nie robi tego specjalnie i najchętniej siadłby już dawno obok swojej żony. Po długiej chwili tłum wokół niego rozrzedził się, co dało mu chwilę wytchnienia. Natychmiast z niej skorzystał i opadł na ławkę pomiędzy Mei, a Akeru.

- Zawsze byłeś mistrzem efektownych wejść - powiedział Uzumaki z uśmieszkiem na twarzy.

Ren posłał mu długie spojrzenie.

- Co ty tutaj robisz? - zapytała wcale nie zmartwiona Mei - Miałeś być na misji.

- Byłem - odparł czarnowłosy - Już wróciłem. Wszystko załatwione, Akeru.

Blondyn wypuścił głośno powietrze ustami.

- Gdybym wiedział, że tak będzie ci się spieszyć, wysłałbym kogo innego. To była pierwsza ranga S od czasu bitwy z Senso. Miałem nadzieję, że to docenisz i w pełni wykorzystasz. Ostatnimi czasy nie tak łatwo o takie misje.

- To nie zabawa, Akeru - zauważyła poirytowana Mei.

- Taa, mnie to mów - Uzumaki przeciągnął się i spojrzał z ukosa na swojego przyjaciela. Ten jednak wcale nie miał nastroju na żarty.

- Nie wspominaj o tym - poprosił - Nie chcę więcej słyszeć o Z.

Przez spokojną twarz mężczyzny przebiegł cień niewypowiedzianego gniewu, który Akeru bardzo dobrze znał i nie miał zamiaru go budzić. Uniósł kciuk w górę i oznajmił:

- Nie ma sprawy. I tak już wszystko wyjaśniłem. Prawda, Isao? - zawołał.

W odpowiedzi ciemnoskóry shinobi machnął ręką, co równie dobrze mogło oznaczać, by pozwolić mu dalej spać.

- Powiem tylko, że jego wersja mocno różni się od tej Z. Podobno od samego początku to nie on miał zostać Raikage. I, szczerze mówiąc, chyba wierzę Isao. Ten Z okazał się niezłym psycholem.

- Zauważyłem. Ale to już zamknięty temat.

- Jasne. Powiedz mi lepiej, co cię tutaj przygnało w takim pośpiechu.

Ren nachylił się, zrzucił swoją pelerynę i oparł wygodnie łokcie na kolanach. Pod jego płaszczem kryła się koszula z wysokim kołnierzem i tylko jednym rękawem. W miejscu zamka była w połowie przedzielona na białą prawą część i lewą czarną. Na nieosłoniętej prawej ręce, w okolicach bicepsu zawiązany był ochraniacz na czoło ze znakiem Konohy. Na plecach natomiast znajdował się dobrze wyeksponowany znak klanu Uchiha. Na nogach czarnowłosy miał proste, czarne spodnie, a z tyłu przewieszona wisiała katana Sasuke w ciemnym pokrowcu, lekko wystając ponad ramię. Całości dopełniały w połowie otwarte buty z otworem na palce. W lewego nadgarstka Akeru zauważył jasną opaskę z naniesioną na nią pieczęcią, która niewątpliwie magazynowała liczne narzędzia shinobi.

- Jakim byłbym ojcem - uśmiechnął się pod nosem - gdybym przegapił występ własnych dzieci?

***

Dai wciągnął na rękę granatową rękawicę i zacisnął kilkakrotnie pięść, dopasowując materiał do skóry. Obejrzał się i wyglądało na to, że jest już gotowy do turnieju. Oprócz swojej ulubionej ciemnoniebieskiej koszulki z szarymi wykończeniami miał na sobie bufiaste, czarne spodnie i solidne, ciężkie buty. Jego plecy zdobił jego nieoficjalny herb. Wokół prawej ręki owiązał sobie tasiemki, by ochraniać wciąż swieże zadrapania po treningach. Założył na czoło swój błękitny ochraniacz z logo Konohy i spojrzał na resztę swoich towarzyszy. Sho stał pod ścianą, coś intensywnie analizując w głowie. Ubrany był identycznie, tak jak się umówili.

,,W końcu jesteśmy Bliźniaczymi Smokami" - powiedział - ,,Jesteśmy drużyną."

Patrząc teraz na swojego brata, widział niemalże swoje lustrzane odbicie. Różnił go tylko jego niebieski, niepowtarzalny kosmyk włosów zwisający z lewej strony twarzy, bezustannie pielęgnowany i odnawiany przez Daia. Musiał przecież mieć coś, co odróżniałoby go od Sho.

- Ruszajmy - Sakuri uderzył pięścią w otwartą dłoń i wyszczerzył zęby w zawiadackim uśmiechu. Wprost cały gotował się do walki. W odpowiedzi zawsze czujny Tenrou zaszczekał donośnie, wtórując swojemu panu. Również i on wydawał się naładowany pozytywną energią, jakby dobrze wiedział, co się szykowało. Jego właściciel schylił się, zapinając mu obrożę z wisiorkiem, na którym wygrawerowany był znak klanu Inuzuka. Obroża miała na sobie również naszytą metalową płytkę z ochraniacza na czoło Wioski Liścia, więc Tenrou prezentował się niczym pełnoprawny shinobi Konohy.

Sakuri poprawił na szyi swój nieodłączny biały szalik, wygładził zakrywającą jedną nogę białą płachtę z czerwonymi wzorami i stanął koło wyjścia. Dla zwykłych widzów mogło to wyglądać na prosty dodatek do stroju, ale Daisuke wiedział, że ten kawałek materiału znaczył o wiele więcej. Przedstawione na nim płomienie były identyczne jak te na płaszczu Hokage. Symbolizowały marzenie białowłosego, by pewnego dnia zasłużyć na tę pozycję i stać się sukcesorem Siódmego Hokage. Dzięki temu mógłby przewyższyć swojego ojca i dziadka. Ostatni przy drzwiach oczywiście znalazł się wiecznie nieprzytomny Kinsei. Śpiącym, powolnym krokiem dotoczył się do reszty drużyny. Ubrany był naprawdę po królewsku. Zamiast zwykłego żelaza, jego ochraniacz Wioski Liścia wykonany został z czystego złota i połyskiwał wspaniale przy najdrobniejszym świetle, współgrając ze złocistym kolorem jego włosów. Uzumaki oprócz tego miał na sobie bladożółty, obszyty w okolicach rękawów futrem płaszcz oraz podobnie wykończone, białe spodnie. Stroju dopełniały tasiemki w okolicach kostek oraz zawieszone przy pasie niewielkie sakiewki na broń shinobi.

- No dobra - powiedział Dai - Pamiętajcie, że to nie jest normalna misja. To turniej mający na celu wzmocnienie więzi pomiędzy wioskami...a przynajmniej tak słyszałem. Prawda jest jednak taka, że wioska, której drużyna zwycięży, będzie organizatorem następnego egzaminu na chuunina. Osobiście nie wiem, o co tutaj walczyć, ale słyszałem jak mój ojciec i ojciec Kinseia rozmawiali o tym jak o jakiejś wspaniałej nagrodzie.

- To wielki prestiż dla wioski - wyjaśnił spokojnie Sho.

- Możliwe. Tak czy inaczej, zmierzam do tego, że nieważna formuła, musimy dać z siebie wszystko. Jeśli nie dla nas, to dla nich...Chociaż szczerze mówiąc, mam całkiem dużą chęć na zwycięstwo. Może i jest to ,,pokojowy turniej" - Dai zaznaczył gestem palców, co myśli o tym określeniu - ale idea bycia shinobi pozostaje ta sama. Pokażmy im, na co stać Wioskę Ukrytą w Liściach. Kinsei, twój ojciec i moja matka są tam na trybunach. Oglądają nas teraz, więc nie dajmy im powodu do wstydu - przez jego twarz przebiegł chytry cień - Zwycięstwo...za wszelką cenę.

Sakuri przechylił głowę i podrapał się po włosach, nieprzekonany.

- Człowieku, to było bardzo bezwzględne. Tak jakbyśmy nie chcieli wygrać.

- Weź to na poważnie, Sakuri - ostrzegł go Daisuke - Już mówiłem, że gra toczy się o dużą stawkę.

- Cokolwiek nie powiesz, kapitanie - Hatake obojętnie odwrócił się na pięcie i pchnął drzwi na korytarz, gdzie czekała na nich piąta członkini ich drużyny.

Akane była dość wysoka, wyjątkowo chuda i sprawiała straszne wrażenie. Mimo iż jej twarz należała raczej do tych ładnych, zimne spojrzenie i kamienna mina sprawiały, że dziewczyna wyglądała nieco jak królowa lodu. Krótko przycięte brwi i długie, proste białe włosy nadawały jej szlachetnego wyglądu. Namalowane na czole dwie czerwone kropki i takie same obwódki wokół oczu z łatwością pozwalały się domyślić jej przynależności do klanu Kaguya. Miała na sobie luźną, białą koszulę z szerokimi rękawami, która odsłaniała jej brzuch. Oprócz tego nosiła płócienne spodnie tego samego koloru, których nogawki, podobnie jak rękawy, posiadały purpurowe i złote wykończenia. Na jej stopach znajdowały się natomiast eleganckie, lekkie buty na delikatnym obcasie.

- Na co się tak gapisz? - zapytała Daia wyzywająco - To ty jesteś Daisuke Uchiha, kapitan, tak? A ten z tyłu, jak mniemam, to Shori? Czy może twój Kage Bunshin?

Uchiha zmarszczył brwi. Bardzo nie lubił, gdy ktoś w ten sposób do niego mówił. A już z pewnością nie pasowało mu robienie sobie żartów z jego brata. Nie zdążył jednak zripostować Akane, bo czujący co się święci Shori natychmiast podszedł do niej i podał jej rękę.

- Mów mi Sho - oznajmił miło - To jest Dai, mój brat - wskazał go ręką - a to Sakuri i Kinsei. Pies wabi się Tenrou.

Kaguya nie poświęciła ani psu, ani jego właścicielowi większej uwagi. Wykazała dopiero pewien stopień zainteresowania, gdy jej wzrok padł na młodego Uzumakiego.

- To ten od Onmyotonu? - uniosła jedną brew - Ojciec mówił mi o tobie.

- Ee... - zająknął się blondyn - a kto w zasadzie jest twoim ojcem?

Dai miał ochotę klepnąć się w czoło. Było to oczywiste dla każdego, tylko nie dla Kinseia. Oczywiście znając go, doszedł by do tego, ale dopiero po długim czasie. Nie był głupi, ale wiecznie rozkojarzony i potrzebował odpowiedniego bodźca by ruszyć głową.

- Jestem córką dowódcy ANBU Konohy, Kasaia Kaguyi - przedstawiła się. W jej głosie czuć było nutę wyższości - Zostałam przydzielona do waszego...ech...zespołu na czas turnieju.

,,Cóż za buta" - pomyślał Dai. ,,A to podobno ja jestem arogancki."

- Wiemy, słyszeliśmy - powiedział Sakuri - Witaj w drużynie.

Akane pufnęła z niesmakiem i odwróciła się na pięcie, ruszając szybkim krokiem w stronę świetlistego punktu w głębi korytarza, jakim było wyjście na arenę. Stukając głośno podeszwami, nawet nie obejrzała się na resztę nowych kompanów. Sakuri bez słowa sprzeciwu podążył za nią, z rozmarzonym spojrzeniem. Zaraz za nim ruszył Tenrou, obserwując dziwne zachowanie swojego pana. Dai wymienił porozumiewawcze spojrzenia ze swoim bratem, po czym roześmiał się w duchu. Patrząc na podążającego niczym w transie towarzysza mógł niemal poczuć, jak jego szacunek do niego topnieje. Chwycił pogrążonego w swoim świecie Kinseia za rękę, po czym on i Shori ruszyli za resztą zespołu.

***

Pomimo całej swojej eksponowanej niechęci wobec przydługich mów, Akeru spisywał się w tej roli zadziwiająco dobrze. Stał na środku ziemistej areny i, za pomocą prostej techniki wzmacniania chakrą głosu, docierał do uszu wszystkich zgromadzonych na trybunach. Miał dobry kontakt z publicznością, co odzwierciedlało się w jej pełnej ekstazy reakcji po oficjalnym ogłoszeniu otwarcia Wielkich Igrzysk Shinobi. Tymczasem Ren siedział komfortowo na wygodnej ławce, ciesząc się chwilą spokoju. Obejmując swoją żonę za, prowadził z nią nieformalną rozmowę. Po jego lewej natomiast przycupnął Kasai, z którym również chciał zamienić kilka słów. To było właśnie to, czego zawsze pragnął najbardziej - otoczony rodziną i przyjaciółmi, obserwować dorastanie swoich synów. Choć w gronie tym brakowało kilku osób, postanowił nie psuć sobie ponownie humoru. To nie była odpowiednia chwila na rozpamiętywanie przeszłości.

Po zapowiedzeniu przez Akeru, na arenę wkroczyły rezprezentacje każdej z wiosek. Drużyny składały się z pięciu osób w dowolnym wieku. Konoha stanowiła pewnego rodzaju ewenement, ponieważ wszyscy jej reprezentanci mieli tylko po siedemnaście lat. Ponadto, każdy zespół posiadał swojego rezerwowego zawodnika, którego mógł wymienić w każdej chwili, a którego osoba stanowiła zagadkę dla przeciwników. Jednakże, mogło się to zdarzyć tylko raz na całe zawody. Ponadto Kage posiadali absolutny zakaz brania udziału w zmaganiach, by wyrównać szanse. Drużyny ustawiły się w równych szeregach na środku klepowiska, po czym obowiązki gospodarza przejął od Akeru wcześniej wyznaczony prowadzący. Używając tej samej techniki co jego poprzednik zaczął wyjaśniać zasady turnieju. Nie były zbyt skomplikowane i głównie opierały się na zasadzie ,,zwycięzca zdobywa punkt, przegrany nic nie zyskuje". Tak to wyglądało przynajmniej jeśli chodziło o etap pojedynków - jeden z dwóch etapów igrzysk. Drugi polegał na niestandardowej rywalizacji we wcześniej przygotowanych dyscyplinach. Faza walk i faza wyzwań przeplatały się ze sobą. Do każdej konkurencji drużyna sama wyznaczała zawodników, jednak nie wiedziała, na czym będzie ona polegać. Cel oczywiście stanowiło zdobycie jak największej ilości punktów, co równało się zwycięstwu w zawodach.

Kiedy Ren zobaczył wchodzących na arenę swoich synów, poczuł ogromny przypływ dumy. Wspierał ich z całego serca i chciał, by ich ciężki trening przyniósł im zasłużone owoce. To samo tyczyło się Sakuriego, którego traktował niemal jak własnego syna. Zastanawiał się, co podczas zmagań zaprezentuje Kinsei. Ten chłopak był nieprzewidywalny i to nawet nie w kwestii swoich nietypowych umiejętności. Ren miał nadzieję, że skoncentruje się na tyle, by nie zrobić czegoś głupiego, co zaciążyłoby na całej drużynie. Pośród znanych sobie młodzieńców zauważył również białowłosą, filigranową kunoichi, która wydawała się niespecjalnie zadowolona swoją obecnością w tym miejscu. Kogoś mu przypominała, ale nie mógł sobie przypomnieć kogo.

- Kasai - zawołała nagle podekscytowana Mei - czy to nie jest przypadkiem mała Akane?

Białowłosy skinął głową.

- Tak, to ona. Ty i Ren nie widzieliście jej całkiem spory kawałek czasu. Od chwili kiedy wysłałem ją do Akademii, kompletnie poświęciła się zostaniu kunoichi. Prosiła mnie nawet, żebym ją trenował. Na początku byłem sceptyczny, ale tak bardzo tego chciała, że nie potrafiłem jej odmówić. Z własnej inicjatywy przeszła cały trening ANBU.

Akane Kaguya. Jak Ren mógł o niej zapomnieć? Co prawda jego wspomnienia na jej temat urywały się na widoku małego białowłosego diablika bawiącego się z młodymi Sho i Daiem, ale w końcu to była córka Kasaia. Teraz w wieku siedemnastu lat jeszcze bardziej go przypominała.

- Trening ANBU? - zapytał, unosząc lekko brew - Chyba żartujesz.

- No właśnie, Kasai - powiedziała oburzona Mei - Chyba nie chcesz powiedzieć, że zmieniłeś Akane w jednego ze swoich żołnierzy?!

Kaguya pokręcił głową, jak zwykle zachowując swój zimny i spokojny wyraz twarzy.

- To nie tak. Nauczyłem ją wszystkiego, co powinien umieć kapitan ANBU, ale oszczędziłem jej mentalnych testów. Po prostu spełniłem jej oczekiwania. Nie jestem potworem, Mei, zrobiłem to dla jej dobra.

Żona Rena zarumieniła się, słysząc karcącą uwagę w swoją stronę. Uchiha postanowił przejąć inicjatywę, by jakoś wyratować ją z krępującej sytuacji. Spodziewał się, że cała ta historia z treningiem ANBU musiała mieć drugie dno. Znał Kasaia zbyt dobrze, by uwierzyć pozorom.

- Po co jej to było? - zapytał - Nieczęsto widuje się kunoichi z taką chęcią do walki.

- Akane bardzo nie chciała pełnić roli medyka ani wsparcia w drużynie. Chyba chce mi coś udowodnić.

Kącik ust Rena uniósł się niezauważalnie. Już rozumiał, o co chodziło córce Kasaia. Chciała go przewyższyć, pokazać, że potrafi być jeszcze lepszym dowódcą ANBU niż on. Jakby nie patrzeć, poprzeczkę postawił jej bardzo wysoko. To właśnie dlatego uparła się, żeby przejść ten specjalny trening. Przypomniał sobie, co powiedział mu Dai kilka tygodni temu, tuż przed wyruszeniem na misję przeciw Senso.

,,Będziesz z nas dumny" - obiecał - ,,Ja i Sho pokażemy, na co stać Bliźniacze Smoki."

Zastanawiał się, czy jego synowie też chcą mu czegoś dowieźć. Z takimi myślami zerknął ponownie w stronę areny, na której losowano kolejność walk pomiędzy drużynami. Kiedy tabela została już ustalona, zauważył, że pierwszy pojedynek odbędzie się pomiędzy Konohą, a Kiri.

- Walczą pierwsi - głośno zauważyła Mei, odgarniając swoje brązowe włosy, by lepiej widzieć wydarzenia w dole. - Mam nadzieję, że nie trafią na silnego przeciwnika.

,,Cała Mei" - pomyślał Ren. Wciąż traktowała Daia i Sho jak małe dzieci, ale było to zrozumiałe. Nie widziała ich w akcji i nie trenowała ich tak jak Ren. Wiedział, że to nie oni, a ich przeciwnicy znajdą się w niebezpieczeństwie, jeśli na nich trafią. Jego synowie posiadali ogromne pokłady talentu, wciąż nie w całości zagospodarowanego, a jego celem było wydobyć go na światło dzienne. Już obecnie mogli równać się z najpotężniejszymi shinobi, a mieli dopiero siedemnaście lat. Byli spadkobiercami zarówno klanu Uchiha, jak i klanu Senju, a to czyniło z nich kogoś więcej, niż zwykłych shinobi. Okazało się jednak, że ich chwila próby musiała jeszcze poczekać. Osobą wyznaczoną do pierwszego pojedynku z obozu Konohy stanowiła Akane.

- A więc to ona zaczyna - mruknął zaintrygowany i potarł brodę, analizując w głowie wszystko, co wiedział o zdolnościach dziewczyny.

- Nigdy nie widziałam jej w walce - zdała sobie sprawę Mei - Jak Akane sobie radzi?

Kasai poprawił się na swojej ławce, zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu stwierdził:

- Mamy tutaj do czynienia z geniuszem w swojej dziedzinie. Jest prawdziwym talentem jeśli chodzi o taijutsu. Wszystkie tańce i techniki klanu Kaguya opanowała tuż po opuszczeniu Akademii. Nie mam pojęcia, skąd bierze się w niej takie wyczucie, ale opanowała Shikotsumyaku dużo szybciej niż ja czy Kimimaro. Zaczęła już nawet tworzyć swoje własne techniki. To już nie jest ta Akane, którą znaliście. Teraz mogłaby rywalizować nawet z waszymi synami.

,,Obyś się nie przeliczył" - pomyślał Ren. ,,Daisuke i Shori to najlepszy duet w świecie shinobi. Nie ma takiej siły, której we dwójkę nie daliby rady się przeciwstawić". Postanowił jednak zachować tę myśl dla siebie. Dobrze życzył Akane, nie tylko dlatego, że przyjaźnił się z Kasaiem, ale też z powodów bardziej przyziemnych. Od jej zwycięstwa zależała wygrana w turnieju Daia i Sho, a ich szczęście było dla niego najważniejsze. Usłyszał za sobą kroki i odwrócił się - to Akeru wracał po schodach po skończonym przemówieniu.

- Nie jest dobrze - powiedział - Widzieliście już, z kim Akane walczy?

Mina Uzumakiego wcale nie wyrażała ochoty na żarty. Wręczył on Renowi niewielki zwój z zapisanymi w nim pustymi rubrykami zwiastującymi przyszłe pojedynki. Uchiha szybko przeleciał wzrokiem po tabeli, a jego wzrok padł na wypełnione okienka. Napis głosił: ,,Akane Kaguya vs. Kouta Hoshigaki". Zwinął zwój i wpatrzył się w Kasaia.

- Twoja córka będzie miała szansę się wykazać. Znam tego człowieka. Należy do mojej drużyny.

Następne słowa dotarły do białowłosego jak przez grubą ścianę.

- Kouta Hoshigaki. Członek Jinchuuriki 10, sakryfikant Sanbiego.

Akane vs. Kouta Edytuj

Sho wciąż nie mógł uwierzyć, że Kinsei i Sakuri tak łatwo zgodzili się, żeby Akane reprezentowała ich w pierwszym meczu. Chyba chcieli dać jej szansę na wykazanie się, ale Dai miał inne zdanie. To on chciał walczyć od razu po otwarciu, co doprowadziło do kolejnej sprzeczki z koleżanką. Sho oczywiście poparł swojego brata, ale dwa głosy przeciw trzem wiele nie zdziałały. Osobiście było mu obojętne, w jakiej kolejności będą walczyć, ponieważ i tak czekało ich tyle pojedynków, by każdy zawodnik wziął udział w chociaż jednym. Daisuke jednak tak łatwo nie odpuszczał i nie mógł spocząć, póki nie postawił na swoim. Siedział więc teraz w znajdującym się tuż za murem, usytuowanym na najniższym poziomie sektorze cały naburmuszony. Sakuri trzymał kciuki za swoją nową towarzyszkę, a Kinsei bawił się z Kuroshim. Jego nieodłączny towarzysz wybrał się na przelot po okolicy w czasie gdy Drużyna Szósta przebierała się w szatni i teraz opadł z nieba pod postacią czarno-białego ptaka z nietoperzymi skrzydłami. Uzumaki przywitał się z nim wylewnie i zaraz cały świat przestał się dla niego liczyć wykluczając jego pupila. Nie zwracał uwagi na przygotowujących się do walki Akane i Koute, który jak gdyby nigdy nic rozciągał się do środku areny. Sho wydawało się, że jej topografia nie sprzyja shinobi z Kiri. Brak w niej było wody, która była specjalnością klanu Hoshigaki. Zamiast tego w większości składała się z ubitej ziemi, na której porozrzucano wielkie głazy. W lewym oraz prawym rogu pola walki rosło kilka sporych rozmiarów drzew.

Akane stanęła wreszcie naprzeciwko swojego przeciwnika, z sędzią pomiędzy nimi. Kouta ubrany był w standardowy strój jounina z Kirigakure. Fioletowa kamizelka narzucona na szary uniform i zawiązany na czole ochraniacz nie wyróżniały go spośród jego pobratymców. Krótko ostrzyżone, czarne włosy oraz wesołe oczy nie budziły zbytniego postrachu. Dwudziestokilkuletni Kouta wydawał się być naprawdę przyzwoitym człowiekiem. Sho gdzieś już go widział, ale nie przypominał sobie gdzie. Miał nadzieję, że wróci mu pamięć, gdy zobaczy go w akcji. Siedział na tyle blisko areny, że wychwycił uchem rozmowę Akane i jej przeciwnika.

- Wybacz mi, ale ze względu na okoliczności nie będę się powstrzymywał przed uderzeniem kobiety - zażartował.

Kaguya chyba nie załapała dowcipu i zwęziła oczy niczym wąż gotujący się do ataku.

- Być może nie będziesz musiał - syknęła.

Następnie ona i jej przeciwnik wykonali pieczęć konfrontacji na znak wzajemnego szacunku, po czym sędzia machnął ręką, sygnalizując rozpoczęcie pojedynku. Szybko wycofał się, by rozostawić pole do walki zawodnikom. A walczący bynajmniej nie tracili czasu. Kouta rzucił się do przodu z wyszarpniętym zza pasa kunaiem. Jego przeciwniczka uchyliła się przed cięciem bez najmniejszego problemu i stanęła na rękach. Kopnięciem wytrąciła broń z jego dłoni, wprawiając go w osłupienie. Chciał podciąć jej ręce, ale odbiła się od ziemi, wygięła jak sprężyna i zacisnęła mu nogi na szyi. Hoshigaki wyciągnął rękę, by się uwolnić, ale działał zdecydowanie zbyt wolno. Operując ciężarem ciała, białowłosa wyprowadziła go z równowagi i cisnęła po żwirze. Mężczyzna potoczył się po ziemi, skonfundowany całym zajściem.

,,Dobra jest" - zauważył z podziwem Sho. Jego nowa towarzyszka wykazywała się nie tylko szybkością, ale też niesamowitą zwinnością i czasem reakcji.

- Jak na początek, świetnie jej idzie - pocieszył brata Shori - Na pewno nie przegra.

- No, lepiej żeby tak było - mruknął Dai, wpatrując się spode łba w szalejącą na polu walki kunoichi.

Kouta bynajmniej nie poddał się po początkowych porażkach, a publiczność szalała widząc, jak próbuje trafić swoją przeciwniczkę dzierżonymi w dwóch rękach kunaiami. Przy każdym ataku Akane uchylała się, podskakiwała i schylała tak, że ostrza mijały ją o centymetry, a ona sama wyprowadzała druzgocące ciosy. Nagle wyskoczyła w powietrze, wirując znalazła się za czarnowłosym i pchnęła go ręka w przód. Stracił równowagę, a ona podcięła mu nogi. Zgodnie z planem przewrócił się na twarz, więc podniosła nogę, by uderzyć go piętą w plecy. Zdołał odtoczyć się na bok, a w miejscu, w które uderzyła Kaguya powstało wielkie pęknięcie, które rozeszło się we wszystkie strony. Kamienie dookoła wybrzuszyły się i wystrzeliły w górę, wyrwane z ziemi potężnym wstrząsem.

- Skąd ona ma tyle siły?! - zrobił wielkie oczy Sakuri - Nie wygląda na specjalnie umięśnioną. Zresztą, żaden człowiek nie zrobiłby takiego krateru jednym ciosem!

Dai wzruszył ramionami.

- Kogo to obchodzi? Tak długo jak wygra, może nawet równać z ziemią budynki.

Hatake pokręcił głową i wrócił do oglądania swojej spektakularnej towarzyszki. Tymczasem Sho analizował w myślach zdolności Akane. Jej nadludzka siła musiała z czegoś wynikać. Nic nie wskazywało na to, by używała jakiejś specjalnej techniki. Aby to sprawdzić, aktywował Sharingan i sprawdził jej przepływ chakry. Teraz mógł być pewien, że dziewczyna nie używa w tej chwili ninjutsu. Zamiast tego zarejestrował coś dużo ważniejszego. Na trybunach przez przypadek zauważył wyróżniające się źródło chakry. Niełatwo było je przeoczyć - zdecydowanie wyróżniało się swoją wielkością spośród pozostałych. Sho mógł to porównać tylko do pożaru pośród tysięcy świec. Znał tą chakrę bardzo dobrze, ale nie spodziewał się jej tutaj zobaczyć.

- Dai! - złapał brata za ramię - Widziałeś to?

Daisuke odwrócił się w jego stronę i ujrzał aktywowanego w jego oczach Sharingana. Za pomocą własnego doujutsu spojrzał we wskazywane przez niego miejsce.

- Co tutaj robi ojciec?! - niemal krzyknął - Miał być przecież na misji!

Shori podzielał jego podekscytowanie. Ten turniej, który jeszcze niedawno nic dla niego nie znaczył, nagle urósł do rangi życia i śmierci. Nie mógł sobie pozwolić na zły występ przed ich ojcem. Nie po tym wszystkim, co mu zawdzięczali. Zacisnął rękę w pięść.

- Nie mam pojęcia, skąd się tutaj wziął - uśmiechnął się - ale wcale mi to nie przeszkadza. To nasza szansa, Dai!

- No - chłopak aż wyłamał sobie kości w knykciach - teraz to już naprawdę nie możemy przegrać.

Nagle, jakby rażony gromem, odwrócił się do nich Kinsei, który przypadkiem usłyszał fragment ich rozmowy. Oderwał się od Kuroshiego i zapytał, podekscytowany:

- Czcigodny Ren tu jest? To zmienia postać rzeczy!

Od czasu walki z Senso i wstawiennictwa ojca Sho, którego udzielił Shiraiowi, Kinsei był mu dozgonnie wdzięczny. Zawsze starał się mu jakoś odpłacić za pomoc w ciężkiej sytuacji, co graniczyło wręcz z namolnością. Ren doceniał oddanie, jakim darzył go Kinsei, ale nieco go nie rozumiał.

- Na to wychodzi - Shori kiwnął głową i wyłączył swój Sharingan - Nie zawiedźmy go.

Uzumaki kiwnął głową i mruknął, zadumany:

- Rany, a myślałem, że ciężko mi będzie dobrze wypaść przed moim ojcem. No cóż, chyba dzisiaj będziemy musieli się wyjątkowo postarć, Kuroshi.

Sho miał taką nadzieję. Ponownie skupił się na arenie, na której Kouta toczył nierówną walkę ze zwinną niczym puma Akane. Po tej jednostronnej wymianie ciosów cały był pokryty siniakami i obtarciami. Jego przeciwniczka natomiast nie wyglądała, jakby dotarł do niej choć jeden jego cios i chyba w istocie tak to wyglądało. Mimo to, Hoshigaki nie wydawał się zniechęcony, a raczej zaintrygowany. Wciąż nacierał dziko na masakrującą go kunoichi. Rzucił się do przodu i wymierzył jej cios w twarz. Złapała jego pięść bez problemu w powietrzu, po czym z łatwością uniosła w górę i przerzuciła nad głową. Zdołał wylądować na dwóch nogach i ponownie zbliżył się do przeciwniczki. Wykonał zamaszyste kopnięcie w szyję, które również nie trafiło celu. Akane odpowiedziała swoją własną ofensywą. Schyliła się i w mgnieniu oka z kieszonek ukrytych z tyłu swojego paska wyszarpnęła sześć senbonów, które umieściła pomiędzy swoimi palcami. Prześlizgnęła się pomiędzy nogami jounina, wbijając precyzyjnie igły w jego łydki. Kouta syknął z bólu i chciał oddalić się na bezpieczną odległość, ale nie dał rady. Potknął się o swoje sztywne nogi i wywrócił prosto na twarz. Tymczasem białowłosa zahamowała, sunąc po ziemi i obejrzała się za siebie. Widząc, że jej plan podziałał, podniosła się w ułamku sekundy i ponownie sięgnęła za swój pasek. Skoczyła w bok, by zdezorientować przeciwnika i rzuciła idealnie wymierzony shuriken. Kouta akurat kończył wyjmować z siebie senbony, gdy kolejny pocisk trafił go w plecy. Wyprostował się i sięgnął, by go wyrwać. Sho wiedział, że kilka senbonów czy pojedynczy shuriken nie załatwią sprawy, ale Akane z pewnością się powstrzymywała. Nie chciała zabić swojego przeciwnika, co widać było na pierwszy rzut oka. Miał tylko nadzieję, że Kouta nie daje jej podobnych forów.

- Co jest z tym gościem? - Dai zmrużył oczy, w których wciąż miał aktywnego Sharingana - Skąd on ma w sobie taką ilość chakry? Ten kolor...Sho, ona nie należy do niego.

Aby to sprawdzić, Shori ponownie aktywował swoje doujutsu. Faktycznie, chakra znajdująca się we wnętrzu jounina z Kiri była wręcz nieludzka. Tak jak zauważył jego brat, miała ona dwa różne kolory. Jedna z nich musiała więc pochodzić z jakiegoś innego źródła. Chłopak miał pustkę w głowie i czuł, że powinien to wiedzieć. Na całe szczęście Dai zachował przytomność umysłu.

- Wiedziałem... - mruknął - Coś mi tu śmierdziało od samego początku. Sho, pamiętasz jak ojciec wyprowadził nas z lasu po pokonaniu Senso?

Uchiha wrócił myślami do tamtej sielankowej chwili. Widząc przed sobą swojego ojca oraz Siódmego Hokage, czuł się bezpieczny jak nigdy dotąd. Z został pokonany i w zasadzie wszystko przebiegło po ich myśli. Stali na polnej drodze ciesząc się, że ten koszmar wreszcie się skończył. Eksplorował to wspomnienie, nie mogąc połączyć faktów, aż w końcu przypomniał sobie o drużynie, którą jego ojciec przyprowadził ze sobą. Nic dziwnego, że nie zauważył początkowo podobieństwa. Strój jounina z Kirigakure zupełnie nie przypominał pstrokatego białego ubioru ozdobionego koralikami, w który zazwyczaj ubierał się Kouta. Sho przełknął głośno ślinę. Dopiero teraz rozpoznał tą sympatyczną twarz z krótko obciętymi czarnymi włosami. Spojrzał w stronę niczego nie świadomej, szarżującej koleżanki.

- Ten koleś jest jinchuurikim - stwierdził - Biedna Akane.

***

Akeru obserwował z podziwem przebieg walki młodej córki Kasaia. Radziła sobie naprawdę nieźle. Był zaskoczony tak słabym wystąpieniem Kouty. Podczas ich treningów zawsze aż rwał się do walki, idąc na całość ze swoją mocą Isobu. Co prawda nigdy nie odznaczał się wybitnymi zdolnościami w taijutsu, woląc polegać na ninjutsu, ale to była już przesada. Akane została świetnie wyszkolona przez Kasaia i nie wątpił, że naprawdę aż tak dominowała nad swoim przeciwnikiem pod względem walki wręcz, ale on sam osobiście szkolił Koute. Jego podwładny dobrze wiedział, co robić w sytuacjach, gdy musiał zwiększyć odległość od oponenta. Nie mówiąc już o tym, że miał o wiele więcej doświadczenia od młodej Akane.

- Testuje ją - zdał sobie sprawę.

- Nic jej nie będzie, prawda? - martwiła się Mei - Co jeśli Kouta da się ponieść w ferworze walki?

- O to się nie martw - mruknął Ren, a Akeru zarejestrował kątem oka, że jego przyjaciel cały czas trzyma rękę na ramieniu, na rękojeści miecza.

- Spokojnie, Ren - uspokoił go Uzumaki - Przecież go znasz. Nie należy do takich, którzy lubią się popisywać. Wydaje mi się, że obchodzi się z córką Kasaia najdelikatniej, jak potrafi.

Akeru patrzył na jednostronną bitwę toczącą się na arenie. Zaczynało to być już powoli męczące. Jego kompan zawsze należał do ostrożnych shinobi, ale w tej chwili wystawiał jego cierpliwość na próbę. Patrzył, jak białowłosa Akane po raz kolejny wyskakuje w powietrze, okręca się wokół własnej osi, by zadać druzgocący cios...a następnie zostaje zepchnięta w bok skoncentrowanym biczem wodnym. Kouta potrzebował do tego tylko dwóch pieczęci, a technika wyglądała na naprawdę całkiem silną. Młoda kunoichi została odepchnięta z taką siłą, że przeleciała kilkanaście metrów w powietrzu i uderzyła w wielki głaz za sobą. Dopiero on powstrzymał jej lot i aż cały popękał od pędu uderzenia.

- Oo, jest! - ucieszył się Akeru - Nareszcie. Może Suiton Kouty wyrówna nieco szanse tej bitwy.

Kasai spojrzał z ukosa na swojego przyjaciela. Nie wyglądał na specjalnie przejętego widokiem swojej córki wgniatanej brutalną siłą w lity głaz.

- Akane to też nie tylko taijutsu i brutalna siła drugiego poziomu Shikotsumyaku - wyjaśnił - To zaledwie czubek jej możliwości.

Białowłosa kunoichi odpadła z wielkiego kamienia i upadła na twarz, nieco oszłomiona, ale bez większych obrażeń. Podniosła głowę i wykrzywiła usta w grymasie gniewu. Podniosła się natychmiast i wykonała kilka pieczęci. Jej proste włosy zafalowały, wydłużyły się i niczym węże wycelowały w stronę zaskoczonego przeciwnika. Nastroszyły się jak igły jeża, a następnie wystrzeliły niczym seria białych senbonów. Wzmocnione chakrą, były twardsze nawet od stali. Poszybowały ku Hoshigakiemu, który wystawił przed siebie rękę. Powiększyła się, jej skóra stała się chropowata a paznokcie grube i wystające. Po chwili kończyna nie przypominała już ludzkiej dłoni, tylko coś w rodzaju pazurzastej łapy jakiegoś wodnego stwora. Włosy wbiły się w nią, widocznie nie czyniąc żadnej szkody. Kouta wyrwał je wolną dłonią, po czym wrócił do normalności.

- Ooch, widzę, że mała Akane nie poprzestała na kopiowaniu twoich umiejętności, Kasai - ucieszyła się Mei, patrząc na technikę kunoichi.

- To jej Kebari Senbon - wyjaśnił mężczyzna - To chyba najprostsze z jej jutsu wykorzysujących włosy. Zna ich bardzo wiele, nawet sama kilka opracowała.

Tymczasem Kouta chwycił swoje dwa kunaie i skoczył na dziewczynę. Miał nadzieję, że po wykonaniu techniki będzie rozproszona, ale nic bardziej mylnego. Odpowiedziała tym samym i ruszyła na niego na pełnej prędkości. Nie posiadała jednak żadnej broni, by zniwelować uderzenie Hoshigakiego. Akeru zobaczył, jak w pół skoku jej paznokcie zaostrzają się, wydłużają i pod wpływem chakry twardnieją, zmieniając się w coś przypominającego dziesięć długich i cienkich mieczy. Skrzyżowała je z kunaiami przeciwnika i o dziwo paznokcie wytrzymały. Dwójka shinobi odskoczyła, lądując na ziemi i zaraz od nowa rozpoczynając morderczy taniec. Kaguya jak szalona z wprawą wywijała swoimi dziesięcioma ostrzami, a Kouta z trudem blokował jej natarcie. Udało jej się nawet wytrącić jednego kunaia z dłoni przeciwnika. Nieciężko było zauważyć, że Akane nie po raz pierwszy używa tej techniki.

,,Ta smarkula całkiem nieźle potrafi się ruszać" - przyznał w podświadomości Akeru Kyuubi - ,,Jest szybka, sprytna i ma głowę na karku. To kompletne przeciwieństwo Kinseia."

Akeru zaśmiał się nerwowo.

,,To nie było zbyt miłe, Kurama."

,,Ale prawdziwe." - odparował lis - ,,Zresztą, ta mała i tak nie ma szans. Kouta wciąż jeszcze nie korzysta z mocy Isobu."

Jak zwykle miał rację. Hoshigaki nie spieszył się z ujawnianiem swojej prawdziwej mocy, ale powoli przechodził na wyższy poziom. Odepchnął nacierającą Akane i wolną prawą ręką wykonał cztery piezęcie, uśmiechając się pod nosem. Jego przeciwniczka spojrzała w dół i zobaczyła, że ziemia pod nią lekko się trzęsie.

- Suiton: Onsenfunka! - zawołał mężczyzna.

Pękający grunt w końcu ustąpił, uwalniając skoncentrowaną erupcję wrzącej wody, która wykatapultowała zaskoczoną Akane wysoko w powietrze. Poleciała w tył, w stronę samotnych drzew przy ścianach areny. Spadając, złapała się wystającej gałęzi, okręciła na niej by zniwelować siłę uderzenia i zeskoczyła na ziemię. Jej paznokcie wróciły znowu do normalności. Co prawda udało jej się częściowo zasłonić rękami, ale te były teraz mocno poparzone. Syknęła tylko, patrząc na tymczasowe utrudnienie i mruknęła:

- Hoo...może jednak stawisz jakiś opór...jinchuuriki Trzyogoniastego.

Isao nagle poruszył się niespokojnie na swojej ławce.

- Wiem, że już ci to mówili, Kasai - powiedział z podziwem - ale twoja córka to kawał dobrej stali.

- Hmph - burknął Kaguya.

- Jej paznokcie - zauważyła Mei - Potrafi nimi manipulować?

Shinobi westchnął i skrzyżował ręce na piersi.

- Gdy była mała - wyjaśnił - zawsze powtarzałem jej, że najlepszą bronią każdego Kaguyi jest jego ciało. Chyba wzięła to sobie do serca...aż za bardzo.

Akeru musiał przyznać mu rację. Kasai był doskonałym wojownikiem taijutsu, najlepszym jakiego widział, ale Akane...jej potencjał przekraczał to, co prezentował sobą jej ojciec. Miał nadzieję, że pewnego dnia będzie mógł powiedzieć to samo o Kinseiu. Jego syn, pomimo swoich ogromnych możliwości nie za bardzo chciał oddawać się treningom. Wolał wykorzystywać swoje zdolności do samorealizacji swojego, jak to nazywał, ,,artystycznego ja", a techniki shinobi poznawał tylko pod przymusem.

,,Co teraz czujesz, gdy na nią patrzysz, Kinsei?" - pomyślał - ,,Nie wstyd ci?"

Mimo wszystko był dumny z syna. Nie chciał zmuszać go do robienia czegoś wbrew sobie, a mimo to widział, że Kinsei ćwiczy głównie dla niego, by mu zaimponować. Cieszył się, że są to jedyne poważne zmartwienia młodzieńca.

,,W jego wieku przygotowywałem się do wojny z Akatsuki" - przypomniał sobie - ,,Dobrze, że on nie musi teraz przez to przechodzić".

- Ren - odwrócił się do milczącego, pogrążonego w myślach przyjaciela - co zrobimy, jeśli Kouta użyje Bijudamy?

Uchiha nie odpowiedział. Wpatrywał się w walczących, mrużąc oczy. Jego poważna mina nadawała mu strasznego wyglądu, ale Akeru znał go zbyt dobrze, by teraz się tym przejmować.

- Ej, mówię do ciebie!

- Zająłem się tym przed wyruszeniem na misję - wymruczał mężczyzna - Wszystko jest przygotowane.

***

- Gdzie ona nauczyła się tak walczyć? - zawołał z podziwem Sakuri i zagwizdał - Jest tak dobra jak ty i Sho!

Dai miał na ten temat inne zdanie. Akane faktycznie nic nie brakowało, ale do jego duetu z Sho miała jeszcze lata świetlne. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jej ruchy były wyuczone, podczas gdy styl walki jego i brata polegał przede wszystkim na spontanicznym dostosowywaniu się do przeciwników. Na dłuższą metę nie miało to jednak znaczenia, bo sądząc po sile dziewczyny, nawet jej pojedynczy cios mógł zabić normalnego człowieka. Wyraźnie widać było, że wstrzymuje się przed użyciem swoich pełnych zdolności. Po uderzeniu Suiton: Onsenfunka Dai zobaczył w jej oczach niewypowiedzianą złość i zawziętość. Wydawało mu się, że Akane nie dowierza, że ktoś śmiał zrobić jej krzywdę. Z prędkością jeszcze większą niż wcześniej pokonała dzielący ją do przeciwnika dystans, wyskoczyła w górę i, zanim mógł zareagować, sprzedała mu takie kopnięcie w policzek, że aż potoczył się pod ścianę areny. Złapał się za twarz, starając się uśmierzyć ból.

- Uuh... - jęknął - to było całkiem niezłe. Naprawdę nie sądziłem, że będę musiał tego użyć.

Wstał, wciąż gładząc swój spuchnięty policzek, który wyglądał naprawdę tragicznie. Zasłaniał mu niemal pół twarzy i zrobił się cały czerwony. Kouta zamknął oczy, koncentrując się. Dai cały czas śledził walkę swoim Sharinganem i zobaczył buzującą w mężczyznie chakrę, a właściwię tą, która nie należała do niego. Powoli zaczynała ona uwalniać się na światło dzienne i otaczać go grubą powłoką. Paznokcie shinobiego wydłużyły się i zaostrzyły, a z jego ust wysunęły się krótkie, spiczaste kły. Gdy otworzył oczy, okazały się one czerwone i posiadały pionową źrenicę jak u jakiejś dzikiej bestii. Powoli z jego ciała zaczęły unosić się czerwone, podejrzanie wyglądające bąble, które robiły się coraz częstsze. Po chwili uformowały się w gruby płaszcz otaczający czarnowłosego. Na jego końcu znajdował się zrobiony z chakry, pojedynczy gruby ogon, który falował lekko, przyciągając spojrzenia. Widownia ryknęła radośnie, widząc, że sprawy przechodzą na wyższy poziom. Każdy z nich słyszał o niezwykłej mocy jinchuurikich i właśnie miał ją tuż przed własnymi oczami.

- Płaszcz ogoniastej bestii - odezwał się nagle Kinsei - No nieźle. Zupełnie jak u mojego ojca.

Dai rzucił zaniepokojone spojrzenie swojemu bratu, ale ten tylko wzruszył ramionami i rozpostarł się wygodnie na ławce.

- Co ma być, to będzie - oznajmił spokojnie - Jedyne co możemy teraz zrobić to jej kibicować.

- Mam nadzieję, że ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie - Sakuri zacisnął pięści - Musi to wygrać.

- Przynajmniej w jednym się zgadzamy - przyznał Dai i niecierpliwie poprawił się na swoim miejscu.

Tymczasem Akane wpatrywała się w czekającego na nią Koute bez większych emocji. Jej twarz zdawała się nie wyrażać żadnych uczuć, ale wodzące za nieustannie zmieniającym położenie ogonem oczy zdradzały prawdziwe myśli dziewczyny. Była spięta, ale nie przestraszona. W każdej chwili mogła uskoczyć przed nadciągającym zagrożeniem.

- Tylko jeden? - zapytała - Będziesz potrzebował czegoś więcej, żeby mnie pokonać. No już, pokaż mi moc Trzyogoniastego. Nie mam całego dnia.

,,Prowokuje go" - zauważył Dai. Wytrącenie przeciwnika z równowagi mogło być dobrym pomysłem, ale nie w przypadku walki z jinchuurikim. Akane z pewnością chciała poznać szybko jego pełną moc, by wiedzieć, z czym ma do czynienia. Mogło się to jednak odbić na niej w negatywny sposób. Igranie z mocą Biju nigdy dobrze się nie kończyło.

- Jak sobie życzysz - oznajmił miło Hoshigaki - Pamiętaj, że sama o to prosiłaś. Nie mam nic przeciwko tobie, ale też muszę zdobyć punkty dla mojej drużyny.

Białowłosa tylko wykonała zachęcający gest ręką. Kouta nie ruszył się spod ściany, ale jego płaszcz ogoniastej bestii zafalował. Dwie ogromne, kilkumetrowe ręce wychynęły z niego i rzuciły się w stronę kunoichi. Zrobione z tej samej bąbelkującej, czerwonej chakry, wykazywały duże zdolności zmiany kształtu. To sprawiło Akane pewne trudności. Uskoczyła przed pierwszą pazurzastą dłonią, która niemal się nad nią zamknęła. Odturlała się w tył, tylko po to, by niemal zostać zmiażdżoną przez plaśnięcie drugiej. Rzuciła się w kierunku drzew, ale źle obliczyła prędkość Rąk Chakry. Jedna z nich pazurami rozorała jej koszulę, zostawiając na plecach krwawe ślady.

Sakuri syknął.

- To musiało boleć - skrzywił się - Kinsei, jak będzie po wszystkim, będziesz musiał ją opatrzeć.

- W porządku - kiwnął głową blondyn - Ale nie przesadzaj z tą raną. Już stąd widzę, że nie jest taka głęboka, a to przecież ty masz Sharingana.

Hatake zarumienił się i zamilknął. Dai przestał już zwracać na niego uwagę. Zastanawiała go szrama Akane. Taki cios powinien rozorać jej ciało do kości, a zostawił tylko krwawe ślady. Wyglądało na to, że w większości uszkodzeniu uległa tylko skóra. Wszystko zaczynało łączyć się w logiczną całość. Jej skoczność i gibkość już od samego początku wydawały mu się podejrzane. Nie wątpił, że była świetnie wytrenowana, ale kilkumetrowe skoki nie należały do codziennych widoków. Biorąc pod uwagę, że nie używała w tym celu chakry, co Dai zaobserwował swoim Sharinganem, wniosek nasuwał się jeden - musiała zawdzięczać to swoim mięśniom. Opowiedział o swoich podejrzeniach kolegom z drużyny.

- Nie wiedziałeś o tym? - Kinsei uniósł brew - To jej Kekkei Genkai. Tak jak jej ojciec jest użytkowniczką Shikotsumyaku. Potrafi manipulować swoimi kośćmi i mięśniami. Na dodatek są one twarde jak stal, co chyba zresztą widać. Ojciec mi o tym opowiadał.

Trójka jego towarzyszy odwróciła ku niemu zaskoczone twarze.

- Wiedziałeś... - zapytał poirytowany Dai - i nam nie powiedziałeś?!

Blondyn wzruszył ramionami.

- Myślałem, że wiecie.

- Przecież przed chwilą dyskutowaliśmy o jej zdolnościach!

- Nie słyszałem. Bawiłem się z Kuroshim.

- Ależ oczywiście, że się z nim bawiłeś - wysyczał Daisuke.

Miał ochotę rąbnąć przyjaciela w twarz, ale zdarzenia na arenie odciągnęły go od tego na chwilę. Akane została bowiem zapędzona w kozi róg przez próbujące ją chwycić Ręce chakry. Rozdzieliły się na trzy i próbowały odgrodzić jej drogę ucieczki z każdej strony. Dziewczyna była jednak sprytna i zwinna jak kot. Jednym skokiem znalazła się wysoko na ścianie areny, przyczepiając się do niej za pomocą chakry. Następnie wybiła się do przodu, chcąc przelecieć nad zagrożeniem. Nie doceniła jednak przeciwnika. Jedna z rąk ponownie rozdwoiła się i sięgnęła po jej kostkę. Dziewczyna została ściągnięta na dół i uderzyła twarzą o ziemię. Nie wyglądało na to, by ucierpiało na tym coś więcej niż jej duma. Zawzięcie wyszarpnęła nogę z uścisku i podniosła się szybko. Ręce chakry były już dookoła niej, otaczając ze wszystkich stron. Niczym cztery wielkie ściany zbliżyły się do niej, z zamiarem zgniecenia jej. Naparła na nie rękami i nogami z wyraźnym wysiłkiem na twarzy. Zbliżające się czerwone dłonie zwolniły, aż w końcu kompletnie się zatrzymały. Akane odepchnęła je na boki, prezentując jednocześnie swoją prawdziwą siłę. Ręce cofnęły się, powracając do płaszcza Biju Kouty.

- No proszę - powiedział - odbicie tej techniki wymaga niezłej krzepy. Naprawdę jesteś córką swojego ojca. Jednakże...

Z płaszcza jounina wysunęły się dwa dodatkowe, identyczne ogony. Teraz w pełni uwolniona moc Sanbiego dawała o sobie znać. Ziemia wokół mężczyzny popękała, mimo że nawet nie ruszył się z miejsca. Gołym okiem widać było, że jego moc wzrosła właśnie kilkukrotnie. Nie poprzestał jednak na tym i zaczął łączyć ręce w liczne pieczęcie.

,,Wół, smok, zając, wół, tygrys, wół" - zauważył Daisuke - ,,To będzie technika Uwolnienia Wody. Ale ta czerwona chakra, której używa...Wykorzystuje moc Sanbiego!"

Grunt pod stopami Akane zaczynał cały drżeć. Trzęsło się nie tylko podłoże, nawet kamienie i drzewa zostały wprawione w intensywne wibracje. Coś miało się zaraz wydarzyć i to na wielką skalę. Kaguya przewidziała niebezpieczeństwo i wskoczyła na wielki głaz, chcąc jakoś odgrodzić się od zagrożenia. Niepewnym wzrokiem rozglądała się dookoła, wypatrując nadciągającego ataku. Czujnie obserwowała też Koute, który jak gdyby nigdy nic formował dalej swoje znaki. Kiedy skończył, a ziemia trzęsła się do granic możliwości, spojrzał Akane prosto w oczy.

- Żeby spełnić twoją prośbę, będę musiał nieco dostosować nasze pole bitwy do warunków, które preferuje moja ogoniasta bestia - wyjaśnił, podczas gdy grunt pękał pod jego stopami. Cała arena pokrywała się powoli podobnymi szczelinami - Suiton: Mizoharetsu!

Trzęsienie zaczynało robić się nie do zniesienia. Grunt pękał na drobne kawałki i w każdej chwili mógł zapaść się w sobie. Powstawały w nim coraz większe wyrwy, które dynamicznie łączyły się ze sobą, dewastując podłoże. Kamienie zaczynały zapadać się pod własnym ciężarem i wyglądało na to, że arena długo nie wytrzyma. Skruszona ziemia w końcu ustąpiła, uwalniając w jednej chwili kilkanaście ogromnych gejzerów, które zaczęły w ogromnych ilościach wypluwać wodę na arenę. Grunt załamał się, tonąc pośród tysięcy hektolitrów wody. Raz po raz z ziemi tryskały dziko nowe strumienie wody, porywając ze sobą wszystko, co napotkały. Drzewa w rogach pola walki zniknęły w ułamku sekundy, przykryte falującą zawieruchą. Kouta również został pokryty przez szalejącą powódź, ale nawet nie próbował się przed tym bronić. Akane zaparła się nogami na swojej samotnej skale, starając się nie dać się zmyć nacierającym falom. Arena z każdą chwilą coraz bardziej wypełniała się wodą i jej schronienie mogło w każdej chwili zostać zalane. Jednym susem przeskoczyła na wyższy głaz i rozejrzała się dookoła. Otoczenie powoli się uspokajało. Po ziemistym klepisku nie został nawet ślad. Wokół rozciągała się błękitna głębia, utworzona przez Hoshigakiego. Ciężko było ocenić głębokość tego sztucznego jeziora, ale Akane podejrzewała, że musi być całkiem głębokie. Stała samotnie na kamiennej wyspece utworzonej z kilku największych głazów, których nie pokryła woda. Widownia wstrzymała oddech, oglądając z niedowierzaniem ten druzgocący pokaz umiejętności jounina z Kiri.

- Teraz zaczyna się prawdziwy pojedynek - oznajmił mężczyzna, wynurzając się spod wody - Wkroczyłaś właśnie na moje terytorium.

***

- Czegoś tu nie rozumiem - Akeru podrapał się w głowę - Skąd Kouta wytrzasnął tą wodę? W sensie wiem, że potrafiłby ją sam wytworzyć, ale tego nie zrobił. Ona pochodzi z jakiegoś innego źródła.

Pomimo włączonego Byakugana, Hokage nie potrafił zrozumieć, co zaszło na arenie. Woda pełna była chakry, co uniemożliwiało ocenę sytuacji. Miał za to pewność, że nie pochodziła ona z ciała Kouty. Widział jak jego towarzysz wykonuje technikę i z pewnością wysyłał za jej pomocą chakrę w stronę ziemi. Nie mieszał jej w swoim organizmie tak jak zazwyczaj miał w zwyczaju, tylko z jakiegoś powodu wpuszczał ją do gruntu. Akeru dezaktywował Byakugan, zrezygnowany. Niewyraźna źrenica na jego oku zniknęła, a uwidocznione z wysiłku nerwy ponownie zbladły i zniknęły.

- Pod tą areną płynie podziemna rzeka - wyjaśnił bez emocji Ren - Użył mocy Sanbiego, żeby podłączyć się do niej za pomocą chakry i zalać nią pole bitwy.

- Skąd ty to wiesz? - zdziwił się Uzumaki.

- Zanim wyruszyłem na misję, sprawdziłem to miejsce pod kątem organizacji turnieju. Zabezpieczyłem arenę, zbadałem podłoże i bezpieczeństwo okolicy. Przy okazji odkryłem podziemną rzekę przepływającą pod nami, ale nie przeszkadzała w budowie areny, więc zostawiłem ją w spokoju. Ty też powinieneś to wiedzieć, Akeru.

,,Ty też powinieneś to wiedzieć, Akeru" - powtórzył w myślach sarkastycznie blondyn. Chyba tylko Rena interesowały takie szczegóły. Kiedy w grę wchodziło bezpieczeństwo jego bliskich, potrafił zachowywać się naprawdę irracjonalnie. Chociaż trzeba było przyznać, że w tej sytuacji wykazał się świetnym zmysłem organizacji. Akeru nigdy nie miał do tego specjalnych zdolności ani zamiłowania i cieszył się, że jego przyjaciel bierze na siebie czarną robotę. Właśnie dlatego powstrzymał się przed odcięciem się czarnowłosemu.

,,On ma rację, Akeru" - mruknął z jego wnętrza Kyuubi - ,,Jako Hokage powinieneś był bardziej interesować się tym turniejem".

,,Po czyjej ty jesteś stronie, Kurama?!" - zirytował się - ,,Może zajmij się walką zamiast prawić mi morały."

,,Hmph. Jak tam sobie chcesz. Ale naprawdę nie masz powodu do zazdrości. To ty jesteś Hokage, nie Ren."

,,Nie jestem zazdrosny!"

Kyuubi zaśmiał się gardłowym, zimnym głosem, co znaczyło, że zakończył już temat.

,,Przy okazji, Kouta zaczyna się rozkręcać. Isobu wreszcie użyczył mu swojej chakry."

,,Wiem. Akane może mieć z nim teraz problemy."

,,Problemy?" - zaśmiał się Kyuubi - ,,Dziewczyna walczy dzielnie, ale nie jest na poziomie ogoniastej bestii."

,,Zobaczymy."

Jak na razie jednak wydawało się, że Kurama ma rację. Dzięki swojemu płaszczowi Biju, Kouta mógł swobodnie oddychać pod wodą i przemieszczać się w niej z ogromną prędkością. Był w swoim żywiole, co Akeru dostrzegał nawet bez Byakugana. Zataczał kręgi wokół Akane, niczym rekin przygotowujący się do ataku i raz po raz wyskakiwał, zadając dziewczynie potężne ciosy. Dzięki chakrze Sanbiego jego siła zwiększyła się, a trzy ogony sprawiały, że dziewczyna nie mogła przewidzieć jego ruchów. Kiedy próbowała zablokować rękę mężczyzny, od razu otrzymywała druzgocące uderzenie ogonem. Hoshigaki trafił ją kilka razy w brzuch i głowę, ale wydawało się, że odniosła tylko łagodne obrażenia. Z każdą chwilą jednak jej sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna. Każde uderzenie przybliżało ją do wpadnięcia do wody. Chwiała się i ślizgała na mokrych kamieniach, ale dawała z siebie wszystko, by wybrnąć z ciężkiej sytuacji. Nagle Kouta wyskoczył zza jej pleców i uderzył otwartą dłonią w plecy.

- Sangosho! - wykrzyknął i zniknął w wodzie po drugiej stronie wysepki.

Na początku wydawało się, że nic się nie stało. Szybko jednak Akane poczuła, że nie może ruszać rękami, a potem całym ciałem. Obejrzała się i zobaczyła, że jej ciało oplata ciasno różowy koral, twardy jak skała. Rozrastał się coraz bardziej, blokując jakikolwiek ruch. Akeru nachylił się do przodu, myśląc, że to może rozstrzygnąć tę walkę. Dziewczyna nie dawała jednak za wygraną. Upadła na ziemię ze ściśniętymi do siebie koralem nogami i zaczęła wić się, by skruszyć o coś swoje więzy. Uzumaki zerknął na Kasaia - mężczyzna nie wydawał się specjalnie przejęty całą sytuacją. Siedział spokojnie z założonymi rękami i chłodno analizował przebieg walki.

- Poradzi sobie? - zapytała przestraszona Mei - On ją zaraz wykończy!

- Spokojnie - mruknął łagodnie Kaguya - Szkoliłem ją. Wiem, że jest na to przygotowana.

Białowłosy miał rację. W chwili, kiedy Kouta wyskoczył z wody i znalazł się nad dziewczyną, by zadać decydujący cios, ta napięła mięśnie i rozerwała wiążący ją koral. Niczym sprężyna skoczyła do góry ku zaskoczonemu jak nigdy dotąd przeciwnikowi. Jej cios w podbródek posłał go wysoko w powietrze, a Akeru niemal usłyszał jak pęka szczęka jounina. Z głośnym pluskiem spadł bezwładnie do wody i nie wynurzał się przez długi czas.

- To koniec? - ucieszyła się Mei - Wygrała?

Siedzący obok Ren tylko zmarszczył brwi, co oznaczało, że nie był przekonany co do wyniku starcia.

- Jest jinchuurikim Sanbiego - skrzywił się lekko - Gdyby pokonanie go było takie proste, Pięć Wielkich Nacji nie walczyłoby o jego moc.

Kobieta wyraźnie zmartwiła się przypuszczeniami swojego męża. Spuściła głowę i spoważniała, co było do niej niepodobne. Wyglądało na to, że niepokój o córkę Kasaia nie dawał jej spokoju. Jej zachowanie zupełnie nie pasowało do ojca dziewczyny. Kasai zachowywał się, jakby nic się nie działo. Twierdził, że wyszkolił Akane na tyle, by poradziła sobie z Koutą, ale Akeru miał co do tego wątpliwości. Jej poziom obycia z narzędziami i technikami shinobi faktycznie budził wrażenie, ale czy to wystarczyło, by mogła zostać pogromczynią mocy trzyogoniastej bestii?

- Kasai - zwrócił się do przyjaciela - Czy twoja Akane poznała jakieś transformacje natury chakry?

Białowłosy lekko kiwnął głową.

- Na razie nauczyłem jej swojego Dotonu i Raitonu. Szczerze mówiąc, z tym drugim radzi sobie jeszcze tak sobie.

Doton i słaby Raiton. Gdyby walczyła przeciwko słabemu shinobi, Uzumaki miałby pewność, że spokojnie sobie poradzi. Ale pojedynek z jinchuurikim? Znajomość dwóch natur raczej nie zwiastowała jej zwycięstwa.

- Ren, jak dużą ilością chakry posiada Akane? - zapytał i spojrzał na pogrążonego w myślach kompana.

Czarnowłosy bez słowa przystąpił do sprawdzania tego, o co prosił go Akeru. Jego jasnoniebieskie, zazwyczaj nieobecne oczy nagle skoncentrowały się na arenie. Ren zamknął je na chwilę i niemal natychmiast otworzył. Błękitna tęczówka była teraz głęboko karmazynowego koloru, przypominającego nieco krew. Wokół źrenicy regularnie ułożone widniały trzy czarne łezki. Na sam widok tych oczu Akeru poczuł się nieswojo. Wiedział, że nic mu nie grozi, ale mimo to obawiał się ich. Gdy na nie patrzył, jego umysł cofał się do niemal niepamiętnych już czasów kilkanaście, a może i kilkadziesiąt już lat temu. On i Ren stali naprzeciwko siebie na tafli wody, pod pomnikami Madary Uchiha i Pierwszego Hokage. Wtedy też jego przyjaciel patrzył na niego tym samym krwawym spojrzeniem, gotów wykorzystać jego moc przeciw niemu. Nie mógł go za to winić - w końcu on sam sprowokował tą sytuację. Uzumaki już nigdy nie zapomniał tamtego momentu, jednak pretensje o to mógł mieć tylko do samego siebie.

- Niezbyt dużą - oznajmił bez emocji Uchiha - Jej poziom chakry nie jest niski, ale wysoki z pewnością też nie. Ma jej mniej więcej tyle, co twój syn.

Nie prorokowało to najlepiej. Rezerwy chakry zawsze stanowiły najsłabszy punkt Kinseia. Jego Kekkei Genkai wymagało jej naprawdę sporych nakładów, więc jego syn w trakcie walki szybko opadał z sił. Akane, nie posiadając takich ograniczeń, znajdowała się w dużo lepszej pozycji. Jej Doton czy Raiton z pewnością nie kosztowały jej tak wiele sił. Mimo to nie mógł zapomnieć, że ilość jej chakry jest mocno przeciętna, a to stawiało ją w niefortunnym położeniu wobec posiadającego niemal nieograniczone jej zasoby Kouty.

- Specjalizuje się w taijutsu - wyjaśnił Kaguya - Jej talent do walki wręcz nie przełożył się na zdolności ninjutsu, chociaż muszę przyznać, że radzi sobie z nimi przyzwoicie.

- Chcesz powiedzieć, że poradzi sobie nie używając żadnych jutsu?

Białowłosy pokręcił głową.

- Nie żadnych, ale mogę was zapewnić, że jej taijutsu wystarczy do pokonania Kouty.

,,Huu, ten Kasai naprawdę w nią wierzy" - pomyślał Akeru, lekko się uśmiechając - ,,Ciekawe jak się to ma do rzeczywistości. Czy sprostasz pokładanym w tobie nadziejom, Akane?"

***

Daiowi wydawało się, że Sakuri z nerwów zaraz odgryzie sobie palce. Do tego cały czas zmieniał pozycje, nie mogąc usiedzieć w jednym miejscu. Zachowywał się zupełnie jak przeciwieństwo Sho, który w spokoju obserwował mecz i tylko co jakiś czas wtrącał swoje spostrzeżenia. Usta Hatake natomiast niemal się nie zamykały. Komentował on wszystko, co widział, a to zaczynało już drażnić Daisuke.

- Sakuri, bądź tak dobry i przymknij się na moment - powiedział zmęczonym głosem - Wierz lub nie, ale niektórzy próbują tutaj analizować ten pojedynek.

- Łatwo ci mówić - burknął białowłosy - I tak cię on nie obchodzi.

- Wręcz przeciwnie - zaprzeczył Uchiha - To właśnie od niego zależy nasze zwycięstwo w tym turnieju - dodał z uśmieszkiem - a ja nie mam zamiaru ośmieszyć się przed ojcem!

- Nie wyglądasz, jakbyś specjalnie przejmował się czymkolwiek.

- Ej, przestańcie - wtrącił się Shori - Dai chciał tylko...

Nie dokończył, ponieważ cała trójka usłyszała nagle cichy, jakby dochodzący z głębin dźwięk. ,,Suiton: Sekai Yosumi" - tak brzmiała nazwa techniki, a przynajmniej tak się wydawało Daisuke. Z czterech stron stojącej na wyspie Akane uniosły się monstrualne ściany wody. Bez wątpienia były kontrolowane chakrą, ponieważ nie zapadały się nawet przy tak ogromnej wysokości. Kaguya spojrzała na nie i otworzyła szeroko oczy. Ilości wody, z jakiej stworzone były fale, nie dało się zliczyć. Setki tysięcy hektolitrów wody zaczęły powoli wyginać się nad dziewczyną. W każdej chwili cały ich ciężar mógł się na nią zawalić.

- Co to ma być?! - Sakuri aż oparł się o barierkę.

,,Czy to jest potęga Sanbiego?" - pomyślał osłupiały Dai. Tymczasem Akane nie straciła głowy i w chwili, kiedy zamykały się nad nią fale, Uchiha dostrzegł szybki ruch jej włosów. Więcej nie zdołał zobaczyć, ponieważ gigantyczne ściany wody runęły na nią, wbijając ją pod powierzchnię. Głaz, na którym stała, zniknął kompletnie, przewrócony lub też zmiażdżony przez siłę uderzenia. Miniaturowe jezioro na całej arenie wzburzyło się, a rozpryski wody oblały nawet widownię. Fale ogarniały całą taflę wody, pieniąc się i załamując jedna na drugiej. Daisuke obawiał się najgorszego. Jego nowa towarzyszka była co prawda bardzo wytrzymała, ale żaden człowiek nie przeżyłby uderzenia tyloma tonami wody. Wypatrywał z nadzieją wypływającej na powierzchnię dziewczyny, ale na marne. Widzowie na trybunach ucichli, chyba również mając złe przeczucia co do losu młodej kunoichi.

- Nic jej nie jest...prawda? - zapytał niepewnie Sakuri - Kinsei!

- Co...? - blondyn dopiero teraz oderwał się od zabawy z Kuroshim - Co się dzieje?

Wpatrzył się we wzburzoną toń i podrapał się po brodzie.

- Ej, gdzie jest Akane?

- Właśnie o to mi chodzi - Hatake aż zazgrzytał zębami - Nie wiemy co się z nią stało. Naprawdę nie widziałeś tych wielkich fal, które w nią uderzyły?!

Problem brakującej koleżanki szybko się rozwiązał. W połowie zdania Sakuriego na środku jeziora z tafli wody wychynęła biała, wełniasta konstrukcja. Dryfowała na powierzchni i na pierwszy rzut oka ciężko było stwierdzić, co to właściwie jest. Kształtem przypominała jajo i widocznie składała się z niesamowicie grubej warstwy długich, splecionych ze sobą ciasno włosów. Daiowi widok ten od razu skojarzył się z nasionem unoszącym się na wodzie. Po kolorze kokonu szybko domyślił się, kto się w nim znajduje. Po chwili konsternacji zarówno siedzących na ławkach drużyn, jak i publiczności, łupina zaczęła się powoli rozplatać. Powstawał w niej niewielki otwór, który rozszerzał się po całej długości konstrukcji. Na początku wychynęła z niego chuda ręka odziana w biały rękaw ze złoto-fioletowymi zdobieniami, a zaraz za nią reszta ciała. Akane za pomocą chakry uklękła na powierzchni wody i odetchnęła głośno. Otaczające ją włosy znowu się poruszyły, rozplatając się niczym tysiące węży. Wróciły do dawnej długości, wyprostowały się i w niczym już nie przypominały kokonu, w który przed chwilą zmieniła je dziewczyna.

- Jest! - ucieszył się Hatake.

- Zastanawia mnie tylko - odezwał się Sho - jak udało jej się ochronić włosami. Wiem, że są wzmocnione chakrą, więc mogła przetrwać uderzenie fali, ale nie rozumiem, co utrzymało ją przy życiu pod wodą. Przez tak długi czas powinna była się udusić.

- Musiała w tym swoim kokonie zgromadzić sporo powietrza - podpowiedział Dai.

Shori pokiwał głową, na znak, że zgadza się z bratem. Tymczasem ich koleżanka wstała już z kolan i odetchnęła świeżym powietrzem. Zerknęła z niesmakiem po swoim przemoczonym ubraniu i rozejrzała się po polu bitwy. Stanowiła je teraz jedna wielka tafla wody, mącona tylko coraz mniejszymi falami. Kouty nigdzie nie było widać. Wciąż musiał znajdować się pod powierzchnią, czekając na dogodny moment do ataku.

- Widzę, że nie wyjdziesz tak łatwo - powiedziała Akane i uśmiechnęła się złośliwie. Zaczęła składać ręce w pieczęcie. - No cóż, w takim razie sama cię stamtąd wyciągnę.

,,Zając, szczur, małpa, pies" - wyliczał Daisuke - ,,Zaraz...ja znam te pieczęcie!"

- Sho, to jest...

- Doton: Chidokaku! - zawołał jego brat, co pokryło się z okrzykiem Akane.

Dziewczyna położyła otwarte dłonie na wodzie. Po tafli rozeszły się delikatne drgania, które szybko zaczęły przybierać na sile. Dai dobrze wiedział, co się teraz stanie. Sam często używał tego jutsu, by wytrącić przeciwnika z równowagi. Wyglądało na to, że Akane planuje wykorzystanie go na całkiem sporą skalę. Wnioskując po groźnych wstrząsach, wszystko miało się odbyć w przeciągu następnych kilkunastu sekund. Na wodzie ponownie podniosły się wysokie fale, ponownie widownia wstrzymała oddech. Rozległo się głośne dudnienie, jakby ktoś siłą poruszał całą areną, wyrywając ją z gruntu. Nagle, spod powierzchni wody wychynęła kolosalna kamienna płyta. Wystrzeliła w górę z taką prędkością, że wyrzuciła w powietrze wszystko, co znajdowało się w danej chwili pod powierzchnią. Kolosalne strumienie wody spływały z ziemistej formacji, ukazując popękany, ale stały kamienny blok. Ziemia wciąż była mokra i śliska, ale przynajmniej dzięki niej arena wróciła mniej więcej do swojego pierwotnego wyglądu. Technika Akane nie zdołała pokryć całego pola walki, przez co cała woda spłynęła do otaczających powstała wysepkę koryt. Mimo to większość jeziora została zastąpiona przez stały grunt, co zdecydowanie świadczyło na korzyść dziewczyny. Uniesione przez wynoszone podłoże kamienie zaczynały opadać powoli na ziemię, stukając delikatnie niczym osobliwy grad. Żwir nie był jednak jedyną rzeczą, która znajdowała się w powietrzu. Poturbowany przez uderzenie kamiennej płyty Kouta starał się złapać równowagę, by jakoś bezpiecznie wylądować. Ostatecznie nie udało mu się to i zmuszony został do użycia Rąk chakry, które podparły go i osłabiły uderzenie. Mężczyzna podniósł się, szczerze zaskoczony, wyraźnie zastanwiając się, co zrobić dalej. Jego przeciwniczka uśmiechnęła się lekko, zadowolona z osiągnięcia swojego celu. Jej pewność siebie nie mogła jednak zmylić Daia. Zroszone potem czoło i ciężki oddech mówiły same za siebie - ta technika mocno wyczerpała dziewczynę, wykorzystując dużą część jej rezerw chakry. Daisuke nigdy nie rozumiał, jak ktoś mógł czuć się zmęczony po takim jutsu. Ani on, ani Sho nigdy nie narzekali na brak chakry. Nawet Sakuri nie miał tego problemu. Patrząc po Kinseiu czy Akane, cieszył się, że odziedziczył jej rezerwy po swoich rodzicach.

- No proszę - ożywił się Uzumaki - Kouta stracił swoją przewagę.

- Nie do końca - zaprzeczył Shori - Wciąż pozostało mu źródło wody wokół areny. Ale faktycznie, teraz Akane może czuć się bezpieczniej. Kouta nie wyskoczy jej już spod stóp. Zresztą, przeniesienie walki na ląd to świetny pomysł. Akane będzie mogła wykorzystać jego upośledzone poruszanie się.

Kinsei przekręcił głowę, nie rozumiejąc, o co chodzi koledze. Dai natomiast dobrze wiedział, co Sho miał na myśli. Już na początku walki zauważył, do czego zmierza kunoichi. Jej ruchy były tak skoordynowane, by osiągnąć pewien wyznaczony cel.

- Te senbony, które wbiła w jego nogi na początku pojedynku - wyręczył swojego brata - Tymczasowo uszkodziła nimi nerwy w jego ciele. Nie zauważyłeś, że od tamtego czasu Kouta porusza się dużo wolniej? Potyka się, a jego ruchy są nieskoordynowane.

- Dobrze to sobie wymyśliła - przyznał Sakuri - W wodzie napędzał go jego płaszcz Biju, ale teraz Akane na pewno sobie z nim poradzi!

- Nie przesadzaj - uspokoił przyjaciela Dai - Nie zapominaj, z kim ona walczy. Myślę, że Kouta nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Tymczasem na arenie dwójka walczących gotowała się do kolejnego starcia. Białowłosa kunoichi ustawiła się w pozycji bojowej, zapraszając swoją postawą przeciwnika do walki. Hoshigaki jednak wyraźnie nie spieszył się, by zmniejszyć do niej dystans. Wiedział, co dla niego dobre i wolał opracować najpierw jakąś taktykę. Jego twarz zdradzała intensywne myślenie. Akane czekała na niego spokojnie, ponownie odzyskując dominację w tym pojedynku. Publiczność szeptała między sobą, wymieniając poglądy i komentując ostatnie wydarzenia na polu bitwy. W końcu Kouta uśmiechnął się z politowaniem i spojrzał z szacunkiem na przeciwniczkę.

- Naprawdę nie wierzę, że tak mnie urządziłaś - przyznał i wystawił przed siebie prawą dłoń - To dla mnie trochę upokarzające, mieć takie problemy z dziewczyną.

- Nie myśl, że te słowa w czymś ci pomogą - ostrzegła go Kaguya - Przejrzałam twoją taktykę.

- W istocie, nie spodziewałem się tej techniki Dotonu  - pokiwał głową czarnowłosy - Dlatego teraz sięgnę po moją ostateczną kartę.

Akane dopiero teraz zwróciła uwagę na wyciągniętą dłoń Kouty. Powoli, delikatnie odrywała się od niej skóra, ulatując w powietrze i spalając się w połowie drogi. Pod spodem znajdowała się natomiast karmazynowa, ciemna jak krew chakra.

***

- Jak to jest - pieklił się Akeru - że wszystkie wioski wystawiły swoich jinchuurikich tylko nie my?!

- Nie przejmuj się - odparł z satysfakcją Kojiro i wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu - Jestem pewny, że poradzicie sobie i bez tego.

,,Przyszedł tutaj tylko po to, by sobie z nas zakpić" - zrozumiał Ren. Mizukage już od pewnego czasu stał za nimi, komentując wydarzenia na polu walki. Kiedy zaczął rozwodzić się na temat potęgi Sanbiego, Akeru nie wytrzymał. Ze względu na swoją pozycję nie mógł brać udziału w turnieju, co widocznie mocno go bolało. Jego przyjaciel bezlitośnie wykorzystywał jego słaby punkt i najwyraźniej świetnie się przy tym bawił.

- Ren - warknął Uzumaki, zgrzytając zębami - przypomnij mi jeszcze raz, dlaczego nie ma tutaj Kazuo.

- Sam przydzieliłeś go do zespołu patrolującego okolicę.

- Taaak... - przejechał ręką po twarzy - A ty jako moja prawa ręka powinieneś był wiedzieć lepiej i mi to odradzić.

- Nie potrzebujemy mocy Reibiego - wzruszył ramionami Uchiha - Po prostu mi zaufaj.

- No właśnie, Akeru, zaufaj mu - Kojiro uśmiechnął się jeszcze szerzej - Ren wie, co robi.

Jak na razie faktycznie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Tak jak przewidywał, przyparty do muru Kouta wszedł w tryb miniaturki Biju. Wymieniał teraz ciosy z Akane, atakując coraz bardziej chaotycznie. Do walki wykorzystywał swoje Ręce chakry, wysuwające się z całego ciała. Dziewczyna z zadziwiającą skutecznością rozumiała plan jego ruchów i kontrowała większość ciosów. Udawało jej się nawet rewanżować przeciwnikowi, co w obecnej sytuacji z pewnością nie było łatwe. Hoshigaki przypominał teraz bardziej demona niż człowieka - złożony cały z płynnej, czerwonej chakry, stojący na czterech nogach i z powiewającymi na wietrze trzema grubymi ogonami budził piorunujące wrażenie. Jego niewyrażająca uczuć ,składająca się z białych oczu i pełnej ostrych zębów paszczy twarz dobrze oddawała przemianę, jakiej podległ jinchuuriki. Jego szybkość, zwinność i siła wzrosły do tego stopnia, że mógł równać się nawet z białowłosą kunoichi. Gdy trafiali się nawzajem, wyglądało to tak, jakby były to normalne ciosy, ale Ren wiedział lepiej. W każdym z nich kryła się siła zdolna zabić zwykłego człowieka. Zazwyczaj sama ta siła wystarczała, by sakryfikant ogoniastej bestii mógł pokonać swojego przeciwnika, ale w przypadku Akane było inaczej. Walczyła niczym pełen chłodu i wyrachowania biały demon, nie pozostając dłużną na żaden siniak czy drapnięcie pazurzastą łapą. Cofała się, odskakiwała i wymierzała zabójcze, prezecyzyjne kopnięcia, które potrafiły oszołomić nawet Koutę w jego wersji drugiej płaszcza Sanbiego. Zdecydowanie odziedziczyła wszystkie zalety swojego ojca, a z tego co było widać, w niektórych kwestiach nawet go przerosła.

- Isao - Akeru spojrzał ciężko na przyjaciela - tylko mi nie mów, że ty też wystawiłeś...

Yumarana otworzył jedno oko, widocznie budząc się z głębokiego snu. Wyjął ręce spod głowy i poprawił zsunięty na twarz kapelusz Raikage. Zerknął niewinnie na przyjaciela.

- A i B muszą nabywać doświadczenia - wyjaśnił - Zresztą słyszałem, że reszta wiosek też wystawi swoje bestie, więc zareagowałem.

- My nie wystawiliśmy. To jest Turniej Pięciu Wiosek, do jasnej cholery! - uderzył pięścią w kamienny parapet - Co się stało z duchem współzawodnictwa?!

Ren stracił już zainteresowanie wściekłym przyjacielem. Odwrócił się w drugą stronę, ku swojej żonie. Wydawała się zakłopotana całą sytuacją. Nie znała Akeru na tyle, by wiedzieć, że to u niego normalne. Postanowił odwrócić jej uwagę od kłócących się mężczyzn.

- Kouta poszedł na całość - zagadnął - Ale Akane wydaje się sobie z nim całkiem nieźle radzić.

- Mam nadzieję, że wygra - kobieta trzymała cały czas zaciśnięte kciuki - Należy jej się to zwycięstwo . Poza tym chcę, żeby chłopcy byli szczęśliwi.

- Wiem - Ren kiwnął głową - Jestem pewny, że dadzą radę.

- Tak myślisz? - we wzroku żony zauważył skrywany niepokój - Sam słyszałeś Isao i Kojiro. Jeśli naprawdę...

- Nie przejmuj się tym - przerwał jej Uchiha - Widziałem Daia i Sho w akcji naprawdę wiele razy. Ogoniasta bestia nie wystarczy, żeby ich złamać - uśmiechnął się kącikiem ust - Miej trochę wiary w naszych synów, Mei.

- Masz rację - przyznała kobieta i oparła się o jego ramię. Objął ją ręką i przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, oglądając spokojnie rozgrywający się na arenie pojedynek.

A ten bynajmniej prezentował sobą naprawdę wysoki poziom. Coraz bardziej przytłaczający swoimi Rękami chakry przeciwniczkę Kouta zaczynał coraz wyraźniej dominować. Akane była już zmęczona długą walką i otrzymanymi obrażeniami. Jej ruchy robiły się coraz bardziej powolne i niedbałe, choć wciąż zabójczo silne. Jinchuuriki, wyczuwając zwycięstwo, robił się coraz bardziej śmiały w swoich natarciach. Ciało jego białowłosej przeciwniczki coraz gęściej pokrywało się krwawymi szramami od jego pazurzastych łap. Kouta chyba nie bawił się w ten sposób najlepiej i najwyraźniej postanowił szybko zakończyć tę walkę, by ulżyć jej cierpieniom. Wyskoczył w powietrze i zapikował w dół, by wykończyć kunoichi. Kasai lekko poruszył się na ławce, gdy Akane wyprostowała dłoń, celując w ciało nadciągającego przeciwnika. Skóra na jej palcach pękła, uwalniając pięć białych, owalnych pocisków, które z ogromną prędkością wbiły się w klatkę piersiową przemienionego mężczyzny. Ten wydał z siebie dziwny dźwięk, po czym upadł na ziemię, skulony.

- Teshi Sendan - oznajmiła lodowato.

Białowłosa odetchnęła ciężko i spojrzała na swoją prawą dłoń. Rozerwana na czubkach jej palców skóra już się zasklepiła. Ren widział to już wiele razy. Bez wątpienia Akane była córką swojego ojca.

- Shikotsumyaku - mruknął- Dokładnie tak jak u Kasaia.

- To ta kontrola kości, tak?

Kiwnął głową.

- Nie tylko pozwala na swobodne przesuwanie swoich kości - wyjaśnił - ale też mięśni. Jeśli Akane po to sięgnęła, znaczy, że przestała się wstrzymywać.

- Kouta też nie wygląda na specjalnie ostrożnego - zauważyła Mei.

- Bo nie jest. Obaj dają z siebie wszystko. Ta walka powinna się wkrótce zakończyć.

Tymczasem, trafiony kośćmi Hoshigaki podniósł się z ziemi i rozprostował gwałtownie klatkę piersiową. Białe pociski wyskoczyły z niego, jakby właśnie odbiły się od gumy i potoczyły się po ziemi. Mężczyzna jęknął i ponownie przybrał pozycję czterech łap.

- To naprawdę bolało - poskrażył się - Gdyby nie mój płaszcz Biju, byłbym już martwy!

- Taak...Gdyby nie ten płaszcz Biju... - powtórzyła morderczo Kaguya.

Shinobi z Kiri zauważył, że dziewczyna nie żartuje i złożył ręce. Skoncentrował się i powoli je rozłączył. Pomiędzy nimi pojawiła się różowa, półpłynna masa, która coraz bardziej się powiększała. Kręciła się w miejscu i bulgotała, jakby chciała wyrwać się spomiędzy rąk jounina. Szamotała się i przybierała różne postacie, przypominając żywą plastelinę. Ren widział tą technikę już wiele razy podczas ich treningów. Była to część manipulacji koralem, którą Kouta posiadł dzięki mocy Sanbiego. Wzmocniony chakrą, posiadał niezwykłe właściwości. Uchiha nie wątpił, że jego twardość jest porównywalna z wytrzymałością kości Akane. Pamiętał, jakie formacje Hoshigaki potrafił za jego pomocą tworzyć i wcale mu się to nie podobało. Miał nadzieję, że córka Kasaia opanowała Shikotsumyaku w stopniu wystarczającym, by sprostać temu wyzwaniu. Tymczasem różowa masa w rękach Kouty wybrzuszyła się i uformowała w coś przypominającego gwiazdę. Z każdą sekundą nabierała coraz to nowych kształtów. Ren nie musiał się specjalnie wysilać, by zobaczyć, że jounin tworzy wielkiego koralowego shurikena. Kiedy osiągnął pożądany wygląd, materiał zaczął się szybko zespalać. Szybko przestał przypominać plastelinę i stał się twardy i porowaty jak lita skała o lekko liliowym odcieniu. Kouta chwycił go swoją demoniczną łapą, która powiększyła się, by pomieścić go w dłoni. Zakręcił nim i cisnął przed siebie, celując w przeciwniczkę. Ta była już na to przygotowana. Odgięła się do tyłu, a szybujący shuriken przeleciał tuż nad jej głową, niemal muskając włosy. Jej refleksy faktycznie stały na najwyższym poziomie. Wyglądało na to, że dziewczyna nie ma zamiaru pozostać dłużna przeciwnikowi. Wciąż wirujący za nią pocisk wbił się w ścianę niczym nóż w masło i w tej samej chwili Akane wyjęła swoje ramię z  luźnej koszuli. Skóra na nim pękła, a mięśnie się rozstąpiły, ukazując gołą kość. Ta powoli, lekko wysunęła się w górę, jakby pchana przez niewidoczną siłę. Kaguya chwyciła ją w dłoń i szarpnięciem całkowicie wyrwała ze swojego ciała, pokazując, że w rzeczywistości nie jest to zwykła kość. Swoim kształtem przypominała miecz i wyglądało na to, że kunoichi będzie go używała właśnie w ten sposób. Schowała swoje ramię z powrotem do koszulki, po czym wystawiła przed siebie rękę. Kilkakrotnie ugięła palce, zapraszając Koutę do spróbowania swoich sił. Ten, z prędkością swojego płaszcza Biju natychmiast znalazł się przy niej. Pazurzastą łapą zadał druzgocący cios, ale ku jego zdziwieniu nie doszedł on celu. Akane zablokowała go klingą swojego kościstego miecza, aż posypały się iskry. Hoshigaki próbował ją przesiłować, ale nie dał rady.

- Tsubaki no Mai - szepnęła lodowato.

Błyskawicznie machnęła ostrzem, niemal ścinając głowę przeciwnika. Ten zdążył w ostatniej chwili uskoczyć i zaczął się wycofywać. Z niespodziewaną agresją dziewczyna ruszyła na niego, wściekle, precyzyjnie wymachując bronią na wszystkie strony. Jej technika walki była naprawdę imponująca. Ren rozpoznawał w jej ruchach silny wpływ treningów ANBU. Mimo to, doświadczenie i spryt z jakim zadawała ciosy stawiał ją o dwa poziomy wyżej od jakiegokolwiek pospolitego szermierza. Kouta został przez nią kilka razy dźgnięty, ale obrażenia zostały w większości zniwelowane przez jego plastyczny tryb wersji drugiej. Poza tym za bardzo skoncentrował się na unikaniu klingi Akane i został przez nią uderzony prosto w twarz wolną ręką. Potoczył się do tyłu, hamując ogonami. Ledwo się zatrzymał i od razu przyłożył do ziemi ręce.

- Sangotou!

Grunt pod stopami Akane niespodziewanie popękał. Dziewczyna instynktowanie wyskoczyła w górę i ledwo uniknęła ogromnego szpikulca wytrzeliwującego z ziemi, celującego swoim końcem prosto w jej brzuch. Otarł się o jej bok, ale nie zrobił jej większej krzywdy oprócz sprawienia, że wypuściła z ręki swój miecz. Ten spadł do okalającej arenę wody, ale kunoichi nie wyglądała na specjalnie przejętą. Kolec zrobiony był cały z różowego koralu Sanbiego i twardy niczym lita skała. Wyrósł na wielką wysokość, którą Ren ocenił na kilkanaście metrów. Publiczność szalała, widząc zaciętą walkę pomiędzy dwoma shinobi, natomiast Akane nie traciła czasu. Wykorzystała nowo powstałą konstrukcję jako naturalną przewagę i wspięła się na nią, biegnąc pionowo po jej pniu. Stanęła na szczycie szpikulca i oznajmiła z namaszczeniem:

- Tessenka no Mai: Tsuru!

Sięgnęła do swojej szyi i za coś złapała. Ren nie widział dokładnie, co Akane teraz robi, ale znał tą technikę z widzenia. Była jedną z dzikich kart Kasaia, który używał jej tylko kiedy brał przeciwnika naprawdę na poważnie. Zastanawiał się, czy jego przyjaciel wpoił tą zasadę też i swojej córce. Białowłosa pociągnęła za coś mocno i wyciągnęła zza swoich pleców długi, biało-czarny bicz z ostrymi kostnymi wyrostkami.

- Co to jest? - Mei zrobiła wielkie oczy. - Jakaś broń?

- To jej kręgosłup - wyjaśnił spokojnie Ren.

- Żartujesz?! - kobieta skrzywiła się - Ale jak...

- Nie przejmuj się. Akane pochodzi z klanu Kaguya. Wycięgnięcie swojego kręgosłupa jest dla niej tak samo naturalne jak dla mnie włączenie Sharingana czy używanie Uwolnienia Plazmy. Jej szkielet kostny odrasta w czasie rzeczywistym.

- Skoro tak mówisz...

Mimo wszystko żona Rena patrzyła na arenę z niesmakiem. Nie lubiła bezsensownej przemocy i w zasadzie zjawiła się na Turnieju Pięciu Wiosek tylko ze względu na swoich synów. Makabryczna technika córki Kasaia musiała z pewnością budzić w niej niesmak. Tymczasem sama kunoichi machnęła swoją bronią i skierowała ją w kierunku przeciwnika. Bicz z wprawą owinął się wokół niego, wiążąc ręce i uniemożliwiając ruchy kostnymi kolcami. Ren przysiągłby, że w tamtej chwili zobaczył na zazwyczaj nieruchomej twarzy Kaguyi lekki uśmiech.

- Co to jest? - zdziwił się Kouta - Czy ty...? - nie dokończył, ponieważ potężna siła oderwała go od ziemi i pociągnęła do przodu.

Kunoichi machnęła ręką, wyrzucając obwiązanego kręgosłupem mężczyznę wysoko w powietrze, ponad własną głowę. Z krzykiem poszybował w górę, wirując niczym jojo na nitce. Wszystko obliczone było tak, by zaczął spadać tuż nad głową Akane. Po raz kolejny jej cel okazał się niezawodny.

- Hana!

Jej dłoń przebiła lekko zawinięta kość, która szybko zaczęła rozrastać się wokół całej ręki. Przebijała skórę coraz dalej i skręcała się w coś w rodzaju wielkiego świdra. Wkrótce przedramię Akane w ogóle przestało być widoczne. Zniknęło w jednej wielkiej konstrukcji powykręcanych kości. Cały proces przypominał bardzo dojrzewanie kwiatu, rozwijającego się z pączka aż do pełnego rozkwitu. Technika musiała być dość ciężka, bo wielkością dorównywała swojej użytkowniczce. Mimo to Akane machnęła nią z niespodziewaną lekkością, unosząc ją w górę, w kierunku spadającego Kouty. Wzięła potężny zamach, wyraźnie planując przebić nią przeciwnika. Widownia ryknęła, widząc popisy białowłosej kunoichi, a ona sama zebrała się w sobie i z całej siły pchnęła swój świder do przodu. Przez chwilę wydawało się, że rozerwie nim swoją oszołomioną ofiarę, ale nic bardziej mylnego. Po zetknięciu ze swoim celem, technika popękała i rozpadła się na setki kościanych odłamków, które zasypały arenę. Czując niespodziewany opór, Akane straciła równowagę, wypuściła z ręki swoj bicz i spadła na ziemię, uderzając o nią plecami. Normalny człowiek po takim zderzeniu połamałby sobie kręgosłup, ale ona tylko potrząsnęła głową i otworzyła oczy. Uderzony od dołu Kouta poleciał z podobną prędkością, tylko że w górę. Nagle wokół jego pleców pojawiły się podejrzane znaki bardzo przypominające pieczęcie. Szybko pojawiły się nad całą areną, tworząc coś w rodzaju kopuły. Mężczyzna wpadł na nie, a one wygięły się niczym wielka lewitująca trampolina i zatrzymały jego lot. Następnie odkształciły się ponownie, ciskając nim o ziemię. Po krótkim spadku uderzył na wystający kamień i przez dłuższą chwilę się nie poruszał. Jego uderzenie wywołało potężną warstwę unoszącego się kurzu, który tymczasowo zasłonił widok publiczności na całe zderzenie.

- Co to było?! - wykrzyknął Akeru, zapominając o swojej kłótni - Widziałeś to?!

W całej loży Kage nastąpiło mocne poruszenie. Do tej pory przywódcy wiosek oglądali ten pojedynek w spokoju, ale ostatnia wymiana technik zdecydowanie ich rozbudziła.

- No właśnie - Mei wyglądała na nieźle wstrząśniętą - Co się przed chwilą stało?

,,Wszystko zgodnie z planem" - pomyślał z satysfakcją Ren. ,,Wytrzymało."

- O tym ci właśnie mówiłem, Akeru - wyjaśnił spokojnie - Zanim zaczął się turniej, zabezpieczyłem ten teren. Byłem niemal pewny, że wioski wystawią do walki swoich jinchuurikich, więc musiałem przygotować na to stadion. Poprosiłem Shiraia, by pomógł mi zabezpieczyć arenę barierą. Dzięki pieczęciom klanu Uzumaki udało nam się zapewnić jej odpowiednią wytrzymałość.

- To znaczy? - zapytał podejrzliwie blondyn.

- To znaczy na tyle dużą, by, jeśli zaszłaby taka potrzeba, potrafiła oprzeć się Bijudamie.

- Zrobiłeś to... - nie wierzył Akeru - bo przewidziałeś...taką sytuację?

Ren kiwnął głową i skrzyżował ręce na piersi, nawet nie odwracając się w stronę oszołomionego przyjaciela. Mei również patrzyła na niego z podziwem, wpatrując się w jego stoicko spokojną, skoncentrowaną na przerzedzającym się kurzu twarz.

- W takim razie...dobra robota! - Akeru poklepał go po ramieniu, co Uchiha przyjął niespecjalnie radośnie. Bardzo nie lubił, gdy ktoś go szturchał czy popychał, ale w tym wypadku postanowił zrobić wyjątek.

- Zapomnij o tym. To, co się teraz liczy to pojedynek.

Akeru zerknął na stojącego przy ścianie, ubranego w maskę ANBU Shiraia i cała trójka wpatrzyła się w zasnute szarą zasłoną pole bitwy. Z każdą sekundą coraz lepiej dało się odróżnić od siebie poszczególne sylwetki. Wyglądało na to, że zarówno Akane, jak i Kouta wciąż stoją. Dziewczyna nie miała już w ręce swojego bicza, który prawdopodobnie podzielił los miecza. Na piersi i plecach Hoshigakiego znajdowała się natomiast gruba warstwa kości, przypominająca skorupę. W okolicach klatki piersiowej ziała w niej spora dziura, która powoli się zasklepiała. Dwójka walczących ciężko dyszała, ale żaden z nich nie chciał się poddać. W zimnych oczach Akane gołym okiem można było dostrzeć upór i determinację, natomiast bojowa pozycja Kouty zdradzała, że jeszcze nie powiedział swojego ostatniego słowa.

- Muszę ci to przyznać - powiedział, masując ramię swoją pazurzastą, karmazynową łapą - jak na dziewczynę jesteś niesamowicie silna. Jeszcze nigdy nie walczyłem z kimś, kto potrafiłby dorównać mojemu trybowi miniaturki Biju.

- Ty też nie jesteś wcale taki zły - przyznała Akane, patrząc w bok - Ale mylisz się co do jednej rzeczy. Ja nie tylko dorównuję twojemu trybowi wersji drugiej...ja go przewyższam.

Na demonicznej twarzy Kouty pojawił się pobłażliwy uśmieszek. Córka Kasaia wyglądała na bardzo pewną siebie. Biorąc pod uwagę jej zmęczenie nie powinna być taka spokojna, chyba że planowała wkrótce zakończyć tą walkę. Ren miał nadzieję, że dziewczyna ma podstawy, by poprzeć swoją pychę. Kouta co prawda nie należał do ludzi, którzy dawali łatwo wyprowadzić się z równowagi, zwłaszcza w taki sposób, ale buta Akane mogła pokrzyżować jej plany w najmniej spodziewanym momencie.

- Przekonajmy się - oznajmił Hoshigaki i spojrzał na swój w całości zregenerowany pancerz - Nadchodzę, Akane!

Zwinął się w kulę, pokrywając się w całości swoją skorupą. Niczym pancernik potoczył się do przodu na ogromnej prędkości i zaczął okrążać swoją przeciwniczkę. Ta wodziła za nim wzrokiem, oczekując ataku. Nic jednak nie wskazywało na to, by miał nastąpić w najbliższej chwili. Jinchuuriki rozpędzał się coraz bardziej i nawet pomimo swojego refleksu, coraz trudniej było nadążać nad pędzącą kulą. Przed swoimi oczami musiała widzieć tylko mrugnięcia mijającego ją Kouty. Shinobi coraz bardziej zbliżał się do krawędzi ścian okrągłej areny, widocznie coś planując.

- Co to za dziwne kości? - zapytała Mei - Ten jego pancerz. Podobno tylko Akane ma tą zdolność...Shikotsumyaku czy jakoś tak?

Zanim Ren zdążył odpowiedzieć, wyręczył go Akeru:

- To umiejętność każdego jinchuuriki. W wersji drugiej płaszcza Biju potrafimy materializować szkielet naszej bestii.

Kobieta kiwnęła głową.

- Zwinięty jest jeszcze szybszy niż wcześniej - zauważyła - Myślicie, że to nie za wiele dla Akane?

- Nie - wtrącił się Kasai - Zatrzyma go.

- Skąd ta pewność? - Akeru zmarszczył brwi.

- Po prostu to wiem. Trenowałem ją.

Po pewnym czasie okrążania areny Kouta nabrał takiej prędkości, że wjechał na ścianę ją okalającą i poruszał się po niej dzięki sile odśrodkowej. Wirował tuż pod nosami uradowanych, ale nieco przestraszonych widzów. Jego pokryta ostrymi wyrostkami skorupa zostawiała na kamiennym murze wyraźne rysy. Z całą pewnością uderzenie jounina w takiej postaci mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Akane nie wyglądała na specjalnie przejętą. Podwinęła ozdobione na złoto-fioletowo rękawy i czekała aż przeciwnik zdecyduje się zaatakować. W powietrzu czuć było ogromne napięcie. Wszyscy wiedzieli, że ten pojedynek zakończy się po najbliższej wymianie ciosów. Kouta zaczynał nabierać takiej prędkości obrotów, że brzmiał jak piła tarczowa. Chrobotliwy odgłos słychać było na całej arenie. Tylko białowłosa kunoichi zdawała się go kompletnie ignorować, stojąc dokładnie po środku areny i powoli oddychając, odzyskując siły. Jej zakasane rękawy oznaczały, że sama szykuje coś szczególnego. Oczekiwanie robiło się nieznośne. Ani jedna, ani druga strona zdawała się nie palić do zadania ostatecznego ciosu, chyba przeczuwając niepewny wynik takiego starcia.

- Nieważne jaki będzie wynik tego starcia - stwierdził zapatrzony na pole bitwy Akeru - To była naprawdę wspaniała walka.

- Dokładnie - odparł stojący za nim Kojiro - Akane świetnie walczyła, ale Kouta po prostu okazał się lepszy.

Kasai rzucił mu zniesmaczone spojrzenie, ale nic nie powiedział. Był zbyt skupiony na swojej córce. Ren po raz pierwszy w czasie tego pojedynku zobaczył na jego twarzy jakieś głębsze emocje. Jego przyjaciel mógł na co dzień ukrywać swoje emocje, ale widocznie końcówka pojedynku Akane była dla niego zbyt wielkim wyzwaniem.

- Spróbuj to zatrzymać, Akane! - wykrzyknął podekscytowany Kouta i zjechał ze ściany, pędząc prosto na dziewczynę.

Prędkość, z jaką wirował, pozwoliła mu w mgnieniu oka zmniejszyć swoją odległość do celu. Zanim jednak zdążył uderzyć w kunoichi, ta przyłożyła do ziemi ręce i oznajmiła:

- Doton: Doryuheki!

Grunt poruszył się i zaczął się wypiętrzać. Po chwili pomiędzy Kaguyą, a nadciągającym jinchuurikim stanęła gruba na niemal metr kamienna ściana. Była gładka i mocno zbita, co świadczyło o jej wytrzymałości. Wysoka na ponad dwa metry, całkowicie zasłaniała filigranową dziewczynę. Pędzący jinchuuriki nie wydawał się specjalnie przejęty przeszkodą i nie zwolnił, a wręcz przyspieszył swoje natarcie.

- Prosta technika Dotonu? - skrzywił się Akeru - Przecież to go nie zatrzyma!

Mei, zestresowana, złapała Rena za rękaw. On sam jednak nie podzielał jej podekscytowania. Wprawnym okiem zauważył, co Akane przed chwilą zrobiła. Tymczasem Kouta wybił się lekko w powietrze i staranował całym sobą kamienny mur. Rozbił go jakby był zrobiony z papieru i skierował się przed siebie, przekonany, że zaraz dosięgnie swojego celu. Nic bardziej mylnego - wokół kuli nagle owinęły się czerwone, sprężyste nici, które pokryły ją gęstą siecią. Wiły się i rozciągały, dostosowując się do wirującej kuli. Starały się spowolnić obroty jounina i udawało im się to zadziwiająco dobrze. Tarcie sprawiało, że zaczynały się lekko dymić, ale ich rozciągliwość i wytrzymałość dobrze radziły sobie z rozpędzonym przeciwnikiem. Po chwili zawieszenia w powietrzu i wściekłego obracania się, Kouta zaczął spowalniać. Powoli zatrzymał się i otworzył swoją skorupę. W tej samej chwili czerwone pnącza owinęły się wokół jego nadgarstków i kostek, kompletnie go unieruchamiając. Ścisnęły ze sobą też jego ogony, by nie stanowiły przeszkody. Hoshigaki zawisł w powietrzu, złapany w pułapkę. Rozglądał się dookoła, szukając źródła tego nieplanowanego utrapienia. Wtedy właśnie zobaczył Akane, wpatrującą się w niego swoim lodowatym spojrzeniem z wyciągniętymi przed siebie rękami. Skóra na jej przedramionach i dłoniach była poprzebijana w kilkudziesięciu miejscach. Jej mięśnie opuściły wnętrze jej ciała i rozciągnęły się, oplatając Koutę. To właśnie one zatrzymały jego szarżę. Jounin napiął się, chcąc się uwolnić, ale nie zdołał przerwać uścisku elastycznych więzów.

- Więc możesz też manipulować mięśniami...? - zapytał i urwał, widząc, że jedno z włókiem powoli zbliża się do jego szyi.

Akane nie odpowiedziała. Jedno z pnączy owinęło się wokół gardła zdesperowanego przeciwnika. Zaczęło się zaciskać, powodując u niego wyraźny dyskomfort. Mężczyzna zakasłał, chwytając rozpaczliwie powietrze.

- Nie chciałem tego...kuh...robić! Ale nie dajesz mi wyboru! - wycharczał.

Z jego brzucha wysunęła się nagle czerwona jak krew Ręka chakry. W mgnieniu oka, zanim Akane zdążyła zareagować, powiększyła się i jednym potężnym machnięciem wbiła ją w ziemię. Uderzenie było tak mocne, że poderwało w powietrze masę kamieni i pokruszyło grunt. Podniosła się niewielka chmura kurzu, która na chwilę przesłoniła ciało dziewczyny. Kouta, wciąż oplątany mięśniami upadł na ziemię i szybko porozcinał je tą samą pazurzastą łapą. Zerknął na leżące pośród pyłu ciało kunoichi. Nie poruszała się, a jej oczy były zamknięte. Wyglądała na kompletnie bezwładną i nie pozostawało wątpliwości, że jest nieprzytomna. Czerwona sylwetka Kouty zafalowała i poruszyła się. Czerwona chakra niczym płaszcz zaczęła się z niego powoli zsuwać, ukazując pod spodem zmęczone, ale ludzkie oblicze niepozornie wyglądającego, czarnowłosego shinobi. Powoli jounin wracał do normalności. Kiedy już chakra Sanbiego zniknęła, odetchnął z ulgą i podszedł do ciała Akane, chcąc sprawdzić, czy nie ucierpiała zbyt poważnie. Wtedy właśnie rozległo się pufnięcie i dziewczyna zniknęła w obłoczku białego dymu.

Stało się dokładnie to, co Ren przewidywał. Kouta cofnął się i jednocześnie usłyszał za sobą jakiś ruch. Nie widział tego, co siedzący na trybunach Uchiha. Białowłosa wychynęła spod ziemi i stanęła za nim, przystawiając do gardła kunaia. Czując na szyi zimną stal, Hoshigaki zamknął oczy i uśmiechnął się pobłażliwie. Jego twarz wyrażała absolutne zdziwienie, które po chwili przeszło w podziw.

- Kasai, ty draniu - mruknął, unosząc w górę ręce - Wyhodowałeś sobie prawdziwą maszynę do zabijania.

***

- Zwyciężczynią pierwszego pojedynku jest Akane Kaguya z drużyny Konohy! - ryknął wzmocnionym chakrą głosem sędzia.

Sakuri wystrzelił jak z procy. Podskoczył w górę, machając tryumfalnie rękami i wydał z siebie bliżej nieokreślony okrzyk. Tenrou aż odskoczył, patrząc na swojego podekscytowanego właściciela. Dai tylko pokręcił głową, jakby nie wierząc, że ich koleżanka miała tyle problemów z prostym przeciwnikiem. Uśmiechnął się jednak, wyraźnie zadowolony ze zdobytego punktu. Sho sam nie wiedział, co o tym myśleć. Oczywiście cieszył się, że dziewczyna odniosła sukces, ale obrażenia, których doznała w tym pojedynku, były znaczne. Zastanawiał się, czy da radę brać udział w reszcie zawodów.

- Kinsei - odwrócił się do przyjaciela - Mógłbyś...?

Blondyn dopiero teraz podniósł głowę i spojrzał na arenę. Sho brutalnie wyrwał go z jego świata.

- Ooo - zdziwił się Uzumaki - Wygrała!

- Tak - kiwnął głową Uchiha - Ale nieźle jej się dostało. Dasz radę wyleczyć ją na czas, żeby mogła dalej walczyć?

Kinsei machnął ręką.

- Jasne, dajcie mi tylko chwilę, żeby ocenić jej obrażenia.

- Przygotuj się, już tu idzie.

Faktycznie, odprowadzana oklaskami i wiwatami publiczności Kaguya kroczyła powolnym krokiem po kamiennej arenie w stronę wyjścia. Przeskoczyła utworzoną w czasie walki wodną fosę i weszła do tunelu prowadzącego do szatni. Sho był pewien, że lada chwila znajdzie się w ich loży.

- Była świetna! - ekscytował się Sakuri - Widzieliście to na końcu? Kouta zlapał się na zwykłego Kage Bunshina!

- Taak... - powiedział Dai, nie podzielając jego entuzjazmu - Nieźle jej poszło, ale nie przesadzajmy...Córka dowódcy ANBU nie powinna musieć uciekać się do takich tanich sztuczek.

Hatake łypnął na niego rozdrażnionym spojrzeniem. Sho wyczuł w powietrzu kłótnię i natychmiast przygotował się do interwencji na korzyść swojego brata.

- Tanich sztuczek? - warknął Sakuri - Nie każdy musi mieć tyle chakry, co ty i Sho. Nie każdy potrafi pstryknięciem palcami zmienić pustynię w las!

- Faktycznie, może coś w tym jest - Daisuke przeczesał ręką swoje bujne czarne włosy i uśmiechnął się złośliwe - Nie każdy może być mną.

- To, co Dai próbuje powiedzieć - wtrącił się Sho - To to, że Akane dała z siebie wszystko, ale i tak było blisko. Musimy się nią teraz dobrze zająć, bo to zaledwie początek turnieju.

Rozmowa urwała się wraz z wejściem ich koleżanki do loży drużyny. W mgnieniu oka zdążyła się już przebrać w identyczny strój co wcześniej, tyle że niepotargany i suchy. Dopiero z bliska Sho zobaczył rozmiar jej obrażeń - jej twarz pokrywały liczne siniaki, a na prawym policzku i nad lewym okiem wciąż krwawiły paskudne zadrapania. Dłonie dziewczyny były całe czerwone i zdradzały mocne oparzenia. Akane próbowała iść w ich stronę jakby nigdy nic się nie stało, ale lekko utykała na lewą nogę. Jej upór był godzien podziwu, ale powinna była wiedzieć, że przed nimi nie musi udawać. Sho gołym okiem widział, jak bardzo walka dała jej się we znaki, a Kinsei nie ocenił nawet jeszcze obrażeń wewnętrznych. Mimo wszystko po wszystkich ciosach, które przyjęła na siebie Kaguya, prezentowała się zadziwiająco dobrze. Shori nie wyobrażał sobie w ogóle, jak ktoś mógł przetrwać taką bijatykę i przyjąć na siebie tyle ciosów. Akane była chyba jedyną osobą, którą znał, która była w stanie wymieniać ciosy z ogoniastą bestią.

,,No, jeszcze Siódmy i tata" - przypomniał sobie - ,,Ale oni się nie liczą"

Sęk w tym, że nie był pewny, czy jego koleżance opłacało się tak ryzykować. Zawody dopiero się rozpoczęły, a ona już zdążyła postawić wszystko na szali. Podziwiał jej zawziętość i wolę walki, ale czy nie lepiej było się trochę oszczędzać i oddać ten jeden punkt przeciwnikom? Musiał zaufać jej rozsądkowi.

- Byłaś świetna! - wykrzyknął Sakuri i zerwał się z miejsca. Tenrou również poderwał się, wyczuwając ekscytację swojego pana.

Hatake podbiegł do swojej koleżanki i wystawił rękę, by przybić jej nieformalnego żółwika. Ta skrzywiła się z niesmakiem, spojrzała na niego z politowaniem i wyglądało na to, że jego pochwała nic dla niej nie znaczy. W końcu jednak lekko westchnęła i, patrząc w bok, powoli uniosła dłoń i odwzajemniła gest chłopaka. Sho pomyślał, że to krok w dobrą stronę w kwestii jej zjednoczenia z drużyną. Od czasu ich pierwszej misji z Kinseiem chłopak stał się niemal stałym członkiem zespołu. Jego własni koledzy wciąż pozostawali chuuninami i formalnie nie przynależał teraz do żadnej grupy. Uchiha podejrzewał, że wkrótce zostanie na stałe mianowany członkiem Drużyny Piątej i, szczerze mówiąc, mocno na to liczył. Pomimo osobliwości Uzumakiego i jego nieporadności zawsze można było na nim polegać. Przy bliższym poznaniu dało się przywyczaić do jego dziwactw i artystycznej mentalności. Zastanawiał się, czy Akane również podzieli jego los. Jeśli miała dołączyć do ich zespołu na stałe, powinna już teraz się do niego przyzwyczajać.

- Dziękuję - burknęła, niepewna jak się teraz zachować. Chyba sama nie spodziewała się takiego obrotu spraw.

- No, byłaś niezła, ale…

- Dai! - syknął Shori, uciszając brata.

Jego bliźniak najwyraźniej miał problem z zaakceptowaniem nowej koleżanki. Nie dziwił się temu, bo zbyt dobrze go znał. Daisuke był tradycjonalistą i jakakolwiek zmiana mocno go irytowała. W połączeniu z jego ciętym językiem nie ułatwiało mu to zjednywania sobie przyjaciół. Właśnie dlatego potrzebował kogoś takiego jak on - osoby, która potrafiłaby powstrzymać jego gorącą głowę. On i Dai idealnie się dopełniali - jego brat nigdy nie miał problemów z nawiązywaniem kontaktu, a Sho potrafił wyważyć jego osobowość, by nie zrobił jakiejś głupoty. Przeniósł wzrok na lożę Kage, obok której wyświetlana na wielkim ekranie była tabela zawodów. Zasilana wielkimi bateriami pod spodem, zawierała w sobie znaki każdej z wiosek z wypisanymi ich pulami punktowymi. W tej chwili oczywiście prowadziła Konoha, jako jedyna mając jeden punkt. Gdy opadła wrzawa po zwycięstwie Akane, sędzia ogłosił, że następna runda będzie należała do fazy wyzwania. Nie podał oczywiście na czym będzie ono polegało, ale oznajmił, że odbędzie się ono poza stadionem. Każda z drużyn miała wytypować swojego zawodnika i wysłać go w wyznaczone miejsce poza stadion.

- Przecież dopiero co tu weszliśmy - zdziwił się Sakuri - Wyczuwam słaby zmysł organizacyjny.

- Nic nie poradzisz - wzruszył ramionami Kinsei, po czym zwrócił się do opatrywanej przez niego Akane - Te siniaki i zadrapania zaraz wyleczę Yotonem i za parę minut nie będzie po nich śladu. Nogę też da się szybko nareperować. To, co mnie martwi, to twoje dłonie. Naprawdę mocno je sobie poparzyłaś. Dziwię się, że mogłaś nimi uderzać i formować pieczęcie. Doprowadziłaś je do naprawdę kiepskiego stanu. Oczywiście da się je wyleczyć, ale na razie będziesz musiała się oszczędzać. Dzięki mojej technice za parę dni po oparzeniach nie zostanie nawet ślad, ale na razie z pewnością ból nie ustąpi.

- Dam radę - zapewniła go dziewczyna, nie przejmując się widocznie dyskomfortem płynącym z oparzeń,

Sho przez chwilę patrzył jak Kinsei z wprawą eksperta wykorzystuje swoje skomplikowane techniki Uwolnienia Yang do poprawienia kondycji ich koleżanki. Faktycznie, dziewczyna zdrowiała w oczach. Siniaki na jej twarzy bladły tak szybko, że nie dało się tego nie zauważyć. Zadrapania zamykały się i zasklepiały z równą łatwością, co zlepiany klejem materiał. Na twarzy kunoichi widać było wyraźną ulgę, której nawet ona nie potrafiła ukryć. Jej delikatne oblicze z każdą chwilą nbierało kolorów, porzucając swój blady odcień.

- Dziwne - Uzumaki podrapadł się w brodę, jak to miał w zwyczaju, gdy coś go trapiło - Nie wyczuwam żadnych obrażeń wewnętrznych. Ale...to niemożliwe. Obrywałaś tak mocno, że nawet stal by nie wytrzymała.

- Co cię tak dziwi, Kinsei? - odezwał się Dai - Przecież znasz jej zdolności. Lepiej zastanówmy się nad tym, kogo wyślemy do następnego wyzania.

- A co, chciałbyś kogoś zasugerować, dowódco? - zapytała sarkastycznie opatrywana Akane. Kinsei właśnie zaczynał owiązywać jej ręce bandażami.

Ku uciesze Sho, Dai zignorował tą uwagę.

- Widziałem rozpiskę walk. Każda drużyna będzie musiała stoczyć jeden pojedynek dwa na dwa. Wiecie, co to oznacza i kto nadaje się do niego najlepiej. Do tego czasu wolałbym oszczędzać siły moje i Shoriego. Akane, co oczywiste, nie nadaje się teraz do wystąpienia. Nie prostestuj! - skarcił już otwierającą usta dziewczynę - Dobrze wiemy, że tak jest. Co do Kinseia, to jest nie tylko członkiem drużyny, ale też naszym medykiem. Jeśli czegoś się nauczyłem słuchając w Akademii na temat rządów Piątej Hokage, to jej trzech zasad dotyczących medycznych shinobi. Nie możemy pozwolić, żeby stała mu się krzywda.

- Nic mi nie będzie - wtrącił mimochodem Uzumaki.

- To nie to, że ci nie wierzę, Kinsei - zaznaczył Dai - Po prostu nie możemy podejmować takiego ryzyka, jeśli nie jest ono absolutnie konieczne.

- W takim razie co proponujesz?

Wzrok Daisuke powoli spoczął na obserwującym rozmarzonym wzrokiem Akane Sakurim.

***

Akeru miał wrażenie, że Kojiro zaraz zje swój kapelusz Mizukage. Kiedy zobaczył oszukanego w prosty sposób Koute, zrobił zdziwną minę, jakby właśnie połknął ogromny kamień i nie odezwał się więcej. Bez słowa wrócił na swoje miejsce i bez wyrazu zapatrzył się w przestrzeń, co pewien czas łypiąc groźnie na swoje nakrycie głowy. Uzumakiego kusiło, by podejść do niego i trochę nad nim potryumfować w odwecie za jego przechwałki, ale uznał, że wtedy zniżyłby się do jego poziomu. Miał zresztą ważniejsze sprawy na głowie. Zwycięstwo Akane wzbudziło ekscytację wśród wszystkich w loży Hokage, ale szczególnie cieszył się on i jego sojusznicy. Kasai nawet wykrzywił swoją twarz w czymś przypominającym uśmiech. Co prawda wyszło mu to dość pokracznie, ale z pewnością włożył w to całą swoją wolę. Mei wyrzuciła dłonie w górę i objęła swojego męża dwoma rękami, głośno ciesząc się ze zwycięstwa. Sam Ren czuł się nieco skrępowany i, ze spuszczonym wzrokiem, nie pokazywał po sobie żadnych emocji. Taka postawa mogła zmylić większość otaczających go ludzi, ale nie Akeru. Ta opuszczona głowa z zamkniętymi oczami miała zamaskować jego pełen satysfakcji wyraz twarzy.

- No, Kasai - uśmiechnął się blondyn - Nieźle wychowałeś tą swoją córkę.

- Wiem - kiwnął głową - Ale to, co pokazała, to jeszcze nie wszystko, co potrafi.

- W takim wypadku dobrze zrobiłem, że zaufałem Renowi w doborze drużyny na turniej.

Uchiha zignorował jego pochwałę. Zachowywał się dość podejrzanie. Siedział schylony z dłońmi złożonymi w piramidkę i intensywnie coś analizował. Akeru wierzył mu na tyle, że postanowił nie ingerować. Jeśli wystąpiłby jakiś problem, z pewnością by go o tym poinformował.

- Wiesz co - Isao przeciągnął się na swojej ławce - zastanawiam się, dlaczego Kouta nie używał Bijudamy ani pełnej przemiany w bestię. Akane świetnie się spisała, ale mam wrażenie, że coś mi tutaj umyka.

Akeru zamrugał oczami. Nie pomyślał o tym. Zapomniał już, jak spostrzegawczy potrafi być jego przyjaciel, gdy się postara. Co mogła oznaczać taka postawa Kouty? Musiało istnieć jakieś logiczne wyjaśnienie. Kątem oka zauważył niespokojny ruch Rena, ale uznał, że tylko mu się przywidziało.

- Myślę, że chciał ją tym wykończyć - podrapał się po brodzie - W przeciwnym wypadku raczej wolał nie używać tych technik. W końcu to przyjacielski turniej, a nie walka na śmierć i życie. Jeśli nie zostałby do tego zmuszony, chciał pewnie pokonać Akane po swojemu. Nie przewidział, że złapie się na prostego Kage Bunshina. Przy okazji, to Doton: Mokugakure no Jutsu było klasą samą w sobie, Kasai.

- Hmph.

Kiedy rozmawiali, sędzia ogłaszał właśnie następną konkurencję. Faza wyzwań zapowiadała się obiecująco, ale nawet Akeru nie miał pojęcia, na czym będzie ona polegała. Wnioskując, że stadion otaczał gęsty las, zapewne druga runda miała się odbyć właśnie tam. Zastanawiał się, jak widzowie będą mogli śledzić tamtejsze wydarzenia, ale wolał nie uprzedzać faktów. Interesowało go, kogo zdecyduje się wytypować Dai jako następnego. Czy będzie to Kinsei? Z pewnością chętnie zobaczyłby swojego syna biorącego udział w tego typu zadaniu. Biorąc pod uwagę, że nie za bardzo lubił on walczyć, szansa za uniknięcie w najbliższym czasie pojedynku z pewnością była dla niego kusząca.

,,Żałosne" - mruknął Kyuubi - ,,Widziałeś, co wyprawiał ten Kouta? Powinien na samym początku użyć Bijudamy i pozamiatać tą całą Akane podłogę."

,,Jesteś pewien, że nie mówisz tak dlatego, bo ucierpiała twoja duma ogoniastej bestii?"

,,O czym ty mówisz? Nie porównuj mnie do Isobu. Jakbyś nie zauważył, on ma tylko trzy ogony, a ja dziewięć. Chyba nie sądzisz, że potrafiłaby mnie pokonać jakaś zasmarkana dziewczyna!"

,,Może on i Kouta nie chcieli po prostu zrobić jej krzywdy" - zauważył Akeru.

,,W takim razie po co w ogóle walczyli?! Będę musiał porozmawiać z Isobu, kiedy tylko go spotkam!"

,,Nie jesteś wielkim fanem zasady fair play, co nie, Kurama?"

Lis nie odezwał się więcej, przeżuwając w ustach parę obelg na temat jinchuurikiego swojego trzyogoniastego brata. Akeru wiedział, że w końcu się uspokoi. Tymczasem zainteresowała go zupełnie nowa rzecz. Zdał sobie sprawę, dlaczego sędziowie wybrali akurat wyzwanie mające miejsce poza stadionem. Z chwilą, kiedy członkowie ANBU pięciu wiosek wyszli na arenę wszystko stało się jasne. Potrzeba było sporo czasu, by naprawić szkody wyrządzone na polu bitwy przez ostatnią walkę. Samo usunięcie ogromnego koralowego słupa musiało stanowić spore wyzwanie, nie wspominając już o pozbyciu się ogromnej wodnej fosy okalającej kamienne podłoże. Użytkownicy Suitonu i Dotonu z ANBU łączyli siły, by sobie z tym poradzić, ale nie ulegało wątpliwości, że trochę im to zajmie. Właśnie dlatego tymczasowo wybrano konkurencję, która może odbywać się poza stadionem. Sędzia ogłosił również wreszcie, na czym będzie polegała druga runda zawodów. Miał to być wyścig przez las po wyznaczonej chorągiewkami trasie. W jego trakcie zezwolono na używanie wszelkich technik i atakowanie się nawzajem - jednym słowem, żadne zasady niemal nie obowiązały. W kwestii punktowania zwycięstwa, to było, o co walczyć. W przeciwieństwie do pojedynku, który oferował tylko jeden punkt, zwycięstwo w wyścigu dawało aż dwa punkty. Zajęcie drugiego miejsca gwarantowało jeden, natomiast trzecie i dalej pozostawało bez żadnej nagrody. Po krótkim wyjaśnieniu zasad, sędzia wytłumaczył, w jaki sposób na stadionie śledzone będą postępy uczestników. Będą wyposażeni w specjalne urządzenia namierzające ich chakrę, a następnie ich pozycja cały czas wyświetlana na ekranie z tabelą wyników. Na sam koniec nastąpiło wyczytywanie nazwisk uczestników z każdej drużyny.

- Iwagakure - Junko Kagane, Kirigakure - Haru Terumi - wyliczał prowadzący - Sungakure - Paki Kagiro, Konohagakure - Sakuri Hatake, Kumogakure - Kira Yumarana!

,,A więc Sakuri, co?" - zastanowił się Akeru - ,,Trafił mu się wyścig. Biorąc pod uwagę jego...Zaraz...Yumarana?!"

- Isao! - wykrzyknął - Czy to twoja...?

- Nie tylko Kasai ma prawo do popisywania się swoimi dziećmi - uśmiechnął się Raikage - Tak, Kira to moja córka.

- Więc też bierze udział w turnieju? - zainteresowała się Mei - Jaka jest?

Isao wzruszył ramionami w nonszalancki sposób.

- Ja wiem? No...normalna. Wiesz, Mei, ciężko mi opisać własną córkę. Z pewnością nie ma takiego temperamentu jak ta Kasaia - zażartował.

- A co jeśli chodzi o jej doujutsu? - zapytał Kasai - Odziedziczyła twojego Genshigana?

- Tak, i to jakiego - ożywił się Isao - Niedawno udało jej się przebudzić go na wyższy poziom.

To zdecydowanie komplikowało sytuację Sakuriego. Akeru jak mało kto znał możliwości doujutsu klanu Yumarana. Posiadało wysokie zdolności percepcji, ale to nie one stanowiły jego najpotężniejszą broń. Manipulacja wiązaniami cząsteczkowymi...ta zdolność zawsze go trochę przerażała. Walcząc z posiadaczem tych oczu zawsze trzeba było uważać, gdzie się stąpa. Jeśli wierzyć Isao, że Kira posiadała Lustrzanego Genshigana, żagrożenie z jej strony wzrosło jeszcze bardziej. Nie mógł też zapomnieć o pozostałych uczestnikach. Większości z nich nie znał, ale zdawało mu się, że słyszał już kiedyś o Haru Terumim - wnuku Piątej Mizukage. On też mógł stanowić potencjalną przeszkodę.

- Szykuje się runda równie emocjonująca, co poprzednia - zauważył - A ty, Ren, co o tym myślisz?

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Odwrócił się w prawo.

- Ren, mówię do cie... - urwał w pół zdania. Jego przyjaciel zniknął.

***

,,Co za wstyd" - pomyślał Kouta, klucząc ciemnym korytarzem do szatni - ,,Nieźle mnie załatwiła."

Podpierał się chwiejnie o ścianę i powoli, uważnie stawiał krok za krokiem. Czucie w łydkach wciąż nie powróciło do tego stopnia, by mógł skoordynowanie się poruszać. Od razu poznał fachową robotę ANBU. Szczerze mówiąc, nogi stanowiły teraz jego najmniejszy problem. Wiele by oddał, by tak odrętwiała była też reszta jego ciała. Niestety, wciąż czuł każde uderzenie swojej przeciwniczki. W końcu nie tak łatwo zapomnieć zderzenie z domem. W czasie walki tylko wytrzymałość Isobu trzymała go w ryzach, a i ona pod koniec zaczynała zawodzić. Nie miał pojęcia, z czego zrobione były mięśnie i kości Akane, ale z pewnością musiały drastycznie różnić się od tych ludzkich.

,,Mnie nie wiń" - odezwał się pojednawczo Sanbi - ,,Pomogłem ci tyle, ile mogłem."

,,Wiem, Isobu, to moja wina. Zaniedbałem trochę ostatnio nasze treningi. Spójrzmy prawdzie w oczy - moja prędkość, siła i spryt okazały się gorsze od tych Akane. Powiedziałbym, że zasłużyła na zwycięstwo."

,,Skąd w tobie tyle defetyzmu?" - zdziwił się Trzyogoniasty - ,,Nie wiadomo, jakby to się skończyło, gdyby nie przechytrzyła nas tym Kage Bunshinem."

,,Dobrze wiesz, że w nasz ostatni atak włożyłem resztki siły. Chakry miałem wciąż pod dostatkiem, ale, niech mnie szlag trafi, dałem jej się tak obić, że ledwo się teraz ruszam."

,,No cóż, przynajmniej wiesz, nad czym musisz teraz pracować."

Ciemny korytarz ciągnął się w nieskończoność. Kouta miał wrażenie, że nie wydawał się taki długi, gdy szedł w stronę areny. Plecy bolały go jak przypalane rozżarzonymi węglami. Zadane mu kunaiem rany ponownie zaczynały mu dokuczać. Pomyślał o tym, co powie czcigodny Mizukage, gdy go spotka. Na pewno widział całą walkę i liczył na łatwe zwycięstwo. Uznał, że będzie martwił się tym później. Jak na razie musiał dostać się do swojej drużyny i mieć nadzieję, że Noriko da radę jakoś go załatać. Przypomniał sobie, co ustalali przed pierwszą rundą turnieju. W pierwszym wyzwaniu miał wziąć udział Haru. Czy sobie poradzi? Kouta miał taką nadzieję. Kirigakure potrzebowało punktów, zwłaszcza po jego rozczarowującej porażce. Krocząc w półmroku, chwycił swoje lewe ramię, chcąc jakoś uśmierzyć ból w wybitym barku. Poruszył nim i skrzywił się. Nie dał rady sam go nastawić. Wychodziło na to, że był w jeszcze gorszym stanie, niż sam się spodziewał. Nie doszłoby do tego, gdyby tylko mógł...

- Dobrze się spisałeś, Kouta.

Nagle kątem oka zauważył jakąś ciemną sylwetkę stojącą w załomie korytarza. Zatrzymał się i przyjrzał, nie mając pewności, czy to nie tylko złudzenie. W rogu, pod osłoną cienia faktycznie ktoś stał. Ciemna, lekko przybrudzona peleryna podróżna idealnie wtapiała go w ciemność. Wydawało mu się nawet, że oparty jedną nogą o ścianę mężczyzna był jej częścią. Stał z opuszczoną głową i rękami skrzyżowanymi na piersi. Bujne, kruczoczarne włosy spływały mu na twarz, zasłaniając ją przed wzrokiem jounina. Hoshigaki poznał go jednak od razu po niskim, głębokim głosie. Po chwili, na jego plecach zauważył również zarys rękojeści przewieszonej przez plecy katany.

- Dowódco - zasalutował, co od razu przypłacił bólem w prawym łokciu.

- Skończ z tym dowódcą - powiedział skwaszonym głosem Ren - Ostatnimi czasy nie przepadam za tym określeniem. Wiesz, po co tu jestem, prawda?

Kouta kiwnął głową.

- Zrobiłem wszystko tak, jak się umawialiśmy. Żadnych Bijudam ani transformacji w ogoniastą bestię.

- Wiem. Właśnie dlatego chciałem ci podziękować. Cieszę się, że mogę na tobie polegać, Kouta.

Hoshigaki uśmiechnął się, słysząc pochwałę. Dobre słowo od kogoś takiego potrafiło naprawdę podbudować na duchu. Nawet ból we wszystkich kościach wydawał się teraz nieco mniejszy. Trochę mniej szkoda było mu już porażki.

- Ee...Ren? Mogę cię o coś spytać?

- Tak?

- Po co to wszystko? W sensie...dlaczego zabroniłeś mi używać moich najsilniejszych technik? - wyrzucił z siebie Kouta - Dlaczego nie pozwolić jinchuurikim używać ich pełnej mocy? Przecież po to właśnie ćwiczymy, po to istnieje Jinchuuriki 10. Aby nauczyć się kontrolować moc Biju. Co stoi na przeszkodzie, by wspomóc za ich pomocą naszą wioskę?

Uchiha zamyślił się. Nastała kilkusekundowa cisza, po której shinobi wyprostował się i podniósł głowę. Spojrzał rozmówcy prosto w oczy.

- Powody są dwa. Po pierwsze, są tam dzieci moje i moich przyjaciół. Chyba nie sądzisz, że naraziłbym ich na takie niebezpieczeństwo? Wiem, że jesteś rozsądnym człowiekiem, ale w ferworze walki każdy może dać ponieść się emocjom. Uwierz mi, wiem, co mówię.

Jounin westchnął. Bardzo chciał zaprezentować światu swoją prawdziwą moc, ale musiał przyznać, że rozumie Rena. Znał go na tyle, że wiedział, że nie ma sensu przekonywać go do swoich poglądów. Jego dowódca był człowiekiem ze swoimi własnymi zasadami, swoim własnym kodeksem moralności. Dobrze wiedział, że prędzej zginąłby niż go złamał. Kouta nie miał dzieci, ale podejrzewał, jaką odpowiedzialność za nich musiał czuć ich ojciec. Oglądanie ich walczących na arenie, z pewnością musiało stanowić dla niego ogromne wyzwanie, a co dopiero przeciw jinchuurikim. Nie miał mu tego za złe. Ren zrobił dla niego więcej, niż większość ludzi w jego życiu. Kiedy w dzieciństwie zaprzyjaźnił się z Isobu i został jego jinchuurikim, to właśnie on wziął go pod swoje skrzydła i nauczył współpracy ze swoim Biju. Z pewnością zasługiwał na coś więcej niż taka drobna przysługa ze strony Kouty.

- A więc po to była ta bariera?

- Tak. Nie mogłem ryzykować. Jeśli faktycznie użyłbyś jednej ze swoich najmocniejszych technik, musiałem mieć pewność, że eksplozja nie wymknie się poza obszar areny.

- A ten drugi powód?

- Zasada fair play - wyjaśnił Ren i uśmiechnął się kącikiem ust - Chociaż nikt już tego nie pamięta, ten turniej został początkowo stworzony, by wzmacniać współpraće pomiędzy wioskami. Nie pozwolę, by zmienił się w miniaturowe pole bitwy prezentujące potęgę każdej z nich. Jinchuuriki czy nie, każdy shinobi powinien mieć tutaj mniej więcej równe szanse, by móc skupić się właśnie na jednoczeniu, a nie wzajemnej nienawiści. Jeśli zacząłbyś miotać tam Bijudamami, jak myślisz, jak zareagowaliby twoi przeciwnicy? Czuliby się sprawiedliwie pokonani, czy zdominowani niesprawiedliwą przewagą?

,,Coś w tym jest" - pomyślał Hoshigaki. To, co teraz czuł, to smutek po porażce, ale nie mógł powiedzieć, że niezasłużonej. Jego przeciwniczka okazała się od niego po prostu lepiej wyszkolona. Czy zmiażdżenie jej potęgą Biju, w zasadzie nawet nienależącą do niego, dałoby mu radość ze zwycięstwa? Teraz nie był już tego taki pewny. Uśmiechnął się pod nosem, a Ren minął go i ruszył do wyjścia. Spokojnym krokiem kierował się w prawo, powoli znikając w mroku.

- Ren?

- Hm...? - Uchiha zatrzymał się, nawet nie odwracając.

- Nie byłem jedynym członkiem Jinchuuriki 10, z którym rozmawiałeś, prawda?

Nastąpiła chwila wymownego milczenia.

- Możliwe.

Czarnowłosy ruszył przed siebie, a jego ciemna sylwetka szybko wtopiła się w objęcia ciemności. Kouta zaśmiał się pod nosem i skierował się chwiejnym krokiem w stronę szatni.

,,Jak przystało na Dumę Uchiha."

Wyścig Edytuj

- Wybacz, Tenrou - Sakuri poklepał swojego kompana po głowie - ale nie pozwolą nam wystartować razem. Ninkeny biorące udział w pojedynkach nie stanowią problemu, ale sam rozumiesz, że w wyścigu byłoby to trochę problematyczne. Gdybyś ukończył go przede mną, nie wiedzieliby, jak to zaliczyć.

Nie miał pojęcia, czy pies zrozumiał jego słowa, ale wierzył, że tak. Jego mądre, ufne szare oczy wpatrywały się w niego z głębokim zrozumieniem i był pewny, że musiało się w nich kryć coś więcej. Zawsze miał wrażenie, że Tenrou posiadał więcej inteligencji niż inne ninkeny, nawet wybitni czempioni klanu Inuzuka, jak Akamaru czy Kuromaru. Może po prostu nie patrzył na sytuację obiektywnie? Wciąż pamiętał, jak jego matka zaprowadziła go, by wybrał swojego psiego partnera. Ostrzegła go, by dobrze się zastanowił, bo w przyszłości będzie od niego zależało jego życie. Stanął naprzeciwko kojca pełnego szczeniaków, które radośnie podbiegły do jego stóp. Oczywiście pierwsze co zrobił, to zaczął się z nimi bawić. Wszystkie zachowywały się słodko i przyjaźnie, przez co miał ogromny dylemat, którego z nich wybrać. Jego matka cierpliwie czekała, aż podejmie decyzję. Kiedy emocje i pierwszy zachwyt go opuściły, Sakuri zauważył, że nie wszystkie szczenięta ruszyły, by się z nim przywitać. Z wiklinowego kosza wpatrywały się w niego nieufnie szare, przymrużone ślepia. Należały do białej kulki, która, cała zjeżona, czaiła się w swojej fortecy. Natychmiast stracił zainteresowanie lgnącymi do niego psami i ruszył w stronę kojca. Kiedy tylko postawił pierwszy krok, usłyszał ostrzegawcze warknięcie, zadziwiająco grube jak na tak młody wiek zwierzęcia. Zatrzymał się, ale po chwili, napędzany ciekawością, ruszył ponownie przed siebie. Warczenie przeszło w cichy, przeszywający, gardłowy warkot. Gdy znalazł się wystarczająco blisko, ujrzał przed sobą obnażającego dziarsko zęby młodego białego wilka. Był zadziwiająco duży, sporo większy od swoich braci i sióstr. Sakuri wystawił rękę, by go pogłaskać, a potem wszystko zdarzyło się tak szybko, że ledwo to zarejestrował. Kiedy już wrócił z płaczem do matki, pokazując krwawiącą dłoń, ta powiedziała mu ostro, że to tylko jego wina. Dostawał wszelkie sygnały świadczące o niebezpieczeństwie, a skoro je zignorował, może mieć pretensje tylko sam do siebie. To go trochę uspokoiło i ponownie zerknął w stronę kojca. Biały wilk wciąż tam siedział, wychylając tylko nieznacznie głowę ze spiczastymi uszami ponad krawędź kosza i obserwując uważnie otoczenie. Przypomniał sobie, co powiedziała mu matka - to od tego wyboru będzie kiedyś zależało jego życie. Właśnie go dokonał.

Sakuri uniósł prawą dłoń do twarzy. Wciąż znajdowały się na niej blade ślady ostrych zębów, układające się w kształt niewielkiej szczęki. Ta blizna mogła być wstydliwa dla większości szanujących się członków klanu Inuzuka, ale dla niego stanowiła źródło dumy. Symbolizowała więź jego i Tenrou - więź, której nie dało się zmazać.

- Trzymaj się, partnerze - pogłaskał go na pożegnanie - Obiecuję ci, że nie wypadnę gorzej od Akane. Nie przyniosę ci wstydu, Tenrou.

Wilk mruknął gardłowo, oblizał jego rękę, po czym odwrócił się. Hatake śledził wzrokiem, jak kieruje się w stronę wejścia na stadion, po czym skoncentrował się na swoim zadaniu. Rozciągała się przed nim zielona, gęsta puszcza, bardzo podobna do Lasu Śmierci w Wiosce Liścia. Niewiele ustępowała jej zawiłością, co dało się ocenić nawet z zewnątrz. Strzeliste drzewa swoimi koronami tworzyły coś w rodzaju zielonego dachu, który odcinał dostęp do wszelkiego światła, więc wnętrze lasu pozostawało niewidoczne. Jego bujność wcale go nie zdziwiła - musiał pamiętać, że turniej odbywa się w Kraju Ognia, a tutaj większość terenu pokrywały właśnie dziko rosnące knieje. Niebo było przejrzyste, ale ponura atmosfera puszczy wcale go nie przyciągała. Mimo to ustawił się na wyrysowanej na ziemi linii, pomiędzy resztą zawodników. Większość z nich, podobnie jak on, wydawała się nieco zdezorientowana niecodzienną konkurencją. Shinobi obrzucali się nieufnymi spojrzeniami, wiedząc, że już za chwilę będą zmuszeni ze sobą rywalizować.

Po prawej od Sakuriego ustawiła się atrakcyjna blondynka w przewieszonej przez jedno ramię kamizelce jounina z Kumogakure. Pod nią założyła ciemnobrązową spódnicę i spodnie. Jej zielone oczy figlarnie spoglądały dookoła, co odróżniało ją od reszty zestresowanych uczestników. Średniej długości włosy nosiła równo przycięte, co nadawało im eleganckiego wyglądu. Jej skóra była biała, ale miała ciemną karnację, która kontrastowała z jasnymi włosami. Na nogach dziewczyny znajdowały się proste, czarne buty shinobi z otworami na palce ukazującymi pomalowane na zielono paznokcie dziewczyny. Jej plecy zdobił znak przypominający słońce z odchodzącymi od niego ośmioma owalnymi promieniami.

,,Znam ten herb" - zdał sobie sprawę Hatake - ,,To symbol klanu Yumarana. No i ta kamizelka...ona musi być z Kumogakure. To na pewno ta cała Kira".

Jej klan słynął w całym świecie shinobi ze swojej nieprzewidywalności. Pomyślał, że musi zachować ostrożność, jeśli chce wygrać ten wyścig.. Odwrócił się w lewo. Obok niego sprawdzał swoje wyposażenie shinobi z ochraniczem Kirigakure. Miał na sobie granatową kamizelkę bez rękawków, spod której wystawała zrobiona z cienkiej siatki koszula. Do spodni przytroczone wisiały natomiast dwa niewielkie zwoje, jeden na każdej nogawce. Aż do kolan owiązane były białe tasiemki, znajdujące się również w okolicach przedramion. Na przodzie twarzy nosił zgniłozieloną chustę khaki, która uniemożliwiała jego dokładne zidentyfikowanie. Jego dość długie, brązowe włosy układały się do tyłu i co pewien sterczały pionowo na całej długości, przypominając nieco kolce jeża.

,,To Haru Terumi. Ma ochraniacz Mgły".

Obok jounina z Kiri stało jeszcze dwóch shinobi. Ten bliżej Haru z daleka wyglądał na mieszkańca Suny. Jego piaskowożółte poncho i biały materiał zasłaniający dolną część twarzy od razu kojarzyły się z pustynnymi warunkami. Wokół głowy zawiązany miał szczelnie bandaż, który przypominał turban. Ciężko było coś o nim powiedzieć, bo w większości schowany był za swoimi luźnymi ubraniami i brązową podróżną peleryną. Sakuriemu wydawało się jednak, że dostrzega pod zwisającym materiałem zarysy ogromnych mięśni, wręcz nienaturalnych jak na jego posturę. Wydało mu się to podejrzane, ale nie miał jak teraz tego zweryfikować. Stojąca w lewym krańcu kolumny dziewczyna nie budziła natomiast jego nieufności. Jej dość krótko przycięte, rude włosy formowały opadającą na oczy grzywkę. Zamiast nosić normalmy ochraniacz, metalową płytkę ze znakiem Iwagakure naszyła na rękaw swojego stroju jounina. Jego ceglasty odcień dobrze komponował się z jej włosami. Przy jej pasie dało się też zauważyć parę kieszonek, w których niewątpliwie znajdowało się jej wyposażenie.

- Mam nadzieję, że zasady są wam w większości już znane - oznajmił podstarzały sędzia, wychodząc przed kolumnę shinobi. Jego pokryta bliznami twarz świadczyła o statusie weterana wojennego. Z całą pewnością brał on udział w Piątej Wielkiej Wojnie Shinobi. Po chwili Sakuri zauważył, że jego lewe oko jest ślepe - Dla uniknięcia jakichkolwiek niedomówień, powtórzę - zwycięzca tego wyścigu zdobywa dla swojej drużyny dwa punkty. Tak, dwa. Nie jeden, nie trzy, a dwa - odchrząknął i kontynuował - Za zajęcie drugiego miejsca przyznawany jest jeden punkt. Pozostali uczestnicy nic nie zyskują.

Sposób, w jaki się wypowiadał, świadczył o jego dość nieprzyjemnym usposobieniu. Sakuri miał wrażenie, że sędziemu wydaje się, że mówi do pięciolatków.

,,Typowy dziadzina" - zazgrzytał zębami.

- W czasie wyścigu dozwolone jest używanie chakry i walka pomiędzy sobą. W tej kwestii nie różni się to wiele od pojedynku. Tutaj jednak, by zwyciężyć, trzeba jako pierwszy znaleźć się na wyznaczonej mecie. Istnieje też dodatkowa zasada, o której nie usłyszeliście przez główny komunikator.

Białowłosy wyostrzył słuch. Dodatkowa zasada? To mogło całkowicie zmienić ideę tego wyścigu.

- Wyścig będzie przebiegał przez znajdujący się naprzeciwko nas las - staruszek wskazał na niego palcem - Jest on wystarczająco gęsty, by zapewnić stabilną drogę po konarach drzew. Właśnie dlatego, jako dodatkowe utrudnienie, każde dotknięcie gruntu przez zawodnika będzie oznaczało jego dyskwalifikację.

To zdecydowanie komplikowało sytuację. Musiał uważać, by po drodze stąpać bardzo uważnie. Zeskoczenie na obeschniętą gałąź lub jedno nierówne lądowanie mogły zakończyć się upadkiem. Pomijając fakt, że nikt nie chciałby zlecieć z takiej wysokości, dochodziła do tego jeszcze presja zwycięstwa w wyzwaniu. Sakuri musiał przyznać, że organizatorzy turnieju całkiem sprytnie to wymyślili.

- A jak sprawdzicie, czy ktoś faktycznie upadł na ziemię? - zapytała przytomnie pochodząca z Kamienia kunoichi. Z tego, co pamiętał Sakuri, nazywała się chyba Junko Kagane.

- O to się nie martw, dziewczyno - staruszek wskazał przez swoje plecy swoich trzech pomocników w strojach jouninów z Konohagakure i jednego z Iwy - Ta czwórka to wybitni użytkownicy Uwolnienia Ziemi. Potrafią wyczuć nawet delikatne wstrząsy podłoża. Uwierz mi, że gdy wylądujesz na ziemi, będzie to dla nich jak uderzenie dzwonu.

Wydawało się, że Junko chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nie za bardzo wiedziała co. Stała przez chwilę z otwartymi ustami, ale więcej się nie odezwała.Tymczasem sędzia kontynuował objaśnianie zasad:

- Meta zaznaczona jest czerwoną płachtą przywiązaną do drzewa. Widać ją stąd - skierował palec w dal, a Sakuri automatycznie podążył za nim wzrokiem.

Faktycznie, w oddali ledwo widoczna przez zieleń przebijała się czerwona plama. Odległość do niej była dość znaczna, co oznaczało, że wyścig zajmie trochę czasu. Musiał dobrze rozłożyć siły, by nie zmęczyć się zaraz na samym początku. Pozostali uczestnicy również wpatrzyli się w cel swojej podróży. Po ich zdeterminowanych spojrzeniach Sakuri poznał, że nie będzie miał łatwej przeprawy.

- Trasa jest co pewien czas wytyczona mniejszymi chorągiewkami - wyjaśnił starzec - Macie jakieś pytania?

Rudowłosa kunoichi podniosła rękę do góry. Poirytowany sędzia zmarszczył brwi i kiwnął głową, udzielając jej głosu.

- Jak stracił pan oko?

Mężczyzna wpatrzył się w nią zmęczonym spojrzeniem, jakby nie wierzył w to, co słyszy. Było to spojrzenie nie tyle wściekłe, co smutne i zniesmaczone. Uniósł powoli palec do góry, który zabłysnął na niebiesko. Musiał zgromadzić w nim tyle chakry, że stała się ona widoczna. Błękitna raca wystrzeliła z jego palca i poszybowała w niebo, zostawiając za sobą delikatny ślad. Piątka shinobi zdębiała, nie rozumiejąc, co się właściwie dzieje. Wpatrywali się z niedowierzaniem w starca, jakby postradał zmysły.

- Myślałem, że nie macie dalszych pytań - warknął - To był sygnał startu. Na co jeszcze czekacie?

Sakuri rzucił się do przodu.

***

- O, tu jesteś, Ren - warknął Akeru - Widzę, że twoje upodobanie do nagłego znikania wciąż ma się dobrze.

- Musiałem coś załatwić - mruknął Uchiha, siadając na swoim starym miejscu i ponownie zrzucając płaszcz - Widzę, że już się zaczęło.

- Tak. Wiele nie przegapiłeś, dopiero co ruszyli.

Cały stadion wpatrywał się teraz w ścianę pod lożą Kage, na której wisiał wielki ekran wyświetlający trasę wyścigu i zaznaczone na niej kolorowymi kropkami położenia poszczególnych zawodników. Przywódcy wiosek, którzy nie widzieli głównego monitora mieli zawieszony pod sufitem własny z identycznym obrazem. Akeru śledził czujnym wzrokiem poruszającą się na przedzie czerwoną kropkę Sakuriego. Zaraz za nim znajdowała się żółta Kiry, a następnie niebieska Haru. Dwa ostatnie miejsca zajmowali reprezentanci Piasku i Kamienia.

- Jak na razie Sakuri wygrywa - zauważyła optymistycznie Mei, przysuwając się bliżej swojego męża - Ale Kira siedzi mu cały czas na ogonie.

- Szkoda, że nie możemy zobaczyć dokładnie, co się tam dzieje - stwierdził Isao, siedząc z założonymi rękami, dla odmiany rozbudzony i skupiony na zawodach - Chętnie zobaczyłbym jeszcze raz w akcji Mangekyou Sharingan mistrza Kakashiego.

Akeru w pełni zgadzał się z przyjacielem. W młodości zwykł podziwiać możliwości doujutsu swojego senseia. Choć po wszystkim, co się od tamtego czasu wydarzyło przestało mu ono już tak bardzo imponować, to wciąż wspominał je z sentymentem. Może i nie było tak silne jak choćby Rinne Sharingan Rena, ale miało w sobie coś znajomego. Patrząc na twarz Sakuriego i moc jego oczu widział młodego Kakashiego, który tym samym spojrzeniem witał ich zawsze na treningach Drużyny Czwartej. Zastanawiał się, co by powiedział, gdyby ich teraz zobaczył. Od czasu jego śmierci minęło już dwadzieścia parę lat. Ciekawe czy przewidywał, że w tym czasie świat shinobi tak mocno się zmieni. Czy spodziewał się, że Akeru zostanie Hokage, Isao Raikage, a Ren żywą legendą? Co by teraz powiedział widząc ich i Kasaia z gromadką dzieci? I, co najważniejsze, co miałby do powiedzenia swojemu własnemu synowi? Tak bardzo jak Akeru chciał znać odpowiedzi na te pytania, miał świadomość, że już nigdy się tego nie dowie. Jedyne, co on i reszta Drużyny Czwartej mogli teraz robić, to podtrzymywać pamięć o swoim senseiu i opiekować się Sakurim. Ten drugi obowiązek przyjął na siebie akurat Ren i trzeba było przyznać, że wywiązuje się z niego śpiewająco. Uzumaki nie potrzebował swojego Byakugana, by wyraźnie zobaczyć pokłady szacunku, jakimi darzył go chłopak. Zresztą nie tylko on jeden - jego przyjaciel ostatnimi czasy stał się bardzo popularny. Należał do ludzi, którzy mają albo lojalnych do końca przyjaciół, albo śmiertelnych wrogów. Nie przeszkadzało to Akeru, dopóki nie pojawił się ostry deficyt tych drugich. Zaraz po mianowaniu go na Hokage, poprosił Rena by zajął się za niego polityką zagraniczną i stanął na straży bezpieczeństwa wioski. Uchiha wziął to sobie bardzo do serca, jego zdaniem aż za bardzo. Jego misje w charakterze oinina zdecydowanie zredukowały poziom przestępczości w Pięciu Wielkich Krajach.

- Może i będziesz mógł - powiedział Akeru - Sakuriego czeka jeszcze pojedynek na arenie.

Czerwona kropka chłopaka wciąż pozostawała na prowadzeniu, jednak coraz szybciej zbliżała się do niej żółta Kiry. Oznaczało to problemy dla zespołu Konohy. Córka Isao najwyraźniej nie należała do powolnych shinobi.

- Jest szybka - zauważył Kasai - A Sakuri to najszybszy shinobi swojego pokolenia. Skoro potrafi dotrzymać mu kroku, musi posiadać wyjątkowe umiejętności.

- Coś w tym jest - przyznał Isao - Kiedyś chciałem nauczyć jej używać Raiton Yoroi, ale gdy zobaczyłem jak szybka jest naturalnie, uznałem, że lepiej skupić się na razie na innych jej umiejętnościach.

- Wygląda na to, że Sakuri będzie miał niezłe wyzwanie do pokonania.

,,Wyzwanie" - powtórzył sarkastycznie w jego podświadomości Kyuubi - ,,Kouta też miał być wyzwaniem".

,,Oj już nie przeżywaj, Kurama".

- Mam taką nadzieję, zwłaszcza że Kira specjalizuje się w walce dalekodystansowej i pełnieniu roli wsparcia. W czasie wyścigu może jej się to przydać.

Raikage pogrążył się w swoich myślach, pewnie zastanawiając się, jak radzi sobie teraz jego córka. Akeru nie chciał wyrywać go ze świata rozmyślań, więc postanowił pozostawić go w spokoju. Nie potrafił jednak znieść milczenia, tym bardziej że jego zdaniem widywał swoich przyjaciół w komplecie zbyt rzadko. Odwrócił się więc do szepczącego z Mei Rena.

- Swoją drogą - zagadnął - Jak dostałeś się tutaj tak szybko, Ren?

Uchiha odwrócił się od swojej żony i odpowiedział:

- Przyleciałem moim Susanoo.

Serce Akeru zabiło gwałtownie, pompując adrenalinę do krwi. Poczuł na plecach ukłucie gorąca i niepowstrzymaną falę gniewu. Mógł mówić, co tylko sobie chciał, a jego przyjaciel i tak robił swoje. Przemówienie mu do rozsądku nie należało do najprostszych zadań, o czym przekonał się już po raz kolejny. Zacisnął rękę na kamiennym parapecie przed sobą.

- Chcesz mi powiedzieć - starał się brzmieć spokojnie, ale czuł, że drga mu prawa powieka - Że przyleciałeś tutaj za pomocą techniki będącej wcieleniem zagłady i destrukcji? Że zrobiłeś dokładne przeciwieństwo tego, o co cię prosiłem?

- Tak.

Rozbrajająca szczerość, z jaką to powiedział, kompletnie zaskoczyła Akeru. Jego wściekłość gdzieś wyparowała i pozostało tylko uczucie całkowitego zdumienia. Westchnął głośno i przejechał ręką po twarzy, czemu towarzyszył lekki chichot Mei. Nie rozumiał, jak może ona brać to tak na spokojnie, ale doszedł do wniosku, że żyjąc z takim ewenementem jak Ren zdążyła się do tego już przyzwyczaić.

- A nie mogłeś - zapytał najgrzeczniej jak tylko potrafił, ale wyszło mu raczej tak sobie - teleportować się tutaj jedną z tych twoich technik Rinne Sharingana?

- Chciałem przy okazji zrobić mały patrol okolicy - wyjaśnił czarnowłosy - Nie wiem, gdzie widzisz tu problem.

- Ren - spoważniał Akeru - Czy pomyślałeś, jak zareagują normalni ludzie, widząc na niebie białego skrzydlatego giganta? Zapewniam cię, że nie machną ręką, myśląc, że to tylko duży gołąb.

- Więc?

- Wojna się skończyła - wytłumaczył - Może nie psujmy spokoju mieszkańców takimi wybrykami.

- Skończyła się, powiadasz - Ren zmarszczył brwi - Ten świat jest okrutnym miejscem, Akeru. Tylko zdając sobie sprawę z jego niebezpieczeństw jesteśmy w stanie się przed nimi bronić. Bardzo dobrze, że widok mojego Susanoo zaniepokoi mieszkańców. Może dzięki temu nie zapomną, jak krucha jest rzeczywistość, w której żyją i jak bardzo muszą o nią dbać.

- Ej - przerwała im Mei - nie kłóćcie się!

Akeru spojrzał na nią, szczerze zdziwiony.

- Nie kłócić się? - parsknął śmiechem - My się nie kłócimy, Mei. My tak rozmawiamy.

- Chyba nigdy do końca nie zrozumiem waszej relacji...

Uzumaki pokręcił głową i zdał sobie sprawę, że jest cały spięty od długiego siedzenia w jednym miejscu. ,,Światła i mroki pozycji Hokage" - pomyślał i klepnął rękami w uda, wstając ostentacyjnie. Aż strzeliło mu w plecach, ale od razu poczuł się lepiej. Wygładził szatę Hokage i machnął przyjaciołom ręką, że idzie się przejść. Opuścił ich prywatną lożę, odprowadzany czujnym wzrokiem swoich ochroniarzy ANBU, zwłaszcza Shiraia i Kasaia. Gestem dłoni dał im znać, że to nic poważnego i by za nim nie podążali. Zszedł po marmurowych schodach i dostał się na niższy pierścień stadionu, dostępny dla wszystkich gości turnieju. Pomimo odbywającego się wyzwania, wiele osób nie siedziało na swoich miejscach. Zamiast tego przechodziły się one dookoła, niespecjalnie zainteresowane śledzeniem kolorowych punktów na ekranie. Akeru ich rozumiał - i jego męczyło długie wpatrywanie się w wyświetlacz. Schodził coraz niżej, co pewien czas odprowadzany ciekawskimi spojrzeniami i spontanicznymi oklaskami. Nauczył się już nie zwracać na nie uwagi. Przebycie kilku poziomów tak dużego stadionu zajęło mu trochę czasu, ale w zasadzie nigdzie się nie spieszył. Kroczył więc powoli, obserwując cieszące się turniejem społeczeństwo. Nie licząc prostych ludzi, którzy przyszli po prostu wziąć udział w ważnym wydarzeniu międzynarodowym, miejsca zajmowali w dużej części shinobi pięciu wiosek, którzy nie dostali się do reprezentacji. Przybyli więc teraz oglądać swoich kolegów walczących w zmaganiach. Uzumaki przypomniał sobie, gdy po raz pierwszy z drużyną udał się na te igrzyska w roli ochroniarzy jego ojca. Rozmach i poziom pojedynków zachwycił go wtedy, a jednocześnie wywołał ukłucie zazdrości, dlaczego to nie on stoi tam na arenie. Teraz, po przeżyciu już wielu takich wydarzeń, stał się to dla niego chleb powszedni. Mimo to czuł, że tegoroczny turniej ma w sobie coś wyjątkowego, coś, czego nie potrafił nazwać.

Opuścił kamienne mury stadionu i lekkim krokiem ruszył w kierunku lasu. Nie miał pojęcia, dlaczego idzie akurat tam, po prostu chciał odpocząć od zgiełku zawodów. Ścieżka jego spaceru przebiegała niedaleko trasy wyścigu, ale odległość była wystarczająca, by nie przeszkadzać uczestnikom. Akeru minął niewielką polanę pomiędzy stadionem, a znajdującą się przed nim puszczą i zagłębił się w zieleń. Kruche gałązki pękały mu pod stopami, wydając przyjemny odgłos. Ryk widowni na stadionie wreszcie trochę ucichł, a jedyne, co Uzumaki słyszał to nieśmiałe świergotanie ptaków w swoich gniazdach. W lesie było tak ciemno, że ledwo widział przed sobą drogę, ale nie przejmował się tym. Nigdy nie obawiał się ciemności, bo nie stanowiła ona przeszkody dla jego Byakugana. Wciągnął powietrze pełną piersią, ciesząc się jego czystością i świeżym zapachem. Od czasu zostania Hokage nie miał wielu okazji, by zajmować się swoimi przyjemnościami, więc tym bardziej doceniał obecną sytuację. Zastanawiał się, jak Ren radzi sobie z całym tym natłokiem pracy. W zasadzie było to pytanie retoryczne, bo dobrze wiedział, że życie jego przyjaciela odbywa się teraz praktycznie na dwóch płaszczyznach. Pierwszą z nich stanowiło życie rodzinne, a drugą dbanie o bezpieczeństwo swoich bliskich. Zajęciu temu poświęcał absurdalne ilości czasu, przerywając tylko na swoje mordercze treningi. Wydawało się jednak, że przynosiło mu to szczęście. Akeru zastanawiał się, dlaczego Ren aż tyle trenuje, skoro wojna się skończyła, ale już dawno temu nauczył się nie roztrząsać głębiej postanowień i moralności swojego przyjaciela. Tymczasem las dookoła niego zrobił się naprawdę gęsty, do tego stopnia, że ciężko było się przecisnąć. Konary drzew zaczynały wyginać się w nienaturalny sposób, tworząc labirynt nie do przejścia.

,,Dobra, powinniśmy już wracać" - poradził mu Kurama - ,,Hokage nie powinien znikać na tak długo. Zobacz, jak długą drogę już przeszliśmy".

,,Taa, wiem, ale musiałem się trochę zrelaksować."

,,No to się zrelaksowałeś. Wracamy".

Uzumaki odwrócił się na pięcie, chcąc wypełnić prośbę lisa, ale coś go powstrzymało. Nagle z tyłu głowy wyczuł znajome wibrowanie, dochodzące z odległości około piętnastu metrów od niego, zza ściany grubych kłączy. Bardzo dobrze znał to uczucie, ale niezbyt go to cieszyło. Nigdy nie zwiastowało niczego dobrego.

,,Czujesz to, Kurama, prawda?"

,,Wyraźne wrogie intencje" - warknął Biju i wyszczerzył kły - ,,Akeru, musimy to zba..."

,,Wiem!"

Aktywował swój Byakugan. Na jego białych tęczówkach pojawił się delikatny zarys źrenicy, a wokół oczu uwidoczniły się nerwy idące po bokach twarzy. Nagle świat stanął przed nim otworem, ukazując zupełnie nowe spektrum percepcji. Widział teraz niemalże wszystko dookoła siebie i to w odległości dziesiątki razy większej niż normalnie. Poszukał dookoła siebie źródeł chakry. W miejscu, w którym się spodziewał zauważył wyraźny system tenketsu wypełniony dziwną, podejrzanie gęstą i intensywną chakrą. Poczuł ukłucie strachu - widział już kiedyś taką chakrę, ale miał nadzieję, że nigdy nie będzie już miał okazji się na nią natknąć. Przeniósł wzrok prosto na ukrytego w zaroślach, przykucniętego intruza. Ten chyba go zauważył, bo sięgnął po coś ręką. Nagle krzaki zaszeleściły i wyleciał z nich błyszczący, metalowy pocisk. Akeru był już za stary na takie sztuczki i spodziewał się ataku. Z łatwością złapał nadlatującą broń palcami tuż przed swoim czołem. Dzięki jego Byakuganowi nie stanowiło to dla niego wyzwania. Nie dało się jednak nie zauważyć, z jaką precyzją został wymierzony pocisk. Gdyby nie jego interwencja, leżałby teraz na ziemi z wbitym ostrzem w głowę. Przyjrzał się trzymanej w dłoni broni. Nie przypominała żadnego konwencjonalnego wyposażenia shinobi Pięciu Wielkich Krajów. Nie mogła również pochodzić z pomniejszych wiosek. Przypominała zaostrzony okrąg z tępym wnętrzem. Metal, z którego został wykonany, również wydawał się podejrzany. Był zaskakująco lekki, ale pomimo całej swojej siły, Akeru nie dał rady go wygiąć. Usłyszał szelest liści i zobaczył, że źródło tajemniczej chakry szybko się oddala. Schował tajemniczy dysk za pas pod swoją peleryną Hokage i ruszył w pościg za intruzem.

Skoczył w kierunku krzaków, ale jego już dawno tam nie było. Jego sygnatura chakry znajdowała się kilkadziesiąt metrów dalej, oddalając się z ogromną szybkością. Samo to wystarczyło, by przekonać Uzumakiego, że nie ma do czynienia z prostym shinobi. Wskoczył w gąszcz liści, przedzierając się pewnie przez gałęzie. Te podrapały trochę jego twarz, ale nie zwracał na to uwagi. Wiedział, że później chakra Kuramy zasklepi wszystkie rany, więc parł przed siebie nie zważając na przeszkody. Jego doświadczenie i treningi w wolnym czasie dały o sobie znać. Nawet nie używając żadnych technik był w stanie nadążyć za uciekającym po dobrze znanej sobie ścieżce nieznajomym. Choć ten wyraźnie wiedział, co robi, nie stanowił wyzwania dla refleksów i czystej prędkości blondyna. Zaczynał tracić nad nim przewagę, z każdą sekundą przybliżając się do pędzącego Hokage. Akeru przebijał się przez ścianę zieleni, w każdej chwili oczekując pojawienia się przed sobą sylwetki napastnika. Wciąż nie minęło mu zaskoczenie po nagłym ataku i w trakcie biegu zastanawiał się, kim mógł być tajemniczy shinobi. Miał nadzieję szybko się tego dowiedzieć, bo jego Byakugan pokazywał mu, że znajduje się tuż za swoim celem. Przeskakiwał po wijących się na ziemi korzeniach z zaciśniętymi ustami, wyobrażając sobie, co zrobi temu niedoszłemu zabójcy. Był już niemal pewny, że ma go w szachu, ale nagle zauważył, że jego źródło chakry odrywa się od ziemi i, dużo szybciej niż wcześniej, wzlatuje w powietrze. Akeru na chwilę zwolnił, skonfundoway, ale od razu potem zreflektował się. Wskoczył na pień drzewa, biegnąc po nim pionowo, by przeciąć drogę lewitującemu napastnikowi. Widział, że obaj kierują się w górę, więc bardzo mu zależało, by znaleźć się na szczycie przed nim. Zeschła kora urywała się i spadała na ziemię pod siłą uderzeń jego stóp, ale to i tak nie wystarczało. Shinobi, którego jeszcze przed chwilą z łatwością dogonił, teraz poruszał się z niespotykaną prędkością. Uzumaki rozważał przez chwilę użycie chakry Kuramy, ale nie zdążył podjąć decyzji, bo zbliżał się już do korony drzewa. Wyskoczył nad kopułę zielonych liści dokładnie w chwili, kiedy przed oczami mignął mu biały kształt. Przebił się przez warstwę zieleni i ujrzał nad sobą wielkie, błękitne niebo. Pokryte chmurami i spowite słońcem, na chwilę go oślepiło. Odwrócił wzrok i wtedy właśnie dokładniej zobaczył, z kim ma do czynienia. Choć był to tylko moment, Akeru zobaczył mignięcie białych włosów i tego samego koloru luźnej szaty z czarnymi wykończeniami. Wylądował na ziemi i ponownie zadarł głowę w górę, jednak intensywne światło uniemożliwiło mu dokładne zidentyfikowanie celu. Nim jego wzrok zdążył się wyostrzyć, spowity w biel człowiek wykonał zygzak w powietrzu i zaczął się oddalać. Akeru wiedział, że ma tylko jedną szansę.

Uniósł w górę dłoń, w której skoncentrował chakrę. Tak jak zawsze, wymieszał proporcje ciemnej i jasnej chakry w stosunku osiem do dwóch. Małe, niebieskie i czerwone bąbelki zaczęły kumulować się wokół jego dłoni. Zderzały się ze sobą, łącząc w jedną masę. Po chwili uformowały się w idealnie okrągłą, ciemną kulę wielkości arbuza. Wtedy właśnie Akeru dodał do niej chakry wiatru. Wyobraził sobie, że tworzy z chakry miniaturowe ostrza i przelał ją prosto do kuli. Efekt był natychmiastowy - wokół sfery pojawiły się wirujące, białe ostrza, które szybko powiększały swoje rozmiary. Akeru uniósł dłoń w górę i wycelował, mrużąc oczy. Oddalający się po chaotyczną ścieżką przeciwnik nie stanowił łatwego celu, ale Uzumaki był przekonany, że ze swoim Byakuganem da radę go trafić. Nawet jeśli nie, mógł zawsze zdetonować technikę koło niego, wciągając go w eksplozję. Tymczasem wiatrowe ostrza osiągnęły już maksymalny rozmiar. W swojej dłoni trzymał teraz czarny, wirujący niczym wielkie śmigło shuriken. Wydawał on charakterystyczny, wibrujący dźwięk.

- Futon: Bijudama Rasen...

,,Czekaj!" - ryknął Kurama - ,,Oszalałeś?! W tej okolicy jest gdzieś Sakuri z resztą dzieciaków. Nie mówiąc już o stadionie!"

Akeru zawachał się. Nie przyszło mu to do głowy. Ta technika zmiotłaby z powierzchni ziemi całą okolicę. Dał ponieść się emocjom i nie myślał trzeźwo, przez co omal nie zranił swoich bliskich. Syknął z poirytowaniem, obserwując oddalającego się napastnika. Miał go w swoim zasięgu, ale nie mógł nic zrobić. Kiedy nieznajomy był już tylko białym punktem na horyzoncie, Akeru dezaktywował Byakugan, a jego oczy wróciły do normalności. Źrenica zniknęła, a nerwy wokół oczu cofnęły się pod skórę. Technika w jego dłoni zaczęła zwalniać obroty, kręcąc się coraz wolniej i wolniej. W końcu wibracje ucichły, a czarna kula zmniejszyła się. Zapadła się sama w sobie, rozpływając się delikatnie w powietrzu. Akeru opuścił dłoń.

,,Gdybym tylko umiał latać tak jak Ren" - pomyślał, rozdrażniony.

,,Nie potrzebujesz tego. Masz mnie" - warknął Dziewięcioogoniasty,

,,No jasne. Daj znać, jak wyhodujesz sobie skrzydła, Kurama".

,,To twoja wina. Gdybyś wcześniej użył mojej mocy albo Trybu Mędrca, nie doszłoby do tego."

W tym Akeru mógł się z nim zgodzić. To naprawdę była jego wina. Wina, którą zamierzał zmazać. Sięgnął za swój pas, wyjmując zza niego metaliczny krążek, którym rzucił w niego zabójca. Przyjrzał mu się podejrzliwie, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że nie pochodzi on z żadnej z wiosek shinobi. To był dowód na jego niespodziewane spotkanie.

,,Muszę pokazać to Renowi" - pomyślał.

***

Sho siedział cały odrętwiały, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, tępo wpatrując się w ekran. Do tej pory oglądał wyścig w spokoju, ponieważ Sakuri utrzymywał stałą przewagę nad Kirą, zostawiając resztę mocno z tyłu. Teraz jednak sytuacja się zmieniła - czerwona kropka jego przyjaciela zatrzymała się na chwilę, dając się wyprzedzić żółtej. Wiedział, że musiało to oznaczać jakąś wymianę technik pomiędzy nim, a kunoichi z Kumogakure. Miał nadzieję, że Sakuri szybko nadrobi straty, ale nawet jeśli nie, to wyścig wciąż znajdował się jeszcze we wczesnej fazie.

- Coś go musiało tam zatrzymać - stwierdził nie do końca błyskotliwie Kinsei, sprawdzając zabandażowane ręce Akane.

- Czemu mnie to nie dziwi - pufnął Dai - Ten idiota nie jest w stanie wygrać nawet głupiego wyścigu.

Spod jego stóp dobiegło głuche warczenie. Uchiha zerknął w dół, widząc niespecjalnie zadowolonego jego postawą Tenrou. Biały wilk chyba zrozumiał, o co mu chodziło. Wpatrywał się w niego swoimi dzikimi ślepiami, łypiąc groźnie spode łba.

- A ty czego się tak patrzysz? - czarnowłosy odwzajemnił spojrzenie, co wyglądało dość zabawnie - Lepiej jakoś zachęć Sakuriego, żeby bardziej się postarał.

- Zdajesz sobie sprawę, że to jest pies? - mruknęła Akane i rzuciła w przestrzeń - Z kim ja się zadaję...

Sho westchnął. Nieustanne potyczki słowne jego brata i nowej koleżanki zaczynały już go męczyć. Naprawdę miał nadzieję, że wkrótce ta dwójka się do siebie przyzwyczai. Obserwował, jak znajdująca się przed nim arena jest powoli oczyszczana z pozostałości pojedynku Akane i Kouty. Członkom ANBU udało się już pozbyć się fosy otaczającej pole bitwy i walających się po ziemi kościstych odłamków, ale nie za bardzo wiedzieli, co zrobić z koralowym słupem. Próbowali teraz ściąć go Uwolnieniem Wiatru, ale szło to bardzo opornie. Materiał, z którego był zrobiony kolec, nie chciał tak łatwo ustąpić. Ich techniki zostawiały na nim tylko niewielkie wcięcia i wyglądało na to, że jeszcze trochę czasu minie, nim konstrukcja się zawali. Nie przeszkadzało to Shoriemu. I tak nie miał nic lepszego do roboty niż oglądanie ANBU przy pracy. Wyścig prezentowany na ekranach był zdecydowanie zbyt emocjonujący, by na dłuższy czas przyciągnąć jego uwagę. Widownia chyba miała podobne zdanie. Trybuny przerzedziły się, bo prawdopodobnie duża część ludzi postanowiła zrobić sobie teraz przerwę obiadową. Na samą myśl o tym poczuł burczenie w brzuchu i uznał, że pójście w ich ślady wcale nie byłoby najgorszym pomysłem.

- Chyba idę coś zjeść - oznajmił - Ktoś z was też jest głodny?

- Ja - Daisuke podniósł się i ruszył do wyjścia - Sam chciałem to zaproponować.

Kinsei i Akane byli zbyt zajęci jej rehabilitacją, by myśleć teraz o jedzeniu. Dai i Sho ruszyli więc ciemnym tunelem prowadzącym do szatni, a następnie skręcili ku schodom prowadzącym na wyższe piętro stadionu. Dostali się na pierwszy poziom, który zastawiony był licznymi barami z przekąskami. Sho od razu zauważył błysk w oczach swojego brata, gdy przechodzili obok sklepu z dango. Był on swoistym koneserem tego typu jedzenia i wkrótce siedzieli już przy stoliku, Dai rozkoszując się swoim ulubionym daniem, a Sho swoim. Pogryzał sobie spokojnie bułkę manju, podpierając się łokciem o blat. Dookoła nich siedziało kilku shinobi, ale w większości otaczali ich prości ludzie, którzy ściągnęli tu na obiad. Choć było im trochę ciasno, atmosfera stadionu rekompensowała wszystko z nawiązką. Przez pewien czas gawędzili na dowolne tematy, ciesząc się swoim towarzystwem. Nagle jednak Shoriemu coś się przypomniało.

- Powiedz mi - zapytał, przez przypadek plując na brata okruszkami - dlaczego cały czas nie możesz się dogadać z Akane?

Daisuke zamarł w pół gryza, z dango lekko włożonym do ust.

- Nie przy jedzeniu...

- Ha-ha. O co chodzi?

- Sam nie wiem - Uchiha wzruszył ramionami - Irytuje mnie, to wszystko. Trochę jak z Sakurim, ale nie do końca. Wiesz, jak bardzo się cieszyłem, że będę kapitanem tej drużyny. A potem zjawiła się ta cała Akane i zaczęła rozstawiać nas po kątach.

Zastanowił się nad słowami swojego bliźniaka. Miał on sporo racji. Ich nowa koleżanka faktycznie mocno się rządziła, była też dość nieprzyjemna. Osobiście nie obchodziło go to za bardzo, bo i tak robił, co do niego należało, ale widocznie dla innych musiało mieć to jakieś znaczenie. Podrapał się po włosach i wziął wielkiego gryza swojej bułki.

- No cóż, twojej pozycji ci nie odbierze - stwierdził - A nawet jeśli by próbowała, wiesz, że ja zawsze będę po twojej stronie.

- Taa, ale myślę, że jakoś się to ułoży - Dai machnął ręką - Akane musi znaleźć swoje miejsce w zespole. Wtedy się trochę uspokoi.

Sho zmiął papierek, w którym jeszcze przed chwilą trzymał swoje manju i cisnął nim do kosza. Trafił bezbłędnie.

- Wiesz, zastanawiam się - Daisuke wepchnął do ust pozostałość swojego dango i wyrzucił patyk - z kim będziemy... - zamarł w pół słowa i wpatrzył się w dal.

Wyglądał dość zabawnie, robiąc głupią minę z wciąż wpakowanym do ust dango. Coś musiało pożądnie go zaskoczyć. Shori również się odwrócił, ale nie był do końca pewny, co powinien za sobą widzieć.

- Czy to...Hokage? - szepnął jego brat - Co staruszek Akeru tutaj robi?

Faktycznie, w oddali uliczki stadionu bardzo szybko poruszała się jakaś odziana w biel i czerwień postać, która, po zbliżeniu się, faktycznie okazała się być Siódmym. Hokage miał całe rozczochrane bujne blond włosy i ubłocone buty. Jego ozdobiona czerwonymi płomieniami peleryna falowała dziko podczas biegu. Wyglądało na to, że mężczyzna gdzieś bardzo się spieszył. Na jego twarzy malowało się wielkie napięcie. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie ma nastroju na żarty. Minął bliźniaków, nawet nie zwalniając. Przez ten pęd nawet ich nie zauważył. Starszy z braci jednak nie dał za wygraną.

- Czcigodny Hokage! - zawołał i pomachał ręką - Tutaj!

Dopiero teraz Uzumaki zwrócił na nich uwagę. Zahamował ostro piętą i odwrócił się do nich, jakby wyrwany z głębokiego zamyślenia. Zbliżył się, lekko skonfundowany.

- Mówiłem ci, żebyś mnie tak nie nazywał, Dai - skrzywił się - Co wy tutaj robicie?

- Zrobiliśmy sobie małą przerwę na obiad - wyjaśnił Sho - Co cię tutaj sprowadza, staruszku Akeru?

Mężczyzna podrapał się w tył głowy, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. W jego pustym wzroku białych oczu znajdowało się coś podejrzanego, jakby nie chciał zdradzić, co naprawdę go trapi. Co jak co, ale do Siódmego w ogóle to nie pasowało. Skoro coś ukrywał, musiał mieć naprawdę ważny powód. Nawet jeśli tak było, nie dotyczyło to z pewnością żadnego z nich, więc nie było sensu drążyć tematu.

- Poszedłem rozprostować kości - mruknął, patrząc w bok - Nie wiem czy słyszeliście, ale wasz ojciec tu jest.

- Taak, widzieliśmy go na trybunach - przyznał Dai - W zasadzie to chciałem go teraz odwiedzić.

- To nie jest najlepszy moment - Hokage zacisnął usta - ale przyjdźcie później. Ren na pewno się ucieszy.

Uchiha nie wydawał się specjalnie zachwycony tym pomysłem, ale nie miał wyboru i kiwnął głową. Siódmy od razu skorzystał z okazji i oznajmił:

- Wybaczcie, ale muszę już iść. Bardzo mi się spieszy. Przyjdźcie później do loży Kage, to należycie porozmawiamy. Powodzenia w turnieju - zawołał i ruszył biegiem, znikając w tłumie ludzi.

Bliźniacy patrzyli za nim przez dłuższą chwilę. Chyba obaj myśleli to samo.

- Dobra, co to było? - zapytał zdziwiony Daisuke - Nic już nie rozumiem.

Faktycznie, zachowanie Hokage budziło wiele niejasności. Co prawda Turniej Pięciu Wiosek wymagał wiele przygotowań i nadzoru, ale nie do tego stopnia. Ojciec Kinseia nigdy się tak nie zachowywał. Sho znał go jako wyluzowanego, lubiącego się popisywać i nieco zbyt skorego do gniewu człowieka, a to nijak nie pasowało do tego, co przed chwilą zobaczył. Miał złe przeczucia co do jego podejrzanego zachowania, choć nie potrafił ich sprecyzjować. Liczył na to, że to tylko jego urojenia. Może po prostu Siódmy musiał załatwić coś ważnego, a on zwyczajnie nadinterpretował całą sytuację? Westchnął głęboko. Powinien przestać zajmować się sprawami, które go nie dotyczą i skupić się na turnieju. Podczas gdy on i jego brat spokojnie zajmowali się jedzeniem, Sakuri wylewał z siebie siódme poty, by tylko zdobyć punkty dla ich drużyny. Wypadało im chociaż wrócić do sektora i ponownie zacząć śledzić jego postępy.

- Nie mam pojęcia - pokręcił głową - Chodź, Dai, wracamy. Mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie.

***

Sakuri skakał z gałęzi na gałąź, wpatrując się w coraz bardziej przybliżające się plecy Kiry. Odwrócił się za siebie - z tyłu, daleko za sobą zobaczył trzy kolorowe sylwetki podążające jego śladem. Dzieliła je jednak do niego duża odległość, więc nie musiał się na razie nimi przejmować. Musiał skupić się nad nadrobieniu straty do swojej przeciwniczki. Dał się jej zaskoczyć w głupi sposób i teraz płacił za swoje nieprzygotowanie. Co prawda nie mógł przewidzieć, że dziewczyna potrafi używać Suitonu, ale to go nie usprawiedliwiało. Jakby tego było mało, nie wiedział jak oprzeć się mocy jej doujutsu. Strumień wody, który w niego skierowała, tuż przed jego twarzą zmienił się w nawałnicę gradu. Miał szczęście, że skończylo się tylko na podbitym oku i kilku siniakach. Przewaga, którą zyskała wtedy Kira, utrzymywała się cały czas na mniej więcej stałym poziomie. Kunoichi była niemal tak szybka jak on, co oznaczało, że jeśli chciałby ją wyprzedzić, musiałby dać z siebie naprawdę wszystko, a nie chciał marnować sił. Miał lepszy pomysł, jak ją spowolnić.

- Katon... - mruknął, składając ręce w znak tygrysa - Goukakyu no Jutsu!

Wziął głęboki wdech, mieszając powietrze w płucach z chakrą ognia, tak jak uczył go jego mistrz. Wycelował, i, czując odpowiedni moment, wypuścił skumulowaną technikę przed siebie. Powstała w ten sposób ognista, żarząca się kulka szybko urosła, rozświetlając ciemny las. Osiągnęła rozmiary kilukrotnie większe od przeciętnego człowieka. Skwiercząc wściekle poleciała do przodu, spopielając po drodze wiszące gałęzie drzew. Czując na plecach gorąco, Kira odwróciła się. Gdy zobaczyła nadciągające zagrożenie, otworzyła szeroko oczy i szybkim ruchem stóp znalazła się po dolnej stronie gałęzi. Używając chakry przyczepiła się do niej i, stojąc do góry nogami, pozwoliła, by jutsu Sakuriego przeleciało nad nią. Tak też się faktycznie stało, a ognista sfera uderzyła w pień drzewa kilkadziesiąt metrów dalej, spowijając go w płomieniach. Drzewo zajęło się dzikim ogniem, zwęglając się w oczach. Było jednak na tyle daleko reszty roślin, że ryzyko niekontrolowanego pożaru stało na raczej niskim poziomie. Pomimo spudłowania, jounin nie czuł się bynajmniej zawiedziony. Osiągnął swój cel - dowiedział się czegoś więcej na temat umiejętności doujutsu swojej oponentki.

- Wiedziałem - zawołał tryumfalnie, mijając ją - Twój Genshigan ma swoje limity.

- Co masz na myśli? - odkrzyknęła z tyłu. W jej głosie słychać było wyraźną podejrzliwość.

- Chakra - wyjaśnił Sakuri, patrząc na rozciągający się przed nim tunel zieleni - Twoje oczy nie mogą zmienić struktury cudzej chakry. To dlatego uniknęłaś tego ataku!

Nastała chwila ciszy. Sakuri wyczuł, że odgadł słabość Kiry idealnie. Myślał, że ta więcej się nie odezwie, ale nagle usłyszał z tyłu:

- Hmph. Całkiem nieźle...Sakuri? Chyba tak się nazywałeś. Ale nie widziałeś jeszcze prawdziwej siły mojego doujutsu.

Prawdziwej siły jej doujutsu? Co to niby miało znaczyć? Ten cały Genshigan był dla niego jedną wielką zagadką. Sześć łezek rozłożonych dookoła źrenicy i zielona tęczówka...wszystko to przypominało mu jego własnego Sharingana. Do tej pory jego trzyłezkowiec pomagał mu w unikaniu napotykanych na trasie przeszkód, ale nie wiedział, czy wystarczy, by wygrać cały wyścig. Z poziomem, jaki prezentowała Kira wszystko mogło się zdarzyć. Nie mógł też zapomnieć o trzech rywalach siedzących mu na ogonie. Choć na razie znajdowali się daleko, obawiał się, że jego potyczki z kunoichi nieco osłabiły jego przewagę. Las przed nim zaczynał się jeszcze bardziej zagęszczać i tylko pojawiające się co jakiś czas czerwone płachty na drzewach pomagały mu określić kierunek wyścigu. Nagle usłyszał  za sobą wybuch i obejrzał się. Jeszcze przed chwilą tak pewna siebie Kira została odrzucona przez bliżej niezidentyfikowaną eksplozję. Sakuri nie widział żadnego dymu, tylko koziołkującą w powietrzu dziewczynę. Przeleciała dobre kilkanaście metrów, kompletnie oszołomiona. Spadła na znajdującą się dość nisko gałąź i zawisła na niej przez chwilę, nie mogąc złapać oddechu. Sprawca całej tej sytuacji - Paki Kagiro z Wioski Piasku stał na jednym z konarów z wyciągniętą do przodu dłonią. Dopiero Sharingan pokazał Sakuriemu więcej szczegółów jego osoby - choć ciało miał szczelnie okryte peleryną i bandażami, na jego wyprostowanej ręce wyraźnie widać było liczne klapki i zapadki. Szybko schował ją z powrotem do rękawa, ale było już za późno. Hatake rozpoznał charakterystyczny wygląd ręki lalki. Od opuszków jej palców odchodziły niebieskie nici chakry, które chowały się pod peleryną. Zatrzymał się, myśląc, że taki przeciwnik może okazać się później problematyczny i lepiej załatwić go teraz, gdy ma okazję. Oznaczało to zrezygnowanie ze swojej przewagi nad pozostałymi uczestnikami, ale biorąc pod uwagę, że Kira na razie zbierała siły na gałęzi, mógł sobie pozwolić na walkę. Spojrzał Pakiemu prosto w oczy mając nadzieję złapać go w genjutsu. Ku jego zdziwieniu technika nie zadziałała. Skoncentrował się jeszcze raz, wysyłając ku przeciwnikowi falę chakry, ale również bez rezultatu.

- Nie wysilaj się - poradził spokojnym głosem Kagiro. Sakuri wyczuł w nim nutkę wyższości - Na te oczy nie zadziała żadna iluzja.

- Jak ty to robisz...?

Wpatrzył się w oczy konkurenta. Choć ich kolor, kształt i budowa nie wydawały się podejrzane, ich ruchy zdawały się nienaturalne. Poruszały się niezależnie od siebie, co sprawiało osobliwe wrażenie. Po chwili białowłosy dostrzegł też, że w ogóle nie mrugają. Wyprostował się, osłupiały. Wszystko stało się nagle jasne.

- Widzę, że sam się domyśliłeś - uśmiechnął się kwaśno jounin z Suny.

- Zastąpiłeś własne oczy lalkowymi protezami - stwierdził z niedowierzaniem Sakuri.

- Można to tak nazwać. To tylko jeden z moich wynalazków. Choć zapewne tego nie rozumiesz, widzę teraz lepiej niż jakikolwiek zwykły shinobi. Ulepszyłem się...ostrość, zasięg i pole widzenia...wszystko to dzięki mojemu dziełu.

- Jesteś chory - nie mógł uwierzyć Hatake - Dlaczego to sobie zrobiłeś?!

- Nie wybrałem tego sam - burknął Paki - Ale cóż, muszę przyznać, że bardzo trafnie się złożyło. Teraz mogę wprowadzać moje wynalazki w życie i testować je w czasie rzeczywistym.

Sakuri nie miał zielonego pojęcia, o czym on mówił. Po raz kolejny pomyślał, że przydałby mu się tutaj Tenrou. Jego przeciwnik mógł być niezłym dziwakiem, ale nie wyglądał na słabego. Sposób, w jaki odrzucił Kirę...to mogło oznaczać tylko, że jest użytkownikiem Futonu. Coś się jednak nie zgadzało - kiedy dziewczyna odlatywała w tył, jego Sharingan nie zarejestrował żadnej chakry. Miał nadzieję, że szybko dowie się czegoś na temat mocy swojego tajemniczego oponenta. Spokojna mina i zrelaksowana postawa mężczyzny musiały oznaczać, że jest pewny swoich umiejętności. Sakuri miał nadzieję, że nie ma to nic wspólnego z ogromnymi mięśniami ukrytymi pod jego poncho. Pomimo dotychczas stoickiej postawy Pakiego wiedział, że czeka go walka. Nie mógł zapomnieć, że w tej konkurencji liczy się przede wszystkim znalezienie się na mecie, a nie pokonanie przeciwnika. Jeśli straci za dużo czasu pojedynkując się z tym tajemniczym lalkarzem, reszta zawodników z pewnością zostawi go w tyle. Z każdą sekundą jego przewaga topniała, więc nie mógł już marnować ani chwili. Chciał już skoczyć do ataku, ale nagle jednym zamaszystym ruchem Paki odrzucił w powietrze swoją pelerynę i poncho. Materiał spadł powolnym ruchem w dół gałęzi, ukazując oszołomionemu chłopakowi prawdziwe oblicze jego przeciwnika. To, co przed chwilą wydawało mu się mięśniami, wcale nimi nie było. W rzeczywistości mężczyzna miał na sobie ciężką zbroję w cielistym kolorze. Pokrywała cały jego korpus, posiadając klapki i przekładnie w okolicach stawów. Poruszała się razem z nimi, co świadczyło o jej dobrym dopasowaniu. Sharingan Sakuriego w mgnieniu oka zauważył liczne zapadnie i ruchome części, które z całą pewnością pełniły funkcję obronną lub ofensywną. W tym wielkim pancerzu jounin z Piasku wyglądał dość pokracznie, ale białowłosy wiedział, że to nie przelewki. Od opuszków pokrytych zbroją palców odchodziły niebieskie nici chakry, przyczepiające się w kilkudziesięciu miejscach do kostrukcji. Wyglądało to tak, jakby Paki założył na samego siebie lalkę i sterował nią od środka. Wokół jego masywnych nadgarstków przywiązane było kilkanaście miniaturowych rozmiarów zwojów z pieczęciami oraz dwa duże noszone w okolicach dolnej części pleców. Sama zbroja była złożona z różnej wielkości płyt, rozszerzających się na ramionach i formujących coś w rodzaju naramienników.

,,Obsługuje ją za pomocą tych nici chakry" - pomyślał Hatake - ,,Jeśli uda mi się je przeciąć, na pewien czas nie będzie mógł jej kontrolować".

- Bardzo ładna zabawka - uśmiechnął się chytrze, starając się zyskać na czasie - Ciekawe jak poradzisz sobie z...tym! - wyszarpnął z pochwy przy pasie swój miecz i skoczył prosto na przeciwnika z wyciągniętym do przodu ostrzem. Przesłał przez nie swoją chakrę, dzięki czemu Biały Kieł zostawiał za sobą białą smugę. Pikując z gałęzi na przeciwnika, zauważył, że ten w mgnieniu oka wyciągnął w jego kierunku prawą rękę. Zdążył tylko skarcić się w myślach za swoją gorącą głowę i nagle zauważył okrągłą klapkę otwierającą się na dłoni Pakiego. Towarzyszyło temu lekkie drgnięcie nici przyczepionych do przedramienia. Choć były one zbyt cienkie, by dostrzec je gołym okiem, jego Sharingan świetnie radził sobie z odczytywaniem ich ruchów. Nie zdążył zadać swojego ciosu, bo natychmiast dostał w twarz potężnym podmuchem wiatru, który zatrzymał go kilkanaście centymetrów przed jego celem, a następnie potężnie wykatapultował w tył. Ciśnieniowa armata zamroczyła mu zmysły i ledwo zdawał sobie sprawę z tego, że leci, obracając się chaotycznie w powietrzu. Przygrzmocił plecami o pień jednego z drzew, a następnie upadł na brzuch, przewieszając się przez suchą gałąź. Jęknął głucho, zbierając siły. Czuł się cały poobijany, ale nie było to nic, co nie pozwalałoby mu walczyć. W głowie łomotało mu, jakby właśnie ktoś trzasnął go w nią wielkim kamieniem. Zdał sobie sprawę, że to właśnie tej sztuczki Paki użył przeciwko Kirze. Zerknął w dół i nie dostrzegł zbierającej siły kunoichi. Zaklął pod nosem - mogła znajdować się teraz gdziekolwiek, a nie mógł jednocześnie walczyć z tym osobliwym lalkarzem i chronić swoje plecy. Oczywiście gdyby Tenrou z nim był, wszystko wyglądałoby inaczej. Chwycił w dłoń leżący obok Biały Kieł i przyjrzał się przez chwilę jego klindze. Ta należała niegdyś do jego dziadka oraz ojca. Choćby ze względu na to musiał wygrać ten wyścig i udowodnić im, że potrafi sprostać ich legendzie.

- I jak podobał ci się jeden z moich wynalazków? - zapytał Paki, opuszczając powoli dłoń - To tylko próbka możliwości mojej najwspanialszej kreacji. Moc odrzutu to jeszcze nie to, musisz mi wybaczyć. Wciąż nad tym pracuję.

Sakuri podniósł się na nogi i uśmiechnął zawiadacko. Nie mógł dać przeciwnikowi satysfakcji. Odrzucił z twarzy rozczochrane białe włosy.

- Nie, moc była wręcz idealna - zadrwił - Świetna zabawa. Mógłbym tak cały dzień!

- Cały dzień? - jounin zagryzł w gniewie wargi - Skoro tak bardzo podobało ci się moje ciśnieniowe działo, to wprost pokochasz resztę moich wynalazków!

Wyciągnął przed siebie lewą rękę, czemu towarzyszyły kolejne pociągnięcia za nici chakry. Klapki zbroi zaklekotały, a wewnętrzne mechanizmy poruszyły się, odsuwając na boki cztery płyty z przedramienia. Oczom Sakuriego ukazał się skomplikowany, metaliczny mechanizm wysuwający się z wnętrza nadgarstka. Przypominał duży cylinder z dziurami, z których lekko wystawały ostrza kunaiów. Choć nigdy wcześniej nie widział takiego urządzenia, nie ciężko było mu się do myślić, do czego służyło. Stanął pewniej na nogach, gotów w każdej chwili do ucieczki. Shinobi z Suny uśmiechnął się, zadowolony z siebie, a jego mechaniczne oczy wycelowały w gałąź, na której znajdował się białowłosy. Zgiął palce, ponownie wprawiając w ruch mechanizm swojej broni. Cylinder zaczął obracać się i chwilę później wypluł z siebie kilkanaście tnących powietrze kunai. Ten moment wystarczył Sakuriemu, by odskoczyć, ale po pierwszym niepowodzeniu jego przeciwnik skorygował swój cel. Miejsce, w którym przed chwilą stał chłopak najeżone było teraz metalem. Nim znalazł się na drugiej gałęzi, dogoniła go salwa pocisków. Sharinganem zauważył trzy zbliżające się z jego prawej i jednego po lewej. Pamiętając, by nie stracić równowagi, machnął kila razy Białym Kłem. Jego doujutsu uławiło mu zadanie. Czuł się, jakby wszystko to odbywało się w zwolnionym tempie, więc bez większych problemów odbił klingą miecza nadciągające zagrożenie. Kunaie z brzękiem poleciały na boki, wbijając się w pnie drzew lub spadając na ziemię. Sam Hatake natomiast wylądował na kolejnej gałęzi, zadowlony z tego, że udało mu się efektywnie zablokować kolejny atak przeciwnika.

- Nienajgorzej - przyznał Paki i wyciągnął przed siebie również drugą rękę. Oznaczało to, że zamiarza kontynuować swoje natarcie, czym Sakuri nie był specjalnie zachwycony. Jego cel stanowiła meta, a nie bezsensowne potyczki w trakcie wyścigu. - A co powiesz na to?

Delikatny ruch palca wskazującego schował do wewnątrz przedramienia mechaniczny cylinder i zamknął za nim klapki, natomiast drugi rozpoczął zupełnie nową transformację. Otwory na dłoniach mężczyzny ponownie się rozwarły, robiąc miejsce wysuwającym się stalowym lufom. Hatake uniósł brwi, zdziwiony tak frontalnym atakiem oponenta. Wyglądało na to, że był bardzo zdeterminowany, by coś mu udowodnić.

,,Nie mam na ciebie czasu" - pomyślał poirytowany jounin.

Nie chciał tracić chakry na nic niewnoszącą walkę, ale wyglądało na o, że nie będzie miał wyboru. Twarz Pakiego rozświetlił promienny uśmiech. Wyglądało na to, że szykuje się do uwolnienia kolejnego destrukcyjnego ataku. Sakuri miał nadzieję, że dzięki rozmowie uda mu się go jakoś od tego odciągnąć.

- Dlaczego to robisz? - zapytał - Nie znajdziesz się dzięki temu szybciej na mecie.

- Jeśli pozwolę ci odejść, na pewno mnie wyprzedzisz - oznajmił z kamienną miną Kagiro - Szybkość nigdy nie była moją specjalnością, a z tą ciężką zbroją tym bardziej za wami nie nadążę. Zwyciężę poprzez wyeliminowanie wszystkich uczestników wyścigu.

- W takim wypadku po co w ogóle ją wkładałeś? Po co zastąpiłeś swoje oczy protezami? - Sakuri nic już z tego nie rozumiał.

- Już ci to mówiłem. Nie wybrałem tego! To był wypadek!

- Wypadek?

Paki przyjrzał się swojej prostetycznej dłoni. Zgiął jej palce w pięść i wytłumaczył:

- Tak. Już od najmłodszych lat zajmowałem się lalkarstwem. Byłem w tym naprawdę dobry, wiesz. Poświęcałem temu cały wolny czas. Chciałem zostać wielkim mistrzem lalkarstwa tak jak kiedyś brat Piątego Kazekage Kankurou albo Sasori Czerwonego Piasku. Problem w tym, że moje wynalazki, choć innowacyjne, często okazywały się...trochę wadliwe.

- Kiedy to się stało?

- Miałem wtedy dziewięć lat - zastanowił się Kagiro - Tak, chyba jakoś tak. Nawet nie ukończyłem wtedy jeszcze Akademii. Moja eksperymentalna bomba z wybuchowych notek eksplodowała mi w dłoniach. Straciłem obie ręce, a odłamki powstałe w wybuchu mnie oślepiły. Podobno miałem ogromne szczęście, że w ogóle przeżyłem. No cóż, wtedy tak na to nie patrzyłem. Miałem już nigdy nie zostać shinobi, ba, lekarze nie dawali mi szans na normalne życie. Takie coś potrafi dobić każdego, ale ja po pewnym czasie zobaczyłem w tym swoją szansę. Przypomniałem sobie o tym, co zrobił wielki mistrz Sasori ze swoim ciałem i uznałem, że mogę naśladować jego wyczyn. Co prawda nie miałem odwagi na tak ekstremalne środki, jakich się on podjął, ale zbudowałem sobie moje protezy i ulepszyłem samego siebie. Wydajność moich dzieł zdecydowanie przekraczała to, co w była w stanie zaoferować mi matka natura - rozprostował palce - Kiedy zobaczyłem, jak wspaniały efekt uzyskałem, postanowiłem skonstrukować moje największe dzieło - popukał się w klatkę piersiową, która odpowiedziała głuchym klekotaniem - Ta zbroja naszpikowana jest wszelkiego rodzaju amunicją i wyposażeniem. Dzięki niej ja sam staję się bronią!

Więc tak to wyglądało. Sakuri był nieźle wstrząśnięty rewelacjami swojego przeciwnika. Teraz mógl go trochę lepiej zrozumieć. Czuł wobec niego nawet coś w rodzaju współczucia. Choć jego oponent dał mu się poznać jako człowiek zarozumiały i okrutny, musiał przyznać, że miał swoje powody. Podziwiał wysiłek, jaki ten włożył w swoją rekonwalescencję, ale nie usprawiedliwiało to jego zachowania. Nie mógł też oprzeć się wrażeniu, że Paki dostał to, na co zasłużył - jego niebezpieczne eksperymenty w końcu się na nim odbiły. Teraz przynajmniej wiedział, dlaczego lalkarz tak bardzo pragnie go pokonać - prawdopodobnie chciał udowodnić sam sobie, że pomimo swojego wypadku wciąż potrafi walczyć na najwyższym poziomie.

- Przykro mi to słyszeć - oznajmił białowłosy, wystawiając przed siebie Biały Kieł - Tym bardziej nie mam zamiaru się z tobą teraz pojedynkować.

- Nie pytam się ciebie o zdanie. A tym bardziej nie potrzebuję twojego współczucia.

Nagle kątem oka Sakuri zauważył jakiś ruch po swojej lewej. Odwrócił się i ujrzał kunoichi z Iwagakure, która, jeśli dobrze pamiętał, nazywała się Junko Kagane. Skakała po gałęziach, z zaciekawieniem obserwując całą sytuację. Kierowała swój wzrok to na Sakuriego, to na Pakiego. Hatake postanowił to wykorzystać. W mgnieniu oka podjął decyzję i w momencie, gdy nawiązał z nią kontakt wzrokowy, użył swojego Sharingana. Zmanipulował przepływ chakry w jej ciele, tak jak uczył go jego mistrz. Sakuri nigdy nie był zbyt dobry w używaniu genjutsu, ale czcigodny Ren zmusił go, by poznał chociaż podstawowe techniki Sharingana. Jak twierdził, znajomość iluzji oraz Uwolnienia Ognia determinuje, czy ktoś jest godzien tego doujutsu.

,,Genjutsu: Sharingan!" - pomyślał Sakuri, modyfikując obraz widziany przez Junko. Pobiegła dalej, nie zdając sobie sprawy, że następna wyznaczająca trasę płachta wcale nie będzie prawdziwa.

- Jeszcze ona - mruknął Paki - Muszę szybko to zakończyć.

- Chciałem powiedzieć to samo.

Lalkarz poruszył palcem wskazującym, co wywołało całą serię odgłosów przesuwających się zębatek. Mechanizmy wewnątrz jego zbroi ożyły, a Sharingan Sakuriego zarejestrował wewnątrz stalowych luf iskry. Sekundę później z rur wystrzeliły ogromne słupy ognia, szybko zmierzające w jego stronę. Natychmiast poczuł falę gorąca na twarzy. Płomienny wachlarz przesłonił mu wszystko przed oczami i zbliżał się w niepokojącym tempie. Trzeba było przyznać, że zbroja Pakiego faktycznie posiadała ogromne możliwości bojowe. Liżące zwieszające się z koron drzew gałęzie płomienie rozświetlały ciemny dotychczas las. Sakuri natychmiast chwycił za rękojeść Białego Kła.

,,No proszę" - pomyślał - ,,A więc to wielkie dzieło Pakiego faktycznie coś tam potrafi. Ale z łatwością będę mógł się pozbyć tych płomieni, jeśli użyję tego..."

Już przymierzał się do wykonania swojej techniki, ale nagle fala ognia zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Płomienie, jeszcze przed chwilą dzikie i intensywne, w mgnieniu oka rozpłynęły się w powietrzu, zostawiając za sobą skwierczące zgliszcza. Sakuri puścił swój miecz i przekrzywił głowę, nie rozumiejąc, co się dzieje. Jego przeciwnik najwyraźniej był równie zaskoczony. Podniósł do twarzy swoje ręce i przyjrzał się mechanizmowi, coś wyraźnie sprawdzając. Wydawało się, że nie wierzył, by jego najwspanialsza kreacja mogła go tak po prostu zawieść.

- Niemożliwe - warknął - Jak...co ty zrobiłeś?!

- To nie ja! - Hatake uniósł protekcjonalnie ręce w górę - Chciałbym tak potrafić, ale...ja też nie mam pojęcia, co się tutaj zdażyło.

- Moja broń nie zawodzi - pieklił się Paki - Poświęciłem całe życie, by...

- Och, zamknij się wreszcie! - krzyknął dziewczęcy głos z gałęzi nad Sakurim. Uniósł w górę głowę i podążył wzrokiem za zeskakującą z niej postacią. Po blond włosach i brązowym stroju od razu rozpoznał Kirę. Kopnęła lalkarza prosto w klatkę piersiową, a ten zachwiał się i potoczył po gałęzi. Białowłosy zauważył, jak pod wpłyłem uderzenia jego pancerz odchodzi od ciała, jakby nagle się roztopił. Sunąc po drewnie, Paki zostawiał za sobą mokry ślad pochodzący z jego rozpadającej się zbroi. Zębatki i śrubki wypadały na boki, zasypując otoczenie warstwą żelastwa. W chwili, kiedy uderzył plecami o pień drzewa, po jego potężnym pancerzu nie został już żaden ślad. Teraz miał na sobie zwykłą, płócienną białą koszulę i prezentował się zdecydowanie mniej przerażająco. Mimo to, jego niemrugające oczy i mechaniczne dłonie wciąż stanowiły spore zagrożenie.

- Co ty tutaj robisz? - zdziwił się Sakuri, patrząc na stojącą na konarze przed nim Kirę.

- Czekałam, aż jeden z was wykończy drugiego. Zwycięzcę chciałam dobić sama - wyjaśniła szczerze dziewczyna - ale nie mogłam już słuchać bzdur wygadywanych przez tego szaleńca.

- Hmm...no cóż, dzięki za pomoc...chyba.

Kiedy dwójka rozmawiała, shinobi z Piasku doszedł już do siebie. Wstał chwiejnie i wymacał dłonią swoją klatkę piersiową. Poczuł, że nie ma już na sobie swojej zbroi i rozejrzał się z przestrachem. Gdy ujrzał ściekającą po drzewie płynną masę, ryknął gniewnie:

- Co ty najlepszego zrobiłaś?! To było moje najwspanialsze dzieło!! Poświęciłem całe życie, by...

- To tylko przedmiot - odparła zimno Kira - Nie ma duszy. Przeżyjesz.

- Jak śmiałaś...!

Z palcy lalkarza wysunęło się pięć nici chakry, które Sakuri zarejestrował Sharinganem. Jounin machnął ręką, a te odpowiedziały na jego ruchy. Niczym kilkunastometrowe węże smagnęły w powietrzu i owinęły się wokół szyi blondynki. Kunoichi złapała za nie, ale była zbyt słaba, by je rozerwać. Kaszlnęła i wybałuszyła oczy z braku tlenu. Nici zaciskały się coraz bardziej.

- Odpowiesz za to - mruknął nienawistnie Paki, pochodząc coraz bliżej - Dobrze znam zakres twoich zdolności. Twoje oczy nie potrafią wpływać na chakrę. Właśnie dlatego nie rozpuściłaś moich protez. Są podłączone do mojego ciała, więc cały czas wypełnia je chakra. Teraz zapłacisz najwyższą cenę za swoją zuchwałość.

Pociągnął ręką, obalając dziewczynę na kolana. Ta kurczowo trzymała się za szyję, charcząc i starając się rozpaczliwie złapać powietrze. Taka sytuacja pasowała Sakuriemu. Dlaczego nie pozwolić przeciwnikom wykończyć się nazwzajem? Przecież miał tylko wygrać wyścig. Kątem oka zauważył przebiegającego obok siebie Haru. Nie miało to znaczenia. Był o wiele szybszy od chłopaka z Kiri. Prawdziwe zagrożenie stanowiła dwójka przed nim, dwójka, która zajęta była walką między sobą. Zwycięstwo Pakiego również mu pasowało. To Kira wydawała mu się problematyczna, więc taki obrót spraw rozwiązywał większość jego kłopotów. Mimo to...

Sakuri użył całej siły w nogach, jaką miał. W jednym, błyskawicznym skoku znalazł się na gałęzi przy lalkarzu. Schylony i szybki jak gepard, ze zmrużonymi oczami zacisnął dłoń na rękojeści Białego Kła. Przesłał chakrę przez odziedziczoną po ojcu klingę, co natychmiast spotkało się z wydzieleniem przez nią białego strumienia światła. Ze zmrużonymi oczami znalazł się tuż pod ramieniem swojego przeciwnika. Manewr był tak szybki, że ten nawet go nie zauważył. Sakuri machnął z całej siły klingą. Biały Kieł z łatwością przeszedł przez tworzywo, z którego składała się sztuczna ręka Pakiego. Uciął ją u nasady, odcinając źródło chakry wiążących Kirę nici. Shinobi z Suny zrobił zdziwioną minę i zerknął w dół, tylko po to, by zobaczyć wykonującego obrót Sakuriego. Kopniak w pierś, który otrzymał, zrzucił go z impetem z gałęzi.

- Nic ci nie jest? - zapytał Hatake, podchodząc do macającej swoje gardło Kiry i pomagając jej wstać.

- Wszystko w porządku - odparła słabo - Dlaczego to zrobiłeś?

Wzruszył ramionami.

- Miałem po prostu pozwolić mu cię zabić?

- Nie musiałeś mi pomagać.

- Nie musiałem - kiwnął głową - Ale to nie jest coś, co zrobiłby mój ojciec. Mój mistrz uczył mnie, że nikt nie powinien być ślepy na otaczające go zło...Zwłaszcza ktoś o oczach takich, jak moje.

Kira wpatrzyła się w niego swoimi wielkimi zielonymi oczami, nie wiedząc co powiedzieć. Zauważył w nich drobną zmianę - liczba łezek otaczających źrenicę zwiększyła się z sześciu do ośmiu. Oznaczało to, że dziewczyna musiała mieć w rękawie jeszcze wiele rzeczy, o których nie wiedział.

- Jeszcze się nie cieszcie! - ryknął z dołu Paki - Idę po ciebie...Kira Yumarana!

Hatake uklęknął i zerknął w dół.

- Widzę, że to nie jest typ, który łatwo się poddaje - mruknął, widząc dyndającego w powietrzu lalkarza. Wykorzystał on swoją pozostałą rękę, by owinąć nici chakry wokół gałęzi i zawiesić się w powietrzu. Wyglądał naprawdę żałośnie - pozbawiony swojego pancerza i ręki budził raczej współczucie niż strach. - Dokończę to, nie musisz tutaj czekać.

Mimo wszystko blondynka nie ruszyła się z miejsca. Sakuri ponownie przesłał przez Biały Kieł chakrę i wykonał jedno, płynne cięcie. Nici z łatwością pękły, pozbawiając jounina jego podpory. Runął w dół, wykrzykując obelgi na temat dwójki swoich przeciwników. Później słuchać już było tylko głuche uderzenie o ziemię.

- Nie bądź taki pewny siebie - stwierdziła Kira - Nie potrzebuję forów, żeby z tobą wygrać. Nie wiem, czemu czujesz się tak przekonany o swoim zwycięstwie, ale pozwól, że wyjaśnię ci jedną rzecz - to ja zdobędę te punkty dla Wioski Chmury.

- W takim razie niech wygra lepszy - stwierdził Sakuri.

Yumarana spojrzała na niego teraz w bardziej łaskawy sposób. Na jej twarz wypełzł lekki uśmieszek.

- Taa - zgodziła się i skoczyła, by kontynuować wyścig.

***

- Ren - powiedział zdenerwowany Akeru, wchodząc do loży Kage - Isao, Kasai...Muszę z wami o czymś porozmawiać. Na osobności.

Jego przyjaciele odwrócili się, a razem z nimi reszta Kage. Część z nich miała obojętne miny, ale niektórzy ewidentnie byli mocno podekscytowani. Nic dziwnego - w chwili, kiedy wszedł do środka, na ekranie akurat zgasła zielona plamka Wioski Piasku. Oznaczało to, że Paki Kagiro został wyeliminowany z wyścigu. Obecnie prowadziła Wioska Deszczu, ale Sakuri i Kira deptali jej reprezentantowi po piętach. Wydawało się, że uczestniczka z Iwy kompletnie straciła głowę. Nie dość, że zboczyła z trasy, to jeszcze biegła teraz w kompletnie inną stronę, zataczając co pewien czas kółka. Tsuchikage nie wydawła się specjalnie zachwycona tym faktem. Również Kazekage miał kwaśną minę, widząc jaki los spotkał jego zawodnika. Kojiro oczywiście bawił się w najlepsze, dopingując Haru biegnącego prosto ku zwycięstwu. Nie odwrócił się tylko Ren, który bez słowa obserwował zmagania na ekranie.

- Czy to nie może zaczekać? - zapytał.

- Nie. To naprawdę ważna sprawa.

- Akeru - wtrąciła się Mei - Na stadionie jest tylu członków ANBU. Czy któryś z nich nie mógłby tego...

Uchiha podniósł się z miejsca i, bez dalszych sprzeciwów ruszył do wyjścia. Akeru wiedział, że może na nim polegać. On i jego przyjaciel znali się na tyle dobrze, by wyczuwać, kiedy żarty się kończą. Również Isao i Kasai wstali i opuścili razem z nim lożę. Bez zwłoki zeszli po schodach i stanęli w strzeżonym przedsionku, z dala od uszu przypadkowych przechodniów.

- Lepiej żeby to było ważne - oznajmił Raikage - Moja córka bierze udział w tym wyścigu.

- Jest ważne. I to bardziej niż bym chciał.

- Więc? Przejdźmy do rzeczy - zaproponował jak zwykle skupiony na swoim celu Kasai.

- Kiedy byłem na spacerze, miał miejsce pewien...niepokojący incydent. Zostałem zaatakowany.

- Lasy Kraju Ognia nigdy nie zależały do najspokojniejszych - wzruszył ramionami Isao - Co to było? Dzik? Wąż?

- Nie mówię o zwierzętach - Akeru zmarszczył brwi - Weź to na poważnie. Tutaj chodzi o bezpieczeństwo wszystkich zebranych na stadionie ludzi. Mam na myśli nie tylko widzów, ale i zawodników.

Miny trójki jego przyjaciół wyraźnie stężały, słysząc te słowa. Raikage i Kasai wydawali się zaniepokojeni, ale wyraz twarzy Rena był wprost przerażający. Jego brwi ściągnęły się, a mina zrobiła się zacięta i nieprzystępna. Uzumaki wyczuł, że wkroczył na grząski teren i musi teraz uważnie dopierać słowa, by jego przyjaciel nie zrobił w gniewie czegoś głupiego.

- Co się tam zdarzyło? - zapytał mrukliwym głosem Uchiha.

- No cóż...szczerze mówiąc, mogę powiedzieć tylko tyle, że ktoś próbował mnie zamordować. Poradziłem z nim sobie, ale nie zdołałem go schwytać.

- Nie dałeś rady? - Kasai uniósł brwi - Ktoś o twoich zdolnościach...

- Zaskoczył mnie - wyjaśnił Akeru - Wierzcie lub nie, ale on potrafił latać. W połączeniu z jego szybkością niemal uniemożliwiało mi to trafienie go zwykłymi pociskami. Nie chciałem używać przeciw niemu żadnych poważniejszych technik, bo nie wiedziałem, gdzie znajdują się akurat zawodnicy biorący udział w wyścigu. Zanim się zorientowałem, wzbił się wysoko w powietrze i tyle go widziałem.

- Jak wyglądał? - zainteresował się Isao.

- Nie zdążyłem mu się dokładnie przyjrzeć. Wiem, że miał średniej długości białe włosy i biało-czarną szatę. Poruszał się zbyt szybko, bym mógł go rozpoznać, ale nie wydaje mi się, żeby pochodził z którejkolwiek z Pięciu Wielkich Wiosek.

Isao podrapał się po głowie. Sfrustrowany Kasai natomiast użył dużo mniej subtelnych środków, by wyrazić, co o tym wszystkim myśli. Uderzył bokiem pięści w betonową ścianę i, choć wcale nie użył w tym celu wiele siły, i tak udało mu się ją skruszyć.

- W kółko i w kółko - warknął, reagując na całą sytuację z niespodziewanym gniewem - Zawsze znajdzie się ktoś, z kim trzeba walczyć. Zawsze jest jakiś nowy wróg.

- Taki jest już los shinobi.

- Czego ten ktoś może chcieć? - zastanowił się Isao - Wątpię, by chodziło mu o ciebie, Akeru. Wydaje mi się, że natknąłeś się na niego przez przypadek, jak szpiegował stadion. W przeciwnym wypadku zastawiłby na ciebie pułapkę.

- Też tak sądzę. W takim razie musi chcieć coś od któregoś z widzów albo zawodników.

- Nic w ten sposób się nie dowiemy. To wszystko tylko nasze domysły. Nie pamiętasz o nim nic więcej? Jakaś cecha charakterystyczna, ochraniacz na czoło albo coś w tym rodzaju?

- Jest coś jeszcze - oznajmił Uzumaki i sięgnął do swojej szaty Hokage.

Wydobył zza pazuchy metalowy krążek, którym rzucił w niego napastnik. Wystawił błyszczący przedmiot przed siebie, by jego kompani mogli go dokładnie obejrzeć. Wciąż nie mógł się nadziwić temu dziwnemu narzędziu. Metal, z którego było wykonane, nie przypominał żadnego, który znał. Kasai, Ren i Isao nachylili się nad bronią, również wyraźnie zainteresowani jej pochodzeniem. Akeru miał jednak pewien plan, jak zidentyfikować, z czego była wykonana.

- Isao - wręczył dysk przyjacielowi - Nie mam bladego pojęcia, z czego to jest zrobione. Zastanawiałem się, czy mógłbyś użyć swojego Genshigana, by to zbadać?

Raikage kiwnął głową i bez zwłoki włączył swoje doujutsu. Jego brązowe oczy przyjęły nagle kolor głębokiej zieleni, a wokół źrenicy pojawiło się osiem regularnie rozmieszczonych lini. Kreski te były charakterystyczną cechą Pryzmatycznego Genshigana mężczyzny, odróżniającą go od doujutsu jego poprzedników. Akeru widział już wiele razy, co potrafiły te oczy i był pewny, że ze wsparciem Isao da radę rozszyfrować tajemnicę podejrzanego pocisku.

- Dziwne - oznajmił jego przyjaciel, wpatrując się w przedmiot - Struktura cząsteczkowa niemal całkowicie przypomina rtęć...ale jednak nie.

- Co to ma niby znaczyć?

- Ciężko mi to wyjaśnić - pokręcił głową - Coś tutaj się nie zgadza. Poszczególne atomy...Ech, musiałbyś mieć Genshigana, żeby to zrozumieć. Po prostu wiedz, że to nie jest rtęć, ale coś do niej bardzo podobnego. Sprawdzałeś już właściwości tego metalu? Wiemy już coś na temat jego cech szczególnych?

- Nie ruszałem go od tamtego czasu. Możemy to zrobić teraz.

Kasai wziął w dwie ręce broń i złapał za jej końce. Spróbował je delikatnie wygiąć, co, biorąc pod uwagę jego siłę, i tak stanowiło duże napięcie. Metal ani drgnął. Kaguya zrobił zdziwioną minę i naparł na niego mocniej, wciąż bez żadnej reakcji. W końcu skupił się i z wysiłkiem udało mu się lekko zgiąć dysk. Wyglądał na szczerze zaskoczonego takim oporem materiału.

- Tego to się nie spodziewałem - przyznał.

- Ja też nie - powiedział równie skonfundowany Akeru - No cóż, jeśli chodzi o wytrzymałość, to ten metal jest naprawdę nie z tego świata. Już wiemy przynajmniej, dlaczego został użyty do produkcji broni shinobi.

- Broni shinobi powiadasz... - Kaguya przyjrzał się dyskowi. Dzięki swoim zaostrzonym końcom mógł z łatwością obciąć dowolną kończynę. - Wygląda jak całkiem pożądna zabawka.

Dla próby mężczyzna spróbował przepuścić przez krążek chakrę i wtedy stała się rzecz niespodziewana. Przedmiot w jego rękach nagle ożył, zmieniając gwałtownie kształt i szamocząc się jak chorągiewka na wietrze. Choć jeszcze chwilę wcześniej wydawał się twardy jak skała, teraz swoją półpłynną konsystencją bardziej przypominał wodę. Kasai automatycznie wypuścił go z ręki, a powstała bryłka metalu upadła na ziemię i natychmiast przestała się poruszać. Teraz nie przypominała niczego szczególnego, tylko powykręcany, nieregularny kształt. Znów powróciła do swojej stałej postaci. Milczący dotąd Ren schylił się i podniósł ją, zaciskając na niej mocno pięść.

- Ktokolwiek próbował cię skrzywdzić, Akeru - mruknął - będzie musiał się gęsto tłumaczyć. Ten metal reaguje na chakrę. Jest w stanie zmieniać pod jej wpływem kształt. Prawdopodobnie właśnie w ten sposób został wykuty ten dysk. Z tego, co widzę, jest bardzo czuły na najdrobniejszy przepływ chakry. Aby zmienić go w pożądany przez nas kształt musielibyśmy poznać delikatny mechanizm jego funkcjonowania. Kasai - zwrócił się do białowłosego - oddaj to swoim podwładnym. Będą wiedzieli, co z tym zrobić.

Kaguya kiwnął głową i schował pomarszczoną grudkę w jednej z kieszonek swojego stroju dowódcy ANBU. Tymczasem Akeru martwiła inna sprawa.

- Powinniśmy wyruszyć na poszukiwania - zaproponował - Napastnik nie mógł uciec daleko. Jeśli się pospieszymy...

- Nigdzie nie uciekł - przerwał mu Ren - Tacy jak on łatwo nie rezygnują ze swojego celu. Skoro miał odwagę cię zaatakować, Akeru, musiał być pewny tego, co robi. Spotkanie z tobą nie mogło go odstraszyć na długo. Zresztą, jeśli teraz znikniemy, Turniej zostanie przerwany.

- A kogo to niby obchodzi?! - oburzył się Uzumaki - Ren, mówimy tutaj o prawdziwym przeciwniku, takim, z którym już dawno nie mieliśmy do czynienia. Nie wiemy, czego od nas chce. Może spróbować skrzywdzić kogoś ze stadionu. Kogoś, kogo znamy...Co wtedy zrobisz?!

- Zetrę go na proch - odparł spokojnie Uchiha.

Akeru i dwójce jego przyjaciół wyraźnie przeszły ciarki po plecach. Hokage zobaczył oczami wyobraźni jak jego przyjaciel stoi przed nim z jego nieodłączną kataną wbitą prosto w jego serce. Był to jednak tylko krótki moment i za chwilę wszystko wróciło do normy. Poczuł wilgoć potu na plecach i aż cały zatrząsł się z wrażenia. Przerażenie, jakie przed chwilą poczuł wyprowadziło go z równowagi. Uczucie towarzyszące tej wizji było tak rzeczywiste, że Uzumaki czuł się, jakby naprawdę przed chwilą dźgnięto go w brzuch. Instynktownie dotknął dłonią przebitego miejsca, ale to, oczywiście, okazało się nieuszkodzone. W końcu nie zdarzyło mu się to po raz pierwszy. Rozmawiając z Renem trzeba było się z tym liczyć. Tak jak on zawsze szczycił się swoim wyjątkowym opanowaniem wszelkich technik klonowania, do tego stopnia, że nawet jego własny ojciec mógł pomarzyć o ich wykonaniu, tak jego przyjaciel również miał swoją sygnaturową zdolność. Podstawowa umiejętnosć shinobi, nauczana jeszcze w Akademii Ninja - uwalnianie czystej rządzy mordu w celu zastraszenia swoich przeciwników. Wydawałoby się, że tak bazowa zdolność nie może mieć żadnego poważniejszego zastosowania na poziomie reprezentowanym przez doświadczonych shinobi. Mimo to, w połączeniu z charakterem Rena stanowiła swoisty ewenement. Akeru znał swojego przyjaciela na tyle, by wiedzieć, że jego naturalnie zimny i opanowany wyraz twarzy to tylko przykrywka. Wnętrze tego człowieka było dużo bardziej skomplikowane - w jego duszy wciąż płonął gniew po stratach, jakich doznał już tak wiele lat temu. Ten gniew napędzał jego rządzę mordu, która, uwolniona, była niesamowicie silna. Miało to jednak również swoje minusy. Uchiha nie do końca kontrolował tę zdolność i czasami zapominał, by trzymać ją na wodzy. Zdarzało się to w czasie ożywionych rozmów takich jak ta, którą właśnie prowadził ze swoimi kompanami.

Akeru pokręcił głową, dochodząc do siebie po próbce możliwości swojego przyjaciela. Isao i Kasai również wydawali się poczuć to samo, co on i wyglądali na równie wstrząśniętych. Kiedy chodziło o bezpieczeństwo jego bliskich, Ren naprawdę nie żartował.

- Niech będzie - zgodził się niechętnie Akeru - Ale dlaczego aż tak bardzo zależy ci na kontynuowaniu turnieju?

- Dai i Sho byli nim bardzo podekscytowani - wyjaśnił - Nie mam zamiaru im tego odbierać.

- Oby twoje ambicje nie doprowadziły tylko do jakiejś tragedii - ostrzegł go Uzumaki - Jeśli zacznie się coś dziać, natychmiast kończymy zawody. W razie ataku będę cię potrzebował. Was też, Isao, Kasai.

- Możesz na mnie liczyć - Uchiha odwrócił się, wchodząc powoli po schodach po loży. Patrząc na jego posępną sylwetkę, Akeru pomyślał, że lepiej dla jego niedoszłego zabójcy, by ten jednak zrezygnował ze swoich planów.

***

Daisuke spacerował po loży swojej drużyny z rękami założonymi za plecami. Sho i Tenrou wodzili za nim automatycznie wzrokiem, a Kinsei wciąż zajmował się opatrywaniem Akane. Co pewien czas zmieniał jej bandaże na rękach, ale już teraz jej dłonie wyglądały zdecydowanie lepiej. Jego kuracja faktycznie działała i to szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał. Kuroshi w swojej przypominającej koto-psa postaci asystował swojemu panu, podając mu co chwilę nowe opatrunki.

- Dobrze mu idzie - ucieszył się brat Daia, zerkając na ekran - On i Kira wyeliminowali tego jounina z Piasku.

- Lepiej późno niż wcale - zgodził się Uchiha - ale teraz to Mgła prowadzi.

- Poradzi sobie - machnął ręką Kinei, urywając jednocześnie zębami kawałek bandaża - Bardziej zastanawia mnie to, co się stało z moim ojcem. To do niego niepodobne, żeby tak was olać.

- Może miał gorszy dzień - wzruszył ramionami Shori - Zresztą to i tak nieważne. Jak tylko wróci Sakuri, pójdziemy do jego loży i sami ocenimy, co się tam dzieje.

- Idę z wami - mruknęła siedząca z tyłu Akane.

- A ciebie co tam ciągnie?

- Nie twoja sprawa, dowódco.

Sposób, w jaki wymówiła to słowo zagrał Daiowi na nerwach, ale postanowił tego nie okazywać. Obiecał bratu, że od teraz wszystko będzie w porządku między nim a jego nową koleżanką i miał zamiar tego słowa dotrzymać. Niecierpliwie oczekiwał teraz zakończenia wyścigu Sakuriego, by móc już zobaczyć się ze swoim ojcem. Wyglądało na to, że niedługo jego życzenie się spełni, bo trzej wciąż walczący o zwycięstwo zawodnicy już zbliżali się do lini mety. Wciąż prowadził Haru, ale tempo, z jakim doganiała go dwójka jego kompanów nie pozostawiało złudzeń, że nie utrzyma tej pozycji. Daisuke zastanawiał się jednak, czy pozostały odcinek wystarczy jego przyjacielowi na nadrobienie straty.

,,Dasz radę, Sakuri" - pomyślał - ,,A spróbuj to tylko zepsuć, kretynie"

Z braku lepszego zajęcia usiadł obok swojego brata i wyciągnął z pokrowca przy pasie swoją katanę. Otworzył kieszonkę przyczepioną do swojego pasa i wyjął narzędzia do ostrzenia klingi. Zajął się pracą, starannie konserwując ostrze swojego miecza. Przyjrzał się lśniącemu metalowi i starannie dopasowanej do swojej dłoni drewnianej rękojeści. Wykonał ją sam swoim Uwolnieniem Drewna, a następnie ofiarował podobną Shoriemu. Dzięki temu posiadali swoje unikatowe bronie, zupełnie jak ich ojciec. Daia zawsze fascynowała jego nieodłączna, zabytkowa katana. Na pierwszy rzut oka widać było, że ma już swoje lata, ale dzięki starannemu odnawianiu i ostrzeniu wciąż zachowywała swoje najlepsze właściwości. Choć prosta w wyglądzie, wprost uderzała po oczach elegancją. Jego ojciec wydawał się bardzo zżyty ze swoim mieczem. Zawsze zabierał go ze sobą na misje, a kiedy zostawał w domu, zawieszał go na ścianie w honorowym miejscu. Braci zawsze bardzo intrygował ten fakt, ale żaden z nich nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu na niej zależy. Pewnego dnia Daisuke przemógł się i zapytał go o to. Wtedy właśnie poznał prawdziwą historię tej katany. Zdziwił się, gdy usłyszał, że orginalnie nie należała ona wcale do jego ojca. Była własnością Sasuke Uchihy, o którym Dai tyle słyszał. To podobno on zabił jego wuja, kiedy on i Ren byli jeszcze młodzi. Ojciec wypowiadał się o nim zawsze z mieszanymi uczuciami. Często opowiadał o jego bohaterskim nawróceniu się pod koniec życia i wyjawieniu wielu tajemnic Akatsuki, które pomogły obalić całą organizację. Mimo to, gdy to mówił, w jego słowach czuć było nienawiść, której nie potrafił ukryć. Nic dziwnego - ojciec i jego brat musieli mieć podobną relację, co Daisuke z Shorim. Do tej pory w domu w większości pokoi wisiały pamiątkowe zdjęcia z czasów ich młodości. Dai wolał nie wyobrażać sobie, co by zrobił, gdyby coś takiego spotkało jego i jego brata.

Obserwując powolnie sypiące się z klingi iskry, przypomniał sobie pamiętny dzień w czasie treningu w dojo z tyłu ich posiadłości. Jego rodzice obserwowali jego sparing z Sho i co pewien czas dawali im rady dotyczące postawy czy też stylu walki. Po zakończeniu ćwiczeń zmęczeni bracia wykonali pieczęć wzajemnego szacunku i chcieli pójść przebrać się do szatni. Odchodząc, ich Ren pogratulował każdemu z nich dobrze wykonanej pracy. Dai nie słyszał, co powiedział Shoriemu, ale na zawsze zapamiętał słowa skierowane do niego samego:

,,Pewnego dnia to ty będziesz głową tego klanu, Dai. Właśnie dlatego tyle trenujemy. Nadejdzie dzień, w którym to ty będziesz musiał zaopiekować się naszą rodziną".

W zasadzie nie wiedział, dlaczego tak bardzo go to uderzyło. Przecież od zawsze wiedział, że, będąc starszym od Shoriego, to on jest dziedzicem klanu Uchiha. Nie zdawał sobie z tego jednak całkowicie sprawy, aż do czasu tamtego pamiętnego treningu. Właśnie wtedy poczuł, jak wielki ciężar i odpowiedzialność spoczywa na jego barkach. W odpowiednim czasie to on miał odziedziczyć katanę Sasuke i przewodzić całemu rodowi. Nagle poczuł klepnięcie w ramię.

- Dai, mają go - powiedział podekscytowanym głosem Sho, potrząsając nim z całej siły - To już ostatnia prosta!

Faktycznie, czerwona, żółta i niebieska kropka niemal stykały się ze sobą. W ciągu najbliższych kilku sekund pojedynek miał się rozstrzygnąć. Pozostawało tylko pytanie - na czyją korzyść?

***

- Suiton: Suimei! - krzyknęła Kira, formując błyskawicznie trzy pieczęcie. Sharingan Sakuriego rozpoznał je jako znaki małpy, psa i węża.

Skacząca po gałęzi zaraz obok niego kunoichi wypuściła ze swoich ust potężny strumień wody pod ciśnieniem, który ukształtował się w pojedynczy, wirujący dysk. Był mocno spłaszczony i Hatake nie wątpił, że pod tak dużym ciśnieniem z łatwością przetnie każdą napotkaną przeszkodę. Na tym jednak się nie skończyło. W trakcie lotu woda zaczęła dymić i kipieć, jakby nagle zawrzała. Biegnący z przodu Haru odwrócił się na czas i uchylił się przed nadciągającym pociskiem.

- Niech to - zaklęła pod nosem i wykonała pieczęć barana.

Zanim jounin z Mgły zdążył zareagować, buzujący dysk eksplodował przed jego twarzą, wytwarzając chmurę gęstej, gorącej pary. Choć ta zaczęła się szybko rozpraszać, złapany w nią Haru krzyknął i złapał się za twarz. Z tego, co Sakuri zauważył, prawa połowa jego ciała przyjęła na siebie większość uderzenia, co zmniejszyło obrażenia, ale młodzieniec i tak zmuszony został do zatrzymania się. Zachwiał się na gałęzi, a jego przeciwniczka w mgnieniu oka to wykorzystała. Wysforowała się przed Sakuriego i chwyciła w dłoń kunai. Wylądowała na konarze przy swoim celu i machnęła nim pewnie, chcąc go wykończyć. Terumi jednak instynktownie wyszarpnął z kieszeni z tyłu pasa własny oręż i sparował cios. Wciąż trzymał się za swoją poparzoną twarz. Jednym okiem obserwował siłującą się z nim dziewczynę.

- Nie spisuj mnie jeszcze na straty - warknął z wyraźnym wysiłkiem i puścił swoją poparzoną twarz. Jego cała zaczerwieniona dłoń zaczęła wykonywać charakterystyczne znaki.

,,Oo, potrafi wiązać pieczęcie jedną ręką" - zauważył Sakuri - ,,Tak jak mój ojciec!"

- Futton: Komu no Jutsu!

Jounin nabrał w usta masę powietrza i dmuchnął nim w stronę swojej oprawczyni. Kira miała na tyle rozumu, by przed tym uskoczyć. Chmura kwasowej mgły poleciała w przód, natychmiastowo rozpuszczając zwisające smętnie gałęzie. Sakuri uznał, że nic tu po nim i minął dwójkę walczących. Kunoichi najwyraźniej zwróciła na to uwagę, bo spojrzała wściekłym wzrokiem na Haru, jakby ten tylko ją spowalniał. Wciąż oszołomiony po wybuchu wodnego dysku jounin nie zorientował się na czas, co planuje zrobić Yumarana. Wytrzeszczyła oczy, a rękojeść jego kunaia rozżarzyła się do czerwoności. Krzyknął i upuścił broń, a wtedy blondynka jednym solidnym kopniakiem zepchnęła go z gałęzi. Nawet nie sprawdziła, czy uderzył o ziemię, tylko od razu rzuciła się na prowadzącym Hatake. Chwilę później oboje usłyszeli głuche uderzenie, co znaczyło, że Haru nie dał rady zatrzymać swojego upadku.

,,Te jej oczy" - pomyślał poirytowany chłopak - ,,Ten ich nowy poziom może chyba zmieniać materiał, z którego wykonany jest przedmiot. Strasznie upierdliwe".

Wciąż pamiętał swoje zdziwienie, gdy chwilę wcześniej szybująca technika Suitonu Kiry nagle zmieniła się w deszcz stalowych pocisków. Tylko dzięki swojemu Sharinganowi nie dał trafić się żadnemu z nich. Wyglądało jednak na to, że materiał, w jaki użytkownik Genshigana może przemienić swój cel zależy od jego stopnia zaawansowania w posługiwaniu się tym doujutsu. Od czasu, gdy pokonali Pakiego dziewczyna używała bowiem swoich oczu dość często, ale tworzyła za ich pomocą tylko lód i stal. To nie mógł być przypadek. Miał jednak szczęście - wyszedł na prowadzenie, a na dodatek był od niej nieco szybszy. Wystarczyło tylko dotrwać do mety, a zapewni swojej drużynie dwa punkty. Uśmiechnął się szeroko, widząc przed sobą wielkie drzewo obwieszone grubą, czerwoną płachtą. Zaraz za nim znajdowała się szeroka polana - cel całego wyścigu. Zbliżał się do niego z zawrotną prędkością i tylko sekundy dzieliły go od zdobycia swojej drużynie punktów. Już widział przed sobą swojego senseia gratulującego mu wygranej i cieszącą się drużynę. Nawet ten zadufany dureń Daisuke będzie musiał uznać jego wyższość. Pogrążył się w myślach o swoim zwycięstwie, przez co dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co usłyszał za sobą:

- Suiton: Suiseiun!

Korzystając ze swoich błyskawicznych refleksów odwrócił się przez ramię i zobaczył za sobą ścianę wody formującą się w wirującą chaotycznie w powietrzu sferę. Była wielkości Sakuriego, więc uderzenie nią z pewnością nie mogło być przyjemne. Jak na tak duży twór poruszała się z zadziwiającą szybkością, ale na razie znajdowała się wystarczająca daleko, by przed nią uskoczyć. Sharingan jounina z łatwością wyliczył odpowiednią chwilę, by ominąć zagrożenie. Tak ciężka masa wody z pewnością zbiłaby go z nóg, ale najpierw musiałaby go trafić. Wyczuł, że Kira jest po prostu zdesperowana, by jakoś powstrzymać jego dotarcie do mety i chwyta się beznadziejnych środków, by tylko go spowolnić. Lądując na gałęzi ugiął nogi, wyczekując odpowiedniego momentu, by uskoczyć przed pociskiem. Ten nagle jednak zaczął błyszczeć i rozszczepiać przebijające coraz mocniej przez drzewa światło, co zupełnie nie pasowało do wody. Sakuri w przerażeniu otworzył szeroko oczy. Zobaczył za sobą błyskawicznie kostniejącą bryłę lodu, która jeszcze przed chwilą przypominała wodną kulę. Zmiana stanu skupienia zupełnie przeinaczyła tor lotu pocisku. Hatake nie zdążył się do niego dostosować, bo wszystko stało się zbyt szybko. Lodowa skorupa trzasnęła go w plecy z taką siłą, że aż zabrakło mu powietrza w płucach. Zdołał zerknąć na znajdującą się przed nim metę, a potem runął w dół drzew, ogłuszony po zderzeniu z techniką Kiry. Poczuł, jak jego kręgosłup strzyka w kilku miejscach od nienaturalnego wygięcia, ale miał nadzieję, że to nic poważniejszego. Tymczasem lodowa kula rozbiła się o jedną z gałęzi, zasypując okolicę błyszczącym, mroźnym pyłem. W samym środku tej chmury zadowolona z siebie mknęła kunoichi z Kumo, tryumfując nad pokonanym przeciwnikiem. Sakuri zagryzł wargi, odzyskując powoli trzeźwość umysłu.

Poczuł charakterystyczne ukłucie w oczach, gdy łezki jego Sharingana poruszyły się. Zlały się ze sobą, zupełnie nieprzypominając już wcześniejszej regularnej formacji. Gdy się ustabilizowały, wyglądały już jak dwa czarne, zazębiające się wiatraki umieszczone na wściekle czerwonej źrenicy.

,,Jesteś naprawdę niezła" - pomyślał, oglądając plecy dziewczyny - ,,Naprawdę nie sądziłem, że będę musiał tego użyć."

Świat przed Sakurim zaczynał zaginać się i wirować, jakby coś zagle zakrzywiało jego odbiór obrazu. Ciemne, smętne drzewa rozmazywały się, z każdą chwilą tracąc coraz bardziej wyrazistość. Rzeczywistość przestawała już być taka oczywista. Wszystko stawało się coraz mniej realne, coraz ciężej było rozpoznać poszczególne kształty. W końcu cały obraz przed oczami białowłosego zlał się w jedną wielką plamę. A potem zobaczył ciemność.

***

Sho przekrzywił w zdziwieniu głowę. Spojrzał na swojego szczerzącego wściekle zęby brata, który nie mógł przeżyć porażki Sakuriego tuż przed samą metą. Nawet on zastygł teraz w bezruchu, w osłupieniu obserwując anomalię na ekranie. Czerwona kropka ich przyjaciela mignęła nagle i pojawiła się przy napisie ,,meta", dosłownie sekundy przed tym, jak wkroczyła na nią żółta Kiry. Nastała chwila osłupienia. Publiczność, która chwilę wcześniej ożywiła się, odzyskując zainteresowanie finiszem wyścigu, również ucichła. Nikt nie rozumiał, co się właściwie stało.

- A więc jednak to zrobił - parsknął śmiechem Kinsei - Zastanawiałem się właśnie, dlaczego nie użył tego wcześniej.

- Mało brakowało - Daisuke odetchnął głęboko - Miał szczęście, że tego nie zepsuł.

Rozległ się głośny sygnał oznaczający koniec konkurencji. Obraz trasy wyścigu zniknął i na wyświetlaczu ponownie pojawiła się tabela z wynikami. Drużyna Konohy mogła teraz poszczycić się trzema punktami, natomiast Kumo jednym. Pozostałe wioski wciąż pozostawały na zerze. Stojący na środku uprzątniętej już areny sędzia ogłosił głośno zwycięzców wyścigu.

- Uff - Shori wypuścił wstrzymywane w płucach powietrze - No, było blisko. Prawie zapomniałem o zdolnościach oczu Sakuriego. Dobrze, że potrafi używać tego swojego Kamui.

***

Hatake wylądował płynnie na trawie, materializując się pośrodku polany. Towarzyszyło temu pojawienie się charakterystycznego, spiralnego wiru, który szybko zniknął. Chłopak uśmiechnął się szeroko, widząc wbiegającą na metę, szczęśliwą Kirę. Jego oczy powoli powróciły do swojego starego wyglądu. Czerwona tęczówka z czarnym wzorem wiatraka zbledła, znów przypominając jednolite, szare oczy chłopaka. Kunoichi z Kumo natomiast stanęła na mecie, jakby właśnie zobaczyła ducha. Wpatrzyła się z niedowierzaniem w sylwetkę stojącego nonszalancko przed nią Sakuriego. Na jej twarzy powoli zagościło zrozumienie.

- Ja cię znam - oznajmiła. Najwyraźniej zszokowało ją to bardziej niż jej rywala. - Już wcześniej coś mi świtało w głowie, ale teraz, jak wyszedłeś z tego wiru...Jesteś synem Białego Kła! Srebrny Błysk Konohy, zgadza się?

Sakuri ukłonił się teatralnie.

- Do usług.

- Jak to zrobiłeś? Zobaczyłam tylko...

- Srebrny błysk? No, jak widać nie ty jedna. Nazywam tą technikę Kamui. Odziedziczyłem ją po moim ojcu.

Kira stała na polanie z otwartymi ustami, nie wiedząc, co powiedzieć. Hatake nie był natomiast tak zachwycony. Gdyby nie jego oczy, przegrałby ten wyścig. Dał się zaskoczyć i niemal nie przypłacił tego porażką. Planował zwyciężyć zgodnie z zasadami fair play. Już na samym początku pomyślał o tym, by po prostu teleportować się na metę za pomocą Mangekyou Sharingana, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie wydawało mu się to właściwe. Jego sensei zawsze powtarzał, że Turniej Pięciu Wiosek opiera się na zasadach zdrowej rywalizacji i zwycięstwo w nim nie jest wcale najważniejsze. Czy obejście całej trasy i zwykłe pojawienie się na mecie nie byłoby trochę jak oszustwo? Z pewnością nie zostałby za to zdyskwalifikowany, ale skoro miał reputację najszybszego shinobi, czuł, że powinien dowieść tego czymś więcej niż tylko nadużywaniem jednej techniki. Jego ojciec znał ponad tysiąc technik. Jeśli chciał pewnego dnia go przewyższyć, nie mógł polegać tylko na jednym jutsu. Pocieszał go tylko fakt, że, zgodnie z planem udało mu się zaoszczędzić trochę chakry. Niemal wcale jej nie zużył w trakcie wyścigu, ale na tym właśnie bardzo mu zależało. Nie mógł sobie pozwolić na doprowadzenie się do stanu krytycznego. Już wystarczyło, że Akane wyeliminowała samą siebie na najbliższy czas z turnieju. W porównaniu do niej, czuł się wyśmienicie. Co prawda w plecach łamało go, jakby miał co najmniej sześćdziesiąt lat, ale przynajmniej mógł ustać na nogach. Oprócz tego z tyłu jego głowy wyrósł wielki guz po uderzeniu w drzewo. Ciśnieniowa armata Pakiego naprawdę dała mu w kość. Czuł się też mocno zmęczony po długim biegu, ale uznał, że z pomocą Kinseia w mgnieniu oka dojdzie do siebie.

- Przyznaję - stojąca na polanie blondynka skrzywiła się - jesteś szybszy.

- Naprawdę nie spodziewałem się, że będę musiał użyć Kamui. Byłaś godną przeciwniczką.

- Miło mi to słyszeć - uśmiechnęła się miło - Ale to nie oznacza, że akceptuję taki stan rzeczy. Pewnego dnia cię prześcignę.

Kiwnął głową.

- Jasne - zgodził się, wykonując pieczęć po zakończonym pojedynku - Musimy to kiedyś powtórzyć.

Kira odwzajemniła gest, formując dwa palce w podobny znak. Sakuri pomyślał, że choć walczą w różnych drużynach, być może znalazł właśnie cenną sojuszniczkę i przyjaciółkę.

Sakuri vs. Senmei Edytuj

Akeru nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, słysząc, że reprezentantka drużyny Iwagakure wciąż nie powróciła z trasy wyścigu. W celu jej odszukania został wysłany oddział ANBU, wśród których znaleźli się sensoryczni shinobi. Świetnie bawił się, oglądając zakłopotaną minę Tsuchikage. Nie znał jej co prawda zbyt dobrze, ale wydawała się dość sympatyczną osobą. Mimo to bawiło go, że całe zamieszanie wywołało proste genjutsu Sakuriego. Kiedy on i reszta zespołu Konohy przybyli do loży Kage, bardzo się ucieszył. Nie chciał wcześniej tak spławiać synów Rena, ale nie miał wyboru. Musiał najpierw przedyskutować z przyjaciółmi sprawę tajemniczego napastnika. Postanowił nie mówić o niczym dzieciom, by nie psuć im igrzysk. Skoro Ren zapewnił go, że wszystkim się zajmie, mógł uznać, że sprawa jest pod kontrolą. Patrząc teraz, jak cała gromada świetnie bawiła się razem, uznał, że podjął dobrą decyzję. Kasai siedział ze swoją córką, coś jej uważnie tłumacząc. Dziewczyna kiwała głową, wyraźnie zadowolona z rozmowy. Nic dziwnego - miała się czym poszczycić. Pokonała jinchuuriki Sanbiego, co samo w sobie czyniło z niej zwyciężczynię tych zawodów. Akeru po raz kolejny zastanowił się nad jej losem. Kiedyś była członkinią drużyny geninów, ale po śmierci ich senseia na nieuleczalną chorobę działała jako solowa kunoichi. W tamtym czasie była już jouninem, więc nie potrzebowała kompanów, by awansować w hierarchii shinobi. Mimo to czuł, że jej potencjał marnuje się poprzez izolowanie się od reszty Konohy. Już od pewnego czasu próbował temu zaradzić. Właśnie dlatego poparł pomysł, by Akane wzięła udział w Turnieju Pięciu Wiosek.

Zerknął w stronę Rena. Cała jego rodzina siedziała na jednej ławce, ciesząc się swoim towarzystwem. Tylko w ich obecności Uchiha okazywał swoją łagodną naturę. Delikatnie kierując ręką Daisuke, pokazywał mu jakieś nowe cięcie mieczem. Sho natomiast siedział przy matce, trochę zakłopotany faktem, że ta opiekuńczo poprawiała mu koszulę. Akeru westchnął. Chciałby, żeby i jego żona mogła być przy jego boku w trakcie zawodów, ale w końcu ktoś  musiał zarządzać wioską pod jego nieobecność. Gdyby chociaż Kinsei dotrzymywał mu towarzystwa...ale nie, on jak zwykle patrzył się w przestrzeń, dryfując wśród swoich własnych myśli. Z pewnością wyglądało to osobliwie - ojciec i syn siedzący obok siebie i nie wymieniający nawet pojedynczego słowa. Przyzywczaił się już do tego - kiedy Kinsei czegoś potrzebował, sam z tym do niego przychodził. Natomiast jeśli nie, nie było co liczyć na jakąś bogaszą rozmowę. Oczywiście nie zapomniał życzyć mu powodzenia na wypadek, gdyby nie widzieli się już przed jego pojedynkiem.

,,Powinieneś ich ostrzec" - odezwał się z jego wnętrza Kurama - ,,Cała ta sprawa bardzo mi śmierdzi. Też widziałeś tą chakrę. Ona..."

,,Nie teraz" - przerwał mu Akeru - ,,Ren, Isao i Kasai powiedzieli, że mi z tym pomogą. Nie ma takiego zagrożenia, którego w czwórkę nie dalibyśmy rady przezwyciężyć".

,,Chciałeś powiedzieć w piątkę".

,,Jasne. Przy okazji, od kiedy to stałeś się takim społecznikiem, Kurama? Aż trudno uwierzyć w to, co opowiadał mi o twojej przeszłości mój ojciec. Ty i wcielenie gniewu? Dobre sobie".

,,Ej, nie pozwalaj sobie, smarkaczu! Czy ty przypadkiem nie zapominasz, z kim rozmawiasz?! Jestem Kyuubi, Dziewięcioogoniasty Lis Kataklizmu!"

Akeru zaśmiał się pod nosem. Uwielbiał w ten sposób prowokować swojego partnera. Nie miał jednak okazji trochę dłużej się z nim podroczyć, bo nagle jego uwagę przykuła rozmowa pomiędzy Renem, a jego synami:

- A więc czekacie na podwójny pojedynek. Kiedy się zaczyna?

- Jeszcze trochę - skrzywił się Dai - Nasza drużyna nie będzie teraz walczyć w żadnym z najbliższych dwóch pojedynków. Potem znowu będzie nasza kolej, ale to wciąż nie walka w duecie. Z tego, co widziałem, walczymy z Iwagakure.

- Wiecie już, kogo wystawicie?

- Tak - odpowiedział za brata Sho - Sakuri wrócił z wyścigu w dobrej kondycji, więc Kinsei szybko się z nim uporał. Stwierdziliśmy, że bez większych problemów będzie mógł dać z siebie wszystko po krótkim odpoczynku.

- To prawda, Sakuri? - Ren spojrzał na stojącego w pewnej odległości od nich chłopaka - Wciąż masz siłę, żeby się pojedynkować?

Białowłosy kiwnął głową.

- W trakcie wyścigu nie zużyłem zbyt wiele chakry - wzruszył ramionami - Po tych trzech pojedynkach będę jak nowo narodzony.

- W takim razie powodzenia. Daj z siebie wszystko. Wy też, Dai, Sho. Liczę na was.

Trójka młodych jouninów spojrzała po sobie i lekko kiwnęła głowami. Wyglądało na to, że te oczywiste słowa Rena trafiły im do serc. Akeru zastanawiał się też, kto okaże się przeciwnikiem Sakuriego. Wioska Skały posiadała w swoich szeregach wielu znakomitych shinobi, ale nie wiedział dokładnie, kogo Tsuchikage zdecydowała się wystawić w Turnieju. Miał tylko nadzieję, że to żaden z członków Jinchuuriki 10, ale szanse na to były bardzo małe. W końcu Isao słyszał, że wszystkie wioski planowały zaangażować w igrzyska swoich sakryfikantów. Sakuri mógł mówić, że wszystko z nim w porządku, ale pojedynkując się z osobą posiadającą moc ogoniastych bestii, zawsze trzeba mieć w zanadrzu całą siłę, jaką się posiada. Wiedział to najlepiej, bo sam był taką osobą.

Usłyszał dźwięk syreny oznajmiającej początek kolejnego pojedynku. Tym razem stanęli naprzeciw siebie reprezentanci Piasku i Chmury. Kumo reprezentowała kunoichi o krótkich, brązowych włosach i zwiewnym ubraniu. Sunagakure natomiast wystawiło osobę, którą Akeru znał aż za dobrze. Yuji Sakurai, jeden z nowszych członków jej oddziału. Pełnił rolę żółtodzioba w zespole, aż do czasu pojawienia się A i B. Mimo to Uzumaki nie przypominał sobie, by miał z nim tak duży problem, jak z okiełznaniem tej dwójki. Yuji zawsze zachowywał się w sposób bardzo wyważony, ale jednak bezpośredni. Nie lubił popisywać się mocą, ale nie walczył też ostrożnie. Zawsze dążył prosto do celu, zużywając na to tylko tyle energii, ile było absolutnie niezbędne. Akeru nie zdziwił się więc, gdy zaraz po rozpoczęciu meczu wszedł on w swoją formę płaszcza Biju. Pojedynczy ogon z czerwonej, bąbelkującej chakry uformował się za nim, towarzysząc podobnemu płaszczowi. Jego delikatne rysy twarzy stały się bardziej bestialskie, czemu towarzyszyło wydłużenie paznokci. Yuji nachylił się, jakby miał zamiar ruszyć przed siebie, ale tylko zamachał rękami. Hałdy piasku pod jego stopami poruszyły się, niczym wielka lawina atakując zaskoczoną przeciwniczkę.

- A więc tak to wygląda, co? - zamyślił się Isao, siedząc na ławce z założonymi rękami. Bez większych emocji obserwował swoją podwładną ledwo radzącą sobie z natarciem ogromnych piaskowych rąk. - Użyli swojego jinchuuriki, Ichibiego zdaje się. Czy aż tak zależy ci na zwycięstwie, Kazekage? - mruknął, łypiąc w stronę nieśmiało siedzącego z drugiej strony loży młodzieńca.

Jak na razie pojedynek był mocno jednostronny. Yuji nawet nie ruszał się z miejsca, tylko z kamienną minąporuszał rękami, manipulując swoim piaskiem. Ten układał się w przerożne kształty, osaczając bezbronną kunoichi z każdej strony. Tylko dzięki swojej zwinności dawała radę unikać miażdżących, pustynnych splotów, ale Akeru widział, że nie potrwa to długo. Szybko się męczyła, choć jej wysiłek trzeba było nagrodzić uznaniem. Jej przeciwnikiem była sama arena. Piasek poruszał się pod jej stopami, atakując w najmniej spodziewanym momencie. Co prawda kilka razy udało jej się zbliżyć do jinchuurikiego, ale na marne. Chroniła go automatyczna, ruchoma tarcza, która z łatwością blokowała nawet najmocniejszy cios. Uderzenia dziewczyny rozbijały się o grubą, piaskową warstwę, czyniąc taijutsu niemal bezużytecznym. Odskoczyła do tyłu, formując dłońmi pieczęcie. Jej przeciwnik wydawał się tym niewzruszony. Po prostu uformował przed sobą swoją piaskową gardę i spokojnie czekał na natarcie.

- Futon: Zekkyou Kyofu!

Dziewczyna nabrała powietrza do ust. Widownia ryknęła z zadowolenia, ale szybko umilkła, gdy je otworzyła. Wydobyła z siebie tak przeraźliwy, wibrujący pisk, że Akeru aż zatkał uszy. Choć loża Kage znajdowała się w dalekiej odległości od pola bitwy, nawet tu słyszał wiercący krzyk kunoichi. Co bliżej siedzący ludzie na trybunach niemal nie pospadali z siedzeń, kuląc się przed okropnym wyciem. Niemal wszyscy w loży podążyli za przykładem Akeru, nie wliczając Rena, który tylko zrobił zniesmaczoną minę i zmrużył oczy. Na szczęście technika reprezentantki z Kumo była krótkotrwała i jej efekt zdecydowanie wykraczał poza zirytowanie widowni. Powietrze, które wydostało się z ust dziewczyny wibrowało tak szybko, że można je było niemal zobaczyć. Niczym dźwiękowa armata uderzyło w warstwę piachu Yujiego. Choć nie udało mu się spenetrować jego obrony, to mężczyzna został zmuszony do cofnięcia się o parę kroków pod naporem fali uderzeniowej. Kiedy wszystko się uspokoiło, przechylił głowę i klepnął się w ucho. Z jego środka wartkim strumieniem wysypała się strużka piasku.

- Co to było?! - krzyknął Akeru do Isao, trochę za głośno jak na odległość, która ich dzieliła. W uszach wciąż bzyczało mu po technice kunoichi z Chmury.

- To jej ninjutsu bazujące na dźwięku! - odkrzyknął równie głośno Yumarana - Używa Futonu, by manipulować powietrzem przepływającym przez struny głosowe!

- To nie zadziała na Yujiego! Sam widziałeś, że zatkał sobie uszy piaskiem!

- Wiem! Ale te techniki nie tylko ogłuszają! Mają też ogromną moc ofensywną! To moja była asystentka, więc widziałem ją już w akcji!

Niestety, słowa Raikage okazały się niesprawdzone. Pomimo pięknego pokazu zdolności kunoichi, po piętnastu minutach uległa ona potędze Biju. W trakcie całej walki Yuji przemieścił się tylko cztery razy. Dźwiękowe bomby i ogłuszające skrzeki nie robiły na nim większego wrażenia, choć raz zdarzyło się, że o mały włos jego piaskowa tarcza nie zostałaby przebita. Sprawę pojedynku rozstrzygnął karygodny błąd jego oponentki. Po tym incydencie poczuła się zbyt pewnie i, złapawszy wiatr w żagle, zaatakowała jinchuurikiego zbyt frontalnie. To właśnie wtedy wokół jej nogi owinęła się piaskowa macka i trzasnęła nią o ziemię, efektywnie ją ogłuszając. Choć to nie wystarczyło, by wyłączyć ją z gry, kolejne pięć przerzuceń z lewej strony na prawą załatwiło sprawę. Yuji nie wyglądał na specjalnie podekscytowanego pojedynkiem i gdy tylko zobaczył, że jego przeciwnika straciła przytomność, natychmiast ruszył w stronę szatni. W chwili, gdy zawyła syrena oznajmiająca koniec meczu, on już był przy wyjściu.

- Więc to jest potęga Ichibiego - mruknął Isao, niezbyt zadowolony z wyniku.

- Dzielnie walczyła - Akeru wzruszył ramionami - Nie ma powodu do obaw. Twoja drużyna wciąż ma przed sobą jeszcze wiele konkurencji.

- Wiem - Yumarana zerknął na tablicę wyników, na której Wioska Piasku remisowała z jego własną - To będą wyrównane igrzyska.

Akeru roześmiał się i klepnął przyjaciela po plecach. Obaj oddali się przyjemnej rozmowie, ciesząc się zawodami. Wszystko przebiegało w jak najlepszym porządku - przed nimi na arenie zacięty bój toczył właśnie Kamień z Mgłą, a widownia ekscytowała się ich pojedynkiem. Wszyscy gawędzili radośnie - nawet Kojiro po pewnym czasie dołączył do niego i Isao i razem wspominali dawne czasy w oddziale. Tak sielankowa atmosfera sprawiła, że Akeru nieco zatracił poczucie czasu. Oddał się przyjemnościom i zapomniał o wszelkich problemach. Mimo to, kiedy rozbrzmiał alarm sygnalizujący koniec walki, a sędzia ogłosił, że Iwagakure zdobyło swój pierwszy punkt w turnieju, Uzumaki został brutalnie sprowadzony na ziemię. Wszystko do niego wróciło - tajemniczy napastnik i zagrożenie, jakie stanowił dla wszystkich widzów na stadionie. Nie zwracał już nawet uwagę na wściekłego Mizukage, którego drużyna przegrała już drugi raz i zajmowała teraz ostatnie miejsce. Przypomniało mu się, że teraz nadeszła kolej Sakuriego na stoczenie swojego pojedynku. Odwrócił się, by życzyć mu powodzenia, ale ani jego, ani Bliźniaczych Smoków już nie było. Akane też gdzieś zniknęła.

- Gdzie się wszyscy podziali, Kinsei? - zapytał swojego syna.

- Poszli do naszej loży - wyjaśnił chłopak, kręcąc palcem w powietrzu i próbując trafić nim lewitującego pod postacią kuli Kuroshiego.

- Nie dołączysz do nich? Sakuri z pewnością będzie podszebował waszego wspólnego dopingu.

Kinsei otworzył nagle szeroko oczy i podniósł się błyskawicznie. Klepnął się w czoło i ruszył do schodów.

- Zapomniałem! - zawołał - Przecież teraz jest jego kolej! To dlatego tam zeszli!

Akeru wpatrywał się osłupiałym spojrzeniem w schody na długo po tym, jak zniknął na nich jego syn. Czasami naprawdę nie rozumiał tego chłopaka.

***

Akeru nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, słysząc, że reprezentantka drużyny Iwagakure wciąż nie powróciła z trasy wyścigu. W celu jej odszukania został wysłany oddział ANBU, wśród których znaleźli się sensoryczni shinobi. Świetnie bawił się, oglądając zakłopotaną minę Tsuchikage. Nie znał jej co prawda zbyt dobrze, ale wydawała się dość sympatyczną osobą. Mimo to bawiło go, że całe zamieszanie wywołało proste genjutsu Sakuriego. Kiedy on i reszta zespołu Konohy przybyli do loży Kage, bardzo się ucieszył. Nie chciał wcześniej tak spławiać synów Rena, ale nie miał wyboru. Musiał najpierw przedyskutować z przyjaciółmi sprawę tajemniczego napastnika. Postanowił nie mówić o niczym dzieciom, by nie psuć im igrzysk. Skoro Ren zapewnił go, że wszystkim się zajmie, mógł uznać, że sprawa jest pod kontrolą. Patrząc teraz, jak cała gromada świetnie bawiła się razem, uznał, że podjął dobrą decyzję. Kasai siedział ze swoją córką, coś jej uważnie tłumacząc. Dziewczyna kiwała głową, wyraźnie zadowolona z rozmowy. Nic dziwnego - miała się czym poszczycić. Pokonała jinchuuriki Sanbiego, co samo w sobie czyniło z niej zwyciężczynię tych zawodów. Akeru po raz kolejny zastanowił się nad jej losem. Kiedyś była członkinią drużyny geninów, ale po śmierci ich senseia na nieuleczalną chorobę działała jako solowa kunoichi. W tamtym czasie była już jouninem, więc nie potrzebowała kompanów, by awansować w hierarchii shinobi. Mimo to czuł, że jej potencjał marnuje się poprzez izolowanie się od reszty Konohy. Już od pewnego czasu próbował temu zaradzić. Właśnie dlatego poparł pomysł, by Akane wzięła udział w Turnieju Pięciu Wiosek.

Zerknął w stronę Rena. Cała jego rodzina siedziała na jednej ławce, ciesząc się swoim towarzystwem. Tylko w ich obecności Uchiha okazywał swoją łagodną naturę. Delikatnie kierując ręką Daisuke, pokazywał mu jakieś nowe cięcie mieczem. Sho natomiast siedział przy matce, trochę zakłopotany faktem, że ta opiekuńczo poprawiała mu koszulę. Akeru westchnął. Chciałby, żeby i jego żona mogła być przy jego boku w trakcie zawodów, ale w końcu ktoś  musiał zarządzać wioską pod jego nieobecność. Gdyby chociaż Kinsei dotrzymywał mu towarzystwa...ale nie, on jak zwykle patrzył się w przestrzeń, dryfując wśród swoich własnych myśli. Z pewnością wyglądało to osobliwie - ojciec i syn siedzący obok siebie i nie wymieniający nawet pojedynczego słowa. Przyzywczaił się już do tego - kiedy Kinsei czegoś potrzebował, sam z tym do niego przychodził. Natomiast jeśli nie, nie było co liczyć na jakąś bogaszą rozmowę. Oczywiście nie zapomniał życzyć mu powodzenia na wypadek, gdyby nie widzieli się już przed jego pojedynkiem.

,,Powinieneś ich ostrzec" - odezwał się z jego wnętrza Kurama - ,,Cała ta sprawa bardzo mi śmierdzi. Też widziałeś tą chakrę. Ona..."

,,Nie teraz" - przerwał mu Akeru - ,,Ren, Isao i Kasai powiedzieli, że mi z tym pomogą. Nie ma takiego zagrożenia, którego w czwórkę nie dalibyśmy rady przezwyciężyć".

,,Chciałeś powiedzieć w piątkę".

,,Jasne. Przy okazji, od kiedy to stałeś się takim społecznikiem, Kurama? Aż trudno uwierzyć w to, co opowiadał mi o twojej przeszłości mój ojciec. Ty i wcielenie gniewu? Dobre sobie".

,,Ej, nie pozwalaj sobie, smarkaczu! Czy ty przypadkiem nie zapominasz, z kim rozmawiasz?! Jestem Kyuubi, Dziewięcioogoniasty Lis Kataklizmu!"

Akeru zaśmiał się pod nosem. Uwielbiał w ten sposób prowokować swojego partnera. Nie miał jednak okazji trochę dłużej się z nim podroczyć, bo nagle jego uwagę przykuła rozmowa pomiędzy Renem, a jego synami:

- A więc czekacie na podwójny pojedynek. Kiedy się zaczyna?

- Jeszcze trochę - skrzywił się Dai - Nasza drużyna nie będzie teraz walczyć w żadnym z najbliższych dwóch pojedynków. Potem znowu będzie nasza kolej, ale to wciąż nie walka w duecie. Z tego, co widziałem, walczymy z Iwagakure.

- Wiecie już, kogo wystawicie?

- Tak - odpowiedział za brata Sho - Sakuri wrócił z wyścigu w dobrej kondycji, więc Kinsei szybko się z nim uporał. Stwierdziliśmy, że bez większych problemów będzie mógł dać z siebie wszystko po krótkim odpoczynku.

- To prawda, Sakuri? - Ren spojrzał na stojącego w pewnej odległości od nich chłopaka - Wciąż masz siłę, żeby się pojedynkować?

Białowłosy kiwnął głową.

- W trakcie wyścigu nie zużyłem zbyt wiele chakry - wzruszył ramionami - Po tych trzech pojedynkach będę jak nowo narodzony.

- W takim razie powodzenia. Daj z siebie wszystko. Wy też, Dai, Sho. Liczę na was.

Trójka młodych jouninów spojrzała po sobie i lekko kiwnęła głowami. Wyglądało na to, że te oczywiste słowa Rena trafiły im do serc. Akeru zastanawiał się też, kto okaże się przeciwnikiem Sakuriego. Wioska Skały posiadała w swoich szeregach wielu znakomitych shinobi, ale nie wiedział dokładnie, kogo Tsuchikage zdecydowała się wystawić w Turnieju. Miał tylko nadzieję, że to żaden z członków Jinchuuriki 10, ale szanse na to były bardzo małe. W końcu Isao słyszał, że wszystkie wioski planowały zaangażować w igrzyska swoich sakryfikantów. Sakuri mógł mówić, że wszystko z nim w porządku, ale pojedynkując się z osobą posiadającą moc ogoniastych bestii, zawsze trzeba mieć w zanadrzu całą siłę, jaką się posiada. Wiedział to najlepiej, bo sam był taką osobą.

Usłyszał dźwięk syreny oznajmiającej początek kolejnego pojedynku. Tym razem stanęli naprzeciw siebie reprezentanci Piasku i Chmury. Kumo reprezentowała kunoichi o krótkich, brązowych włosach i zwiewnym ubraniu. Sunagakure natomiast wystawiło osobę, którą Akeru znał aż za dobrze. Yuji Sakurai, jeden z nowszych członków jej oddziału. Pełnił rolę żółtodzioba w zespole, aż do czasu pojawienia się A i B. Mimo to Uzumaki nie przypominał sobie, by miał z nim tak duży problem, jak z okiełznaniem tej dwójki. Yuji zawsze zachowywał się w sposób bardzo wyważony, ale jednak bezpośredni. Nie lubił popisywać się mocą, ale nie walczył też ostrożnie. Zawsze dążył prosto do celu, zużywając na to tylko tyle energii, ile było absolutnie niezbędne. Akeru nie zdziwił się więc, gdy zaraz po rozpoczęciu meczu wszedł on w swoją formę płaszcza Biju. Pojedynczy ogon z czerwonej, bąbelkującej chakry uformował się za nim, towarzysząc podobnemu płaszczowi. Jego delikatne rysy twarzy stały się bardziej bestialskie, czemu towarzyszyło wydłużenie paznokci. Yuji nachylił się, jakby miał zamiar ruszyć przed siebie, ale tylko zamachał rękami. Hałdy piasku pod jego stopami poruszyły się, niczym wielka lawina atakując zaskoczoną przeciwniczkę.

- A więc tak to wygląda, co? - zamyślił się Isao, siedząc na ławce z założonymi rękami. Bez większych emocji obserwował swoją podwładną ledwo radzącą sobie z natarciem ogromnych piaskowych rąk. - Użyli swojego jinchuuriki, Ichibiego zdaje się. Czy aż tak zależy ci na zwycięstwie, Kazekage? - mruknął, łypiąc w stronę nieśmiało siedzącego z drugiej strony loży młodzieńca.

Jak na razie pojedynek był mocno jednostronny. Yuji nawet nie ruszał się z miejsca, tylko z kamienną minąporuszał rękami, manipulując swoim piaskiem. Ten układał się w przerożne kształty, osaczając bezbronną kunoichi z każdej strony. Tylko dzięki swojej zwinności dawała radę unikać miażdżących, pustynnych splotów, ale Akeru widział, że nie potrwa to długo. Szybko się męczyła, choć jej wysiłek trzeba było nagrodzić uznaniem. Jej przeciwnikiem była sama arena. Piasek poruszał się pod jej stopami, atakując w najmniej spodziewanym momencie. Co prawda kilka razy udało jej się zbliżyć do jinchuurikiego, ale na marne. Chroniła go automatyczna, ruchoma tarcza, która z łatwością blokowała nawet najmocniejszy cios. Uderzenia dziewczyny rozbijały się o grubą, piaskową warstwę, czyniąc taijutsu niemal bezużytecznym. Odskoczyła do tyłu, formując dłońmi pieczęcie. Jej przeciwnik wydawał się tym niewzruszony. Po prostu uformował przed sobą swoją piaskową gardę i spokojnie czekał na natarcie.

- Futon: Zekkyou Kyofu!

Dziewczyna nabrała powietrza do ust. Widownia ryknęła z zadowolenia, ale szybko umilkła, gdy je otworzyła. Wydobyła z siebie tak przeraźliwy, wibrujący pisk, że Akeru aż zatkał uszy. Choć loża Kage znajdowała się w dalekiej odległości od pola bitwy, nawet tu słyszał wiercący krzyk kunoichi. Co bliżej siedzący ludzie na trybunach niemal nie pospadali z siedzeń, kuląc się przed okropnym wyciem. Niemal wszyscy w loży podążyli za przykładem Akeru, nie wliczając Rena, który tylko zrobił zniesmaczoną minę i zmrużył oczy. Na szczęście technika reprezentantki z Kumo była krótkotrwała i jej efekt zdecydowanie wykraczał poza zirytowanie widowni. Powietrze, które wydostało się z ust dziewczyny wibrowało tak szybko, że można je było niemal zobaczyć. Niczym dźwiękowa armata uderzyło w warstwę piachu Yujiego. Choć nie udało mu się spenetrować jego obrony, to mężczyzna został zmuszony do cofnięcia się o parę kroków pod naporem fali uderzeniowej. Kiedy wszystko się uspokoiło, przechylił głowę i klepnął się w ucho. Z jego środka wartkim strumieniem wysypała się strużka piasku.

- Co to było?! - krzyknął Akeru do Isao, trochę za głośno jak na odległość, która ich dzieliła. W uszach wciąż bzyczało mu po technice kunoichi z Chmury.

- To jej ninjutsu bazujące na dźwięku! - odkrzyknął równie głośno Yumarana - Używa Futonu, by manipulować powietrzem przepływającym przez struny głosowe!

- To nie zadziała na Yujiego! Sam widziałeś, że zatkał sobie uszy piaskiem!

- Wiem! Ale te techniki nie tylko ogłuszają! Mają też ogromną moc ofensywną! To moja była asystentka, więc widziałem ją już w akcji!

Niestety, słowa Raikage okazały się niesprawdzone. Pomimo pięknego pokazu zdolności kunoichi, po piętnastu minutach uległa ona potędze Biju. W trakcie całej walki Yuji przemieścił się tylko cztery razy. Dźwiękowe bomby i ogłuszające skrzeki nie robiły na nim większego wrażenia, choć raz zdarzyło się, że o mały włos jego piaskowa tarcza nie zostałaby przebita. Sprawę pojedynku rozstrzygnął karygodny błąd jego oponentki. Po tym incydencie poczuła się zbyt pewnie i, złapawszy wiatr w żagle, zaatakowała jinchuurikiego zbyt frontalnie. To właśnie wtedy wokół jej nogi owinęła się piaskowa macka i trzasnęła nią o ziemię, efektywnie ją ogłuszając. Choć to nie wystarczyło, by wyłączyć ją z gry, kolejne pięć przerzuceń z lewej strony na prawą załatwiło sprawę. Yuji nie wyglądał na specjalnie podekscytowanego pojedynkiem i gdy tylko zobaczył, że jego przeciwnika straciła przytomność, natychmiast ruszył w stronę szatni. W chwili, gdy zawyła syrena oznajmiająca koniec meczu, on już był przy wyjściu.

- Więc to jest potęga Ichibiego - mruknął Isao, niezbyt zadowolony z wyniku.

- Dzielnie walczyła - Akeru wzruszył ramionami - Nie ma powodu do obaw. Twoja drużyna wciąż ma przed sobą jeszcze wiele konkurencji.

- Wiem - Yumarana zerknął na tablicę wyników, na której Wioska Piasku remisowała z jego własną - To będą wyrównane igrzyska.

Akeru roześmiał się i klepnął przyjaciela po plecach. Obaj oddali się przyjemnej rozmowie, ciesząc się zawodami. Wszystko przebiegało w jak najlepszym porządku - przed nimi na arenie zacięty bój toczył właśnie Kamień z Mgłą, a widownia ekscytowała się ich pojedynkiem. Wszyscy gawędzili radośnie - nawet Kojiro po pewnym czasie dołączył do niego i Isao i razem wspominali dawne czasy w oddziale. Tak sielankowa atmosfera sprawiła, że Akeru nieco zatracił poczucie czasu. Oddał się przyjemnościom i zapomniał o wszelkich problemach. Mimo to, kiedy rozbrzmiał alarm sygnalizujący koniec walki, a sędzia ogłosił, że Iwagakure zdobyło swój pierwszy punkt w turnieju, Uzumaki został brutalnie sprowadzony na ziemię. Wszystko do niego wróciło - tajemniczy napastnik i zagrożenie, jakie stanowił dla wszystkich widzów na stadionie. Nie zwracał już nawet uwagę na wściekłego Mizukage, którego drużyna przegrała już drugi raz i zajmowała teraz ostatnie miejsce. Przypomniało mu się, że teraz nadeszła kolej Sakuriego na stoczenie swojego pojedynku. Odwrócił się, by życzyć mu powodzenia, ale ani jego, ani Bliźniaczych Smoków już nie było. Akane też gdzieś zniknęła.

- Gdzie się wszyscy podziali, Kinsei? - zapytał swojego syna.

- Poszli do naszej loży - wyjaśnił chłopak, kręcąc palcem w powietrzu i próbując trafić nim lewitującego pod postacią kuli Kuroshiego.

- Nie dołączysz do nich? Sakuri z pewnością będzie podszebował waszego wspólnego dopingu.

Kinsei otworzył nagle szeroko oczy i podniósł się błyskawicznie. Klepnął się w czoło i ruszył do schodów.

- Zapomniałem!- zawołał - Przecież teraz jest jego kolej! To dlatego tam zeszli!

Akeru wpatrywał się osłupiałym spojrzeniem w schody na długo po tym, jak zniknął na nich jego syn. Czasami naprawdę nie rozumiał tego chłopaka.

***

Sakuri widział już wyraźnie światełko na końcu ciemnego tunelu. Betonowy korytarz, którym kroczył razem z Tenrou, kończył się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Usłyszał niewyraźny szum wiwtującej widowni i aż dreszcz przeszedł mu po plecach. Przystanął na chwilę, a jego wilk zrobił to samo, wpatrując się dzikimi oczami w swojego pana.

- Kiedy tam wyjdziemy, Tenrou - powiedział Hatake - nie będzie już odwrotu.

Jego kompan przechylił głowę, jakby nie rozumiejąc jego tremy. Skoro on się nie bał, Sakuri uznał, że nie może być gorszy. Wciągnął głośno powietrze i położył dłoń na głowie pupila. Poczuł gęste, miękkie futro i zaraz potem liźnięcie szorstkim jęzorem. Ten drobny gest zmotywował go i pomógł odrzucić wszelkie wątpliwości. Musiał zwyciężyć, nie tylko dla siebie, ale też dla swojego ojca oraz dziadka. Nie mógł też zapomnieć, że z trybun obserwuje go jego mistrz - człowiek, kóry zajął się nim niczym własnym synem i który zaufał mu na tyle, by powierzyć mu jedną z największych tajemnic klanu Uchiha. Zamierzał przekuć to zaufanie na coś, z czego mistrz Ren będzie dumny. W tym celu musiał tylko pokonać swojego przeciwnika z Wioski Piasku. Jak do tej pory nie wiedział nawet, o kogo w zasadzie codzi. Wiedział, że nie trafi mu się jinchuuriki Ichibiego, który walczył już w jednym pojedynku. Pozostawało tylko pytanie - w takim razie kto? Słyszał, że Sunagakure oprócz Jednoogoniastego posiadała również Nanabiego, którego przekazała jej Konoha po śmierci ojca Sakuriego i zakończeniu Piątej Wielkiej Wojny. Nie chciał trafić na przeciwnika posiadającego moc Biju, ale musiał przyznać, że kusiło go sprawdzenie swojej mocy przeciw potędze, którą niegdyś dysponował Kakashi Hatake.

Razem ze swoim wilkiem u nogi ruszył przed siebie pewnym, stabilnym krokiem. Wkrótce przeszedł pod łukiem prowadzącym na arenę i został natychmiast oślepiony przez intensywne światło. Zmrużył oczy i przysłonił je ramieniem. Uczucie, jakie towarzyszyło wyjściu na pole walki było nie do opisania. Tysiące gardeł wykrzykiwało jakieś bliżej niezidentyfikowane słowa, a jeszcze więcej oczu wpatrywało się w niego, śledząc każdy jego ruch. Większość ludzi zapewne czułaby się onieśmielona tak ogromną publicznością, ale nie Sakuri. Wprost uwielbiał być w centrum uwagi i słysząc gromki aplauz ze strony widowni, poczuł się niczym w swoim żywiole. Tenrou zdawał się nie zwracać uwagi na wrzawę wokół niego, zamiast tego koncentrując się na czekającym już na nich razem z sędzią przeciwniku. Stojący na środku pola shinobi ubrany był w piaskowego koloru koszulę, na którą nałożył ciemnobrązową kamizelkę jonina. Sakuri ocenił go na dwadzieścia parę lat. Miał czerwone, dość krótkie włosy, których długa grzywka zasłaniała kompletnie lewą stronę twarzy. Jego skórę wydawała się pokrywać jakaś dziwna, kompletnie czarna substancja. Z tego powodu jego oponent prezentował się dość osobliwie. Wokół jego szyi powiewał długi, biały szal, który kontrastował z ciemnym kolorem skóry.

- A więc to ty jesteś Sakuri Hatake - powiedział powoli, wpatrując się w niego zimnymi, zielonymi oczami - Kto by pomyślał, że ktoś taki jak ty załatwi w ten sposób Pakiego. Przez ciebie musieliśmy użyć naszego rezerwowego.

- Jesteś rezerwowym? - zdziwił się Sakuri - Coś mu się stało, że nie może walczyć?

- Zniszczyłeś większość jego protez - odparł kwaśno ciemnoskóry mężczyzna - Skonstruowanie takiej jednej zajmuje wiele tygodni. Wyeliminowałeś go całkowicie z zawodów.

,,Przynajmniej jedna dobra wiadomość" - pomyślał. Osłabienie wrogiego zespołu zawsze zwiększało szanse na zwycięstwo. Ale kim mógł być ten dziwny shinobi, którego Wioska Piasku wystawiła zamiast Pakiego? Musiał być bardzo ostrożny podczas walki z nim. Z pewnością Sunagakure miało swoje powody, by uczynić z niego swoją dziką kartę.

- W takim razie z kim mam przyjemność?

- Nazywam się Senmei. Więcej nie musisz o mnie wiedzieć.

- No cóż...miło mi cię poznać, Senmei.

Mężczyzna nie odpowiedział. Sprawiał wrażenie bardzo poważnego. Nie było sensu wdawać się z nim w dyskusję. W końcu i nie taki był ich cel i ukrywanie tego niczego nie zmieniało. Młody sędzia w stroju jounina z Iwy wszedł pomiędzy nich i rozłożył na boki ręce, sygnalizując, że pojedynek zaraz się rozpocznie. Sakuri i jego przeciwnik obaj złożyli palce w znaki wzajemnego szacunku podczas starcia. Następnie, po paru sekundach sędzia opuścił dłonie i wycofał się szybko do tyłu. To była ta chwila. Teraz wszystko zależało już tylko od Sakuriego i Tenrou. Publiczność ryknęła, widząc, że lada chwila rozpocznie się kolejna emocjonująca walka. Nie tracąc czasu, włączył Sharingana. Tęczówka jego oczu przybrała intensywnie czerwony kolor, a wokół źrenicy pojawiły się trzy regularnie ułożone czarne łezki. Nagle świat stanął przed nim otworem. Wszystko poruszało się jakby w zwolnionym tempie, a dostrzeżenie szczegółów twarzy poszczególnych widzów na widowni wydawało się dziecinnie proste.

,,Mogę to od razu zakończyć" - zdał sobie sprawę. Przeciwnik stał przed nim, bezbronny, niemalże czekając na uderzenie. Nie zdążył jeszcze przygotować się po rozpoczęciu meczu, a jeśli Sakuri był w czymś dobry, to w błyskawicznych nokautach. Mógł nie mieć aż tak imponującej mocy ofensywnej jak Dai czy Sho. Mógł nie posiadać tak absolutnej obrony jak Kinsei ani nie być tak wytrzymałym jak Akane. To w czym naprawdę się specjalizował, to szybkość i misł zamiar wykorzystać ją, by zdobyć najłatwiejszy punkt w całej historii Turnieju Pięciu Wiosek. Ukształtował swoją dłoń tak, jak uczył go jego mistrz. Nazywał to ułożenie pozycją do wyrywania serca. Rozwarł palce i przesłał do dłoni chakrę. Kształtując ją w niezliczone, cienkie igiełki, zmienił jej naturę na błyskawicę. Pompując jej sporą ilość w jedno miejsce, stała się ona widoczna. Rzucił się do przodu i w tej samej chwili z jego dłoni zaczęły bić błyskawice. Usłyszał charakterystyczny, piskliwy świergot towarzyszący tej technice.

- Chidori! - wykrzyknął, omijając punkty witalne Senmeia.

Na twarzy Sakuriego wykwitł pewny siebie uśmiech, gdy poczuł, że jutsu trafiło bezbłędnie w cel. Szybko jednak zauważył, że coś poszło nie tak. Jego dłoń zatrzymała się zbyt szybko, by przebić przeciwnika na wylot. Zerknął w dół i zobaczył, że jego bijąca błyskawicami ręka ledwo przebiła czarną skórę mężczyzny. W uszkodzonym miejscu rozchodziły się pęknięcia sugerujące, że to, co wydawało mu się skórą, wcale nią nie jest. Zarejestrował Sharinganem, że spadające odłamki tej dziwnej zbroi rozpadają się w powietrzu na czarne drobinki i zaczynają lewitować dookoła Senmeia. Choć czuł na dłoni ciepłą krew, wiedział, że jest jej zdecydowanie zbyt mało, by zadana przez niego rana miała jakieś większe znaczenie. Odciął dopływ chakry w ręce i chciał wycofać się, by przemyśleć sytuację.

- Nie tak prędko - powiedział shinobi z Suny, łapiąc go za nadgarstek. Po otrzymanym ciosie mówił z wyraźnym trudem, ale nie wyglądało na to, by Chidori zrobiło na nim większe wrażenie - Skoro już sam do mnie przyszedłeś, nie pozwolę ci tak łatwo uciec.

Sakuri patrzył, jak ciemna powłoka na przedramieniu mężczyzny złuszcza się i unosi w powietrze w postaci lewitującego, ciemnego pyłu. Ledwo zdążył to zarejestrować, a drobinki gwałtownie skierowały się do wolnej dłoni użytkownika, ponownie kondensując się w nowy kształt. Senmei trzymał teraz dużych rozmiarów kunaia o dość niecodziennym kształcie. Okazało się też, że jego prawdziwa skóra jest biała i została po prostu ukryta przez pokrwającą go od stóp do głów warstwę ciemnej substancji. Sakuri odwzajemnił uścisk przeciwnika, chwytając go za przegub.

- Kto mówi, że uciekam?

Uniósł go w powietrze i przerzucił nad sobą. Jego przeciwnik zachował zimną krew i wylądował na nogach. Hatake uchylił się przed dźgnięciem przerośniętym kunaiem, a następnie przed dwoma następnymi. Z jego Sharinganem nie było to specjalnie trudne. Nie ciężko było zauważyć, że shinobi z Suny nie specjalizował się w walce wręcz, chociaż radził sobie z nią całkiem przyzwoicie. Sakuri wyrwał dłoń z uścisku oponenta i przetoczył się po ziemi. Dzięki swojej zwinności znalazł się za nim w mgnieniu oka. Zgiął się niczym sprężyna i wybił rękami, celując nogami niczym włócznią w jego plecy. Atak ponownie doszedł do celu, ale Senmei tylko lekko się zachwiał. Sam Hatake natomiast poczuł mrowienie w stopach, typowe po uderzeniu w coś bardzo twardego. Upadł na żwir, co od razu wykorzystał jego przeciwnik. Odwrócił się i zamachnął wielkim kunaiem.

- Tenrou! - krzyknął w desperacji białowłosy.

Z boku jounina z Suny dobiegł głuchy, gardłowy warkot. Nim zdążył on wykończyć swój cel, wielki wilk wyskoczył w powietrze i złapał broń zębami. Jednym potężnym kłapnięciem szczęk udało mu się ją skruszyć. Sakuri uśmiechnął się pod nosem, robiąc szybki przewrót do tyłu. Wiedział, że tygodnie spędzone na treningach ze jego pupilem muszą prędzej czy później przynieść efekty. W końcu nie każdy ninken mógł pochwalić się zdolnością przesyłania chakry do swoich zębów. Złamany kunai, zanim jeszcze dotknął ziemi ponownie zmienił się w czarną chmurę drobnych cząsteczek, które otoczyły Senmeia. Mężczyzna łypnął na białowłosego swoim zimnym spojrzeniem, jakby rzucał mu wyzwanie.

- Huu...nieźle - przyznał jounin z Konohy, głaszcząc ręką Tenrou, który w mgnieniu oka znalazł się z powrotem przy jego boku.

- Ty też. Jesteś synem swojego ojca.

- Znałeś Kakashiego Hatake?

- Nie osobiście. Tylko z opowieści. Gdy zginął, byłem tylko małym dzieckiem.

- Więc jak...? - dociekał.

- Jestem synem Piątego Kazekage, Gaary Piaskowego Wodospadu. Podobno przyjaźnił się z Kakashim. Zawsze mówił o nim w samych superlatywach. Cieszę się, że mogę się teraz z tobą zmierzyć. Ciekawe czy odziedziczyłeś jego talent.

- Twój ojciec to Gaara? - zdziwił się Sakuri, przekrzywiając głowę - Ale w takim razie Szósty...

- To mój młodszy brat - kiwnął głową Senmei.

,,No proszę...Tego się nie spodziewałem" - pomyślał białowłosy. A więc miał do czynienia z kimś pochodzącym ze znaczącego rodu. Wiedział trochę o Gaarze i jego umiejętnościach. Podobno w przeszłości był on jinchuurikim Ichibiego oraz władał Uwolnieniem Magnetyzmu. Od razu zwróciło to jego uwagę, bo już pewien czas zastanawiał się nad dziwnym kolorem chakry wypełniającym czarne, lewitujące drobinki używane przez jego przeciwnika. Teraz wyciągnięcie prawidłowego wniosku nie było specjalnie trudne - Senmei prawdopodobnie odziedziczył Kekkei Genkai swojego ojca.

- Wybacz wcibskość, ale dlaczego to on, a nie ty, został wybrany na następcę Gaary?

- Isshin jest wyjątkowy. Nie mogę winić go za jego naturalny talent i nie zamiarzam - wyjaśnił niechętnie czerwonowłosy - To i tak nie ma znaczenia. Jestem szczęśliwy w roli jego prawej ręki. Poza tym nie myśl sobie, że z tego powodu będziesz miał ze mną łatwiejszą przeprawę. Zdobędę te punkty dla mojego brata.

- Wcale tak nie myślę. Wiem, że masz wyjątkowe zdolności...i to lepiej, niż ci się wydaje.

- Co masz na myśli? - Te czarne drobinki - Sakuri wskazał na unoszące się w powietrzu ciemne cząsteczki pochodzące z przedramienia Senmeia - to po prostu żelazo, zgadza się? Odziedziczyłeś Jiton swojego ojca.

- Zgadza - shinobi z Suny lekko uśmiechnął się pod nosem - Faktycznie jesteś tak inteligentny jak Kakashi. No cóż, skoro odkryłeś już moją umiejętność, co powiesz na to, bym teraz zaprezentował ci ją w pełnej krasie?

Drobinki żelaza na rękach, twarzy i reszcie jego ciała poruszyły się, łuszcząc i unosząc w powietrze. Cały proces przypominał węża zrzucającego skórę. Ciemny pył ulatywał w powietrze, ukazując prawdziwe oblicze jounina. Bez swojego osobliwego wyglądu prezentował się on dużo mniej przerażająco, a wyróżniały go tylko jego krwistoczerwone włosy i tajemnicze czarne obwódki wokół oczu. Ilość otaczających go cząsteczek wzrosła do tego stopnia, że przypominała gęsty rój owadów. Sakuriemu od razu skojarzyło się to z technikami klanu Aburame z Konohy, ale miał wrażenie, że zdecydowanie bardziej wolałby mieć teraz do czynienia z owadami. Widział już, co Senmei może zrobić ze swoim żelazem i wcale nie napawało go to optymizmem. Potrafił niemal dokładnie to samo, co jego kolega z drużyny, jinchuuriki Ichibiego. Bez wątpienia trafił na godnego przeciwnika.

- Wreszcie ktoś godny mocy mojego ojca - mruknął do siebie Sakuri. Łezki jego Sharingana zlały się ze sobą i zawirowały, tworząc znak zazębiającego się wiatraka. Wzrok chłopaka wyostrzył się jeszcze bardziej. Czuł się teraz jak sokół spoglądający z wysokości na swoją nieświadomą jego obecności ofiarę. Choć stało się to w mgnieniu oka, dużo szybciej niż przypuszczał, dokładnie widział jak łączą się pojedyncze cząsteczki żelaza lewitującego nad Senmeiem. Utworzyły nad jego głową kilkumetrową, czarną piramidę skierowaną czubkiem w stronę białowłosego. Wyglądało na to, że w każdej chwili ta zbita do granic możliwości konstrukcja może wystrzelić w jego stronę. Nie wątpił, że jeśli dostanie czymś takim, to połamie to jego kości.

- Mangekyou Sharingan - oznajmił z podziwem brat Kazekage - Nigdy nie sądziłem, że będzie dane zobaczyć mi go w rzeczywistości.

Sakuri doceniał pełną szacunku postawę swojego przeciwnika, ale bardziej zajmowała go lewitująca nad nim piramida. Skumulowało w niej się całe żelazo Senmeia. Z całą pewnością nie chciał tym oberwać.

- Satetsu Kesshu - mruknął shinobi z Suny.

W mgnieniu oka czarna formacja wydłużyła się i niczym gigantyczny szpikulec skierowała w stronę Sakuriego. Dzięki Mangekyou Sharinganowi dał radę oszacować miejsce uderzenia i za pomocą Kamui wysłał część swojego brzucha do innego wymiaru. Było to szybsze niż transport całego swojego ciała, choć nieco ryzykowne. Jeśli źle obliczyłby zagrożenie, mogło się to dla niego skończyć natychmiastowym nokautem. Choć cały proces był niemal natychmiastowy, dzięki prezycji Kalejdoskopu zobaczył przed sobą spiralne zawirowania, gdy część jego ciała była teleportowana. Kolec przebił go razem z ogromnym głazem znajdującym się tuż za chłopakiem. Hatake nie poczuł w ogóle uderzenia i po prostu ześlizgnął się z niego niczym duch. Wtedy właśnie przywołał z innego wymiaru resztę swojego ciała, czemu ponownie towarzyszył znajomy wizualny efekt. Znów cały, postanowił przeprowadzić kontratak. Korzystając z chwili czasu, gdy żelazny konstrukt Senmeia rozkładał się ponownie na miniaturowe drobinki i powracał do niego pod postacią ciemnej chmary, przywołał swoją własną broń. Sięgnął do innego wymiaru, do miejsca, w którym gromadził cały swój arsenał. Używając prawego oka jako medium, przywołał do rąk swoją zmodyfikowaną kusarigamę. Ta wyskoczyła z wirującego załamania czasoprzestrzeni, szybko odzyskując swój prawidłowy kształt. Zakręcił nią, owijając długi łańcuch wokół swojej dłoni. Z jego końca zwisał ciężki odważnik z wyrytą na nim pieczęcią ,,Kamui: Fuin".

- Nowa broń? - zapytał zaintrygowany Senmei, ale nie miał czasu rozwinąć swojej myśli. Jego oponent cisnął odważnikiem w jego stronę. Shinobi z Suny odruchowo uformował swój żelazny pył w twardą ścianę przed sobą, od której broń się odbiła. Sakuri powtórzył uderzenie, szerokim machnięciem kierując łańcuch za plecy mężczyzny. Tarcza poruszyła się za nim, efektywnie blokując każdą próbę natarcia. Białowłosy spróbował jeszcze kilkukrotnie szczęścia, po czym przyciągnął do siebie kusarigamę. Wziął kolejny zamach, tym razem kierując odważnik prosto w żelazną ścianę przed przeciwnikiem. Senmei spodziewał się normalnego ataku, więc nie podjął żadnych dodatkowych środków ostrożności. Sakuri uśmiechnął się pod nosem, bo właśnie o to mu chodziło - chciał osłabić jego czujność zwykłymi uderzeniami. Skupił się na swojej chakrze płynącej w pieczęci na końcu ciężarka. Spiralne zawirowanie pojawiło się wokół niego, wciągając go do innego wymiaru i zastępując zupełnie inną, wcześniej przygotowaną końcówką. Teraz na końcu łańcucha znajdował się ostry, długi szpikulec przypominający przerośnięty grot włóczni. Zdecydowanie zwiększyło to zdolności przebijające broni, ale Sakuri nie miał zamiaru ryzykować. Chwycił pewnie swoją broń, jednocześnie konwertując swoją chakrę na niezliczone, drobne igiełki. Chakra Raitonu wysyciła metalowy łańcuch, sprawiając, że cały pokrył się piorunami. Zanim Senmei zorientował się, co się stało, było już za późno. Zdołał tylko szeroko otworzyć oczy w momencie, gdy jego tarcza została rozstrzaskana w drobny mak, a on sam zraniony przez bijący błyskawicami grot. Na nieszczęście Sakuriego zderzenie z barierą nieco zmieniło tor lotu pocisku, co uniemożliwiło zadanie precyzyjnego ciosu. Bez ociągania jednym pociągnięciem ręki przywołał do siebie z powrotem broń i odciął jej dopływ chakry.

- Niepotrzebnie zdejmowałeś z siebie tą zbroję - powiedział, z zadowoleniem kręcąc łańcuchem.

Jounin z Suny dotknął z niedowierzaniem swojego ramienia i przyjrzał się umazanej krwią dłoni.

- Genialne - przyznał z niedowierzaniem - Nie wiedziałem, że potrafisz w ten sposób wykorzystać swoje oczy. Słyszałem trochę o twojej technice teleportacyjnej, Srebrny Błysku Konohy...ale to jest coś nowego.

Sakuri wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Zerknął na kołyszącą się lekko kusarigamę.

- W tej kwestii jeszcze nie jeden raz cię zaskoczę. Powinieneś być bardziej ostrożny. Już tym pierwszym atakiem odkryłem twoje dwie słabości.

- Doprawdy? - zakpił Senmei - W takim razie możesz mnie oświecić.

- Czy to nie oczywiste? Moje Chidori nie dało rady przebić twojego żelaza, gdy leżało mocno ściśnięte na skórze w formie zbroi. Przy okazji, zapomniałem ci z tego powodu pogratulować. Nie zdażyło mi się jeszcze, by coś zablokowało tą technikę. Natomiast kiedy rozciągnąłeś swój pył do postaci tarczy, zdecydowanie rozluźniłeś jego strukturę. To nie stanowiło już bariery dla mojego Raitonu.

Czerwonowłosy zacisnął zakrwawioną dłoń w pięść i skrzywił się.

- A druga słabość?

- Twój Jiton. Skoro potrafisz manipulować magnetyzmem, dlaczego pozwoliłeś zranić się metalowej broni? Widziałem, jak bardzo skupiasz się na kontroli tego żelaznego pyłu. Wniosek z tego jest prosty...kiedy używasz tej techniki, nie jesteś w stanie kontrolować niczego poza nim. Pytanie brzmi - jaki jest tego powód?

- Zaskakujące. Nigdy nie spotkałem tak przenikliwego shinobi jak ty - oznajmił pełnym zaskoczenia głosem Senmei - Ale masz rację. Używanie żelaznego pyłu wymaga ode mnie zbyt dużej koncentracji, bym mógł zajmować się też otoczeniem. Co innego Isshin... - dodał, ale szybko się zreflektował - zresztą nieważne. Może i odkryłeś moje słabe punkty, Sakuri Hatake, ale wciąż nie znalazłeś sposobu jak pokonać moją technikę. Doceniam twoją inteligencję, ale to jeszcze za mało, by mnie pokonać.

,,Inteligencję? Pff...nie widziałeś Daia czy Sho" - pomyślał białowłosy. Choć zawsze podziwiał spryt swoich przyjaciół, był z siebie całkiem zadowolony. Zerknął na Tenrou - wilk szczerzył lekko zęby, widocznie niecierpliwiąc się do kontynuowania pojedynku. Sakuri rozumiał go, ale powtarzał sobie w myślach, że musi przemyśleć każdy swój ruch. Właśnie tego przez ostatni rok uczył go jego mistrz. Kiedyś dawał się ponosić zbytnio emocjom i odbijało się to na jego wynikach jako shinobi. Na szczęście to należało już do przeszłości. Nowy Sakuri myślał strategicznie.

- Odsłoniłeś się - oznajmił Senmei. Faktycznie, nawet nie zauważył, że cały rozrzucony na polu walki był powrócił już do swojego pana - Satetsu Kesshu!

Tym razem czarna chmara przyjęła postać ogromnej kuli nabijanej kolcami. Zawisła nad głową jounina z Suny, a Sakuri wpatrzył się w nią z otwartymi ustami. Jeśli wydawało mu się, że poprzedni atak był zabójczy, to sam nie wiedział, co myśleć o tym. Dać się przejechać przez tą tytaniczną konstrukcję oznaczało samobójstwo. Ponadto, jounin z Suny zostawił sobie niewielką ilość pyłu, która unosiła się przed nim w razie konieczności obrony. Potrząsnął głową. Wciąż miał swoje Kamui, ale nie martwił się o własne bezpieczeństwo. Jego oponent dobrze wiedział, że potrafi stać się materialny, ale z pewnością zdawał sobie też sprawę, że Tenrou nie. Nie mógł narażać swojego towarzysza na niebezpieczeństwo. Spojrzał na niego - biały wilk dobrze wiedział, co się święci. Mangekyou Sharingan Sakuriego zarejestrował wzmożony przepływ chakry w ciele zwierzęcia. Kiwnął lekko głową i sam przepuścił chakrę przez swoje ciało. Użycie tej techniki było dla niego tak naturalne, jak dla innych shinobi wykonanie prostego Bunshin no Jutsu. W końcu było to sygnaturowe jutsu klanu Inuzuka, jutsu na którego opanowanie poświęcił pierwsze lata życia. Przypomniał sobie niezlicznone treningi z matką i niedorosłym wtedy jeszcze Tenrou. Nadszedł najwyższy czas, by zaprezentować je szerszej publiczności.

- Giju Ninpou: Shikyaku no Jutsu!

Poczuł jak jego zmysły zaczynają szaleć. Do absurdalnie ostrej wizji Mangekyou Sharingana dołączył teraz węch. Wciągnął głęboko powietrze, nasycając się zapachami areny. Poczuł aromat stadionowego jedzenia, pot kibiców, zapach suchej ziemi. Nie umknęło przed nim również lewitujace przed nim żelazo. Podparł się z przodu rękami, na których wyrosły długie pazury. Kły w ustach wydłużyły się, wystając spod górnych warg. Senmei obserwował cały proces bez większych emocji. Nie wiedział jeszcze, jak wielką przewagę daje Sakuriemu ta prosta technika. Jego refleksy i zdolności fizyczne stały teraz na zupełnie innym poziomie. A to samo czekało jeszcze Tenrou.

- Jujin Bunshin!

Postać jego psiego kompana zniknęła w obłoczku białej mgły, która bardzo szybko się rozwiała. Obok Sakuriego stała teraz jego kopia, z uwidocznionymi identycznymi zwierzęcymi cechami. Choć wyglądali identycznie, łatwo było domyślić się, kto jest kim. Tenrou zachowywał się dość dziwacznie w swojej ludzkiej postaci. Nagle zdecydował się podrapać za uchem, co prezentowało się dość komicznie.

- Nie teraz, Tenrou - syknął Sakuri, po czym zawołał - Przygotuj się, Senmei! Gatsuga!

***

Akeru z podziwem obserwował, jak dwójka wirujących Sakurich czystą siłą fizyczną odpiera ataki ogromnej, nabijanej kolcami żelaznej kuli. Zderzali się z nią w powietrzu, walcząc jak równy z równym. Był pod wrażeniem postępów, jakie syn Kakashiego i jego pupil poczynili pod okiem Rena. Jego przyjaciel mógł mieć wiele wad, ale z pewnością nie można było mu odmówić talentu do mentorowania. Sam fakt, że Sakuri w wieku siedemnastu lat mógł dorównać zdolnościom brata najsilniejszego Kazekage w historii budził szacunek. Akeru wydawało się nawet, że jak na razie ma nad nim lekką przewagę. Senmei nie nadążał z blokowaniem dwóch świdrujących przeciwników jednocześnie. Kilka razy zdażyło się, że jeden z nich uderzał w jego czarną tarczę, ale niestety bezskutecznie. Choć Uzumaki czuł się trochę zawiedziony, że Sakuri tak szybko schował swoją nową broń do innego wymiaru, to ta metoda walki imponowała mu w równy sposób.

- Wspaniały pojedynek - przyznał na głos, krzyżując ręce na ramionach - Gołym okiem widać rozwój twoich podopiecznych, Ren.

- Spośród całej trójki to właśnie Sakuri zrobił przez ten rok największy postęp.

- Doprawdy? - Akeru uniósł brwi. - Miło mi to słyszeć.

Choć wciąż był w sile wieku i bynajmniej nie uważał się za kogoś starego, to ostatnio przyłapał się na przemyśleniach, co stanie się z Konohą po jego odejściu ze stanowiska. Zaskoczyło to jego samego. Rządził nią już od ponad dwudziestu lat i nigdy wcześniej nie przyszło mu to do głowy. Ani razu nie zastanowił się, komu przekaże swoje stanowisko, gdy nadejdzie czas, by zastąpił go ktoś młodszy. Oczywiście nie zamierzał ustępować w żadnym najbliższym czasie...wciąż nie miał jeszcze nawet czterdziestki. Mimo to dobrze było jasno wiedzieć, co się stanie z jego spuźcizną w przyszłości. Zastanawiał się nad potencjalnymi kandydatami do tytułu Ósmego Hokage. Naturalnie pierwszy na myśl przychodził mu zawsze Kinsei, ale Akeru dobrze wiedział, że to niemożliwe. Nie tylko dlatego, że jego syn nie miał zamiłowania do bycia shinobi, ale też dlatego, że postawienie go na czele w zasadzie czegokolwiek większego niemal zawsze kończyło się katastrofą. Wstrząsnął się na samą myśl o tym, co Kinsei zrobiłby z Konohą. Był jego synem, ale z pewnością nie odpowiednim kandydatem na jego stanowisko. Pozostawali jeszcze Dai i Sho, którzy już dużo bardziej nadawali się na głowę wioski. Daisuke miał wyraźne zdolności przywódcze, natomiast Shori ze swoim opanowaniem i spokojną oceną rzeczywistości również stałby się świetnym Hokage. Mimo to ta dwójka tworzyła nierozerwalny duet i choć wątpił, że wyróżnienie któregoś z braci takim zaszczytem popsułoby ich relacje, to wolał nie ryzykować. Dzisiejszego dnia jego uwagę zwróciła również Akane. Nie mógł uwierzyć, że wcześniej pominął tak zdolną kunoichi. Choć nie wiedział o niej zbyt wiele poza jej pobierzną historią, zrobiła na nim wrażenie swoją zawziętością. Na samym końcu pozostawał jeszcze Sakuri. To właśnie on był jak na razie jego czołowym kandydatem. Akeru widział, jak wiele pracy wkłada w samodoskonalenie się, a ponadto słyszał od Rena, że jego celem jest właśnie zostanie jego następcą. Posiadał wszelkie cechy charakteru potrzebne każdemu Kage - był inteligentny, zorganizowany i pełen pasji. Odziedziczył wszelkie najlepsze cechy Kakashiego, co czyniło go potencjalnym sukcesorem Akeru.

- Ta moc, ta zawziętość - powiedział z uznaniem Uzumaki, starając się nadążyć za błyskawicznymi zderzeniami wirujących shinobi z masą żelaza. Po chwili poddał się i po prostu aktywował swój Byakugan. Żyły wokół jego oczu nabrzmiały, a źrenica uwidoczniła się. Teraz z łatwością mógł nadążyć nad akcją na polu bitwy. Widział też przepływ chakry zawodników, co ułatwiało mu ocenę sytuacji. - Przypomina mi mnie z przeszłości!

- Taak...z przeszłości - zachichotała Mei.

Odwrócił się do niej, by coś odpowiedzieć, ale dzięki polu widzenia Byakugana dostrzegł dziwne zdarzenie na arenie. Chakra Sakuriego błyskawicznie zniknęła w tym samym wirze, który widział już wcześniej. Tenrou odbił się od metalowej kuli, ale jego właściciel po prostu wyparował. Natychmiast pojawił się za plecami nic niespodziewającego się Senmeia. Jego tarcza znajdowała się przed nim, więc nie mogła go ochronić. Świdrując wściekle, jounin wpadł prosto w niego, drapiąc go swoimi ostrymi pazurami i pchając do przodu. Mężczyzna stracił koncentrację, co poskutkowało natychmiastowym rozpadnięciem się jego czarnej konstrukcji oraz tarczy.

- Guah! - wykrzyknął, trąc twarzą po ziemi. Przeleciał w ten sposób dobre dziesięć metrów, zanim udało mu się zatrzymać. Ubranie na jego plecach było rozerwane, a prześwitująca przez nie skóra mocno podrapana i zakrwawiona. Sakuri wylądował za nim, a Tenrou natychmiast do niego dołączył. Wyłaniając się z białego, gęstego kłębu dymu powrócił do swojej psiej postaci. Jego właściciel najwyraźniej również anulował swoją technikę, bo jego zwierzęce cechy zniknęły - po pazurach nie pozostał nawet ślad, a kły wróciły do swojej normalnej długości.

- Trzecia słabość - oznajmił z dumą, górując nad podnoszącym się przeciwnikiem - Twoja tarcza nie umywa się do tej jinchuurikiego Ichibiego. Nie jest automatyczna. Nie obronisz się przed tym, czego nie widzisz.

- Podobnie jak ty - mruknął Senmei.

Sakuri zerknął na swoje nogi. Pokrywały je pełzające po ziemi drobinki żelaza. Mógł z łatwością teleportować się za pomocą swojego Kamui, ale Akeru rozumiał jego wachanie. Białowłosy patrzył na swojego psiego kompana, stojącego tuż obok niego. W mgnieniu oka podjął decyzję. Błyskawicznym ruchem ręki chwycił go za grzbiet i uwolnił moc swojego Mangekyou Sharingana. Wokół Tenrou pojawiły się zawirowania czasoprzestrzenne, zniekształcając jego sylwetkę. Oczywiście trwało to tylko ułamek sekundy, ale dzięki Byakuganowi Akeru widział to wszystko bardzo dokładnie. Biały wilk nawet nie zdążył szczeknąć, zanim został wciągnięty do prawego oka swojego właściciela. Na twarzy Sakuriego pojawił się wyraz ulgi, który szybko przeszedł w grymas bólu, gdy wystrzeliwujące z podłoża, twardniejące kolce przebiły jego bark i otarły się o kilka innych miejsc. Przewrócił się do tyłu, brocząc mocno krwią ze zranionego ramienia. Ren drgnął niespokojnie, a jego ręka automatycznie powędrowała do rękojeści miecza.

- Ani mi się waż - ostrzegł go Akeru - Nic mu się nie stanie. Pamiętaj, że to jest turniej mający na celu wzmacniać więź między wioskami - zaakcentował słowo ,,wzmacniać".

Uchiha zacisnął zęby, ale powoli puścił ostrze.

- Nic mu nie będzie? - zmartwiła się jego żona - Ten kolec przebił mu bark na wylot!

- To tylko ramię, Mei - odparł Uzumaki - Na dłuższą metę wszystko będzie z nim w porządku. Ale w tej walce może mieć problem z używaniem tej ręki.

- To wytrwały chłopak - wtrącił się stojący z boku Kasai - Da radę.

W istocie, wydawało się, że otrzymana rana tylko rozsierdziła młodego shinobi. Podniósł się chwiejnie na nogach i złapał dłonią za przebite miejsce. Sączyła się z niego obficie krew, plamiąc jego ubranie. Jego przeciwnik bynajmniej nie wyglądał o wiele lepiej. Plecy Senmeia zdobiły wyraźne ślady po przyjęciu na siebie Gatsugi, a na jego brzuchu i ramieniu wciąż krwawiły zadane mu wcześniej rany. To była szybka, intensywna walka. Żaden z zawodników się nie powstrzymywał. Walczyli dopiero kilkanaście minut, a już zdążyli się doprowadzić do takiego stanu. Jeśli sytuacja rozwijałaby się wciąż w tym kierunku, budziło to potencjalne zagrożenie dla zdrowia zawodników. Akeru wiedział jednak, że Ren nie pozwoli, by coś takiego się stało. Gdyby Sakuri znalazł się w prawdziwym niebezpieczeństwie, nie musiałby się nawet ruszać z miejsca, by mu pomóc. Już pewien czas temu Uzumaki zdał sobie sprawę, że jego sprytny przyjaciel otaczając arenę barierą zostawił dla siebie wygodną furtkę, gdyby coś poszło nie tak. Jak nikt inny znał jego techniki i wiedział, że żadna bariera ze zwykłej chakry nie powstrzyma klonów Limbo Rena. Gdyby zaszła taka potrzeba, Senmei nie wiedziałby nawet, co go uderzyło.

- Co to jest? - odezwał się nagle Kasai.

Akeru dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co dzieje się na polu walki. Chwilę wcześniej Sakuri wyrzucił w stronę przeciwnika pięć kunaiów, ale żadne z nich nie trafiły. Senmei uśmiechnął się pobłażliwie, ale dopiero po chwili zauważył, że nie był to wynik nieszczęśliwego wypadku. Ostrza wbiły się w ziemię dookoła niego, tworząc foremny pięciokąt. Każdy z nich nasycony był podejrzaną chakrą. Akeru jeszcze nigdy takiej nie widział.

- Sunton... - mruknął Sakuri, koncentrując wzrok na powstałej formacji - Kamui Sori!

Hokage nie mógł uwierzyc w to, co widzi. Rezonująca ze sobą chakra zawarta w kunaiach zapłonęła na ich końcach i połączyła się ze sobą, teraz naprawdę tworząc widoczny tylko dla użytkowników doujutsu pięciokąt. W jego środku stał skonfundowany Senmei, nie mając pojęcia, co zrobić. Jego czarne cząsteczki latały wokół niego luźno, ale szybko skonsolidowały się w dużą platformę, na którą wskoczył ich użytkownik. Próbował uciekać, ale technika Sakuriego była już na ukończeniu.

- Co to za chakra?! - ożywił się Isao. Swoim Genshiganem z niedowierzaniem obserował to, co dzieje się na polu bitwy.

W loży Kage nastąpiło ożywienie. Isshin aż wychylił się przez barierkę, na chwilę zapominając o swojej nieśmiałości. Tsuchikage zagwizdała w podziwie, natomiast Kojiro ewidentnie nie wiedział, komu miał kibicować. Siedział przygarbiony, rozdarty pomiędzy wyborem drużyny, do której Mgle brakowało najmniej albo obecnym liderem zawodów. Chakra w kunaiach wzmocniła swój przepływ na tyle, że widac ją było gołym okiem. Nagle w obrębie pięciokąta wzmógł się mocny wiatr, jakby coś zasysało go do podłoża. Pojawiły się charakterystyczne zawirowania czasoprzestrzeni, nakrzywiające postać lewitującego w powietrzu Senmeia. Mężczyzna zorientował się, o co chodzi i poszybował na swojej platformie, jak najdalej od ziemi. Ostatecznie grunt ustąpił, znikając nagle i ustępując miejsca czarnej, nieprzeniknionej przepaści. Prowadziła ona do ciemnego, pozbawionego światła świata, zupełnie niepodobnego do rzeczywistości, w której się znajdowali. Na środku areny ziała teraz kilkumetrowa, pięciokątna dziura, za którą widać było bezkresną przepaść. Na jej dole zarysowywały się wysokie, kamienne słupy Senmei spojrzał w jej głąb i to był błąd. Sakuri wyskoczył za jego plecami w powietrze i sprzedał mu kopnięcie z pół obrotu. Trafił w kark, rozpraszając jego koncentrację. Ciemna platforma jounina rozsypała się niczym zamek z piasku, niwelując jedyną rzecz, jaka trzymała go w powietrzu. Runął w dół, ku przepaści, razem ze swoim żelaznym pyłem. Zanim jednak dotarł do przepaści, jego ciało powoli zaczęło się zamieniać w taką samą stertę czarnych drobinek. Stopniowo przestało przypominać człowieka i rozpadło się, mieszając z opiłkami żelaza. Ciemna chmura zniknęła w przepaści, która natychmiast się za nią zamknęła, przywracając grunt do normalności. Sakuri wylądował na ziemi i rozejrzał się, zdezorientowany.

Akeru nie zdziwił się użyciem przez Senmeia klona z żelaznego pyłu. Nic dziwnego, że spanikował, widząc taką technikę.

- Co to było?! - zawołał Isao.

Ren nagle zorientował się, że wszystkie oczy w loży, nawet te reszty Kage i ich ochroniarzy, są wpatrzone w niego.

- Chcesz nam coś powiedzieć, Ren? - podpowiedział Akeru.

Uchiha wyprostował się i powoli wciągnął powietrze. Nie spiesząc się, rozejrzał się na boki i zdał sobie sprawę z obserwujących go ludzi. Skrzyżował ramiona i wreszcie przemówił:

- Nie.

- Nie?!

- Nie.

Akeru wypuścił nosem powietrze. Nie znosił, kiedy jego przyjaciel robił ze wszystkiego tajemnice. Na całe szczęście nie on jeden mógł wiedzieć coś na temat nowej zdolności Sakuriego. Dezaktywował swój Byakugan, a źrenica w jego oczach zniknęła. Odchodzące od oczu nerwy cofnęły się pod skórę, przywracając im normalny wygląd i jednocześnie gasząc jego poszerzoną wizję oraz zdolność dostrzegania chakry.

- Mei - uśmiechnął się podstępnie - a może ty coś o tym słyszałaś...?

- Więc... - kobieta zerknęła niepewnie na męża - chyba nie powinnam...

- Sunton - westchnął Ren - zdolność Mangekyou Sharingana, którą Sakuri odblokował około rok temu. Pozwala mu na manipulacje Kamui za pomocą obojga oczu.

Isao, Kasai i Akeru spojrzeli po sobie. Grupka ludzi przysłuchująca się ich rozmowie zaczęła szeptać urywanymi głosami.

,,Sunton" - zainteresował się Kyuubi - ,,Uwolnienie Wymiaru. Hmpf...sprytny dzieciak."

,,Wreszcie udało mu się przerosnąć Kakashiego" - zauważył Uzumaki - ,,Stał się prawdziwym mistrzem technik czasoprzestrzennych".

,,Już go tak nie chwal. Zobaczymy, co jeszcze pokaże."

- Manipuluje Kamui za pomocą swoich Mangekyou Sharinganów? - potarł brodę Kasai - To coś jak twój Enton?

Ren kiwnął głową.

- Dokładnie. Natura chakry stworzona na podstawie techniki wzrokowej. Jednak w moim przypadku manipuluję Amaterasu lewym okiem. Sakuri do używania Suntonu potrzebuje obu.

Akeru zamyślił się. Co to oznaczało w praktyce? Syn Kakashiego właśnie awansował w jego rankingu kandydatów na Hokage, jeśli było to jeszcze w ogóle możliwe. Kiedyś studiował co nieco technikę Latającego Boga Piorunów swojego dziadka i czuł się przytłoczony jej skomplikowaniem. Jutsu czasoprzestrzenne wymagały ogromnego talentu i świetnej kontroli chakry. Jeśli Sakuri zrobił z nich naturę chakry...w takim wypadku Akeru musiał go mocno nie doceniać. Zastanawiał się, jaki jeszcze potencjał drzemie w tym chłopaku. Jego ojciec opanował Mangekyou Sharingan tylko w stopniu podstawowym, a mimo to został legendarnym shinobi. Jaka przyszłość czekała na Sakuriego? Z pewnością coś więcej niż tytuł Srebrnego Błysku Konohy.

- Powiedz mi tylko - zmrużył oczy - wpadł na to sam? Czy może trochę mu pomogłeś?

Milczenie przyjaciela mówiło samo za siebie.

- Pracować nad tym zaczął sam - wyjaśnił w końcu Ren - Ja...zapewniłem mu odpowiednie materiały.

- A co to niby ma znaczyć?

- Dał mu je - wyjaśniła ściszonym głosem Mei, jakby bała się, że ktoś ją usłyszy. Oczywiście nie miało to znaczenia, bo połowa zebranych w loży i tak podsłuchiwała rozmowę, udając zainteresowanie wydarzeniami na arenie. Senmei wyłonił się akurat z piaskowego dołu, ukazując swoje prawdziwe ciało zaskoczonemu i zmęczonemu Sakuriemu. - Sekretne zwoje klanu Uchiha.

,,Wpuścił go do krypty Uchiha?!" - nie mógł uwierzyć Akeru. To było do niego zupełnie niepodobne. Biorąc pod uwagę, z jaką zazdrością i namaszczeniem jego przyjaciel strzegł wszelkiej spuścizny swojego klanu, można było się spodziewać, że nigdy nie ukaże jej tajemnic komuś spoza, jak to się zawsze wyrażał, ,,rodziny". Nawet jego samego nie chciał wpuścić do sekretnego pomieszczenia pod swoim domem. Przy okazji Akeru miał okazję przekonać się, jak dobrze zabezpieczone jest to miejsce. Aby otworzyć przejście do krypty należało najpierw udowodnić swoją wartość przechodząc dwie próby. W rzeczywistości drzwi zostały zabezpieczone dwiema skomplikowanymi pieczęciami. Aby zdjąć tę pierwszą, należało po prostu przesłać do niej chakrę Uwolnienia Ognia. Druga natomiast stanowiła dla Uzumakiego barierę nie do przejścia. Dezaktywować ją mógł bowiem tylko użytkownik Sharingana. Ren uważał, że ktoś, kto nie jest w stanie sprostać tym dwóm wyzwaniom, nie jest godzien wejścia do świętego miejsca jego klanu. Jakby nie patrzeć, Sakuri potrafił używać zarówno chakry ognia jak i posiadał Sharingan. Może to skłoniło jego senseia do zaufania mu na tyle, by powierzyć mu tajemnice Uchiha? Wydawało mu się to prawdopodobne, ale nigdy do końca nie wiedział, o co właściwie chodziło Renowi. Już sam jego dom był na to najlepszym przykładem. Po zakończeniu Piątej Wielkiej Wojny pozwolił mu wybrać sobie dowolne miejsce na osiedlenie się w Wiosce Liścia. Miał nadzieję, że jego przyjaciel ucieszy się i doceni ten gest, ale on wskazał tylko na rozpadające się szczątki swojego starego domu i sąsiadującego z nim budynku, w którym kiedyś mieszkali Sasuke, Itachi i reszta ich rodziny. Oczywiście Akeru próbował odwieść go od tej decyzji, ale Ren okazał się nieugięty. Wtedy Uzumaki jeszcze trochę go rozumiał - chciał zamieszkać w swojej starej siedzibie. Żył w takim przeświadczeniu aż do czasu, gdy jego przyjaciel zrównał wszystko z ziemią i zbudował w tamtym miejscu nowy, wielki budynek. Jakie były jego motywacje? Wytłumaczył tylko, że ,,nie mógłby mieszkać w miejscu splamionym krwią Uchiha" i na tym zakończył temat.

Jedno trzeba było mu przyznać - sam dom był do pozazdroszczenia. Choć niepozorny od przodu, był dłuższy niż szerszy sprawiając optyczne wrażenie mniejszego niż w rzeczywistości. Starannie wykończony, wewnątrz prezentował się dużo bardziej okazale. Jego prawdziwe walory znajdowały się jednak z tyłu, gdzie mieścił się wielki plac treningowy oraz osobna przybudówka z dojo. Nie ciężko było się domyślić, że Ren cenił sobie prywatność, bo cały ten kompleks ukryty został za niepozornym frontowym wejściem i niskim, drewnianym płotkiem.

- Tak z ciekawości - zapytał Kasai - ale co takiego znajdowało się w tych zwojach?

- Dzienniki - mruknął Ren - zapiski i doświadczenia jednego z najsilniejszych Uchiha w historii klanu.

- Kto to był? - zaciekawił się Akeru - Madara? Joten? Izuna?

Czarnowłosy tylko pokręcił głową z dezaprobatą.

- Jeszcze ktoś inny? - Uzumaki przewrócił oczami - To ilu wy ich tam mieliście?

- Był nie tylko świetnym shinobi, ale też bardzo mądrym człowiekiem - kontynuował Ren, nie zważając na komentarze przyjaciela - Nazywał się... - tutaj zrobił dramatyczną pauzę - Kaito Uchiha.

W loży zapanowało wymowne milczenie. Ludzie spoglądali po sobie, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Kiwali lekko głowami, jakby przyznając sobie nawzajem rację. Mimo to czuć było w powietrzu napięcie, które wywoływało niezręczny nastrój. Nie udzielił się on tylko Akeru, który po prostu zapytał:

- Kto?

Uzumaki poczuł na sobie kilka życzliwych spojrzeń. Chyba właśnie powiedział to, co wszyscy mieli na myśli.

- Nic dziwnego, że o nim nie słyszałeś. Ja sam o jego istnieniu dowiedział się dopiero, gdy odkryłem stare zwoje mojego klanu w jednej z dawnych kryjówek Uchiha. Kaito żył w czasach Madary i Jotena. Należał nawet z nimi do jednego zespołu. Jako jeden z pierwszych posiadł Mangekyou Sharingan. Jeśli chodzi o moc, którą otrzymał...jego oczy dały mu możliwość używania Kamui, dokładnie tak jak u Sakuriego. To on jako pierwszy stworzył podstawy Suntonu. Dzięki niemu stał się najszybszym shinobim swoich czasów, szybszym nawet od Tobiramy Senju. Mimo to nigdy nie osiągnął sławy. Nie lubił się afiszować ze swoją mocą i nawet większość jego klanowiczów nie zdawało sobie sprawy, że posiada Mangekyou Sharingan. Traktowali go jak zwykłego shinobi, podczas gdy Kaito swoje doświadczenia zapisywał w zwojach, które ofiarowałem Sakuriemu. Działał pośród cieni, niedoceniony za wkład w tworzeniu równowagi między kształtującymi się Pięcioma Wioskami. Umarł w zapomnieniu, ale pozostawił po sobie swoje zapiski.

- Smutna historia - zamyślił się Isao - Na dodatek zapewne długo się nie nacieszył swoją mocą. Pamiętam jak ty musiałeś kiedyś uważać z używaniem swojego Mangekyou Sharingana. Skoro tak intensywnie go wykorzystywał, pewnie oślepł bardzo szybko.

- Nie do końca - Ren potarł w zamyśleniu brodę - Widzisz, Isao, istnieje rozdział historii Konohy, o której nie uczą w Akademii Ninja. Popularna legenda głosi, że kochający pokój klan Senju dowodzony przez Pierwszego Hokage Hashiramę pokonał bojowo nastawionych Uchiha, na których czele stał Madara. Jest to bardzo duże uproszczenie. Wojna rządzi się swoimi zasadami i każda ze stron miała swoje światła i mroki. Jednym z nich jest właśnie historia wielkiego eksperymentu klanu Senju. Udało im się w jakiś sposób zdobyć zapiski na temat powstania Boskiego Drzewa, które niegdyś rosło na naszej planecie i którego owoc zjadła Kaguya Ootsutsuki. Zapragnęli posiąść jego moc dla siebie i użyć jej w celach wojennych. Korzystając z Mokutona Hashiramy i krwi poległych shinobi udało im się wyhodować coś podobnego do Shinju. Nie posiadało w sobie nawet w połowie tak wiele chakry, co oryginał, ale nie o to chodziło. Chakra, która płynie w nas wszystkich jest niczym w porównaniu z pierwotną mocą znajdującą się w takim drzewie. Zawiera ono chakrę Sześciu Ścieżek posiadającą wyjątkowe właściwości. To właśnie ona była odpowiedzialna za niesamowite umiejętności, które w tamtych czasach zaczęli wykazywać niektórzy Senju. Klan Uchiha, gdy odkrył źródło nagłej przewagi przeciwników, zapragnął zniszczyć je za wszelką cenę. Jak tego dokonali nie jest ważne...Chodzi o to, że w trakcie pojedynku Kaito wszedł w kontakt z chakrą Shinju. Wzmocniła ona jego oczy, czyniąc je odpornymi na wysiłek używania Mangekyou Sharingana.

Akeru słuchał tego wszystkiego z otwartymi ustami. Nie miało sensu pytać, skąd Ren to wszystko wie. Jeśli coś dotyczyło historii klanu Uchiha, był jak chodząca encyklopedia. Co prawda Uzumaki słyszał już kiedyś o tym incydencie, ale zdawał sobie w ogóle sprawy z istnienia takiego shinobi jak Kaito. Czuł się trochę upokorzony jako Hokage, ale w końcu skąd miał wiedzieć o jakimś fantomowym Uchiha, który specjalnie wymazał samego siebie z kart historii.

- No dobrze - powiedział - ale co to ma wspólnego z Sakurim? Jakim cudem on nie ślepnie podczas używania Suntonu? Bo nie ślepnie, prawda?

- Prawda - pokiwał głową Ren i zrobił krótką pauzę, jakby zastanawiał się, jak wytłumaczyć całą sytuację przyjaciołom - Kiedy zostaje się jinchuurikim Juubiego, staje się użytkownikiem jego mocy. Wlicza się w to również cała jego chakra...chakra Sześciu Ścieżek. Była we mnie, gdy użyłem Rinnegana, by przenieść Sharingana Kakashiego na Sakuriego. Ta technika wymagała przekonwertowania go na czystą chakrę, a następnie wypuszczenie w tej postaci w stronę zamierzonego celu. Kiedy użyłem tego jutsu...Sharingan Kakashiego wszedł w kontakt z moją chakrą Sześciu Ścieżek. Dało to taki sam efekt, co w przypadku Kaito.

Akeru zatkało. Starał się jakoś uporządkować w głowie napływające informacje, ale nie nadążał. Kaito Uchiha, spisek Senju, Boskie Drzewo, Juubi...to wszystko łączyło się w logiczną całość, ale chwilę zajęło mu poukładanie sobie tego tak, by móc logicznie ogarnąć to umysłem.

- Chcesz mi powiedzieć - wykrztusił Isao - że przez przypadek wzmocniłeś oczy Sakuriego?

- Tak - kiwnął głową czarnowłosy - Chciałem po prostu zwrócić mu jakąś część jego ojca...nigdy nie planowałem aktywacji jego Mangekyou. Kiedy to się stało, martwiłem się, by nie nadużywał jego mocy i wtedy odkryłem, że nie ma on na niego wpływu. Po powrocie z bitwy z Senso, Sakuri był bardzo zdeterminowany, by stać się silniejszy. Zaczął eksperymentować z mocą swoich oczu. Aby naprowadzić go na właściwą drogę, dałem mu zwoje Kaito. Efekt tego widzicie właśnie na arenie.

Akeru odwrócił się w tamtym kierunku. Pozbawiony swojego żelaznego pyłu Senmei został zepchnięty do defensywy. Jego przeciwnik wydawał się właśnie łapać wiatr w żagle, bo dzierżąc dwa kunaie wściekle atakował, nie dając mu czasu na kontrę. Naprawdę był porażająco szybki. Kunszt, z jakm tańczył wokół shinobiego z Suny był godny pozazdroszczenia. Choć nie tak doświadczony w taijutsu jak Akane i nawet nie w połowie tak silny, Sakuri nadrabiał swoją zwinnością i prędkością wyprowadzanych ataków. Stal szczękała o stał z ogromną częstotliwością, a białowłosy niczym dziki drapieżnik z podekscytowanym uśmiechem dostosowywał się do tej symfoni dźwięków. Wydawało się, że walka w zasadzie jest już rozstrzygnięta. Senmei został pozbawiony swojej najpotężniejszej broni, swojej karty atutowej. W takim razie dlaczego Isshin siedział tak spokojnie? Ze skrzyżowanymi na piersi ramionami spokojnie obserwował przebieg pojedynku. Z jego kamiennej twarzy nie dało się wiele wyczytać. Akeru czuł w kościach, że to jeszcze nie wszystko, co ma do zaoferowania brat najpotężniejszego Kazekage w historii.

***

- Bez swojego żelaza nie jesteś już taki mocny, co? - zawołał Sakuri, wymachując dzierżonymi w dłoniach bliźniaczymi kunaiami. Jounin z Suny uchylił się przed nimi w ostatnim momencie. Ciężko dyszał, co wyraźnie pokazywało, że nie utrzyma przeciwnika długo na odległość.

W myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak, skoczył nagle na białowłosego. Sakuri z pobłażaniem aktywował tylko swoje Kamui. Znikając w spiralnym wirze, widział przed sobą w zwolnionym tempie wyprężoną w powietrzu postać Senmeia. Pojawił się w innym wymiarze, pozostawiając po sobie tylko srebrny błysk. Choć panował tu mrok, a gdzie okiem sięgnąć wznosiły się posępne, kamienne bloki, czuł się tutaj jak w domu. To on był panem tego wymiaru i on tu ustalał zasady. Czas płynął tu wolniej, dzięki czemu jego teleportacja w inny punkt wydawała się przeciwnikowi natychmiastowa. Poza tym, gdzieś tutaj znajdował się Tenrou, którego z ciężkim sercem musiał wycofać z walki. Styl walki klanu Inuzuka sprawdzał się świetnie przeciwko pojedynczym przeciwnikom, gdzie nie radzili oni sobie z przewagą liczebną, ale nie w tej sytuacji. Zdolności Senmeia spokojnie mogły ochronić go nawet przed grupką wrogów i z tego powodu Tenrou stanowił tylko słaby punkt. W chwili, kiedy Senmei unieruchomił nogi Sakuriego, chłopak myślał już, że to koniec. Na całe szczęście udało mu się uratować swojego wilka, a dzięki Mangekyou Sharinganowi uchylić się tak, by nadciągające kolce trafiły w jak najmniejszą liczbę miejsc. Zaklął w myślach, starając się zmusić swoją prawą dłoń do posłuszeństwa. Od czasu otrzymania tamtej rany miał duże problemy z poruszaniem nią.

,,Kinsei znowu będzie miał pełne ręce roboty" - pomyślał i ponownie zaczął otwierać przejście czasoprzestrzenne, kierując się za plecy przeciwnika. Wkrótce ujrzał przed sobą czerwonowłosego jounina, w tym samym miejscu, w którym go zapamiętał. Pewnie nawet jeszcze nie zorientował się, że Sakuri się teleportował. Z trudem zacisnął palce w pięść i na odlew trzasnął go w kark. Jego samego zabolało to zapewne bardziej niż Senmeia, ale efekt był taki, że brat Kazekage upadł twarzą na ziemię.

- Poddaj się - powiedział białowłosy, chwytając się za zranione ramię. Jego rękaw cały przesiąkł już krwią - Bez żelaznego pyłu nie uda ci się mnie pokonać.

Mężczyzna, dysząc ciężko, przewrócił się na plecy. Przez chwilę łapał oddech, po czym odparł z zadziwiającym spokojem:

- Wydaje mi się, że czegoś tutaj nie rozumiesz, Sakuri Hatake. Mówisz to tak, jakby to była moja jedyna broń.

Sakuri z nieukrywanym zaskoczeniem patrzył, jak chakra Jitonu wypływa z ciała powalonego przeciwnika i wsiąka w ziemię dookoła niego. Poczuł wibracje pod stopami i zauważył, że w mgnieniu oka podłoże zaczęło robić się coraz bardziej sypkie i luźne. Rzucił się do przodu, by dobić oponenta, ale było już za późno. W chwili, gdy chciał wyskoczyć, jego nogi ugrzęzły w gęstym, ciężkim piasku. Zerknął w dół i zobaczył więcej piasku pełznącego po jego nogach. Nagle całe jego chałdy podniosły się wokół niego, zasłaniając mu widok na Senmeia, arenę i w końcu zawet na niebo. Został schwytany w pułapkę. Unoszące się ściany wyglądały na naprawdę mocne i zbliżały się z zadziwiającą prędkością. Wszystko stało się tak szybko, że Sakuri nie zdążył nawet ani się teleportować, ani stać się niematerialnym. Potężna masa piasku ścisnęła go, wyduszając całe powietrze z płuc. Zakrztusił się i, oszołomiony, uniósł się w powietrze razem ze swoim więzieniem. Spojrzał w dół - Senmei zdążył już dojść do siebie i, klęcząc na jednym kolanie z wyciągniętą ręką, sterował chałdą piachu.

- Sabaku Kyu - mruknął.

,,Niech to" - pomyślał Sakuri. Piaskowe sploty krępowały go tak, że nie mógł nawet kiwnąć palcem, a z każdą chwilą robiło się coraz gorzej. Widownia ożywiła się, skandując słowa zachęty w stronę brata Kazekage. ,,Jeszcze chwilę temu byli po mojej stronie" - zauważył z rozgoryczeniem. Czuł, jak jego kości trzeszczą pod naporem okalającej go trumny. Sytuacja nie prezentowała się najlepiej. Jeśli nie chciał zostać za chwilę zgnieciony na krwawą miazgę na oczach swoich przyjaciół i senseia, musiał się skupić. Ból w całym ciele uniemożliwiał mu nawet pożądne zebranie myśli, a co dopiero mówić o użyciu Kamui. Korzystając z ostatnich sił, które mu zostały, wyobraził sobie, że jest daleko stąd. Pozwoliło mu to zapomnieć o bólu na tyle, by sięgnąć po moc swoich oczu. Spiralne zawirowanie czasoprzestrzenne zaczęło wciągać go razem z jego piaskową skorupą do innego wymiaru. Wkrótce świat przed nim zamazał się, a on sam wylądował na kamiennym bloku w ciemnej, alterantywnej rzeczywistości Kamui. Bez kontroli Senmeia piasek stracił swoje wiążące właściwości i gęstym strumieniem zaczął zsypywać się z jego ciała. Wkrótce Sakuri był już wolny. Wstał, otrzepał się i strzelił kilka razy bolącymi kośćmi. Gdzieś tutaj musiał znajdować się Tenrou, ale nie miał teraz na to czasu. Póki był bezpieczny, mógł skupić się na walce. Aktywował kolejny czasoprzestrzenny portal. Obiecał sobie, że zaraz pokaże publiczności, jak bardzo się myliła, trzymając stronę Wioski Piasku. Zastanawiało go, jak to możliwe, że Senmei nagle zaczął manipulować piaskiem. Podejrzewał, że ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie, ale to kompletnie go zaskoczyło. Był prawie jak ten jinchuuriki Ichibiego, który walczył dwa pojedynki temu.

Sakuri wyłonił się ze swojego portalu za przeciwnikiem, który dopiero po chwili zorientował się, że jego ofiara teleportowała się w inne miejsce. Odwrócił się i zobaczył przygotowanego do ataku przeciwnika, z shurikenami włożonymi między palce. Automatycznie uniósł wokół siebie wielką chałdę piachu, pokrywając się jego grubą, zbitą warstwą. Hatake uśmiechnął się, przesyłając swoją specjalną chakrę do pocisków. Gdy już się nią napełniły, z precyzją Mangekyou Sharingana rzucił nimi w kierunku piaskowej bariery.

- Sunton: Kamui Shuriken!

Siedem shurikenów poszybowało skomplikowanymi torami lotu ku swoim celom. Dzięki precyzji Sharingana wszystkie trafiły precyzyjnie w swoje cele. Wbiły się w grubą warstwę piachu i wtedy aktywowała się w nich chakra Sakuriego. Fragmenty kopuły zaczęły zakrzywiać się, jakby coś zgniatało ją i wyginało. Efekt z każdą chwilą wzmacniał się, aż w końcu, teleportując się razem z shurikenami, wielkie chałdy piasku po prostu zniknęły w innym wymiarze. Teraz tarcza Senmeia była podziurawiona niczym ser żółty i nie stanowiła dla białowłosego najmniejszej przeszkody. Brat Kazekage stał w środku, wyglądając na mocno zdziwionego tak szybkim przełamaniem jego obrony. Jego twarz szybko przybrała poirytowany wyraz. Obraz wewnątrz kopuły zaczął się zacieśniać ze względu na samonaprawiającą się osłonę, ale Sakuriemu to nie przeszkadzało. Uśmiechnął się pod nosem i machnął ręką. Ostatni z shurikenów zawirował i poleciał prosto w kierunku zwężającego się wyłomu. Zniknął w splotach bariery akurat w chwili, gdy ta się zamknęła. Wtedy właśnie aktywował się zawarty w nim ładunek chakry. Był dużo większy niż w pozostałych, co odzwierciedliło się w jego efektywności. Cała piaskowa kopuła zafalowała, skrzywiła się i zmniejszyła, wciągana do innego wymiaru. Sakuri wylądował na ziemi, obserwując jak zagina się i zniekształca, ostatecznie znikając z powierzchni ziemi.

,,Udało się" - pomyślał, oddychając ciężko. Czuł się bardzo słaby po utracie takiej ilości krwi, ale wyglądało na to, że to koniec jego zmagań. Musiał przyznać, że Senmei okazał się godnym przeciwnikiem. Pewnie znajdował się tera gdzieś w wymiarze Kamui razem z Tenrou. Gdy tylko wróci do szatni, musi pamiętać, by go stamtąd wydobyć. Nagle usłyszał za sobą odgłos przesypującego się piasku. Dobrze wiedział, co on oznacza.

- Raany. Ty naprawdę się mnie boisz. Kolejny klon?

- Cóż złego jest w pozwoleniu na to, byś dobrowolnie zmarnował swoją chakrę? - zapytał ironicznie brat Kazekage, wyłaniając się z podłoża. Piasek zsypywał się po jego twarzy, nadając mu wygląd wielkiego pustynnego skorpiona opuszczającego kryjówkę - Motto mojego ojca brzmiało: ,,Absolutna obrona". Mojego brata z kolei: ,,Absolutny atak". Ja wierzę, że dobry shinobi powinien być zbalansowany. Nie oczekuj, że przyjmę na siebie techniki, których z łatwością mógłbym uniknąć. Tym bardziej, jeśli są tak poblematyczne jak twoje.

- Skoro o tym mowa...nie wiedziałem, że masz w rękawie jeszcze jakiegoś asa. Kontrola piasku? To coś nowego.

- Jeszcze nie jednym cię zaskoczę, Srebrny Błysku. To, co teraz widzisz to i tak nic w porównaniu do Isshina. Kiedy jesteś użytkownikiem Jitonu, manipulowanie piaskiem nie jest trudne. Przesyłając do niego chakrę, można kontrolować pole magnetyczne wokół niego. Przyciąganie i odpychanie...i zaczyna się poruszać. To naprawdę nic takiego.

- Cały czas powtarzasz: ,,Isshin to, Isshin tamto". O co właściwie chodzi z tym twoim bratem? Kim on jest? Jakąś wyrocznią? Rozumiem szacunek, ale pomyśl też o sobie!

Piasek spod stóp Senmeia uniósł się na wysokość jego twarzy w postaci kilku grubych, ruchliwych macek, które zafalowały groźnie.

- Nie zapędzaj się, Sakuri - rzekł ostrzegawczo - Isshin jest Szóstym Kazekage, najpotężniejszym w dziejach!

- No i co z tego?! Nie przesadzasz przypadkiem? Wydaje mi się, że trochę nie doceniasz swoich własnych zdolności.

- Mój brat - jounin zacisnął dłoń w pięść - zawsze był wszystkim, czym ja nie mogłem. Posiada naturalny talent, potrafił nawet przewyższyć wszystkich swoich poprzedników. To właśnie w nim ojciec pokładał swoje nadzieje. Ja mogłem co najwyżej spoglądać za nim w niebo, licząc, że kiedyś mu dorównam. I oto jestem - szczęśliwy robiąc to, do czego najlepiej się nadaję. Pozycja prawej ręki Isshina to dla mnie zaszczyt. Urodziłem się, żeby pełnić właśnie tę rolę.

- Co za bzdury! Czy on nie jest takim samym człowiekiem, jak ty? Nie ma nic złego w podziwianiu lepszych od siebie, ale tylko wtedy, jeśli naprawdę wierzysz, że możesz ich przewyższyć. Nie zachowuj się, jakbyś urodził się gorszy od swojego brata. Obaj jesteście dziećmi Piątego Kazekage, nieprawdaż?!

- Może i masz trochę racji, Srebrny Błysku - Senmei uśmiechnął się kącikiem ust - W takim razie pokażę ci, co naprawdę potrafi pierworodny syn Gaary. Rendan...Suna Shigure!

Sakuri już chciał zaprotestować, że nie musi się fatygować, ale było za późno. Kilka falujących macek machnęło w jego stronę, uwalniając burzę piaskowych pocisków. Każdy z nich wielkością przypominał strusie jajo i, lecąc z taką predkością, niewątpliwie połamałby mu kości lub zmiażdżył narządy wewnątrzne. Jego Mangekyou Sharingan podążał za nimi wszystkimi i szybko ocenił, które z nich w niego trafią. Hatake skupił się. Musiał teraz wypróbować technikę, nad którą pracował już od dłuższego czasu. W swojej podstawowej wersji było to zwykłe Kamui i nie sprawiało trudności, ale zmodyfikowane wymagało świetnej kontroli chakry Suntonu. Jego gałka oczna poruszała się gwałtownie, skupiając się jednocześnie na sześciu nadciągających piaskowych pigułach. Przestrzeń wokół nich zaczęła się zaginać, jednocześnie tworząc w powietrzu kilka spiralnych zaburzeń.

- Sunton: Renzoku Kamui!

Zanim zdołały dotrzeć do swojego celu, pociski zniknęły w innym wymiarze, wciągnięte przez jutsu Sakuriego. Sekundę później dziesiątki pozostałych uderzyły w podłoże dookoła niego, omijając go bez wyjątku. Rozległ się huk i podniosła się pyłowa kurzawa. Białowłosy tylko uśmiechnął się sam do siebie. Jego praca nie poszła na marne. Udało mu się stworzyć sześć zawirowań jednocześnie. Do tej pory udawało mu się tylko z czterema. Niewątpliwie w tej kwestii udało mu się zrobić postęp. Dzięki swojemu doujutsu widział wyraźnie sylwetkę Senmeia, która próbowała wyśledzić go wzrokiem pośród pyłu. Uznał, że to jego szansa i chciał skoczyć do przodu, ale jego stopy ugrzęzły w piachu. Rozejrzał się dookoła - zasłona już się przerzedzała, ale nie miał pojęcia, jak jego przeciwnik zdołał go namierzyć. Spojrzał w górę i zobaczył lewitujące nad nim Piaskowe Oko, technikę o której słyszał już pewien czas temu. Dawała posiadaczowi zwiększone pole wizji i, precyzyjnie użyta, była ciężka do wykrycia. Latająca w powietrzu gałka oczna prezentowała się dość przerażająco, ale widział już w życiu gorsze rzeczy. Nagle poczuł potężne uderzenie w klatkę piersiową. Poczuł, jak jego żebra kruszą się pod naporem piaskowego pocisku i krzyknął z bólu. Przewrócił się na plecy, prosto we wciągający go piasek. Krępował jego ruchy, pozwalając tylko z trudem oddychać. Sakuri zobaczył wyłaniającego się w chmury pyłu Senmeia. Szedł od spokojnym krokiem, z nowo zdobytą pewnością siebie.

,,Pięknie się wpakowałeś" - skarcił sam siebie Hatake.

- Nie uciekniesz - ostrzegł go czerwonowłosy - Wykonaj jakiś gwałtowny ruch, a moje ruchome piaski pogrzebią cię pod tą areną.

,,Jeśli chciałbym uciec, nawet byś tego nie zarejestrował" - pomyślał poirytowany jounin. Problem w tym, że był tak obolały, że nie mógł nawet pożądnie zebrać swojej chakry. Powoli gromadził ją w swoim ciele, ale potrzebował więcej czasu. Piękące wściekle ramię wcale mu nie pomagało, a Senmei zbliżał się do niego zdecydowanie zbyt szybko.

- Heheheh...- zaśmiał się z trudem i od razu tego pożałował - Chyba obudziłem w tobie ducha walki.

- Faktycznie, wziąłem sobie twoje słowa do serca. Przegrasz ten pojedynek, ale nie zapomnę twoich słów, Srebrny Błysku. Jesteś synem swojego ojca.

- Dzięęki - odparł sarkastycznie - ale jeśli bardzo chcesz się odwdzięczyć, możesz mnie stąd wypuścić. Trochę mi tu niewygodnie.

- Nie zrobię tego. Poddaj się albo będę musiał cię wykończyć. Nie zmuszaj mnie do tego.

- No cóż, rób, co musisz - Sakuri zamknął oczy - bo ja na pewno nie oddam punktu mojej drużyny bez walki.

Jounin z Suny zacisnął usta. Wachał się przez chwilę, ale w końcu podjął decyzję. Piasek uniósł się spod jego stóp i zgromadził się wokół jego ręki, utwardzając się. Przyjął postać potwornej łapy, dwa razy większej od normalnej dłoni. Jej długie jak szable pazury nie pozostawiały złudzeń, do czego mogła służyć. Senmei wziął zamach.

- Szkoda - mruknął - Jakieś ostatnie słowa?

- W zasadzie to tak - zastanowił się białowłosy i otworzył szeroko oczy - Tenrou!

Skoncentrował się na swoim wiernym kompanie i sięgnął do innego wymiaru, wyrzucając na zewnątrz jego pożądaną zawartość. Od jego oczu rozeszło się znajome spiralne zawirowanie, w centrum którego zaczęło kotłować się coś białego. Robiło się coraz większe i większe oraz bardziej wyraźne. Choć zniekształcone, po chwili widoczne już były cechy charakterystyczne obiektu. Długie, wyszczerzone zęby i szare, wpatrzone w cel oczy nie pozostawiały złudzeń, co wyłaniało się w bariery. Za spiczastym pyskiem i głową szybko podążyła reszta tułowia. Nim Senmei się zorientował, na jego klatce piersiowej siedział ogromny biały wilk z rozwartą paszczą. Obalił go na ziemię, łamiąc jego koncentrację. Sakuri od razu poczuł, że ruchome piaski tracą swoją konsystencję i w mgnieniu oka podniósł się na nogi. Tenrou warknął głośno i kłapnął szczękami, ale jego ugryzienie nie dotarło do celu. Senmei uderzył go swoją pazurzastą łapą, odrzucając na bok z tylko lekkimi obrażeniami. Pies szybko podniósł się i podbiegł do swojego pana.

- Nieźle - przyznał mocno wstrząśnięty shinobi z Piasku - Zupełnie o nim zapomniałem.

- Taak, Tenrou wie, jak zaskoczyć swoją ofiarę - Sakuri poklepał go po głowie - Przyznaj to, Senmei. Kończy ci się chakra. Nie kontrolujesz jej na tyle, by efektywnie manipulować żelazem i piaskiem przez długi czas. Utrzymując tę swoją tarczę tracisz zbyt wiele energii. Nie zaprzeczaj. Te oczy widzą wszystko.

- Hmpf - czerwonowłosy spojrzał w bok. Na jego twarzy malowała się niezwykła zaciętość, ale nie trudno było się domyślić, że Hatake trafił w sedno - Masz rację. Ale nie poddam się, póki nie zdobędę tego punktu dla mojego brata i wioski. Wciąż mam wystarczająco chakry, by użyć mojej najpotężniejszej techniki.

- To nic nie da. Jakkolwiek potężna by nie była, nie sprosta mocy moich oczu.

- Skąd ta pewność?

- Ponieważ ja też jeszcze nie pokazałem mojego ostatecznego ataku. Jeśli go zablokujesz, przysięgam, że poddam ten mecz.

Brat Kazekage zastanowił sie przez chwilę. Potarł brodę i upewnił się:

- Przysięgasz?

- Masz moje słowo jako syna Kakashiego Hatake.

Mężczyzna uklęknął i sięgnął za kołnierz swojej jasnej, luźnej koszuli. Pogrzebał chwilę i wyjął zza niego zawieszony na rzemyku wokół szyi niewielki zwój. Położył go na ziemi i rozwinął. Wewnątrz znajdowały się liczne pieczęcie, które przypominały Sakuriemu te używane w technice Kuchyiose no Jutsu. Miał okazję dobrze się im przyjrzeć przez ostatni rok. Kinsei uwielbiał spędzać czas ze swoimi stworzeniami, a za każdym razem gdy to robił, musiał przywoływać je z innego wymiaru. Nie zdziwił się więc, gdy jego rywal położył na środku zwoju dłoń i uformował dwa palce w pieczęć uwolnienia. Pojawił się niewielki obłoczek białego dymu i nagle powietrze zamigotało. Sakuri aż zmrużył oczy od tego nagłego blasku. Zdał sobie sprawę, że powodują go niezliczone, unoszące się na wietrze metalowe drobinki. Nie mogło to być jednak żelazo. Senmei faktycznie musiał mieć coś jeszcze w zanadrzu, a nie zapowiadało się, by była to jakaś drugorzędna technika. Hatake stracił nieco swoje poczucie pewności siebie. Oby nie okazało się, że zostanie zmuszony do poddania pojedynku z powodu własnej pychy. Nie mógł zawieść - dokładnie pamiętał, jak jego sensei wprowadził go do krypty Uchiha, by powierzyć mu tajemnice Suntonu. Cofnął się myślami do chwili, gdy razem z nim schodził po krętych spiralnych schodach prowadzących do podziemi jego domu. W murowanych ścianach ponuro paliły się pochodnie, nadając ciasnemu tunelowi przejmujące wrażenie. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni on i Ren stanęli pod łukiem otwierającym się na sporą, sypiącą się już nieco ze starości salę. Wejścia pilnowały kamienne posągi wyobrażające dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał średniej długości włosy i spiczasty podbródek. Ubrany był w nieco zmodyfikowaną kamizelkę jounina Liścia i długi płaszcz. Sakuri nie od początku go rozpoznał. Dopiero po chwili dotarło do niego, że stoi przed nim posąg Jotena Uchihy, Czarnego Płomienia Konohy. W drugiej postaci początkowo dostrzegł swojego senseia, ale nie wydało mu się to prawdopodobne, by jego zawsze skromny mistrz umieścił podobiznę samego siebie w krypcie swojego rodu. Gdy przyjrzał jej się lepiej, zauważył subtelne różnice nie tylko w ubiorze, ale i w samej twarzy. Przedstawiony shinobi miał węższą szczękę i zawiązany na czole ochraniacz z przekreślonym znakiem Wioski Liścia. To musiał być Hayato Uchiha, zmarły przed laty brat bliźniak Rena, o którym tyle słyszał. Oba posągi trzymały w dłoniach miecze, które krzyżowały się ostrzegawczo nad głowami przybyłych. Nie zważając na to, mężczyzna ruszył dalej, a Sakuri podążył w ślad za nim. Oszołomiony klimatem tego miejsca, nie zdążył dokładniej przyjrzeć się tej sali. Zapamiętał tylko sporą ustawioną pod ścianą kamienną tablicę. Po jej bokach ustawione stały lekko dymiące się kadzidła. Tylko przeleciał po niej wzrokiem, nie próbując jej nawet odczytać. Za bardzo mu się spieszyło, by nadążyć za swoim senseiem. Przeszli do kolejnego pomieszczenia, które rozmiarami mocno różniło się od swojego poprzednika. Było mniejsze i całkowicie pozbawione jakiejkolwiek zawartości. Zamiast tego w ścianach znajdowały się liczne otwory, a w każdym z nich starannie zakonserwowany leżał rozpadający się, stary zwój. Kierując się tylko sobie znanym kryterium Ren podszedł do jednego z nich i delikatnie wyjął z niego zawartość. Bez słowa wręczył go Sakuriemu, który delikatnie rozwinął go i ujrzał przepustkę do swojej nowej mocy. Po odbyciu długiej rozmowy z mistrzem obaj odwiedzili jeszcze grób Kaito znajdujący się w osobnej sali. Cmentarzysko Uchiha składało się z dziesiątek przypominających wachlarze kamiennych grobów z wyrytymi na nich nazwiskami zmarłych. Ren musiał nieźle się napracować przenosząc całe to miejsce pod ziemię. Sakuri wychwycił takie imiona jak ,,Joten", ,,Izuna" czy ,,Inako", ale nie zauważył nigdzie nagrobka opatrzonego napisem ,,Hayato". Zastanawiał się, czy brat jego senseia został pochowany w innym miejscu, ale nie miał odwagi o to zapytać.

Odgłos poruszającego się piasku wyrwał go z otępienia. Przed jego przeciwnikiem gigantyczna, kotłująca się góra piachu mieszała się właśnie ze świecącymi drobinkami, błyskając złowrogo. Mieszanina kondensowała się, zbijając się do granic możliwości w jakąś ściśle określoną formę.

- Co to jest...? - szepnął sam do siebie Sakuri, ale Senmei najwyraźniej go usłyszał.

- Isshin i ja w dzieciństwie postanowiliśmy stać się silniejsi niż jacykolwiek Kazekage w historii Sunagakure. Mnie jeszcze się to nie udało, ale podobnie jak on opanowałem klucz do przewyższenia wszystkich naszych poprzedników - wyjaśnił - Nie zastanawiałeś się wcześniej, skąd bierze się legendarna moc mojego brata?

- Noo...przyznam, że przemknęło mi to przez myśl raz czy dwa.

- Jako Szósty Kazekage opanował wszystkie trzy style Uwolnienia Magnetyzmu poprzednich generacji. Żelazny pył Trzeciego...piasek naszego ojca... - wyliczał czerwonowłosy, podczas gdy wokół jego twarzy kłębiły się błyskające drobinki - a nawet sekretną technikę dziadka Rasy...złoty pył.

,,A więc to jest ten dziwny metal" - zrozumiał w mgnieniu oka Hatake - ,,Miesza go z piaskiem, by jeszcze bardziej utwardzić swoją konstrukcję! Sprytne."

- Jak sam mówiłeś, posiadam te same zdolności co Isshin - uśmiechnął się jounin z Suny - Dlatego teraz pozwól, że zaprezentuję ci moje ostateczne jutsu obronne. Oto tarcza tak twarda, że już trudno bardziej - gdy wymówił te słowa, kondensujący się przed nim piasek ostatecznie przybrał postać ośmiokątnej, regularnej formacji o średnicy około sześciu metrów. Całkowicie zasłaniała ona swojego właściciela i, migocząc lekko, swoją obecnością rzucała Sakuriemu wyzwanie - Saikou Zettai Bougyo: Kin no Tate!

***

Akane zamrugała nieprzytomnie oczami. Jej zimna, zazwyczaj nieruchoma twarz nie potrafiła ukryć teraz zdziwienia.

- To...to jest Sakuri?

- Taa - pokiwał głową Kinsei, odwijając jej z dłoni bandaże - Jeśli naprawdę chce, to potrafi.

- Jest...jakiś inny. Te jego techniki...

- To moc klanu Uchiha - skrzyżował ręce na piersi Daisuke - Chociaż muszę przyznać, że Sakuri robi z niej niezły użytek.

Sho podzielał zdanie swojego brata. Ich przyjaciel przez ostatni rok zrobił ogromny skok i teraz prezentował im to w pełnej okazałości. Choć zakład, który zawarł z Senmeiem, był dość ryzykowny, Uchiha wierzył w jego rozwagę. Sakuri mógł być w gorącej wodzie kompany, ale takie rzeczy jak pojedynki brał zawsze na poważnie. Mimo wszystko ogromna tarcza jounina z Piasku prezentowała się imponująco. Błyszczała tajemniczo, przypominając bardziej litą skałę niż piasek. Jeśli to była obrona totalna, to jaki totalny atak miał w zanadrzu jego przyjaciel?

- Gotowe - ucieszył się Uzumaki, rolując w dłoniach zużyte bandaże. Kuroshi przelewitował nad jego głową w geście tryumfu - Tak jak obiecałem, nie ma śladu.

Kaguya przyjrzała się swoim rękom. Gdyby Sho nie wiedział, że jeszcze parę godzin temu były poparzone, nigdy by się nie domyślił. Dziewczyna zgięła kilka razy palce w pięść i oznajmiła:

- Ujdzie.

- Ujdzie?! - oburzył się Daisuke - A zresztą...

- Twoje dłonie są kompletnie wyleczone, Akane - Kinsei otarł dłonią pot z czoła - Akurat na czas. Sakuri dał się nieźle poharatać. Znowu.

Shori zerknał na arenę. Publiczność aż wrzała od podekscytowania, a białowłosy celowo podbudowywał napięcie, ociągając się z rozstrzygnięciem meczu. Senmei stał spokojnie za swoją barierą, oczekując natarcia. W końcu Hatake sięgnął do swojego pasa i podważył rękojeść schowanego w pochwie miecza. Zrobił to po raz pierwszy w tym pojedynku. Na jego twarz wypełzł delikatny, chytry uśmieszek. Widownia zamarła, czekając, co wydarzy się dalej. Na stadionie zrobiło się nienaturalnie cicho. Po chwili do uszu wszystkich zgromadzonych dotarły ciche słowa jounina:

- Hakkouken...

Sakuri wysunął ostrze do połowy i chwycił pewnie za rękojeść. Zamarł przez chwilę w bezruchu, jakby na coś się przygotowując. Wziął głęboki oddech i spojrzał ciężkim wzrokiem na tarczę dzielącą go od przeciwnika. Stojący obok niego Tenrou uniósł wzrok na swojego pana, jakby wspierając go w tym decydującym momencie. Shori kątem oka zobaczył, jak Kinsei w zdenerwowaniu obgryza paznokcie. Nagle ujrzał srebrny błysk. Jego przyjaciela nigdzie nie było. Już chciał aktywować Sharingana, aby zobaczyć co się z nim stało, ale zauważył go stojącego z wyciągniętym mieczem za Senmeiem. Rękę miał odgiętą w bok, a po trzymanej w niej klindze coś kapało. Wypuścił powoli powietrze, powoli wsuwając Biały Kieł z powrotem do pochwy. Shori spojrzał na nieruchomego Senmeia i jego złotą tarczę. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że Hatake po prostu teleportował się za jego plecy.

Nagle wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie. Górna połowa ogromnej, sześciokątnej tarczy shinobiego z Suny poruszyła się ociężale, powoli zsuwając się na ziemię. Idealnie prosta, idąca po skosie smuga przedzieliła ją na dwie równe połówki. W tej samej chwili Senmei wybałuszył oczy, które aż schowały się z tyłu głowy. Ciemne obwódki wokół nich zniknęły, a on sam upadł na kolana. Z jego klatki piersiowej trysnął strumień krwi, ochlapując otaczający go piasek. Długa, horyzontalna rana uwidoczniła się na jego piersi, w mgnieniu oka zabarwiając jasną koszulę na czerwono. Resztka jego złotej konstrukcji rozpadła się, obsypując deszczem migoczącego, złotego pyłu.

- Sunton: Kamuigiri - dokończył spokojnie Sakuri, podczas gdy głowa jego przeciwnika opadła bezwładnie na ziemię. Zamknął oczy, a gdy ponownie je otworzył, nie miały już na sobie charakterystycznego znaku wiatraka. Znów były szare, zupełnie jak oczy Tenrou.

Na stadionie jeszcze przez chwilę panowało milczenie. Dopiero po chwili ludzie zdali sobie sprawę, co się tak naprawdę zdarzyło i ryknęli głośno. Aplauz, który otrzymał Hatake przewyższał nawet ten Akane. Uniósł wesoło rękę w powietrze, machając do publiczności. Znów wrócił do swojej wesołej, żywej osobowości. Rozległ się donośny sygnał świadczący o końcu pojedynku, z czego natychmiast skorzystali medycy Wioski Piasku. Zabrali z pola bitwy ciężko, lecz nie śmiertelnie rannego Senmeia, by udzielić mu natychmiastowej pomocy. Był to pierwszy przypadek tak poważnego uszczerbku na zdrowiu zawodnika w czasie tego turnieju. Jeśli otrzymane w wyniku pojedynku rany nie zagrażały życiu shinobiego, ewentualnej pomocy medycznej mógł mu udzielić tylko medyk będący częścią oficjalnego zespołu, jeśli ten oczywiście takiego posiadał. W wypadku odniesienia natomiast poważniejszych ran wykwalifikowani medycy z ANBU mieli obowiązek uratować życie poszkodowanego.

- Co...co to było? - wykrztusiła Kaguya - On...przeciął jednocześnie tarczę i Senmeia? I nawet go to nie spowolniło?

- Przeciął to złe słowo - oznajmił w zamyśleniu Dai, który dopiero przed chwilą wyłączył swój Sharingan - Napełnił swój miecz chakrą Uwolnienia Wymiaru. To, czego dotknął...on tego nie przecinał, Akane. On po prostu wysłał to do innego wymiaru.

Shori potarł brodę. Więc tak działała ta technika. Sakuri nigdy wcześniej jej nie używał, a przynajmniej nie przy nich. Teleportacja fragmentu swojego celu, a w zasadzie tej jego części, z którą styka się klinga jego miecza...to naprawdę był atak totalny. Niezatrzymane ostrze zdolne przeciąć dowolną przeszkodę. Zerknął na tablicę wyników. Konoha jak na razie niepodzielnie dominowała ze swoimi czterema punktami, za nią znajdowała się natomiast Wioska Kamienia z dwoma. Kumo i Suna remisowały na przedostatnim miejscu z jednym punktem. Niechlubne zero posiadał natomiast zespół Mgły. Trzeba było jednak pamiętać, że druga runda dopiero się rozpoczęła. Do końca pierwszego dnia zawodów pozostały jeszcze dwa pojedynki, które mogły mocno namieszać w tabeli. Mimo to Sho czuł spokój - nic na razie nie mogło zagrozić ich pierwszemu miejscu. Sakuri zszedł już z areny i cała czwórka oczekiwała go teraz w napięciu. Szczególnie niecierpliwił się Kinsei, który chciał mieć już za sobą opatrywanie ran przyjaciela.

- Niesamowite - nie mogła wyjść z podziwu Akane. Pokaz białowłosego wprawił ją w takie osłupienie, że kompletnie zapomniała o swoim stoickim spokoju - Więc to jest potęga Mangekyou Sharingana...

- To jeszcze nie wszystko - uśmiechnął się pod nosem Dai - Poczekaj na pojedynek Kinseia. Jego techniki Onmyotonu...

- Znam wasze zdolności - przerwała mu obcesowo dziewczyna - ale w żadnych kartach shinobi nic nie pisze o Uwolnieniu Wymiaru.

- Kartach shinobi? - prychnął Uchiha - A kim ty jesteś? ANBU?

Akane zamilkła na chwilę, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.

- I tak, i nie - odpowiedziała dwuznacznie.

- Jak to? - zdziwił się Shori - Dai przecież tylko żartował. Nie chcesz chyba powiedzieć, że twój ojciec uczynił cię częścią swojej organizacji.

- Nie - pokręciła głową, zarzucając na boki swoimi długimi, białymi włosami - ale przekazał mi wszystko, co powinien wiedzieć każdy członek ANBU.

Sho i jego brat pokiwali głowami, natomiast Kinsei tylko wzruszył ramionami. Wiele to wyjaśniało. Podczas pojedynku Kaguyi z Koutą łatwo dało się rozpoznać jej wyuczone od ojca ruchy. No i fakt, że używała kart shinobi...to było tak typowe dla ANBU, że Uchiha nie miał pojęcia, dlaczego nie wpadł na to wcześniej. Widział już wiele razy tak zwane ,,karty shinobi", czyli przeciwieństwo czarnej książki Bingo, ale nie przywiązywał do nich wielkiej wagi. Ich okładka zawsze miała kolor biały, a w środku znajdowały się krótkie notatki na temat zdolności shinobi z różnych zakątków świata. Nie służyły one jednak do eliminacji przeciwników. Stanowiły raczej coś w rodzaju encyklopedii, pozwalającej innym wioskom zorientować się w potencjale bojowym swoich sojuszników i w razie potrzeby poprosić o wsparcie odpowiedniej osoby. Dzięki temu misje mogły być wykonywane dużo bardziej efektywnie. Niemal każdy shinobi miał w tej książce swoją własną stronę, a drużyna Sho nie stanowiła wyjątku. Uchiha jednak niezbyt interesował się jej zawartością. Zawsze wolał samemu ocenić moc swojego przeciwnika, a nie polegać na wątpliwych informacjach. ANBU z kolei brali je bardzo na poważnie, co widać było choćby na przykładzie samej Akane.

- No tego to się nie spodziewałem - odezwał się z tyłu Sakuri - Naprawdę przeszłaś całe to mordercze szkolenie?

Cała czwórka odwróciła się jak rażona gromem. U progu loży stali Sakuri i Tenrou, z czego ten pierwszy uśmiechał się słabo. Trzymał się za swoje przebite ramię, którego rękaw mocno nasiąkł już krwią. Oprócz tego miał kilka siniaków na rękach, ale one nie stanowiły żadnego zagrożenia. Kinsei zerwał się z miejsca i podbiegł do przyjaciela. Za nim natychmiast polewitował Kuroshi.

- Wróciłeś! - ucieszył się Daisuke - Długo ci to zajęło, ale dobra robota.

- Ta technika na koniec? Mistrzostwo - dodał Sho.

Białowłosy zaśmiał się z trudem i opadł na ławkę za nimi. Spojrzał wymownie na Akane, najwyraźniej oczekując również i jej opini na temat pojedynku.

- Chyba...chyba można uznać, że...ech, że dobrze się spisałeś - mruknęła, patrząc w ziemię. Te słowa wyraźnie z trudem przeszły jej przez usta.

Uzumaki, również nie szczędząc pochwał Sakuriemu, zaczął go opatrywać. Szybko jednak zapomniał o jego sukcesie, gdy zobaczył, w jakim stanie jest jego ramię. Stwierdził, że będzie musiał użyć swojej chakry Uwolnienia Yang, żeby w pełni je wyleczyć. Od razu przystąpił do pracy, ale nie omieszkał zaznaczyć, co o tym wszystkim myśli. Sho obserwował, jak jego jutsu regeneruje brakującą w ramieniu tkankę, zasklepiając ranę. Gdy Kinsei skończył, otarł pot z czoła i przeszedł do kolejnego etapu leczenia. Zabandażował bark przyjaciela i jednocześnie większość jego klatki piersiowej. Zabronił mu się gwałtownie poruszać do końca dnia i obiecał, że rano ramię będzie jak nowe.

- Spoko - Hatake uniósł kciuk w górę i uderzył się w pierś. Lekko się skrzywił - Nic mi nie jest!

- Mówiłem coś o gwałtownych ruchach?

Dai obserował kompanów w rozbawieniu.

- Tak w zasadzie, Sakuri - odezwał się - to dlaczego przez cały ten czas ukrywałeś przed nami swoją kartę atutową?

- Heheh - zaśmiał się chłopak - Planowałem użyć jej w czasie naszego następnego sparingu, ale chyba cały mój misterny plan szlag trafił. No nic, w końcu i tak cię zniszczę.

- Ach tak? - zapytał Daisuke, wciągając gwałtownie powietrze nosem. Sho miał wrażenie, że gdyby tylko mógł, z jego nozdrzy wydobywałby się teraz dym. - Myślisz, że ta prosta sztuczka w czymś ci pomoże? Pamiętasz może, jak zakończył się nasz ostatni trening?!

- Och, wtedy nie chciałem zrobić ci krzywdy - uśmiechnął się złośliwie Sakuri - Nie używałem nawet pełnej mocy mojego Mangekyou Sharingana!

- Jaasne. A między wymiarami skakałeś dzięki silnej woli.

- Teraz na pewno nie miałbyś już ze mną szans.

- Udowodnij.

Uchiha i Hatake zaczęli podnosić się z miejsc niczym dwa byki gotowe do starcia. Sho rzucił się i usadził swojego brata, a Akane pacnięciem przewróciła białowłosego na ławkę, kompletnie go rozbrajając. Chłopak jęknął, ale przeszła mu ochota na rywalizację.

- Aua - poskarżył się, chwytając opatrzone ramię - Tak bić rannego?

- Przestańcie zachowywać się jak dzieci. Skupcie się lepiej na turnieju. Wiemy w ogóle, kto teraz walczy?

Shori zerknął na tablicę wyników.

- Chmura z Mgłą - ocenił - Ciekawe czy Kiri wreszcie przełamie swoją złą passę.

- Zobaczymy. Zaraz powinno się zacząć.

Faktycznie, wkrótce po dokonaniu niezbędnych napraw na polu bitwy, ogłoszony został kolejny pojedynek. Na arenę wyszło dwóch shinobi - rezerwowy zawodnik z Kumo i jego przeciwnik z Kirigakure. Ten pierwszy miał ciemną skórę i płócienną maskę zasłaniającą dolną połowę twarzy. Jego bujne, sterczące na boki czarne włosy były mocno przygniecione przez okalającą je opaskę shinobi. Na odsłoniętych ramionach widniały natomiast niezliczone blizny, prawodpodobnie po ciosach kunaiem. Jedna biegła także przez nos mężczyzny. Ani on, ani jego przeciwnik z pewnością nie należeli do nowicjuszy. Reprezentant Mgły miał bowiem około czterdziestu lat i był kompletnie łysy. Jego skupiona mina mogła świadczyć tylko o tym, że taki pojedynek to dla niego chleb powszedni. Sho przeciągnął się i ułożył wygodnie na ławce. Zapowiadała się kolejna ciekawa walka.

Koniec dnia pierwszego Edytuj

- Kto by się spodziewał - przyznał Isao - Nie sądziłem, że macie takie perłki w Mgle, Kojiro.

- Hehehe - Mizukage aż potarł nos z zawodowolenia - Było blisko. Ten twój M też nieźle się spisał, przyznaję.

- N...

- To właśnie powiedziałem.

Akeru nie mógł wyjść z podziwu, jak ta dwójka może w kółko rozmawiać o tym samym. Był już przecież środek pojedynku Kamienia z Piaskiem. Kunoichi z Iwy i shinobi z Suny wymieniali zaciekłe ciosy na arenie, a Isao i Kojiro nie zwracali na nich najmniejszej uwagi. Bardziej zajmowała ich porażka reprezentanta tego pierwszego. Akeru natomiast wcale nie martwił taki obrót sytuacji. Choć Isao był jego przyjacielem, a już na pewno wolał go od zarozumiałego Kojiro, to tak jak każdy chciał wygrać ten turniej. Wskoczenie z zera na jeden punkt Wioski Mgły oznaczało brak postępu w wyniku Chmury, a ta miała do Konohy dużo bliżej nie tylko pod względem punktów. Rządy Szóstego Raikage należały zdecydowanie do tych udanych. Szczerze mówiąc, gdy jego kompan obejmował to stanowisko, nie spodziewał się, że spisze się na nim tak dobrze. Od tamtego czasu poziom wyszkolenia shinobi Kumo poszybował z zawrotną prędkością i Akeru trochę obawiał się ich starcia ze swoją własną drużyną. Co prawda oba pojedynki reprezentaci Chmury do tej pory przegrali, ale pokazali, na co ich stać. W dużej części mieli też pecha - trafić raz na jinchuurikiego Ichibiego, a później na ucznia samego Mizukage to faktycznie dość niefortunny dobór przeciwników. No i pozostawała jeszcze Kira - córka Isao, która, z tego co mówił Sakuri, również stanowiła ogromną przeszkodę. Pomimo jej zdolności to nie ona doprowadzała Akeru do migreny. Na swoje nieszczęście znał dwóch ostatnich członków drużyny Kumogakure. A i B - jego najnowsi podwładni, których nie udało mu się jeszcze do końca utemperować. Zdecydowanie za bardzo lubili walczyć. Cieżko było nad nimi zapanować i gdy tylko on i Ren znikali z pola widzenia, od razu powodowali jakieś kłopoty. Sam Uchiha znowu gdzieś zniknął razem z Kasaiem. Prawdopodobnie ustalali znowu jakieś szczegóły dotyczące zabezpieczenia hotelu, w którym zatrzymają się na noc ich dzieci. Pierwszy dzień igrzysk dobiegał bowiem końca i trzeba było pomyśleć o sprawnym zakwaterowaniu zawodników. Szczególny problem stanowiło ich bezpieczeństwo, zważywszy, że do tej pory nie znali celu tajemniczego napastnika, którego spotkał w lesie.

Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Odwrócił się i zobaczył za sobą mężczyznę w klasycznym stroju ANBU, z tatuażem i typową dla jego profesji maską. Ten egzemplarz przypominał akurat małpę. Mimo to bez problemu rozpoznał, kto się za nią kryje. Wściekle czerwone włosy sterczące z tyłu głowy zdradzały jego prawdziwą tożsamość. Były tak charakterystyczne, że poznałby je na kilometr.

- Shirai - powiedział zaskoczony - Coś się stało?

- Czcigodny Hokage - oznajmił zza maski Uzumaki - czcigodny Ren i czcigodny Kasai czekają w korytarzu na schodach. Podobno chcą o czymś porozmawiać.

- To coś ważnego? W takim wypadku wezmę też Isao.

- On również jest proszony o udanie się z tobą.

- Och? - Raikage zerknął na mężczyznę w masce - W takim wypadku wybacz mi na chwilę, Kojiro. Ja i Akeru musimy na chwilę wyjść.

Ame tylko machnął ręką i prychnął. Natychmiast przysunął się do Tsuchikage, by dalej ją irytować, lub, w jego mniemaniu, umilać jej czas. Nie tracąc czasu Akeru i Isao podnieśli się i pospiesznie opuścili lożę Kage. Na schodach faktycznie czekali na nich ich przyjaciele. Kasai trzymał w rękach bezkształtą grudkę znalezionego wcześniej metalu. Miał niepewną minę, jakby coś go mocno frapowało. Ren natomiast, z twarzą częściowo ukrytą przez wysoki kołnierz płaszcza, już na pierwszy rzut oka był rozdrażniony. Jego groźnie ściągnięte brwi mogły oznaczać tylko jedno - kłopoty.

- Moi ludzie zbadali to w laboratorium... - odezwał się zamyślony białowłosy. Potarł brodę, główkując nad jakimś problemem - Wiem jak to zabrzmi, ale...

- Ten metal nie pochodzi z Ziemi - warknął Uchiha, zaciskając odzianą w rękawiczkę dłoń w pięść - Nie ma nawet takiego pierwiastka.

- Nie z Ziemi...? - Akeru był równie zaskoczony, co Kasai - W takim razie skąd by się tu wziął? Meteor?

- Ren mówił, że na Ziemi nie ma takiego pierwiastka - zauważył Raikage - Dotyczy to więc całego naszego wszechświata.

- No cóż, to by wyjaśniało jego właściwości.

Kasai ścisnął w dłoni bryłkę metalu. Z trudem, ale metal lekko ustąpił. W bezkształtnej grudce odbite teraz widniały ślady po palcach białowłosego. Nagle z głębi stadionu dobiegł głośny, długi dźwięk syreny. Oznaczało to, że ostatni pojedynek już się zakończył, ale żaden z nich nie zwrócił na to większej uwagi.

- Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś tak twardego - przyznał Kaguya - Jeśli ktoś ma tego więcej...broń wykonana z takiego metalu, przy użyciu odpowiedniej siły byłaby w stanie przeciąć niemal wszystko.

- Właśnie dlatego znajdziemy tego kogoś i powstrzymamy - oznajmił Akeru, biorąc przedmiot z rąk przyjaciela.

Bryłka była zadziwiająco gładka i zimna w dotyku. Obrócił nią dookoła, dokładnie przyglądając się jej delikatnemu połyskowi. Ciemna i zagadkowa, musiała kryć w sobie jakąś wyjątkową historię.

- No dobra - podrzucił ją w dłoni - ale skąd się to wzięło? Jakieś pomysły?

Ren spojrzał na niego poważnie. Jego jasnoniebieskie oczy były teraz przymrużone i wpatrzone w Akeru tak, że aż ciarki chodziły po plecach. Uchiha zdecydowanie przestał już żartować. Jeszcze pewien czas temu chodził cały dumny z powodu wygranej Sakuriego. Gołym okiem dało się dostrzec dumę, jaką odczuwał po wspaniałym pokazie mocy swojego ucznia. Być może nawet przez moment zapomniał o czychającym na wszystkich niebezpieczeństwie. W otoczeniu Mei, Daia i Sho zawsze robił się weselszy. Ta chwila jednak minęła. Ren został sprowadzony brutalnie na ziemię i prawdopodobnie wcale mu się to nie podobało.

- Mam jeden - przyznał - Słuchajcie.

***

- Zdrowie Akane i Sakuriego! - ryknął Dai, wskakując na stół. Zgromadzeni w gospodzie goście odpowiedzieli gromkim aplauzem - Za zwycięstwo!

Sho przejechał ręką po twarzy. Gdy jego brat wpadł w wir zabawy, nie dało się go już zatrzymać. Najgorsze było to, że nie osiągnął jeszcze swojego maksimum. Obecność wszystkich przyjaciół zgromadzonych w jednym miejscu działała na niego jak gaz rozweselający. Chodził niecierpliwie po pomieszczeniu i zaczepiał każdego, kogo znał. Śmiał się i żartował z ludźmi, tak jak tylko on potrafił. Shori natomiast siedział spokojnie przy stole, sącząc spokojnie sok z kartonu i ciesząc się zorganizowanym grillem. Nie mógł uwieżyć, że aż tylu ich znajomych przybyło na turniej, żeby ich dopingować. Siedząc cały dzień w loży swojej drużyny nie miał okazji spotkać żadnego z nich. Teraz jednak gromadnie przybyli oni na zabawę, by uczcić przygniatające zwycięstwo Konohy podczas pierwszego dnia zawodów. Ostatecznie skończyła ona z czterema punktami, a na drugim miejscu znalazł się Kamień z dwoma. Chmura, Piasek i Mgła zajmowały razem trzecie miejsce na podium z tylko jednym punktem. Sho pociągnął łyk soku. Żołądek wywracał mu się na drugą stronę na samą myśl o jutrzejszym występie przed taką publicznością. Przyjrzał się siedzącym przy drewnianym barku dorosłym, którzy w otoczeniu takiej ilości młodzieży czuli się chyba dość niezręcznie. Jego ojciec i matka stali oparci o ścianę i o czymś miło gawędzili. Siódmy natomiast przyglądał się z zainteresowaniem młodym. Tuż obok Kasai Kaguya rozmawiał o czymś z jednym ze swoich ludzi. Przeniósł wzrok na Akane. Dziewczyna patrzyła z wyższością na wygłupiającego się przed nią Sakuriego. Mimo to Sho zauważył w kąciku jej ust z trudem powstrzymywany uśmiech. Chwilę później do dwójki dołączył nabuzowany jak petarda Dai, który chwycił białowłosego za szyję i zaczął się z nim po przyjacielsku droczyć.

Uśmiechnął się. Po emocjonującym dniu zawodów wszyscy mogli wreszice trochę odpocząć. Choć ani on, ani jego brat nie wzięli tego dnia udziału w turnieju, to byli równie wyczerpani psychicznie, co reszta ich przyjaciół. Akane po terapii Kinseia tryskała energią, natomiast z Sakurim było już trochę gorzej. Bezskutecznie starał się uchronić swoje zabandażowane ramię przed szturchającym go Daiem. Mimo to wyglądało na to, że bawi się dobrze jak cała reszta. Nic dziwnego - Hokage załatwił im naprawdę przyzwoite miejsce na zatrzymanie się. Ten sporej wielkości drewniany hotel nadawałby się dla kilkakrotnie większej liczby osób, jednak nocowała w nim tylko ich drużyna. Poczuł delikatne szturchnięcie w nogi. Zdziwiony zerknął w dół i zobaczył upchniętą pod stołem masę białej sierści. Proszące szare oczy wpatrywały się w niego z nieodpartą ufnością. Rozejrzał się, czy nikt nie patrzy i sięgnął po kawałek mięsa ze stołu.

- No masz, Tenrou - szepnął - ale żeby mi to był ostatni raz.

Biały wilk wyrwał mu kąsek z dłoni i natychmiast odwrócił się, by się nim nacieszyć. W końcu on też zasługiwał na jakąś nagrodę. Dzielnie spisał się podczas pierwszego dnia zawodów, wiernie asystując swojemu panu.

- Czemu do nich nie dołączysz? - zapytała jego matka, dosiadając się obok. Był tak zamyślony, że wcześniej jej nie zauważył - Coś cię martwi?

- Myślę tylko o turnieju - odpowiedział, kończąc swój sok - Zastanawiam się, jak jutro poradzimy sobie razem z Daiem.

- Na pewno dacie z siebie wszystko. Niezależnie od wyniku ja i tata i tak będziemy z was dumni.

- Wiem. Dzięki - uśmiechnął się - Swoją drogą, nie spodziewałem się, że tata będzie na turnieju.

- Spieszył się jak tylko mógł. Jest tutaj specjalnie dla was.

- Nie miał przypadkiem być na jakiejś misji rangi S?

- Miał i był. Znasz tatę. Jeśli na czymś bardzo mu zależy, potrafi wiele zdziałać.

- Taa - zaśmiał się Shori - To akurat widziałem na własne oczy.

Jego matka również zachichotała i położyła synowi opiekuńczo dłoń na ramieniu.

- Powodzenia, Sho. Pamiętaj, że ja i tata cały czas będziemy z wami.

- Pamiętam - odparł i przeciągnął się - ale chyba położę się już spać. Jutro wielki dzień. Dai i reszta też powinni... - zamarł na chwilę - zaraz...gdzie jest Kinsei?!

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że od czasu powrotu ze stadionu nie widział ani jego, ani Kuroshiego. Przeszukał całą salę biesiadną, ale nie znalazł ani śladu zagubionego przyjaciela. Oczywiście, to nie mogło być takie proste. Jego kompan często znikał nawet na bardzo długi czas, ale ostatecznie zawsze się znajdował. Sho uznał więc, że to jedna z tych chwil, w których trzeba pozwolić wydarzeniom na toczenie się swoim torem i udał się na górę. Perspektywa odpoczynku ostatecznie wzięła górę i skierował się do sypialni. Przechodząc obok drzwi jednego z pokoi, usłyszał głośny huk. Zdziwił się i, pełen najgorszych obaw, odsunął papierowe drzwi. Przejechał ręką po twarzy. Kinsei leżał w połowie na łóżku, a w połowie oparty o podłogę. Ślinił się na parkiet w groteskowej pozycji. Sho uśmiechnął się pod nosem. Najwyraźniej nie on jeden był wykończony po pełnym wrażeń dniu.

***

,,Liczę na ciebie, Dai".

Daisuke przewrócił się na drugi bok. Nie mógł zapomnieć o słowach swojego ojca. Choć proste w przekazie, trzymały go w niepewności przez cały dzień. Dopiero po rozmowie z nim zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. Poczuł odpowiedzialność, jaka ciążyła na nim jako na reprezentancie Wioski Liścia, członka Drużyny Szóstej, a przede wszystkim jako na przedstawicielu klanu Uchiha. Nie mógł zawieść swojego brata. Skoro mieli walczyć w duecie, musiał dać z siebie więcej niż wszystko, by zapewnić zwycięstwo Sho. Nie mógł też pozwolić, żeby z jego winy jego bliźniakowi stała się krzywda.

Przewrócił się na plecy. Od zawsze on i Shori się dopełniali. Nawet nie pamiętał już, kiedy zaczęła się historia ich duetu. Od narodzin praktycznie zawsze robili wszystko razem. Ta wyjątkowa więź, którą nawiązali, pomagała im później w karierze shinobi. Już w Akademii Ninja otrzymywali najwyższe w historii wyniki z pracy drużynowej. Kiedy odkryli swoje Kekkei Genkai i ich swoistą niekompletność, uznali to za znak, że ich duet jest im po prostu przeznaczony. Dai potrafił używać Mokutonu, ale tylko technik Świata Drzew. Mógł tworzyć drzewa i drewno, do czego niezdolny był Sho. Zamiast tego obudził on zupełnie inną odmianę Mokutona, nazywaną Światem Kwiatów. Nigdy nie lubił tej nazwy, ponieważ wprowadzała wielu ludzi w błąd, który musiał potem prostować. Pod pojęciem Świata Kwiatów mieściły się nie tylko same kwiaty, ale wszystkie inne rośliny nie będące drzewami. Shori specjalizował się w niezwykle zróżnicowanych pod względem efektu działania technikach. Może i ich wytrzymałość nie umywała się do tych kreacji Daia, ale słabość ta była odpowiednio rekompensowana. Choć zarówno Świat Drzew, jak i Świat Kwiatów oferowały potężną gamę technik, to tylko współpracując ze sobą bracia potrafili używać jutsu łączących oba te aspekty. Efektem tego był atak, którego nie można było nazwać dwa lub trzy razy silniejszym.

Poprawił poduszkę pod głową. Co się stanie, jeśli jutrzejszego dnia zawiedzie? Zarówno jego ojciec jak i matka z pewnością i tak mu pogratulują i pochwalą go za dzielną walkę. Problem w tym, że nie tego chciał. Pragnął wygrać, zmiażdżyć swoich przeciwników przed całą tą ogromną publicznością i pokazać całemu światu shinobi, jak niezrównany zespół tworzą Bliźniacze Smoki Konohy. Jego ojciec, wujek i dziadek...oni wszyscy stali się niezwykle sławnymi shinobi. Czy w jego wieku też mieli takie dylematy, czy podążali prosto do celu, nie bojąc się napotykanych przeszkód? Dai nigdy nie znał swojego dziadka ani wujka, za to świetnie rozumiał swojego ojca. Fakt ten wystarczył mu za odpowiedź.

,,Liczę na ciebie, Dai".

***

- Powinieneś iść już spać - powiedział Akeru, podchodząc do niemal niewidocznego w swojej ciemnej pelerynie przyjaciela - Jest środek nocy. Mogę cię zmienić.

- Nie ma takiej potrzeby - mruknął Ren - Poradzę sobie.

- Siedzisz na tym dachu już od czterech godzin - westchnął Uzumaki - Przecież Shirai postawił barierę wokół tego miejsca. Nie ma możliwości, żeby nawet mysz się prześlizgnęła. Nawet jeśli ten cały napastnik chciałby coś od naszych dzieci, musiałby poczekać do rozpoczęcia jutrzejszych...to znaczy dzisiejszych zawodów.

Uchiha uparcie milczał. Klęczał, opierając się na rękojeści swojej nieodłącznej katany i nieustannie śledził wzrokiem otoczenie. Akeru załamał ręce. Do niego nigdy nic nie docierało. Można było tłumaczyć, prosić, ale Ren i tak robił to, co mu się podobało.

- Dobra. Ale nie pomyślałeś o tym, co powie Mei jak znikniesz na całą noc?

- Wyjaśniłem jej sytuację.

- Co zrobiłeś?! - niemal zakrztusił się Uzumaki - Powiedziałeś jej o wszystkim? I nawet nie zapytałeś mnie o zdanie?!

- Chyba nie oczekiwałeś, że ukryję przed własną żoną taką informację - odparł Uchiha, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

Akeru zazgrzytał zębami. Nie podobało mu się wciąganie osób postronnych w całą tą sytuację. Już i tak była wystarczająco skomplikowana. Jeśli jednak chodziło o Mei...jej akurat mógł zaufać. Znał ją na tyle dobrze, by mieć pewność, że nie zdradzi ich sekretu nikomu innemu. Mimo wszystko czuł się rozdrażniony faktem, że Ren podjął taką decyzję sam.

,,Pozwól mu sobie tutaj siedzieć" - poradził Kyuubi - ,,Dzieciaki z pewnością od tego nie ucierpią. Kto wie, może faktycznie zauważy coś godnego uwagi".

,,I ty przeciwko mnie, Kurama?"

Wziął głęboki oddech i poczuł rześkie, poranne powietrze. Niedługo świtało, a on musiał być rano w formie. W końcu reprezentował całą wioskę. Czy mu się to podobało, czy nie, wymagano od niego pewnej etykiety. Po raz ostatni objął wzrokiem skompaną w księżycowym blasku panoramę lasu widocznego z hotelowego dachu i oznajmił:

- Niech ci będzie. Ale widzimy się rano i lepiej, żeby ta noc przyniosła ci jakieś świeże pomysły w sprawie naszego tajemniczego przeciwnika. Jeśli to, co podejrzewasz na jego temat jest prawdą, możemy ich potrzebować.

Każdy przeciw każdemu Edytuj

Stadion ponownie powoli zapełniał się ludźmi. Widzowie wlewali się do niego niczym rój rozwścieczonych mrówek, starając się zająć jak najlepsze miejsca. Daisuke i reszta jego drużyny obserwowali to ze swojej przytulnej loży, w której do pierwszego starcia przygotowywał się Kinsei. Rozmawiał o czymś z Kuroshim, jednocześnie się rozciągając. Ubrany był tak samo jak poprzedniego dnia, jednak tym razem wydawał się dużo bardziej pobudzony. Drugi dzień zawodów otwierał etap wyzwań i zespół Konohy postanowił wytypować do tego zadania właśnie jego. Uzumaki, nietypowo ożywiony, dawał z siebie teraz wszystko, by jak najlepiej się zaprezentować przed publicznością.

- Lepiej się już zbieraj - poradził mu Dai - Zaraz zaczną bez ciebie.

- Racja - przyznał - Zajmijcie się za mnie Kuroshim.

- Jasne. Powodzenia, Kinsei. Daj z siebie wszystko. Pamiętaj, że patrzą na nas nasi rodzice.

- Wiem - przybił piątki Sakuriemu i bliźniakom. Akane zbyła go machnięciem ręki - No to idę - oznajmił biorąc głęboki oddech.

Gdy zniknął na korytarzu, Kuroshi zdawał się nie wiedzieć, co ze sobą począć. Przelewitował po całej loży, ale nie mógł znaleźć sobie zajęcia. Praktycznie cały czas przebywał ze swoim panem i taka sytuacja była dla niego dość nietypowa. Ostatecznie spadł na ziemię, wydłużył się i powiększył, i ostatecznie przyjął postać koto - psa. Wskoczył na kamienny parapet na skraju wydzielonego sektora i zamachał z zainteresowaniem ogonem, obserwując gromadzących się na arenie zawodników. Tenrou warknął nerwowo widząc przesuwający się przed jego nosem ogon, ale Sakuri uspokoił go, kładąc mu dłoń na pysku. Po chwili na pole walki jako ostatni wkroczył młody Uzumaki, stając twarzą w twarz z pozostałymi reprezentantami czterech wiosek. Skoro wszyscy się już zebrali, sędzia przeszedł do wyjaśniania zasad konkurencji. W tym celu wskazał zarysowany na arenie ogromny okrąg, który był najważniejszą częścią wyzwania. Po sygnale startu zadaniem zawodników było wypchnięcie pozostałych konkurentów poza okrąg. Ostatni shinobi, który utrzymałby się w ringu zdobywałby dla swojej drużyny dwa punkty. W tej kwestii nie różniło się to od poprzedniego wyzwania. Pozostała punktacja była jednak inna. Za trzecie miejsce otrzymywało się jeden punkt, natomiast prawdziwe trzęsienie ziemi stanowiła punktacja drugiego. Zawodnik, który został wypchnięty z ringu jako ostatni nie tylko nic nie zdobywał, ale tracił jedno oczko swojego zespołu. Słysząc to, Dai uniósł brew. Oznaczało to, że ta konkurencja będzie dużo bardziej taktyczna niż poprzednia. Zawodnicy musieli zdecydować, czy wolą bezpieczny jeden punkt, czy może zaryzykują i postarają się zawalczyć o dwa, ryzykując spadek swojej drużyny w tabeli. Gdy sędzia upewnił się, że wszyscy zrozumieli zasady, przeszedł do ogłaszania nazwisk poszczególnych reprezentantów wiosek.

- Kirigakure - Kasumi Mochizuki - zagrzmiał - Iwagakure - Takuma Mikoto, Konohagakure - Kinsei Uzumaki, Kumogakure - Hisaya Nakamo, Sunagakure - Yuji Sakurai!

Uczestnicy ustawili się na obowodzie okręgu, łypiąc na siebie groźnie. Krążyli po kole, gotowi w każdej chwili do starcia. Czekali tylko na sygnał od sędziego.

- Yuji - uśmiechnął się reprezentant Kamienia - Akurat ciebie nie spodziewałem się tutaj spotkać.

- Ja ciebie też nie, Takuma - odparł blondyn.

- Świetnie się składa. Już od pewnego czasu chciałem się z tobą zmierzyć. Jak myślisz,  jak poradzi sobie moc Shukaku z moją?

- Pamiętaj, że to tylko przyjacielski turniej - ostrzegł go Yuji - Nie zapominaj o naszych rozkazach.

- Nie zapominam - Takuma aż wyłamał sobie kości palców - Wystarczy mi fragment mocy Kokuo, żeby cię dziś pokonać. Tak jak całą resztę.

- Zobaczymy. Pamiętaj, że to nie liczba ogonów świadczy o potędze Biju.

Daisuke przysłuchwiał się tej rozmowie ze zmarszczonymi brwiami. Po minie Kinseia widział, że on prawdopodobnie też miał podobne przypuszczenia.

- Ej, o czym oni mówią? - zastanowił się - Czyżby...?

Rozbrzmiał donośny sygnał do rozpoczęcia pojedynku. Reprezentanci Kiri, Kumo i Konohy chwycili za broń, ale nie zdążyli zrobić nic więcej. Nagle usłyszeli donośny syk, jakby gdzieś ulatniał się gaz i usłyszeli wysoki dźwięk przypominający ten pędzącej lokomotywy. Szybko zorientowali się, że jego źródłem był sam Takuma. Spowijała go gęsta, gorąca para, która buchała dziko wokół całej jego postaci. Na polu walki zrobiło się siwo i gorąco. Jounin z Iwy szybko zniknął wszystkim z oczu w białym obłoku. Stojący na brzegach zasłony Kinsei, Kasumi i Hisaya zaczęli rozglądać się dookoła, mocno zdezorientowani przebiegiem wydarzeń. Yuji natomiast tylko uniósł przed twarz swoją wierną piaskową tarczę. Jej drobne cząsteczki uformowały się w grubą, zwartą ścianę, którą Dai widział już tak wiele razy. Najpierw podczas pojedynku Suny z Kumo, a później w czasie starcia Sakuriego z Senmeiem, za każdym razem okazywała się niemal niezwyciężoną obroną. Nic dziwnego, że stał tak spokojnie, podczas gdy cała reszta kuliła się w panice. Zapewne czuł się bardzo pewny siebie w swojej bezpiecznej strefie. Dai zacisnął zęby. Liczył, że Kinsei coś wymyśli, ale on wydawał się równie bezradny co pozostała dwójka zawodników.

- Futton: Kairiki Musou!

Takuma wyskoczył z zasłony, z ręką spowitą swoją gorącą parą. Pojawił tuż przed spokojnym i zrelaksowanym Yujim. Wziął potężny zamach i grzmotnął prosto w środek piaskowej tarczy przeciwnika. Rozległ się odgłos, jakby dwa budynki zderzyły się ze sobą. Siła uderzenia okazała się tak wielka, że podmuch powietrza rozniósł po stadionie drobinki kurzu. Dai aż zmrużył oczy przed tnącymi kawałkami ziemi. Pośród kurzawy pyłu i pary ledwo co widział zmagających się ze sobą mężczyzn. Starcie nie było długie. Po chwili konsternacji na twarzy Yujiego pojawił się grymas ogromnego wysiłku. Warknął i wzmocnił swoją tarczę dodatkową warstwą piachu, lecz i to nie wystarczyło. Na jej skondensowanej powierzchni pojawiły się drobne pęknięcia, aż nagle w mgnieniu oka cała konstrukcja ustąpiła, przepuszczając buchającego parą Takumę do przodu. Yuji zdążył skrzyżować ręce, po czym otrzymał miażdżący cios prosto w klatkę piersiową. Mimo iż udało mu się go zablokować, krzyknął z bólu, wyrzucony z ogromną siłą w tył. Zahamował butami, ale na niewiele się to zdało. Jechał po ziemi, trąc po niej z całej siły, ale nie mógł się zatrzymać. Potęgę tego uderzenia Dai mógł porównać tylko do siły Akane. Nie mógł uwierzyć, że ktoś z taką łatwością przebił perfekcyjną obronę jinchuurikiego z Suny. Kiedy ten wreszcie się zatrzymał, odetchnął głośno, po czym sięgnął do kieszeni.

- Oż ty... - warknął - szykuj się na...

Rozległ się donośny dźwięk syreny. Gotowy do walki Yuji przekrzywił głowę i spojrzał pod nogi. Zrobił wielkie oczy. Stał kilkanaście centymetrów za linią. Widownia ryknęła, nagradzając wyczyn reprezentanta Kamienia gromkim aplauzem.

- No nie wierzę... - powiedział powoli Sakuri - Jednym ciosem...?

Daisuke spojrzał niepewnie po przyjaciołach. Sho wyglądał na równie zaskoczonego, co on, a Akane mimo woli kiwała głową, doceniając siłę, jaką shinobi włożył w to uderzenie.

- Ten koleś - Sho zmrużył oczy. Były teraz całe czerwone, a wokół ich źrenicy znajdowała się formacja ułożonych regularnie trzech łezek - Tylko nie to...

- On też jest jinchuurikim - oznajmił Dai - To faktycznie komplikuje zadanie Kinseia. 

- Hej, spójrzmy na to z innej strony. Przynajmniej został teraz tylko jeden z nich. Ten cały Yuji przecież też miał w sobie Jednoogoniastego.

- Tak - odezwała się Akane - Ale jeśli dalej tak pójdzie, nie będzie to miało najmniejszego znaczenia. Z taką siłą fizyczną Takuma wyrzuci wszystkich z ringu i nawet się nie spoci.

Yuji zamknął na chwilę oczy, jakby myślał, że to nie dzieje się naprawdę. Upokorzony, skierował się bez zwłoki w kierunku wyjścia, obrzucając czujnym spojrzeniem swojego kolegę z drużyny. Tymczasem na arenie reprezentant Kamienia stał spokojnie na środku wyznaczonego pola i spoglądał na trójkę swoich przeciwników. Ubrany w ciemnoczerwony strój z wyszytym na piersi znakiem kanji ,,Pięć" prezentował się bardzo dostojnie. Jego rysy twarzy również były dość charaktertstyczne. Orli nos i szeroka szczęka sprawiały wrażenie wykutych z litej skały. Dopełniały je długie, brązowe włosy spadające na plecy. Reprezentanci innych wiosek cofnęli się nieco, obawiając się, by następny cios nie został skierowany właśnie w nich.

- Iwagakure zbyt długo pozostawało na drugim miejscu - zwrócił się do Kinseia Takuma - Zdobędę te dwa punkty dla mojego zespołu! Nic nie pokona mocy Gobiego!

- Gobiego? - zastanowił się Uzumaki - Jesteś jinchuurikim Pięcioogoniastego?

- Tak, Kinseiu Uzumaki. Spotkaliśmy się już, nawet jeśli mnie nie pamiętasz. Mówię tutaj o waszej bitwie z Senso.

- Kojarzę cię. Ale skoro mnie znasz, to wiesz też, co potrafię. Nie dam ci tak łatwo wygrać. Twoja moc faktycznie jest imponująca, ale przekonasz się, że i ja posiadam swoje dzikie karty.

Gorąca para wokół jinchuurikiego zgęstniała. Temperatura na polu walki podniosła się jeszcze bardziej, a dwa zawodnicy zmierzyli się wzrokiem. Kinsei wydawał się śmiesznie mały w porównaniu do potężnie zbudowanego shinobiego. Na oko miał on ponad metr dziewięćdziesiąt, a jego masywna postura tylko potęgowała to wrażenie.

- Znam wszystkie twoje dzikie karty - rozłożył ręce - Jesteś ulubionym tematem swojego ojca, a ja i reszta Jinchuuriki 10 mieliśmy okazję wieele porozmawiać. Jak to leciało? Złoty Shinobi Konohy? Czy może shinobi o tylu słabościach, co i zaletach? - uśmiechnął się zaczepnie - To oczywiście nic osobistego. Szanuję twojego ojca, a po tym, co zobaczyłem w tamtym lesie, szanuję również i ciebie, Kinsei. Zarówno ja, jak i reszta Jinchuuriki 10 skoczylibyśmy za tobą i resztą twojej drużyny w ogień. Jesteście dziećmi naszych dowódców i bez wątpienia potężnymi shinobi. Byłbym głupcem, gdybym tego nie doceniał. Ale żadne z was nie doświadczyło jeszcze potęgi Biju...

Dai skrzywił się, słysząc drugie przezwisko Kinseia. ,,Shinobi o tylu słabościach, co zaletach" - tak określali go niechętni mu ludzie. Choć ciężko to przyznać, trochę w tym było prawdy. Jego umiejętności oferowały potężne moce w niektórych dziedzinach, ale miały wiele słabych punktów. Sam Kinsei nie robił nic, by stać się bardziej uniwersalnym shinobi i polegał tylko na nich. Jeśli chodziło o Takumę...bez wątpienia czuł potężną presję związaną ze zdobyciem tych dwóch punktów. Jak sam przyznał, walka z Drużyną Szóstą nie sprawiała mu radości. Dai mógł sobie tylko wyobrażać, co teraz dzieje się w głowie jinchuurikiego. Z drugiej strony, czy mógł go za to winić? Przecież on sam znajdował się w podobnej sytuacji. Chęć dorównania swojemu ojcu...jeśli Takuma czuł podobne zobowiązanie wobec Iwagakure, chyba rozumiał jego niezwykłą determinację. Miał tylko nadzieję, że Kinsei sprosta takiemu wyzwaniu. Wszystko zależało od jego nastawienia - w niektórych chwilach potrafił zachowywać się niezwykle ślamazarnie, ale jeśli wziął coś na poważnie, pokazywał swój prawdziwy potencjał. Dai nie raz był świadkiem, gdy zamyślona natura Uzumakiego sprawiała, że jego przeciwnicy go lekceważyli. Nigdy nie kończyło się to dla nich pomyślnie. Cokolwiek by o nim nie mówić, Kinsei był synem Siódmego Hokage i dało się to zauważyć gołym okiem.

- Zapominasz o czymś - powiedział Kinsei, strzelając kośćmi szyi. Jego głos stał się nagle głębszy, jakby bardziej przytomny - Możesz znać moje zdolności, ale i ja wiem wszystko o ogoniastych bestiach. Mój ojciec to jinchuuriki Kyuubiego, do jasnej cholery! Nie przegram po tym wszystkim, czego mnie nauczył. A nauczył mnie przynajmniej jednego...jeśli istnieje jakaś moc zdolna okiełznać Biju, to jest to moc Mędrca Sześciu Ścieżek. Mówisz, że mnie znasz...czy mój ojciec i o tym ci powiedział?

***

Kinsei poczuł, jak jego wnętrzności stają w ogniu. Chwila, w której zimna stal wyszła jego brzuchem, okazała się najgorsza. Jęknął głucho, odwracając się lekko w bok. Jego napastnik był na tyle miły, że nie trafił w punkt witalny. Zapewne nie chciał go zabić. Nie wiedział, że to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Nie dał rady zobaczyć, kto go trafił, ale w zasadzie nie obchodziło go to. Prawdziwym przeciwnikiem był tutaj Takuma. Chwycił dłonią ostrze miecza. Sięgnął głęboko w głąb siebie, wyobrażając sobie energię życiową. Jego chakra zawibrowała wewnątrz ciepło, dokładnie zgodnie z planem. Powoli zmieniała się w chakrę Yang, jedną z jego sygnaturowych zdolności. Skierował ją całą do swojej prawej ręki. Potrafił wytwarzać ją od zawsze i nie rozumiał, jak inni ludzie mogli tego nie potrafić. Podobno fakt, że urodził się z tą umiejętnością był wynikiem nieprzewidzianego wpływu chakry Kyuubiego, ale jakoś nigdy specjalnie go to nie interesowało. Jego dłoń zapłonęła na złoto. Wydzielająca się z niej energia lizała ubrudzoną krwią klingę delikatnymi płomieniami.

- Wybacz - usłyszał z tyłu kobiecy głos. Bez wątpienia należał on do reprezentantki Mgły - Kasumi Mochizuki - Nie powinieneś odwracać się do swoich przeciwników plecami. Nie trafiłam cię śmiertelnie, więc...zaraz, co to jest?

Zapewne miała na myśli wydobywającą się z jego dłoni chakrę Yotonu, ale nie miał zamiaru odpowiadać. Chwycił mocniej wystającą z brzucha stal, aż popękała na całej długości.

- Nic się nie stało - odparł kulturalnie - Daję ci pięć sekund na wyjęcie tego ze mnie. Nie przeszkadzaj mi więcej w walce. To ostatnie ostrzeżenie.

- Żartujesz sobie? - kunoichi lekko poluzowała uchwyt na rękojeści broni - Przebiłam cię na wylot. Powinieneś zwijać się z bólu!

- Och, boli okropnie, przyznaję - skrzywił się Kinsei. W tym jednym musiał się z nią zgodzić. Przeżywał to już wiele razy, ale za każdym razem czuł się, jakby rozpuszczały mu się wnętrzności. Biorąc pod uwagę, że ostrze przeszło przez jego jelita, tym razem mógł mieć nawet rację - Twoje pięć sekund minęło.

Zacisnął z całej siły dłoń na klindze, która pękła jak porcelana. Rozsypała się w ostre opiłki, które rozsiały się wszędzie dookoła. Gdyby nie wzmacniająca chakra Yang, taki ruch z pewnością poraniłby dłoń Kinseia, ale z jej pomocą mógł czuć się o to bezpieczny. Co prawda nie wzmacniała ona tak dobrze jego wytrzymałości jak siły, ale wystarczyło to, by mógł sobie na to pozwolić. Potem nadeszła kolej na nieprzyjemną część. Wprawnym ruchem zsunął się z pozostającego w nim fragmentu miecza, co od razu okupił kolejną dawką przeszywającego bólu. Złapał gwałtownie powietrze w usta i zacisnął zęby. Wnętrzności piekły go jak szalone, ale musiał działać szybko. Skierował chakrę Yang w uszkodzone miejsce, jednocześnie pozostawiając ją w dłoni. Ból natychmiast złagodniał. Kinsei czuł, jak rana powoli zasklepia się. Uniosła się znad niej charakterystyczna, lekka para, która świadczyła o tym, że technika działa. Dziura w jego brzuchu zamknęła się w mgnieniu oka i jeszcze szybciej pokryła się skórą. Po ranie nie pozostał nawet ślad. Uzumaki odwrócił się i ujrzał skonfundowaną, zielonowłosą kunoichi, która z przestrachem trzymała w drżących dłoniach zakrwawione tanto. Wypuścił z płuc powietrze i przeciągnął się. Wiedział, co teraz nastąpi, ale zwlekał z tym jak najdłużej. Jego ojciec powtarzał mu, że prawdziwemu mężczyźnie nie wolno uderzyć kobiety. W tej chwili nie miał zbyt wielkiego wyboru.

- Ostrzegałem - oznajmił i wziął zamach. Złota poświata wokół jego ręki zgęstniała i zanim się obejrzał, było już po wszystkim. Potężny cios w brzuch posłał Kasumi toczącą się po ziemi i kompletnie ogłuszoną. Kinsei skrzywił się. Starał się powstrzymać uderzenie jak najbardziej się dało, ale wiedział, że zostanie po tym ślad. Jego rywalka z Kumogakure spojrzała to na niego, to na nieprzytomną Mochizuki i stwierdziła, że woli zająć się raczej tą drugą. Na całe szczęście ta odzyskiwała już powoli przytomność, więc Kinsei uznał, że będzie miała pełne ręce roboty. Odwrócił się do swojego prawdziwego przeciwnika.

- Widzę, że też potrafisz wyprowadzić cios - pokiwał głową Takuma - Jak na kogoś nie posiadającego mocy Biju to naprawdę coś godnego podziwu.

- Naprawdę? - zażartował Uzumaki - Po tym turnieju mam wrażenie, że co druga osoba to potrafi.

- Wzmocnione zdolności fizyczne to naturalna zdolność każdego jinchuuriki. Niewiele osób jest w stanie im w tej kwestii dorównać.

- Tak szybko mnie chwalisz? Przecież nawet jeszcze nie zaczęliśmy.

- Widzę, że jesteś bardzo pewny siebie. Nagrodzę twoją brawurę. Pokażę ci zdolność unikalną tylko dla Pięcioogoniastego.

Takuma zaczął wiązać uważnie pieczęcie, a znudzony walką Kinsei spojrzał w niebo. Tak bardzo chciał być daleko stąd, w jakimś spokojnym miejscu. Chmury nad nim układały się w przeróżne kształty, przypominając wielkie owce skaczące jedna przez drugą. Cały czas zmieniały swój wygląd, formując coraz to nowe scenerie. Bardzo przypominały mu Kuroshiego. Ciekawe co teraz robił jego partner? Czy siedział na trybunach i go obserwował? Musiał przyznać, że trochę mu zazdrościł. Podczas gdy Kuroshi odpoczywał sobie spokojnie w loży, on toczył ten cały męczący pojedynek. Nigdy nie lubił walczyć i miał nadzieję, że chociaż etap wyzwań będzie polegał na czymś mniej brutalnym. Jeśli już miał używać swoich mocy, to dlaczego nie w celach bardziej konstruktywnych niż bezmyślna bijatyka? Nigdy nie wypowiadał głośno swoich myśli na ten temat, bo wiedział, że jego przyjaciele raczej go nie zrozumieją. Skoczyłby za nimi w ogień, ale na codzień dzieliła ich pewna przepaść. Sakuri czy Dai marzyli o tym, by zostać wielkimi shinobi i nie pojęliby jego dylematów. Wystarczyło spojrzeć na błyski w ich oczach, gdy porównywali swoje umiejętności. Akane, wychowana w stylu ANBU, tym bardziej by go nie zrozumiała. Nawet Sho, z którym miał najwięcej wspólnego, wydawał się otumaniony myślą dorównania czcigodnemu Renowi. 

- Nadchodzę! - usłyszał z drugiego końca kręgu - Futton: Onsen Tategami!

Kinsei został brutalnie wyrwany ze świata marzeń. Pokręcił głową i zobaczył, jak Takuma schyla się energicznie i wbija ręce po łokcie w ziemię. Zrobił to z taką siłą, że na wszystkie strony posypały się kamienne odłamki. Gdy poczuł drżenie pod swoimi stopami, wiedział, że może oznaczać to tylko kłopoty. Podłoże zaczynało pękać, a na ziemi pojawiały się charakterystyczne bruzdy. Zauważył, że układają się na lini pomiędzy nim i Takumą i uskoczył w tył akurat w chwili, gdy pierwszy z gejzerów eksplodował przed jinchuurikim. Za nim podążyły następne, z sykiem wyrzucając w powietrze ogromne ilości gorącej pary. Kinsei zdecydowanie nie chciał znaleźć się w zasięgu ich rażenia. Zrobił kilka płynnych przewrotów w tył, ale buchające źródła pary zdawały się za nim podążać. Gdy tylko jedno z nich wyczerpywało swoje zasoby, zaraz pojawiało się nowe, w innym miejscu. Ziemia pękała pod jego stopami, a on sam czuł się jak na polu minowym. Takuma wciąż stał z rękami wbitymi w ziemię, przesyłając do niej cały czas chakrę. Musiało go to kosztować jej spore ilości, ale na pewno mógł sobie na to pozwolić. W końcu był jinchuurikim Pięcioogoniastego. Uzumaki zerknął na walczące Kasami i Hisayę. Dziwnym trafem ich eksplozje omijały. Odwrócił się w ostatniej chwili, niemal ocierając się o strumień gorącej pary. Był tylko jeden sposób, żeby zatrzymać tą technikę. Rzucił się w stronę unieruchomionego przeciwnika. Ponownie przesłał do ręki chakrę Yang. Ciepłe uczucie temu towarzyszące dodało mu sił. Takuma chyba zorientował się, co planuje i skoncentrował się, by gejzery były bardziej dokładne. Kinsei pędził ile sił w nogach, a tuż za nim buchały strumienie gorącej pary. W uszach słyszał syk wrzącej wody, a na plecach czuł jej ogromną temperaturę. Z każdą chwilą zagrożenie było coraz bliżej. Zmniejszał odległość między sobą, a Takumą, ale nie był tak szybki jak Sakuri, Dai czy Sho. Dodatkowe utrudnienie stanowiła popękana ziemia, spod której gdzieniegdzie jeszcze ulatywały resztki pary. Jego ręka zalśniła na złoto, akurat w chwili gdy znalazł się przed swoim celem. Ryknął tryumfalnie i wymierzył cios. Jinchuuriki zerknął w jego stronę, ale nie zdołał go zablokować. Uderzenie wyrwało go z ziemi, ciągnąc po zdewastowanym gruncie jak szmacianą lalkę. Krzyknął z bólu i zaparł się nogami i rękami, starając się wyhamować przed linią wyznaczającą ring. Po dwóch nieudanych próbach ostatecznie udało mu się zatrzymać - akurat w chwili, gdy jego but stanął na narysowanej kresce.

- Uff - odetchnął i zakrztusił się krwią. Z jego warg popłynął strumyczek czerwonej posoki - Akeru nie żartował o twojej sile.

Kinsei, nauczony ostatnimi doświadczeniami zerknął za siebie. Kasumi i Hisaya z wyciągniętymi kunaiami skakały wokół siebie, zadając co pewien czas precyzyjne ciosy. Ich walka wciąż była w fazie taijutsu, ale Uzumaki widział, że reprezentantka Kumo ma wyraźną przewagę. Jej broń spowita była chakrą Raitonu. Strzelając dookoła niebieskimi błyskawicami budziła śmiertelne zagrożenie dla kunoichi z Mgły. Sądząc po połamanych, leżących na ziemi kunaiach, Hisayi udało się złamać już całkiem sporą ilość nienasączonego chakrą oręża przeciwniczki. Chętnie zamieniłby się z którąś z nich. Gołym okiem widział, że nie będzie miał z Takumą łatwej przeprawy. Ten człowiek nie tylko posiadał w sobie potęgę ogoniastej bestii, ale był też podwładnym jego ojca i czcigodnego Rena.

- Rany, rany - westchnął Kinsei, spoglądając w niebo - Skoro masz zamiar tak bardzo utrudniać mi życie, to nie mam wyboru. Muszę tego użyć...Onmyoton: Gudoudama!

***

,,Jest" - pomyślał Sho - ,,Sekretna, najpotężniejsza technika Kinseia...Gudoudama!"

Za plecami Uzumakiego lewitowały teraz w regularnych odstępach trzy czarne kule. Każda z nich była wielkości pięści i nie wyglądała specjalnie przerażająco. Układały się one w formację trójkąta i zdawały się pozornie niegroźne. Shori jednak wiedział, jak bardzo mylące może być pierwsze wrażenie. Pojedyncza sfera zawierała w sobie moc zdolną zniszczyć las, a w połączeniu z niezwykłą kreatywnością Kinseia było to najmniejsze zmartwienie Takumy. Blondyn mógł nie tylko dynamicznie zmieniać ich kształt, ale też używać ich jako medium do innych technik. Upodobał sobie przede wszystkim jedną z nich - przepuszczał przez nie chakrę Onmyotonu, negując jakiekolwiek ninjutsu, które weszło z nimi w kontakt. Oprócz tego jego Gudoudamy posiadały naturalną zdolność dezintegracji każdego celu nie będącego chakrą, co trochę przypominało Shoriemu Kekkei Toutta zwane Uwolnieniem Pyłu. Sam do tej pory nigdy nie spotkał się z tą dziwną naturą chakry, ale Dai opowiadał mu o tym, jak duże problemy miał z jej użytkownikiem - Kibachim Aminori. Zerknął w bok i kątem oka zauważył wychylającą się do przodu zaciekawioną Akane. Jej twarz wyrażała pełne skupienie. Obok niej siedział rozluźniony Sakuri, jakby nie działo się nic wyjątkowego. Spokojnie popijał wodę ze swojego bidonu z napisem ,,Ósmy".

- Nigdy nie widziałaś Kinseia w walce - zdał sobie sprawę Sho - To pewnie dla ciebie nowość.

,,Nie tylko dla ciebie zresztą" - zauważył w myślach - ,,Aż mi bębenki pękają od tego ryku widowni".

- Wiele słyszałam o jego technikach Uwolnienia Yin - Yang - odparła białowłosa, nie odrywając wzroku od lewitujących za plecami kompana kul - ale teraz, kiedy wreszcie widzę je na żywo...No nie wiem, nie wyglądają jakoś obiecująco. To przecież zwykłe czarne kule.

Sakuri zakrztusił się wodą. Zakasłał i nachylił się do przodu, a Dai trzasnął go po plecach, nawet nieco mocniej niż powinien. Hatake z trudem złapał oddech.

- Zwykłe czarne kule?! - wycharczał - Akane, to jest technika pochodząca prosto od Mędrca Sześciu Ścieżek! Zwykłe dotknięcie jednej z nich urwałoby ci dłonie!

Kaguya nic na to nie odpowiedziała. Tymczasem jedna ze sfer przemieściła się w okolice dłoni Kinseia. Chłopak złapał ją bezpiecznie i wtedy właśnie zaczęła się ona zmieniać. Spłaszczyła się i powiększyła, jakby ktoś kształtował ją jak plastelinę. Jej konsystencja była półpłynna i pozwalała jej z łatwością poddawać się woli użytkownika. Po chwili przypominała sporych rozmiarów płaski i idealnie ogrągły talerz. Uzumaki chwycił ją delikatnie palcami, nie czyniąc sobie żadnej krzywdy. Następnie również druga Gudoudama przelewitowała do jego drugiej ręki, zmieniając się w identyczny sposób. Za jego plecami pozostawała teraz tylko jedna kula. Kinsei przeniósł wzrok na Takumę. Jinchuuriki nie opuszczał gardy, gotów w każdej chwili na ucieczkę przed zagrożeniem.

- To jest twoja karta atutowa? - upewnił się - Co masz zamiar z tym zrobić? Nie dam ci się tak łatwo trafić.

- Taa, już to gdzieś słyszałem - mruknął Kinsei - Dla twojego własnego dobra polecam ci ich uniknąć...ale zrobisz, co uważasz.

Wziął zamach i jeden po drugim wypuścił z dłoni dwa dyski. Te poszybowały prosto w stronę przeciwnika. Takuma podskoczył, wybijając się wysoko w powietrze wypuszczonym ze stóp strumieniem pary. Na wysokości obrócił się i zobaczył jak dyski zawracają w jego stronę. Opadał, więc nie mógł nic zrobić, by ponownie przed nimi uciec. Sho uśmiechnął się pod nosem. Jinchuuriki chyba nie wiedział, że Kinsei może sterować swoimi pociskami na odległość. Dyski zbliżały się do Takumy dużo za szybko, by dać mu czas na wylądowanie. Kinsei wpatrywał się w całą sytuację w napięciu. Ewidentnie nie chciał zrobić swojemu przeciwnikowi krzywdy, ale wydawało się, że ten znalazł już rozwiązanie sytuacji. Lecąc, składał palce w różnorakie pieczęcie. Wziął głęboki wdech i oznajmił:

- Katon: Goukakyu no Jutsu!

Sho zagryzł usta słysząc nazwę sygnaturowej techniki swojego pradziadka. Wiedział, że była popularna w świecie shinobi, ale nigdy nie podobało mu się, gdy używał jej ktoś pochodzący spoza klanu Uchiha. Takuma wydmuchnął z ust potężną kulę ognia, która spowiła czarne dyski. Na moment rozświetliła niebo w widowiskowej eksplozji płomieni. Była to jednak tylko krótka chwila, bo w momencie, w którym jutsu dotknęło pocisków, wszystkie płomienie zniknęły, jakby ktoś odciął im dopływ tlenu. Akane zamrugała oczami. W jednej sekundzie technika Takumy była tam, a w drugiej po prostu zniknęła. Shori spodziewał się tego. Używanie chakry przeciwko Kinseiowi nie było najlepszym pomysłem. Dyski wyłoniły się spośród dogasających płomieni, prosto przed twarzą zaskoczonego jinchuurikiego. Jeden z nich amputował mu prawą rękę, a drugi przeszedł prosto przez brzuch, przecinając go na pół. Jego rozpołowione ciało straciło równowagę i bezwładnie upadło na ziemię, wykręcając się w groteskowy sposób. Widownia zamarła na widok tej sceny, ale szybko odzyskała entuzjazm, gdy poszatkowane zwłoki zmieniły się w obłoczek białej pary i z sykiem rozproszyły się w powietrzu. Uzumaki rozejrzał się dookoła. Spowiajała go gęsta mgła, która zdecydowanie ograniczała widoczność. Po Takumie nie było nawet śladu. 

- To tylko klon - oznajmił zawiedziony Dai - No, ale tak czy inaczej nie ucieknie na długo. To tylko tymczasowe rozwiązanie. Kinsei i tak w końcu go dopadnie.

Wyglądało jednak na to, że shinobi z Iwagakure wcale nie ma zamiaru się ukrywać. Gdzieś z mgły odezwał się znajomy głos:

- Teraz już rozumiem, co miałeś na myśli, Kinseiu Uzumaki. Twoje Gudoudamy dezintegrują wszystko, co dotkną. Zasługujesz na mój szacunek. Właśnie dlatego uhonoruję cię...tym.

Para rozwiała się, ukazując zmienioną sylwetkę Takumy. Nawet walczące z tyłu Kinseia kunoichi odwróciły się, by na to popatrzeć. Mgła rozwiała się, ukazując krwistoczerwony kształt. Pierwsze widoczne stały się świecące przerażająco białe oczy, a zaraz za nimi wyłoniły się szeregi ostrych zębów. Takuma, w swojej postaci wersji drugiej trybu Biju nieco przypominał Koutę, ale różnił się od niego drobnymi szczegółami. Na głowie posiadał z przodu trzy krótkie, a z tyłu dwa długie rogi, które wydawały się puste w środku. Za jinchuurikim majestatycznie powiewało pięć długich ogonów. Ostre pazury na rękach i nogach tylko podkreślały wrażenie, że stał się teraz jakby inną osobą. Sho zdał sobie sprawę, że w zasadzie to przypominał teraz bardziej zwierzę niż istotę ludzką. Jinchuuriki otworzył usta i odetchnął głęboko, wypuszczając z nich strumyczek gorącej pary.

- Zupełnie jak tata... - mruknął Kinsei akurat w chwili, gdy jego Gudoudamy, znów pod postacią kul wyłoniły się z mgły i powróciły za jego plecy - Znam możliwości twojej wersji drugiej płaszcza Biju. To też nie wystarczy przeciwko mojemu Onmyotonowi.

- Przekonamy się - Takuma, na czterech łapach zaczął okrążać przeciwnika - Teraz, kiedy znam sposób działania twojego jutsu, będę ostrożniejszy.

Sho zmarszczył brwi. Jego przyjaciel czuł się bardzo pewny siebie i nie wiedział, czy to dobrze. Znał go jednak na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie jest on na codzień chełpliwym człowiekiem. Skoro zachowywał się w ten sposób, musiał mieć jakiegoś asa w rękawie.

- Akane, ty walczyłaś już z kimś posiadającym moc ogoniastej bestii - odezwał się Sakuri - Ciekawe jak w porównaniu do ciebie poradzi sobie z nią Kinsei.

Dziewczyna zarzuciła na boki dumnie włosami.

- Hmpf. Zakładając, że w ogóle sobie poradzi.

Kuroshi przelewitował niespokojnie nad głową Shoriego. Był tak zestresowany, że zapominał nawet zmieniać kształt i latał z miejsca na miejsce w swojej domyślnej postaci kuli z oczami, co niezwykle denerwowało Tenrou. Uchiha potrafił go zrozumieć - on zapewne czułby się podobnie, gdyby to Dai teraz walczył tam na arenie. Spojrzał na przygotowującego się do kolejnej techniki Kinseia. Blondyn przywołał do siebie jedną z Gudoudam, ale od razu zareagował na to Takuma:

- Nie pozwolę ci! Futton: Komu no Jutsu!

Uzumaki zatrzymał się w półruchu i zamarł w gotowości bojowej. Po chwili przekrzywił głowę. Czekał i czekał, ale atak nie nadciągał. Rozejrzał się dookoła - żadne zagrożenie nie nadciągało zza jego pleców ani od boków. Wszystko spowijała tylko gęsta, biała mgła. Nagle usłyszał krzyk, który mógł należeć tylko do Hisayi. Spojrzał na tarzającą się po ziemi dziewczynę. Trzymała się za swoje ramiona, jakby starała się coś z nich zrzucić. Gdy przyjrzał się dokładniej, zauważył liczne zaczerwienienia na jej skórze. Parowały one, jakby ktoś wylewał na nie kwas. Jej kamizelka jounina również topiła się w podobny sposób. Tylko to chroniło resztę ciała kobiety przed tajemniczym zagrożeniem. Pełzła po polu bitwy, uciekając przed niewidocznym przeciwnikiem. Dopiero po chwili Sho zdał sobie sprawę, że ona wcale nie ucieka przed kimś, a przed czymś. Starała się oddalić od spowijającej ją mgły. Po chwili słychać było również krzyk Kasumi, która zrzuciła z siebie swoją pelerynę, która zajęła się lekko ogniem. Cisnęła nią prosto w pełznącą parę, a materiał natychmiast wyparował. Nie miała tyle odwagi, co wytrwała Hisaya i gdy tylko na jej skórze zaczęły pojawiać się oparzenia, cofnęła się gwałtownie. Krok za krokiem ustępowała miejsca żrącym oparom. 

- Futon: Daitoppa! - usłyszał Shori. Głos reprezentantki Kumogakure dochodził gdzieś ze środka mglistej chmury. Nagle biały obłok zawirował i gwałtownie pojawił się w nim wielki otwór, pośrodku którego stała poparzona kunoichi. Za pomocą swojej techniki dmuchała dookoła siebie potężnym strumieniem wiatru, by odpędzić niebezpieczeństwo. Uchiha musiał przyznać, że było to całkiem sprytne, ale na dłuższą metę nieefektywne. Utrzymując tę technikę przez długi czas szybko straciłaby chakrę. Zerknął na Kinseia - w chwili, kiedy jego przyjaciel zauważył swój dymiący płaszcz, otoczył się swoimi Gudoudamami, które zlały się ze sobą. Uformowały dookoła niego coś w rodzaju nieprzepuszczalnego kokonu lub bańki. Stały się jednolitą masą, bez najmniejszego otworu, przez który mogłaby przedostać się technika Takumy. Uzumaki zniknął wewnątrz swojej bezpiecznej kryjówki, podczas gdy Kasumi walczyła o życie. Cała poparzona cofała się krok za krokiem. 

- To właśnie potęga Uwolnienia Pary - oznajmił uroczyście Takuma - Potęga Pięcioogoniastego. Potrafię zmieniać pH wytwarzanej przez siebie mgły. Jeśli nie poddacie się teraz, zostaniecie zmienieni w krwawą kałużę. Spójrzcie - moja technika znajduje się tylko wewnątrz ringu. Opuśćcie go, a nic wam się nie stanie.

Nagle Sho usłyszał przeraźliwy dźwięk syreny i zdał sobie sprawę, że słowa jinchuurikiego były niepotrzebne. Reprezentantka Kiri spojrzała pod nogi i zauważyła, że cofając się na oślep wykonała o jeden krok za dużo. Zagryzła usta i zmierzyła wzrokiem uczestnika z Kamienia. Następnie zerknęła z żalem na lożę Kage i powolnym krokiem, powłóczając nogami, ruszyła ku szatniom. Po drodze trzymała się za prawe ramię, które najbardziej ucierpiało od techniki Takumy. Tymczasem Kinsei i Hisaya dzielnie bronili się przed zagrożeniem. Po Uzumakim wciąż nie było nawet śladu - na polu bitwy stał tylko przerośnięty czarny bąbel. Jego rywalka miała za to dużo większe kłopoty - tak jak Sho przewidywał nieustanne używanie techniki Uwolnienia Wiatru mocną ją wyczerpało. Nadal podtrzymywała strumień, ale zdawał się on robić słabszy z każdą sekundą. Na czole dziewczyny nawet z odległości trybun widać było wyraźnie kropelki potu. Uchiha podziwiał jej upór, ale wydawało się, że to tylko kwestia czasu nim kobieta opadnie z sił. Szczęśliwie dla niej Takuma zajął się sprawą Kasumi i, usatysfakcjonowany, wykonał kilka głębokich wdechów. Sądząc po zachowaniu kunoichi, sprawiło jej to wielką ulgę. Wyglądało na to, że dostające się w jej pobliże fragmenty pary już jej nie parzą. 

- Wystarczy tego. Została nasza trójka - powiedział jinchuuriki i skrzyżował ręce na piersi.

Hisaya opadła na kolana, dysząc ciężko. Umocowany na jej włosach ochraniacz Kumogakure przekrzywił się i zwisał teraz smętnie z czoła. Nie trudno było zauważyć, że kunoichi długo już nie wytrzyma. Tymczasem czarny bąbel Kinseia poruszył się, falując delikatnie. Kawałek po kawałku, jego osłona zaczęła zwijać się z powrotem do postaci trzech czarnych kul. Ciemna ściana znikała tak szybko jak się pojawiła. Shoriemu cały proces przypominał bardzo obieranie pomarańczy. Spiralne płaty odchodziły od bariery, kondensując się z powrotem do swojej pierwotnej formy. Nim się obejrzał, na spowitym białą chmurą polu bitwy stał Kinsei, cały i zdrowy. Nie ucierpiał od techniki Takumy, jeśli nie liczyć lekko nadpalonego płaszcza. Rozejrzał się dookoła i szybko zorientował się w sytuacji. On i reprezentant Kamienia wciąż byli w dobrej formie, podczas gdy Hisaya ledwo łapała oddech, klęcząc bezbronnie na obrzeżach pola bitwy. Stanowiła łatwy cel i najwyraźniej zdawała sobie z tego sprawę. Dwójka jej oponentów spojrzała to na nią, to na siebie i zrozumiała, co to oznacza. Kunoichi również zrobiła wielkie oczy i obejrzała swoje rany. Zarówno jej ręce, jak i szyja znajdowały się w opłakanym stanie. Podjęła decyzję.

- A więc jeden z nas wygra ten pojedynek... - mruknęła, wstając chwiejnie i cofając się lekko - za to ten, który odpadnie jako ostatni straci punkty swojej drużyny. W takim wypadku...w takim wypadku chyba wybiorę trzecią opcję.

Takuma zorientował się, co dziewczyna planuje i ruszył w jej stronę, ale w tej samej chwili rozległ się dźwięk syreny. Hisaya postawiła stopę za linią, automatycznie eliminując się z pojedynku. Tablica z wynikami mrugnęła, zwiększając wynik Kumogakure o jeden punkt. Sho zagryzł wargi. To było świetne zagranie taktyczne. Nie miała najmniejszych szans wygrać w tym stanie z Kinseiem i Takumą. Jeśli jakimś cudem któryś z nich zostałby wyeliminowany jako pierwszy, nie tylko nie zdobyłaby żadnych punktów dla swojego zespołu, a wręcz by je straciła. Wybrała bezpieczną opcję i chętnie przyjęła trzecie miejsce, nic nie ryzykując. Oznaczało to problemy dla Konohy. Teraz zaczynał się prawdziwy pojedynek - walka o wszystko. Jeśli Kinsei wygrałby go przyczyniłby się do miażdżącej przewagi ich drużyny na tych zawodach. Jeśli jednak nie...Sho przełknął ślinę.

***

- To mój chłopak! - wyrzyknął Akeru, szarpiąc zakłopotanego Isao za ramię - Widziałeś to?!

- Taa... - odparł ostrożnie Raikage, wyswabadzając się z morderczych splotów przyjaciela - Zasługuje na swoją renomę.

- No nie?!

Wyglądało na to, że w całej loży tylko Ren i jego żona podzielali w podobnym stopniu zachwyt Uzumakiego. Nie oznaczało to wcale, że cała reszta nie była pod wrażeniem zdolności Kinseia. Akeru po prostu czuł się tak podekscytowany, że mało brakowało, a zrobiłby głową dziurę w suficie.

,,Uspokój się" - prychnął w jego podświadomości Dziewięcioogoniasty - ,,Hokage nie przystoi takie zachowanie. To twój syn, a robisz z siebie idiotę jakbyś był jego młodszym bratem."

,,Wybacz. Po prostu bardzo chcę, żeby wygrał. Przez ten ostatni rok tak bardzo się rozwinął. Widziałeś, jak dobrze kontroluje teraz Gudoudamy?"

,,Taak...naprawdę blisko mu już do staruszka Rikudou".

Akeru aż błyszczały oczy, gdy patrzył na Kinseia odpierającego ataki dziesięciu klonów Takumy. Wykorzystując pokłady chakry swojej ogoniastej bestii, jinchuuriki wytworzył masę swoich demonicznie wyglądających, krwistoczerwonych kopii, które rzuciły się na przeciwnika. Każdy z ich ogonów był zabójczy, ale sam Kinsei też miał coś w zanadrzu. Wykorzystywał moc swoich Gudoudam, by nawet najdrobniejszym dotknięciem zdezintegrować klony jounina. Jako iż całe były zrobione z chakry, po zablokowaniu przez taką kulę choć jednego ich ciosu natychmiast znikały. Z tego też powodu ich liczebność gwałtownie malała. Mimo wszystko Kinsei mógł wytworzyć maksymalnie tylko trzy Gudoudamy, a więc zablokowanie wszystkich ciosów na raz było niemożliwe. Niektóre z nich dochodziły celu, drapiąc go mocno lub niekiedy nawet przebijając. Akeru ciężko było na to patrzeć, ale widział, że za każdym razem z rany jego syna unosi się lekka biała para, świadcząca o użyciu przez niego techniki Uwolnienia Yang. Jakkolwiek poważnie nie wyglądałyby jego obrażenia, Uzumaki zawsze potrafił obrócić je w niwecz za pomocą prostej techniki. Jego czarne sfery cięły powietrze, za każdym razem niemal dezintegrując kolejnego przeciwnika. Prawdziwy Takuma stał w bezpiecznej odległości i przyglądał się spektaklowi.

- Chce go zmęczyć - mruknął Ren - Wie, że z chakrą Pięcioogoniastego może sobie na to pozwolić.

- Przeliczy się - Akeru skrzyżował buńczucznie ręce na piersi - Choćby użył Bijudamy, nic mu to nie pomoże. Nie przeciwko technikom Kinseia.

Ren kątem oka zerknął czujnie na Uzumakiego, ale nic nie odpowiedział.

- Szkolisz go od roku - oznajmił nagle blondyn - i przez ten czas osiągnął więcej niż przez wiele lat treningów ze swoim starym senseiem. Wiem, ile cię to musiało kosztować...dzięki.

- I tak większość czasu poświęcam na doglądanie mojej drużyny. Równie dobrze mogę równocześnie trenować Kinseia. Nie masz mi za co dziękować, Akeru. Oficjalnie i tak nie jestem jego senseiem.

- Taa - Akeru zastanowił się nad propozycją, którą miał złożyć Renowi. Czy to był odpowiedni moment? Postanowił jeszcze z tym poczekać - I kto by pomyślał, że kiedyś nie znosiłeś dzieci i ich nauczania - dodał wesoło - Spójrz teraz na siebie. Mistrz Drużyny Szóstej...co by powiedział dawny ty?

- Nie ma żadnego dawnego mnie - Uchiha nie załapał żartu - Poza tym wciąż tego nie znoszę.

- Doprawdy? Mnie nie oszukasz. Twoje uczynki mówią same za siebie.

- Uczenie naszych dzieci to co innego.

Akeru zrobił kwaśną minę, starając się zrozumieć logikę przyjaciela. Osobiście chętnie wziąłby pod opiekę jakąś drużynę, gdyby nie jego obowiązki Hokage, które i tak go już przytłaczały. Po raz kolejny zdał sobie sprawę, że ta idealizowana niegdyś przez niego pozycja ma swoje światła i mroki.

- Nie torturuj się już, Akeru - uśmiechnęła się do niego ciepło Mei - Wiesz, że Ren często robi wyjątki dla swoich bliskich.

Blondyn odburknął coś w odpowiedzi i sprawdził, jak radzi sobie jego syn. Trafił akurat na moment, gdy dwa ostatnie klony Takumy synchronicznie skoczyły na niego, wymachując ostrymi pazurami. Natychmiast zostały przyszpilone przez krążące wokół chłopaka Gudoudamy i w efekcie zdezintegrowane. Widownia zawyła z podziwu, jednak sam jinchuuriki był mniej zachwycony.

- Dobra robota - warknął sarkastycznie, lekko poirytowany - Nie sądziłem, że tak szybko poradzisz sobie z moimi klonami. Widzę, że przewagą liczebną cię nie pokonam... - potarł podbródek czerwoną, pazurzastą łapą, co wyglądało dość komicznie - ale zaraz...czyżby to na twoim czole to był pot? Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że zmęczyła cię ta krótka wymiana ciosów?

Uzumaki łypnął na niego spode łba, ale nie zaprzeczył. Faktycznie zaczynał ciężko oddychać. Na jego ciele nie było nawet zadrapania, ale miało to swoją cenę. Masowe leczenie się kosztowało go pożądny ładunek chakry. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby nie wcześniej utworzone Gudoudamy. Były sekretną techniką Kinseia, ale jednocześnie też obosiecznym mieczem. Użycie tego jutsu wymagało ogromnych ilości chakry, których młodzieniec nie posiadał. W stanie pełnego wypoczęcia potrafił przywołać wszystkie trzy kule po dwa razy, ale patrząc po jego obecnej dyspozycji Akeru wątpił czy dałby radę uczynić to chociaż raz. Każde kolejne naruszenie tej zasady narażało życie chłopaka, gwałtownie konsumując jego chakrę. Ostatni raz przesadził w ten sposób podczas pojedynku z Shiraiem. Na domiar złego użył wtedy jeszcze Hirudory, co dodatkowo zdruzgotało jego ciało. Doszedł do siebie dopiero dwa tygodnie później, po intensywnej terapii w szpitalu. Zapewne zrobiłby wtedy jeszcze coś głupszego, gdyby Ren nie interweniował. Miał wtrącić się tylko, jeśli bezpośrednio zagrożone zostanie życie jednego z ich dzieci. Udało mu się w samą porę, ale po powrocie do wioski Akeru zabronił Kinseiowi nadużywać swoich zdolności. Kazał mu przysiąc, że nie przekroczy nałożonych na niego limitów, jeśli nie będzie do tego absolutnie zmuszony. Teraz nadażał dobry moment, by sprawdzić, ile warte były obietnice jego syna.

- Futton: Kairiki Musou! - usłyszał i zobaczył, jak buzujący parą Takuma wyskakuje tuż nad głowę chłopaka. Uniósł do góry piętę i opuścił w dół z destrukcyjną siłą. Uzumaki w ostatniej chwili skulił się i odtoczył przed nadciągającym uderzeniem. Jinchuuriki siłą swojego ciosu zdewastował ziemię, na której przed chwilą stał blondyn. Ostre odłamki skalne posypały się na boki, a w miejscu bezpośredniego kontaktu z ziemią powstał ogromny krater. Akeru dopiero po chwili zrozumiał, dlaczego jego syn uskoczył przed Takumą. Chciał wykorzystać moment, w którym jinchuuriki będzie otwarty na bezpośredni atak. Gdy jounin prostował się, Gudoudamy Kinseia uniosły się nad jego plecy i wydłużyły. Ich końce zaostrzyły się i wygładziły, nadając sobie kształt długich dzid. Takuma zerknął na to, ale było już za późno. Pociski poszybowały w jego stronę z zabójczą precyzją. Jakimś cudem zdołał uchylić się przed dwoma, ale ostatni, trzeci, leciał prosto w niego. W ostatniej chwili wyciągnął przed siebie pazurzastą łapę i powiększył ją, tworząc coś w rodzaju ogromnej tarczy. Jej rozpiętość wystarczyła, by zasłonić całego jego ciało, ale na niewiele mu się to przydało. Machnął pazurami, odbijając pocisk, ale w tym samym momencie czerwona chakra na jego ręce zniknęła, ukazując normalne, ludzkie przedramię. Choć reszta jego ciała wciąż pozostawała szkarłatna, to Gudoudama w jakiś sposób ściągnęła z jego częsci chakrę drugiej wersji płaszcza Biju. Jinchuuriki spojrzał na to pustymi, białymi oczami i kilkakrotnie zgiął palce.

,,Gdyby nie ta chakra, która go chroni, nie miałby już ręki" - zauważył mimo woli Kurama.

- Więc tak to wygląda... - mruknął Takuma, a jego przedramię ponownie spowiło się krwistoczerwonym kolorem. Paznokcie znów wydłużyły się w pazury, pasując do reszty jego ciała - Długa wymiana ciosów nie wchodzi chyba tutaj w grę.

- Zaskoczony? - zapytał Kinsei, łapiąc w dłoń jedną z powracających do niego kul. Pozostałe dwie przelewitowały za jego plecy - To dopiero początek możliwości moich Gudoudam.

- Zdaję sobie z tego sprawę - odparł jinchuuriki, a z jego całego ciała buchnęła intensywnie para - Mój płaszcz Gobiego może ochronić mnie przed nimi tylko jednorazowo. Właśnie dlatego będę musiał zakończyć to jednym ciosem. Futton: Kairiki Musou...

,,Ładuje w ten cios ogromną ilość chakry Kokuo" - mruknął Kyuubi - ,,Jak tak dalej pójdzie, rozgniecie ci dzieciaka na miazgę".

,,Kinsei sobie poradzi" - zapewnił lisa Akeru, jednocześnie pokonując też własne wątpliwości. Serce biło mu jak młot, ale musiał uwierzyć w swojego syna.

- Nadchodzę! - ryknął Takuma, a z jego pustych w środku rogów buchnął w górę strumień pary. Jinchuuriki zaszarżował wściekle do przodu.

Uzumaki wziął głęboki wdech i skupił się. Trzy Gudoudamy przemieściły się przed jego twarz, wyciągając się i zlewając w rozłożystą tarczę. Kształtem przypominała kwadrat z wklęsłymi bokami i zasłaniała sobą całą postać chłopaka. Choć nie była grubsza od płachty zwykłego materiału, Akeru dobrze znał jej wytrzymałość. Tylko ona mogła równać się z perfekcyjną obroną Susanoo. Wyraz twarzy jego syna wyrażał absolutne skupienie. Niemal współczuł Takumie, że musi się on zderzyć z nieprzebijalną ścianą chłopaka. Tymczasem sam jinchuuriki w kilku wzmacnianych parą skokach nabrał prędkości i rozpędził się niczym ogromny taran. Odchylił do tyłu ramię, biorąc potężny zamach i wpadając centralnie w czarną tarczę. Rozległ się ogłuszający huk, a fala uderzeniowa rozeszła się po całym polu bitwy. Podniosły się koncentryczne chmary piasku, zasłaniając dwóch siłujących się shinobi. Widzowie siedzący niżej na widowni pospadali z krzeseł, zrzuceni podmuchem wiatru wywołanym zderzeniem. Akeru zasłonił twarz przed nadciągającym pyłem i wpatrywał się uważnie w znikających w kurzawie shinobi, podczas gdy reszta Kage pomrukiwała z aprobatą. Ostatnie co zobaczył, to wytężającego wszystkie siły Kinseia i prącego do przodu z całej siły Takumę. Jego pięść oparta była o czarną konstrukcję Uzumakiego, na której powoli pojawiały się drobne pęknięcia.

,,Niemożliwe" - pomyślał Akeru.

Gdzieś z pyłowej zasłony dobiegł go kolejny dźwięk przypominający tłuczone szkło, ale nie potrafił dokładnie go zlokalizować. Uderzenie, które go wywołało, okazało się tak silne, że rozwiało piasek na wszystkie strony areny, ukazując dość absurdalną sytuację. Odrzucony w tył Kinsei szorował plecami po ziemi, a wokół niego gdzieniegdzie migotały połamane fragmenty jego czarnej tarczy. Z każdą chwilą ich ilość zmniejszała się, ponieważ powoli rozsypywały się w powietrzu w drobny, ciemny proszek, który po kilku sekundach całkowicie znikał. Z drugiej strony znajdował się Takuma, który, pozbawiony swojego płaszcza Biju spadał bezwładnie na ziemię, najwyraźniej mocno oszołomiony zderzeniem z Gudoudamami. Wyglądał już teraz zupełnie normalnie - w niczym nie przypominał krwistoczerwonej, pięcioogoniastej bestii sprzed chwili. Miał szczęście, że chakra jego płaszcza Biju przyjęła na siebie moc kul Kinseia, bo w przeciwnym wypadku mógłby w ogóle nie mieć już połowy ciała. Gruchnął o ziemię i podniósł się chwiejnie, cały poobijany. W tej samej chwili, tuż przed wyznaczającą ring linią, zatrzymał się jego przeciwnik. Rozejrzał się dookoła i zobaczył, że otaczające go czarne sfery zniknęły. Syknął poirytowany i zachwiał się na nogach.

- Wygląda na to, że twoje Gudoudamy cię zawiodły - zawołał do niego Takuma, otrzepując się z pyłu - Może i wchłonęły mój płaszcz Biju, ale nie zdołały zatrzymać rozpędu, który mi nadał!

- Przebiłeś się czystą, brutalną siłą - przyznał Uzumaki - ale to jeszcze nie koniec moich możliwości.

- Nie koniec? - uniósł brwi jinchuuriki - Twoje kule zniknęły, chłopcze. Nie wygląda na to, żeby chakra zużyta na ich stworzenie powróciła do ciebie. Może i nie posiadam doujutsu, ale nie potrzebuję go, żeby zauważyć, że ledwo stoisz na nogach.

- Wciąż mam jeszcze trochę chakry - blondyn otarł pot z czola - i użyję jej, by cię pokonać. Onmyoton: Gudoudama!

Wystawił przed siebie dłoń i skoncentrował się mocno. Zamknął oczy i zmarszczył czoło, ale przed długą chwilę nic się nie działo. Takuma wpatrywał się w to bez emocji, krocząc powoli w stronę poobijanego chłopaka. Nagle z nosa Kinseia popłynął lekki strumyczek krwi, a nad jego dłonią pojawiła się malutka, czarna kulka. Szybko zaczęła rosnąć, kosztując użytkownika wiele wysiłku. Zagryzł on wargi, pompując w twór wielkie ilości chakry. Choć efekt tego nie był zbyt imponujący, udało mu się osiągnąć swój cel. Nad jego dłonią lewitowała teraz pełnowymiarowa, pojedyncza Gudoudama. Otarł pot z czoła i uśmiechnął się do Takumy z wyrazem twarzy pytającym: ,,Tego się nie spodziewałeś, co?".

Akeru zagryzł wargi, widząc, że jego syn znów się przeciąża. Przełamanie Gudoudam musiało być dla niego ogromnym ciosem. Ta technika nigdy nie należała do najbezpieczniejszych, a to był jeden głównych powodów. Jej użycie wymagało poświęcenia wielkiej ilości chakry i stałe podtrzymywanie jej za pomocą koncentracji. Jeśli ta została przełamana, kule natychmiast znikały, a zużyta na nie chakra przepadała. Właśnie to stało się z Kinseiem, który tworząc kolejną balansował na cienkiej lini. Przemieścił ją w okolice nadgarstka, a w jego dłoni zaczął tworzyć się osobliwy otwór. Powiększał się z każdą chwilą, ale powstała rana nie krwawiła. Czarna sfera wydłużyła się w krótki kolec i przeszła przez dziurę, podczas gdy jej reszta wyciągnęła się do przodu i zaostrzyła. Uzumaki zacisnął rękę na rękojeści broni, która bardzo przypominała prostą katanę bez tsuby.

- Drugi raz już się na to nie nabiorę - oświadczył, celując jej czubkiem w pierś zbliżającego się Takumy - Tym razem płaszcz Biju już cię nie ochroni. Lepiej dobrze się zastanów, nim spróbujesz czegoś takiego ponownie. Kończyny nie odrastają tak łatwo.

- Zapamiętam tą przestrogę - jinchuuriki zatrzymał się, zerkając z niepokojem na skierowane w niego czarne jak smoła ostrze.

- Co w takim razie zrobisz? - Uzumaki machnął mieczem kilka razy na boki, wzbudzając pod sobą duszące chmury pyłu, które szybko rozwiały się po polu bitwy - Nie ma już słabości, którą mógłbyś wykorzystać.

- Och, doprawdy? - jounin uśmiechnął się przebiegle - Chyba nie zapomniałeś już o swojej największej słabości, hm, Kinsei? Nie rób takiej głupiej miny, przecież dobrze wiesz, że cię znam. Akeru z pewnością nigdy nie przypuszczał, że użyję tej informacji przeciw tobie. Ja też zresztą nawet o tym nie pomyślałem. 

- No dobra, znasz moją słabość - blondyn zmrużył oczy - ale skąd wytrzaśniesz naturalną energię? Nie jesteś chyba Mędrcem?

- Nie - zaśmiał się Takuma i podniósł w obronnym geście ręce - w tej kwestii jestem kompletnym laikiem. Szczerze mówiąc, zawsze podziwiałem Akeru, że opanował tak skomplikowaną sztukę.

- Więc jak masz zamiar mnie pokonać? Jeśli nie potrafisz używać senjutsu, lepiej po prostu się poddaj. Zachowasz siły na następne pojedynki.

- No proszę, kto by pomyślał, że nastolatek będzie dawał mi takie rady - parsknął śmiechem Takuma - Przyznaję, Kinsei - wygrałeś ze mną. 

- Znaczy...znaczy, że ustępujesz?

- Oczywiście - zgodził się i spoważniał - Ustępuję miejsca mojemu partnerowi...Kokuo, twoja kolej.

Akeru podskoczyło ciśnienie. Zagranie Takumy graniczyło z oszustwem, ale wątpił, czy w regulaminie znalazłby się zapis zabraniający zamianę świadomości jinchuurikich z ich ogoniastą bestią. Sam czasem stosował tą technikę z Kuramą. Bez najmniejszego zaskoczenia obserwował, jak źrenice jego kompana zwężają się, a tęczówki przybierają czerwony kolor. Zmiana oponenta nie była najgorsza dla Kinseia. To jego unikalne zdolności stanowiły prawdziwą przeszkodę. Zacisnął dłoń i zagryzł wargi - jeśli chodziło o dobór przeciwników, jego syn zawsze miał ogromnego pecha.

- Co się dzieje, Akeru? - zapytała Mei - Jeszcze przed chwilą byłeś spokojny o ten pojedynek. Co właściwie robi Takuma?

- Zamienia się miejscami ze swoją ogoniastą bestią - wyjaśnił spokojnie Ren, siedząc z założonymi rękami, jakby nic wielkiego się nie działo - Oddaje Pięcioogoniastemu kontrolę nad ciałem.

- Ale po co?

Akeru nie zdążył jej odpowiedzieć. Z pola bitwy usłyszał znany sobie, gruby głos, który jednak z pewnością nie należał do Takumy:

- Kinsei Uzumaki...to zaszczyt wreszcie poznać cię osobiście.

***

- Kim jesteś? - zapytał podejrzliwie Uzumaki, ale przeczuwał odpowiedź.

- Nazywam się Kokuo - oznajmił nieswoił głosem Takuma. Jego czerwone ślepia z pionowymi źrenicami wpatrzone były w Kinseia jak dwa przerażające reflektory - ale może znasz mnie też pod moim drugim imieniem - Pięcioogoniasty.

- Je...jesteś ogoniastą bestią Takumy? - blondyn zmrużył oczy - Mnie też miło cię poznać...chyba.

- Widzę, że Akeru nauczył cię dobrych manier - Kokuo kiwnął głową na znak uznania - Szanuję to. Szczerze mówiąc, nie mam najmniejszej ochoty z tobą walczyć. Znam cię równie dobrze jak mój partner. Nawet Kurama opowiadał mi o tobie wiele dobrego, a wierz mi, nie tak łatwo mu zaimponować. Posiadasz moc dziadka Rikudou, więc tym bardziej wolałbym tego uniknąć. Jesteś dobrym człowiekiem, Kinsei. Nie ma sensu, byśmy skakali sobie do gardeł.

- Muszę spełnić obowiązek wobec mojej wioski - Uzumaki skrzywił się. Gobi pewnie nawet nie podejrzewał, jak bliskie były mu jego poglądy - Tylko to się teraz liczy.

- Szkoda - zasępił się mężczyzna - Naprawdę szkoda.

Zamknął oczy i skoncentrował się na chwilę. Kinsei wykorzystał ją, by złapać oddech. Zużył tyle chakry, że świat zaczynał wirowac mu przed oczami. Czuł się, jakby zaraz miał upaść na twarz. Bojowe okrzyki widowni docierały do niego jak przez grubą ścianę. Mimo wszystko nie mógł się poddać ani okazać słabości. Jeśli straciłby koncentrację, jego Gudoudama zniknęłaby, pogrążając szansę na zwycięstwo. Tylko ona oddzielała go od opętanego przez Gobiego Takumy. Była jedynym powodem, dla którego jinchuuriki hamował swoje ruchy podczas walki. Obawiał się, by nie dotknąć jednej z czarnych kul, ale ostatecznie zrobił się śmielszy. Kinsei nie mógł wyjść z podziwu, jak zniszczył jego czarną tarczę. Użył płaszcza Biju jako swoistej poduszki ochraniającej go przed niwelującą mocą Onmyotonu. Gdy tylko dotknął przeszkody, chakra zniknęła, ale wystarczyło to na ofiarowanie Takumie cennej chwili, w czasie której zdołał przebić się przez osłonę brutalną siłą. Był to desperacki gest, ale zadziałał wyśmienicie. Pozostawało tylko jedno pytanie - po co Takuma przekazał kontrolę nad ciałem Kokuo? Uzumaki zlustrował przeciwnika wzrokiem. Wokół jego zamkniętych oczu powoli pojawiały się półokrągłe, czerwone obwódki.

Cofnął się o krok. To nie mogło dziać się naprawdę. Nie znowu, po tym pojedynku z Shiraiem był przecież pewny, że ostatecznie pokonał ostatnią przeszkodę, która stanowiła dla niego tak śmiertelne zagrożenie.

- Tryb Mędrca?! - zawołał, wybijając mężczynę z transu. Otworzył on swoje czerwone oczy, w których Kinsei nie dostrzegł ani krzty woli walki - Jak to w ogóle możliwe?! Gdzie się tego nauczyłeś?

- Tryb Mędrca? - Biju potarł brodę - Tak, chyba tak to w tych czasach nazywacie. Bardziej poprawnym określeniem byłoby chyba jednak Tryb Mędrca Ogoniastej Bestii.

- Takuma sam powiedział, że nie potrafi kontrolować energii natury! Więc jak...?

- Nikt mnie tego nie uczył - wzruszył ramionami - My, ogoniaste bestie, jesteśmy inni niż wy, ludzie. Każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju, każdy posiada własne wyjątkowe umiejętności. Ja od staruszka Rikudou otrzymałem zdolnść władania Futtonem oraz...oraz to. Moje ciało naturalnie absorbuje energię senjutsu. Urodziłem się ze zdolnością kontrolowania jej, więc ciężko mi odpowiedzieć na twoje pytanie. Takuma może i nie nie jest Mędrcem...ale to ja teraz kontroluję jego ciało. Mogę wykorzystać moje talenty z pełnym potencjałem.

- Talenty? - Kinsei zmrużył oczy - Co masz na myśli...?

- Każdy z moich braci i sióstr jakiś posiada. Shukaku umie manipulować Jitonem, a jego ciało posiada znaki naturalnej przeklętej pieczęci...Matatabi produkuje niebieskie, piekielne płomienie...Kurama wyczuwa negatywne emocje...

- Kyuubi potrafi coś takiego? - przerwał mu Uzumaki - Ja...ja nie miałem pojęcia.

- Jeszcze wiele nie wiesz o ogoniastych bestiach. Chętnie wytłumaczę ci wszystko, gdy tylko zakończy się ten bezsensowny pojedynek. Tymczasem może przejdźmy do rzeczy.

Kokuo westchnął ciężko, po czym nachylił się. Ruszył się tak szybko, że Kinsei ledwo go zauważył. Machnął mieczem, ale przeciwnik był już po jego drugiej stronie. Kopnął go w bok z nadludzką siłą, zapewne zawdzięczaną Trybowi Mędrca. 

,,Co za ruchy" - pomyślał Uzumaki - ,,To zupełnie inny poziom niż Takuma".

Tocząc się po ziemi, myślał tylko o tym, by nie stracić koncentracji. Zauważył, że znajduje się niebezpiecznie blisko lini areny, więc zaatakował wściekle, chcąc przemieścić walkę w inne miejsce. Pięcioogoniasty z łatwością odskakiwał przed dewastującymi ciosami katany. Kinsei po raz kolejny zdał sobie boleśnie sprawę, że nie może polegać tylko na jednej technice. Gdy zawodziła, wychodziły na jaw jego braki w treningu. Nie walczył mieczem nawet w połowie tak dobrze jak reszta jego drużyny. Nigdy nie czuł potrzeby nauki w tej dziedzinie i właśnie się to na nim odbijało. Nagle zobaczył, jak i tak potężna już postać Takumy wyciąga się jeszcze wyżej, górując nad nim dobre pół metra. Zerknął w dół i zobaczył, że nogi jinchuurikiego zmieniły się w dwa pokaźne kopyta. Od pasa w dół był on pokryty białą sierścią, a jego kolana wyginały się zupełnie jak u konia. Uniósł jedną nogę, a Kinsei skrzywił się. Wiedział, co zaraz nastąpi. Wystawił przed siebie katanę, próbując zniwelować moc uderzenia, ale na niewiele się to zdało. Kopnięcie było tak mocne, że niemal stracił równowagę. Choć Gudoudama przyjęła na siebie większość obrażeń i tak poczuł, jak drętwieją mu ręce. Czarna klinga w jego dłoniach wygięła się dość znacznie do tyłu, sugerując, że kopyto pokryte zostało naturalną energią. Właśnie dlatego było w stanie nie tylko dotknąć, ale i zaburzyć kształt Gudoudamy. Kinsei musiał mocno się skupić, by zapanować nad nią i przywrócić jej prawidłowy kształt. Kilkakrotnie starł się jeszcze z Pięcioogoniastym, który kopytami odbijał każde z cięć mieczem. Wyczerpany Uzumaki szybko poddał się, widząc bezsensowność takiej walki. Jego przeciwnik miał setki lat doświadczenia, podczas gdy on sam nawet nie specjalizował się w taijutsu. Gdy kolano mężczyny sięgnęło do jego szczęki, poczuł dzwonienie zębów, a świat przed oczami zniknął mu na chwilę.

,,Niech to" - pomyślał - ,,Żeby go odeprzeć musiałbym otworzyć co najmniej pierwszą bramę...ale i tak ledwo stoję już na nogach. Gdybym miał tylko trochę więcej chakry...".

Zostało mu jeszcze tyle technik, których mógłby użyć, ale nadużycie Gudoudam zamknęło mu drogę do większości z nich. Skarcił się w myślach za tak nieodpowiedzialne zachowanie. Zbyt wcześnie użył swojej atutowej karty. Wycofanie się nie wchodziło już teraz w grę. Nawet jeśli chciałby przenieść walkę na poziom genjutsu, to straciłby tylko niepotrzebnie jeszcze więcej chakry. Takuma, podobnie jak jego ojciec, również był odporny na genjutsu. Współpraca z ogoniastą bestią w środku najwyraźniej przynosiła im więcej korzyści niż mogłoby się wydawać.

,,No właśnie" - zdał sobie sprawę - ,,Takuma ma przecież sojusznika. A co gdybym i ja sięgnął po własnego?".

Na samą myśl tego skrzywił się, myśląc, ile sił będzie go to kosztowało. Po użyciu tej techniki zostanie mu chakry na może jeszcze jedno jutsu, więc lepiej, żeby ten plan wypalił. Obolały po otrzymanych ciosach, odskoczył do tyłu i wzmocnił przepływ chakry przez swoje ciało. Skoncentrował ją w ręce, sięgając myślami do alternatywnego wymiaru, w którym zgromadzone były wszystkie jego kreacje. Obawiał się trochę przywoływać jednego ze swoich pupili przeciw użytkownikowi naturalnej energii, ale nie miał wyjścia. Chakra senjutsu była dla nich zabójcza, więc musiał bardzo uważać. Jeśli jakaś potężniejsza technika Trybu Mędrca uszkodziłaby któregoś z jego przyjaciół, nigdy by sobie tego nie wybaczył. Miał przynajmniej szczęście, że technika ich przywołująca nie wymagała ofiary z krwi. Ojciec próbował kiedyś nauczyć go przywoływania żab z Góry Myoboku, ale po dowiedzeniu się, że będzie musiał opłacić to częścią samego siebie, chłopak szybko zrezygnował. Podzielił chakrę w organizmie na Yin oraz Yang, po czym ponownie zmieszał ją ze sobą. Przyłożył dłoń do ziemi i zawołał:

- Onmyoton: Kuchiyose!

Po podłożu rozeszły cię ciągi znaków ułożonych w kręgi poprzecinane pojedynczymi liniami. Sekundę później rozległo się delikatne pufnięcie i dookoła pojawiły się kłęby gęstego, białego dymu, który zmieszał się ze spowijającą pole walki parą Kokuo. Kinsei przez chwilę nic nie widział, a zaraz potem poczuł, jak jakaś siła wynosi go na dużą wysokość. Pod stopami, zamiast normalnej ziemi, miał teraz coś miękkiego i śliskiego. Dym bardzo szybko się rozwiał, ukazując łapiącemu równowagę chłopakowi jego przywołanego pupila. Takuma przekrzywił głowę, również analizując zwierzę z podziwem.

- Dokoro! - zawołał uradowany Uzumaki, klękając i klepiąc salamandrę po głowie.

Zwierzę miało prawie piętnaście metrów i było jedną z jego największych kreacji. W tej dziedzinie przerastał je tylko dwudziestometrowy Nagahibi. Skóra Dokoro kolorem przypominała rozcieńczony atrament i cała pokryta była rozsianymi na niej bruzdami. Płaz nie posiadał oczu, za to na jego masywnej głowie znajdowały się dwa wąskie, pionowe otwory wyglądające jak nozdrza. W rzeczywistości pełniły również funkcję języka, dzięki której Dokoro mogła oszacowywać toksyczność substancji dookoła. Zdecydowanie najbardziej charakterystyczną jej cechą było kilkanaście wiszących u gardła, nabrzmiałych narośli. Kołysały się delikatnie w rytm oddechu zwierzęcia. Dla Kokuo zapewne wyglądały podejrzanie, jednak Kinsei dobrze wiedział, jaką rolę pełnią. W końcu sam musiał je wymyślić w najdrobniejszym szczególe, by jego kreacja mogła normalnie funkcjonować. Produkowały śmiertelną truciznę, która gromadzona była w specjalnym narządzie obok lewego płuca salamandry. To właśnie on decydował, czy toksyny zostaną wypuszczone z pyska w postaci płynnej czy gazowej. Niedaleko prawego płuca znajdował się podobny narząd, filtrujący zanieczyszczenia z pokarmu i wdychanego powietrza. Zamiast usuwać je z organizmu, wzbogacał nimi truciznę gromadzącą się w głównym zbiorniku. Po bokach szyi Dokoro posiadała również liczne nacięcia przypominające skrzela, które w rzeczywistości pełniły funkcję wykrywania dźwięków. Wibracje wprawiały ich tarczki w drganie, pozwalając salamandrze na dokładne ocenienie, skąd dochodzi zagrożenie.

- Dawno się nie widzieliśmy - oznajmił czule Kinsei - Będziesz mi musiała trochę pomóc.

Jego partnerka poruszyła się ociężale, sugerując gotowość bojową. Przestawiła spłaszczoną nogę do przodu, wywołując miniaturowe trzęsienie ziemi.

- Czy to w ogóle jest zgodne z zasadami? - zapytał Kokuo, zerkając na wystający grubo za linię masywny ogon Dokoro - Co na to przepisy?

Spojrzał na stojącego w kącie starego sędziego, który widocznie poczuł się nieswojo przez wbite w siebie pionowe źrenice Pięcioogoniastego. Odchrząknął i odparł skwapliwie:

- Regulamin mówi, że zdyskwalifikowany zostaje zawodnik, który przekroczy linię. Nie ma tam żadnej wzmianki o ewentualnych sojusznikach.

- Rozumiem...szkoda. Przynajmniej zakończylibyśmy tę farsę.

- Będziesz czepiał się zasad?! - wykrzyknął Kinsei, balansując na głowie płaza - Chciałbym ci przypomnieć, że w tym pojedynku brał udział Takuma, a nie ty!

- Wciąż bierze. Zależy jak na to spojrzysz - Gobi wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko - Przyznaję, że twoja jaszczurka jest duża, ale jej rozmiar nie przyniesie jej nic dobrego. Mogę po prostu z powrotem zwiększyć kwasowość mojej mgły - wykonał pieczęć małpy - Futton: Komu no Jutsu.

Skoncentrował się i wykonał dwa głębokie wdechy. Dzięki wysokości, na jakiej znajdował się Kinsei, mógł czuć się bezpieczny od spowijającej gęsto arenę mgły. Dokoro jednak nie miała tego szczęścia. Po kilku sekundach syknęła gniewnie i cofnęła się kilka kroków. Kwasowa para najwyraźniej parzyła ją w nogi. Był to jednak tylko moment, bo zaraz potem podjęła właściwą decyzję. Otworzyła szeroko pysk i wciągnęła potężnie powietrze. Zasysała je niczym odkurzacz, dkładnie tak jak Uzumaki to sobie wymyślił. Razem z nim wewnątrz niej znikały obłoki mgły Kokuo. Pięcioogoniasty po raz pierwszy od początku tej walki wydawał się zainteresowany wydarzeniami na polu bitwy. Pochłonięcie resztek pary zajęło salamandrze co najwyżej kilkanaście sekund. Następnie zamknęła pysk, jakby smakowała pochłonięte substancje.

- Zjadła moje jutsu? - zapytał Gobi - Całkiem nieźle, ale...

Dokoro otworzyła nagle szeroko pysk i wydmuchnęła z niego ogromną ilość fioletowej, kłębiącej się trucizny.  Niczym falujący dywan toksyny zaczęły rozprzestrzeniać się po arenie, pełzając w szybkim tempie i spowijając wszystko w zasięgu wzroku. Kinsei uśmiechnął się pod nosem. Jego sojuszniczka nieustannie wzbogacała skład swojej broni biologicznej o nowe substancje. Pomimo wytrzymałości ciała będącego w Trybie Mędrca, Takuma mógł spodziewać się co najmniej szoku anabiotycznego. I to nie licząc dodatkowej zawartości, jaką Dokoro dodała do mgły dzięki pochłonięciu jego techniki. Zobaczył, jak chwilę przed zostaniem całkowicie spowitym przez fioletową chmurę, Kokuo bierze głęboki wdech i wstrzymuje powietrze.

,,Czas przejść do fazy drugiej" - pomyślał usatysfakcjonowany Uzumaki - ,,Pewnie nie spodziewałeś się, że ta trucizna jest łatwopalna".

Salamandra kłapnęła wyszczerbionymi zębami, wzbudzając kilka iskier, które wystarczyły, by zapoczątkować reakcję łańcuchową. To, co na początku wydawało się niewielkim błyskiem, szybko przerodziło się w postępującą kaskadę płomieni. Unoszące się na polu bitwy toksyny zajęły się w mgnieniu oka, eksplodując w salwie spektakularnych fajerwerków. Na długich kilka sekund okrągła arena zmieniła się w istne piekielne pobojowisko. Kinsei, mimo iż stał na głowie Dokoro, musiał osłonić sobie twarz przed oślepiającym żarem. Widownia ryknęła z podziwu, obserwując wspaniałe widowisko świateł i płomieni.

,,To powinno załatwić sprawę" - pomyślał z ulgą.

Nagle z dogasających płomieni wychynęła dymiąca się, wirująca sylwetka. Wylądowała na wystającym kawałku skały i natychmiast się zachwiała. Był to nie kto inny jak Pięcioogoniasty. Wyglądał okropnie - całe jego ubranie było osmalone, a gdy podniósł wzrok na Kinseia, zobaczył on poparzoną, spoconą twarz z włosami opadającymi w nieładzie na oczy. Reszta jego ciała nie była w lepszym stanie - wszędzie przez spalony materiał prześwitywały osmalone płaty skóry. Nawet jego nogi wróciły już do normalności. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę jak wielkie obrażenia otrzymał, nie powinien być nawet w stanie utrzymać się na nogach. 

- Przepraszam - powiedział sam do siebie - Nie mogłem nic zrobić. Twoje ciało da się nareperować. Hej, może sam byś spróbował!

Wyglądało to dość zabawnie, ale Kinseiowi wcale nie było do śmiechu. Kokuo prawdopodobnie prowadził teraz wewnętrzną rozmowę ze swoim jinchuurikim i po prostu się zapomniał. Skoro wciąż mógł stać, oznaczało to poważne kłopoty dla Uzumakiego. Musiał jakimś cudem wypchnąć go za linię, bo jeszcze chwila i zostanie kompletnie pozbawiony chakry.

- Rozumiem - tym razem Gobi zwrócił się do Dokoro - A więc potrafisz produkować truciznę...zupełnie jak mój brat Saiken.

W odpowiedzi salamandra machnęła potężnym ogonem, zmiatając jednocześnie wielkie chałdy piachu. Trafiła w kamień, na którym stał przeciwnik i rozbiła go w drobny mak, ale jego już dawno tam nie było. Wyskoczył w powietrze i wylądował kilka metrów obok. Natychmiast ugięły się pod nim nogi, a on sam zarył twarzą o ziemię.

- Ech...faktycznie mocno uszkodziłem to ciało - jęknął, unosząc się na przedramionach - ale teraz nie ma już odwrotu. Przede wszystkim najpierw pozbędę się ciebie - spojrzał na ogromnego płaza.

Jego spowite czerwonymi obwódkami oczy wyglądały teraz dużo poważniej niż wcześniej. Podniósł się chwiejnie i z uwagą złożył dłonie w cztery pieczęcie, ale Kinsei był zbyt zmęczony, by dokładnie im się przyjrzeć. Świat kołował mu przed oczami, a nogi miał jak z waty. Musiał wytrzymać jeszcze trochę, dla dobra drużyny.

- Senpo - oznajmił jinchuuriki - Futton Namidarashi!

Wciąż trzymając dłonie uformowane w znak małpy, zainicjował technikę. Zaczęła parować z niego chakra Futtonu, zbierając się w powietrzu i formując w kilka potężnych skupisk. Po chwili skondensowała się na tyle, że przypominała już określone kształty. Wokół Takumy lewitowały teraz wykonane z kwasowej mgły długie, zaostrzone na końcach strzały, tylko czekające na wystrzał. Kinsei poczuł , jak serce szybciej mu bije, ale było już za późno. Mężczyzna podniósł wzrok, wysyłając wszystkie cztery pociski przed siebie z prędkością nie do uniknięcia dla ociężałej Dokoro. Oba ramiona płaza zostały przebite na wylot, a raczej przepalone. Zwierzę straciło równowagę i przewrócilo się do przodu, zrzucając Uzumakiego ze swojej głowy. Rozległo się ogłuszające łupnięcie i cała ziemia zadrżała pod cielskiem powalonej, bezradnej salamandry. 

- Nic ci nie jest? - zapytał blondyn, wstając z ziemi i podbiegając do towarzyszki. Obszedł jej próbujące podnieść się ciało i natrafił na dziury pozostawione przez jutsu Kokuo. Przyklęknął i przyjrzał się im. Nie były to typowe rany, bo przypominały raczej niezwykle zaawansowane oparzenia, tak mocne, że aż przepaliły na wylot ciało. Z powstałych otworów sączyła się gęsta, czarna, oleista ciecz. - Wyjdziesz z tego, ale żeby teraz cię uleczyć, potrzebowałbym ogromnej ilości chakry. Wybacz, Dokoro, nie powinienem był cię narażać. Teraz odpocznij.

Salamandra ostatnimi siłami wyciągnęła długi, chropowaty język i liznęła go nim po twarzy. Następnie zniknęła w kłębie oślepiającego dymu, który rozwiał się równie szybko jak wcześniej. Kinsei poczuł niewypowiedzianą falę gniewu. To była jego wina. Dokoro dzielnie walczyła po jego stronie, mimo że groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Instynktownie przekonwertował całą pozostałą w swoim ciele chakrę na Yoton. Skierował ją w stronę pięści i podniósł się z kolan, łypiąc groźnie na Pięcioogoniastego.

- Hej, nie chciałem zrobić jej krzywdy - Kokuo uniósł protekcjonalnie ręce, zerkając z niepokojem na świecącą na złoto dłoń chłopaka. Aura wokół niej z każdą chwilą robiła się mocniejsza - Już ci to mówiłem - jeśli chodzi o mnie, cały ten pojedynek jest bez sensu. Gdybym mógł, przerwałbym go w tej chwili.

- Da się zrobić - wycedził przez zęby Uzumaki - Wiem, że nie chciałeś skrzywdzić Dokoro. Ale co się stało, już się nie ostanie. Nie mogę pozwolić, by w wyniku naszego pojedynku ucierpiał ktokolwiek inny. Zakończmy to tu i teraz, Kokuo.

- Doskonale - kiwnął głową Gobi - Wreszcie jakiś głos rozsądku. Ostrzegam cię jednak, że nie będę się wstrzymywał.

Wokół ciała Takumy eksplodował gejzer buzującej, białej pary. Zapewne została wzmocniona energią natury, bo wydawała się dużo bardziej intensywna niż wcześniej. Widownia ponownie się ożywiła, dopingując to Kinseia, to Pięcioogoniastego. Blondyn poczuł, jak z jego ciała odpływają resztki sił, kondensując się w całości w zaciśniętej desperacko pięści. W ten cios wkładał całą pozostałą chakrę. Jego dłoń lśniła teraz oślepiająco, gotowa w każdej chwili uwolnić destrukcyjną energię. Kokuo również spowity był tak grubą warstwą wrzącej mgły, że samo podejście do niego zapewne groziło oparzeniem. Teraz nie było już odwrotu. Za parę sekund ten pojedynek miał się rozstrzygnąć. Po raz pierwszy od początku dnia Kinsei nie czuł wątpliwości. Może i Takuma był przyzwoitym, dobrym człowiekiem. Może i stanowił część Jinchuuriki 10 i chciał tylko jego dobra. To nie miało teraz znaczenia. Dokoro poświęciła się dla niego, więc nie mógł teraz zaprzepaścić jej ofiary. Zmierzył się wzrokiem z Kokuo. On chyba miał podobne przemyślenia.

- Senpo - oznajmił - Futton Kairiki Musou!

- Yoton - odkrzyknął Kinsei - Kinken!

Zebrał się w sobie i skoczył z pasją do przodu, wkładając w to wszystkie siły, jakie mu pozostały.

***

Akeru, podobnie jak reszta zebranych w loży shinobi, prawie nie spadł z ławki, zdmuchnięty zderzeniem technik obu walczących. Serce łomotało mu w piersi niczym ogromny młot. Drobinki piachu z areny sypały mu w oczy, ale mimo to starał się trzymać je otwarte, by dokładnie widzieć wszystkie wydarzenia. W chwili zetknięcia się Kinseia i Takumy, powstał oślepiający, złoty rozbłysk, a po całym polu bitwy rozeszły się chmury gorącej pary. Gdyby nie niewidzialna bariera, dostałyby się na widownię, co z pewnością nie skończyłoby się dobrze. Ze świetlistej kuli unoszącej się po środku areny wyłaniały się dwa złączone w śmiertelnym zderzeniu postacie. Dwaj shinobi z twarzami pełnymi determinacji napierali na siebie nawzajem, złączeni pięściami jakby przybijali sobie żółwika. Obaj mieli wyszczerzone z wysiłku zęby i zdeterminowane, zacięte miny. Siła ich zderzenia wywołała falę uderzeniową, która zostawiła w ziemi pod nimi okrągłe ślady i rozeszła się dookoła, zmiatając porozrzucane odłamki skalne. Akeru kibicował swojemu synowi z całego serca. Patrząc po całym wysiłku, jaki włożył w ten pojedynek, po prostu zasługiwał na to zwycięstwo. Nie chodziło tutaj już nawet o punkty. Kinsei włożył w ten pojedynek wszystko, poświęcił całą chakrę, by tylko nie zawieść. A teraz i tak wszystko wisiało na włosku, zależąc od jednego, dobrze wyprowadzonego ciosu.

,,Jeśli Kokuo przegra z tym dzieciakiem, będę miał ubaw stulecia" - zauważył kąśliwie Kyuubi - ,,To będzie czarny dzień dla ogoniastych bestii".

,,Możesz nie psuć nastroju? Mówimy tutaj o Kinseiu".

,,Wiem, wiem. Chłopak z pewnością potrafi zapakować pożądny cios. Mimo to, zachowanie Kokuo wydaje mi się trochę dziwne. Dlaczego po prostu..."

Kurama nie dokończył, bo na środku areny błyskająca kula światła osiągnęła swój najjaśniejszy punkt i eksplodowała, wypuszczając kolejną, jeszcze mocniejszą falę uderzeniową. Kinsei i Takuma zostali odrzuceni na przeciwne strony areny i próbowali desperacko hamować butami, by utrzymać się w ringu. Akeru ponownie zmuszony został złapać się ławki, by utrzymać się w pionie. Siedzący niedaleko Kojiro nie miał tego szczęścia i szybko wślizgnął się z powrotem na siedzisko, licząc, że nikt tego nie zauważył. Jedyną osobą, której zdawała się nie przeszkadzać zawierucha był Ren. Zasłaniał ręką swoją żonę, a sam wpatrywał się z napięciem w pole bitwy. Ciężko było coś wyczytać z jego twarzy, ale oczami nieustannie wodził za sunącymi po ringu zawodnikami. Zaparty z całej siły o grunt wyczerpany Kinsei wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć z wysiłku. Długo zajęło mu zatrzymanie się po takim starciu. Kokuo wcale nie miał łatwiejszej przeprawy. Chcąc zwiększyć siłę tarcia hamował zarówno rękami, jak i nogami. Ostatecznie mniej więcej w tej samej chwili obaj zaczęli zwalniać. Zatrzymali się z chrzęstem żwiru i spojrzeli po sobie. Widownia zamilkła. Nastąpiła pełna oczekiwania chwila, która, choć krótka, zdawała się trwać wieczność. Z czoła Kinseia spływały strugi potu, a z knykci lewej dłoni leciała mocno krew. Miał podkrążone oczy, które nieprzytomnie wodziły po arenie. Takuma natomiast, cały poparzony, stał niczym skała, nie poruszając się nawet o centymetr. Patrzył gdzieś w dal, jakby prowadził wewnętrzny monolog. Czerwone obwódki wokół jego oczu zniknęły, a źrenice wróciły do normalności. Mężczyzna zachwiał się. Akeru poczuł przypływ adrenaliny, gdy usłyszał jego ledwie słyszalny szept:

- Kinseiu Uzumaki...naprawdę...masz w sobie...coś z Mędrca...Sześciu Ścieżek - z tymi słowami upadł na kolana i uderzył nieprzytomnie głową w twarde podłoże.

Rozległa się syrena oznaczająca koniec pojedynku. Blondyn uklęknął, kompletnie pozbawiony sił i, po chwili odpoczynku, krzyknął tryumfalnie. Lewitująca za jego plecami Gudoudama rozsypała się w drobny, czarny pył, który szybko rozpłynął się w powietrzu. Uradowany uniósł wzrok na tablicę wyników. Akurat dokonywało się tam przetasowanie punktów. Z szerokim, zmęczonym uśmiechem patrzył, jak liczba punktów Konohy maleje z czterech do dwóch punktów, a ta Iwagakure rośnie do trzech. Tym samym Wioska Liścia spadła na drugą pozycję w rankingu. Mina Kinseia w jednej chwili przeszła ze szczęścia, przez niedowierzanie, aż po głęboką rozpacz. Spojrzał w panice pod nogi i zobaczył, co się stało. Znajdował się kilka centymetrów za białą, wyznaczającą ring linią. Powoli przeniósł wzrok na leżącego bez tchu Takumę. Jego bezwładne ciało znajdowało się niemal idealnie równo na granicy pola. Zagryzł zęby i spuścił głowę. Klęczał przez chwilę, nie wiedząc, co zrobić, podczas gdy widownia ekscytowała się utratą prowadzenia przez Liść. Następnie jeszcze raz zerknął posępnie na wciąż nieprztomnego jinchuurikiego, po czym chwiejnym, powolnym krokiem ruszył w stronę szatni. Akeru nie mógł na to patrzeć. To nie mogła być prawda. To po prostu nie było sprawiedliwie.

- Co?! - wykrzyknął - Jak to możliwe?!

Tsuchikage posłała mu zadowolone, ale też pełne zrozumienia spojrzenie. Kojiro zachichotał złośliwie, co automatycznie sprawiło, że Uzumaki zacisnął dłoń w pięść. Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.

- Uspokój się - mruknął do niego Ren - Wiem, co czujesz, ale to nie jest miejsce, by reagować w ten sposób.

- Ale...przecież go pokonał! - Akeru zazgrzytał zębami - Co z tego, że nie wypadł z areny? Nie może się przecież ruszać, do jasnej cholery! Kilka centymetrów, co to ma za znaczenie? Takuma waży pewnie ze dwadzieścia kilo więcej od Kinseia. Gdyby nie to, przegrałby!

- Masz rację - zgodził się z nim chłodno Uchiha - Mnie się to też nie podoba. Ale nie możesz dać po sobie poznać, co naprawdę o tym sądzisz. Reprezentujesz teraz Konohę. Pomyśl, jak czuje się teraz Kinsei. Powinieneś go wspierać. Nie robisz tego, narzekając na wynik pojedynku.

Uzumaki wypuścił głośno powietrze.

- Ech, wieczny głos rozsądku - warknął, ale gniew powoli go opuszczał - Niech będzie.

- Spadliśmy na drugie miejsce - zauważyła smętnie Mei - Biedny chłopak.

Syn Akeru znikał właśnie w przejściu do szatni, powłóczając za sobą nogami. Był to naprawdę godny pożałowania widok. Cały posiniaczony, z potarganym płaszczem, szedł, jakby uleciała z niego cała chęć do życia. Choć odprowadzała go burza braw, zapewne pogarszało to tylko jego samopoczucie.

- Mimo wszystko pięknie walczył - oznajmił Kasai, podchodząc do nich z założonymi na piersi rękoma - Jak dla mnie to on jest zwycięzcą tego pojedynku. Nieważne, co mówi tabela. Gdyby to był zwykły pojedynek shinobi, Takuma już by nie żył. Twój syn wyrósł na świetnego shinobi, Akeru. Możesz być z niego dumny.

- Taa... - Hokage uśmiechnął się lekko - Chyba mogę. Kasai, wyślij Shiraia po mojego syna. Chcę mu osobiście pogratulować.

***

,,To było..." - Kinsei szukał odpowiedniego słowa - ,,No cóż, żałosne".

Nie przeszkadzałoby mu, gdyby został pokonany w uczciwy, tradycyjny sposób. Wcale nie uważał siebie za najpotężniejszego shinobi. Było wiele osób, z którymi by sobie nie poradził. Dla przykładu Dai i Sho. Nie miałby nic przeciwko porażce z którymś z nich. Ale to? To było po prostu smutne. Pokonał swojego przeciwnika, więc dlaczego jedyne, co otrzymał, to wstyd i zawód? Ciekawe, jak czuł się teraz jego ojciec. Zarówno Akane, jak i Sakuri wygrali swoje pojedynki. Zapewne spodziewał się, że jego własny syn nie okaże się od nich gorszy. Co prawda technicznie rzecz biorąc nie było to normalne starcie, ale ostatecznie przebiegało w bardzo podobny sposób. Zawiódł nie tylko siebie, ale i całą drużynę, tracąc ciężko wypracowane przez nią punkty. Powtarzał sobie, że to jeszcze nie koniec świata, że Konoha z pewnością podniesie się z drugiego miejsca. W końcu nie takie rzeczy działy się już na tym turnieju. No właśnie, przecież to tylko zwykłe zawody. Nie zależało od nich wcale tak wiele. W takim razie dlaczego czuł się tak podle?

Klucząc ciemnym korytarzem, starał się dojść do siebie. Postawił wszystko na jedną kartę i przegrał, co zaczynało się na nim teraz odbijać. Czekał go jeszcze co najmniej jeden oficjalny pojedynek z krwi i kości, a on nie miał już ani grama chakry. Chwiał się na nogach, jakby były z galarety, a w lewej ręce czuł bezwładność. Nic dziwnego - uszkodził ją tak mocno, że pewnie większość jej kości została połamana przez zderzenie z Takumą. Nie wątpił, że gdy odzyska siły, da radę z łatwością ją naprawić, ale nim to nastąpi, był bezużyteczny jako medyk. Oparł się o ścianę, łapiąc przez chwilę oddech. Krew z jego knykci kapała regularnie na kafelki, zostawiając za nim czerwony, długi ślad. Chwila odpoczynku przywróciła mu nieco poczucia rzeczywistości. Rozejrzał się dookoła i zobaczył mężczyznę w masce siedzącego bez tchu pod ścianą. Serce zabiło mu szybciej, gdy zobaczył sterczące zza niej czerwone, zmierzwione włosy. Podbiegł do Shiraia i szturchnął go kilka razy w ramię. Żadnej reakcji. Zaniepokojony, sprawdził puls mężczyzny i z ulgą uznał, że został po prostu ogłuszony. Rosnący z tyłu jego głowy guz sugerował, że stało się to dosłownie przed chwilą. Podniósł się z kolan i rozejrzał się czujnie. Przez chwilę nic nie widział, jednak po pewnym czasie dostrzegł czające się w ciemności dwa jasne punkty. Białe, pozbawione źrenic oczy wpatrywały się w niego nieruchomo.

- Tato? - zapytał, przekrzywiając głowę.

Tajemnicza postać postąpiła krok do przodu, dzięki czemu dał radę zobaczyć jej sylwetkę. To z całą pewnością nie był jego ojciec. Akeru Uzumaki był wysoki, ale nie miał grubo ponad dwóch metrów wzrostu.

- Co ty...? - zaczął, ale nie zdążył dokończyć zdania. W dłoni nieznajomego pojawił się czerwony błysk, a potem zrobiło się ciemno.

Próba sił Edytuj

Dai siedział na podłodze na wygodnej poduszce i wpatrywał się w wiszącą na ścianie czarną maskę. Choć widocznie już stara, była dobrze zakonserwowana i wciąż budziła to samo uczucie lęku co za czasów swojej świetności. Namalowane na niej czerwone zdobienia i wyprofilowane spiczaste uszy sprawiały, że przypominała pysk wilka z obnażonymi kłami. Bez wątpienia nie widział jeszcze takiej odmiany maski ANBU. Przeniósł wzrok na pozostałą część pokoju. Upstrzony różnego rodzaju zdjęciami i rupieciami, przypominał bardziej muzeum niż pomieszczenie domowe. Wstał i podszedł do wysłużonego, poszarpanego stroju jounina założonego na słomianą lalkę. Jego jasnoszary odcień i naramienniki nie przypominały żadnego z obecnych wariantów tego ubioru. Wokół ramienia manekina zawiązane zostało pięć ochraniczy shinobi, każdy reprezentujący symbol innej wioski. Na czarnych spodniach znajdowała się natomiast dość imponująca liczba niewielkich, zapinanych kieszonek. Strój budził wrażenie, ale nie ciężko było się domyślić, że najlepsze lata miał już za sobą. Jego nogawki były poszarpane, a kamizelka podziurawiona w kilku miejscach. Zdobiły ją liczne ślady po czymś, co przypominało ciosy mieczem albo innym ostrym narzędziem. Po chwili Dai zauważył też czarne fragmenty w okolicach ramion. 

,,Spalenizna?" - pomyślał i przekrzywił głowę.

Zostawił strój w spokoju i podszedł do jednego z oprawionych, wiszących na ścianie zdjęć. Wyjął je z framugi i obejrzał dokładnie. Zobaczył sporą grupkę roześmianych osób podrzucającą na rękach nieco zażenowanego, ciemnowłosego młodzieńca. Szybko rozpoznał znajome twarze. Przede wszystkim w oczy rzucał mu się roześmiany, choć nieco sfatygowany blondyn stojący w centrum zdjęcia. Obok niego owiniętego bandażami chłopaka podrzucał jakiś ciemnoskóry shinobi, który również z kimś mu się kojarzył. Z tyłu, za podekscytowanym tłumem, ukrywała się białowłosa postać z tajemniczym uśmieszkiem pod nosem. Uwiecznieni na zdjęciu wprost tryskali energią, choć ich wygląd nie sprawiał wrażenia adekwatnego do tego nastroju. Wielu z nich miało poowijane gipsem ręce i nogi lub zabandażowane klatki piersiowe. Mimo to wydawali się ożywieni jak nigdy. W prawym dolnym rogu znajdowała się jednak pojedyncza skaza, która psuła całe to sielankowe uczucie. W miejscu twarzy jednego z klęczących shinobi ziała niewielka, starannie wypalona dziura. Choć Dai nie widział, kto to taki, od razu się tego domyślił. Nagle poczuł delikatne pacnięcie w ramię, które sprawiło, że aż wypuścił zdjęcie z ręki, które spłynęło delikatnym zygzakiem na ziemię.

- Co ty tutaj robisz? - zapytał Ren, schylając się po nie i wstawiając z powrotem w ramkę - Jeśli interesuje cię któraś z tych rzeczy, wystarczyło zapytać. Chętnie ci wszystko o nich opowiem. 

Daisuke otworzył szeroko oczy i wyprostował się na ławce. Przez chwilę nie rozumiał, co się właściwie stało. Dopiero po chwili zamrugał i zobaczył wpatrzoną w siebie twarz swojego lustrzanego odbicia.

- Nareszcie - oznajmił Sho - Co ty właściwie robiłeś w nocy?

- Nie spałem za dobrze - przyznał - ale teraz wszystko powinno być już w porządku. Coś przegapiłem?

- Tak jakby - pokiwał głową Sakuri - Przegraliśmy.

- Co?!

- W zasadzie ciężko to nazwać porażką. Kinsei znokautował Takumę, ale wyjechał przy okazji kilka centymetrów za linię. Ech...do tej pory jak o tym pomyślę...

Dai zamrugał oczami i spojrzał na tablicę wyników. Powoli dotarła do niego brutalna rzeczywistość. Iwagakure prześcigało ich teraz jednym punktem, co oznaczało, że stracili pozycję lidera zawodów. Zagryzł wargi. Nie mógł uwierzyć, że ze wszystkich osób, które mogły zawieść, padło akurat na Kinseia. Myślał, że z jego zdolnościami żaden zwykły shinobi, nawet jinchuuriki mu się nie przeciwstawi. Jego pamięć z walki urywała się, gdy Uzumaki wytworzył swoją dodatkową Gudoudamę. Wtedy wszystko wydawało się jeszcze iść mniej więcej po jego myśli. Gdy spał, musiało wydarzyć się coś, co przesądziło o losach tego pojedynku. Rozejrzał się po loży i zlustrował zawiedzione twarze kompanów. Nawet Tenrou opuścił smętnie ogon i położył się na podłodze. Kuroshi lewitował jakoś niżej niż zazwyczaj, prawdopodobnie oczekując na powrót Kinseia.

- Gdzie on teraz jest? - zapytał Dai - Wypadałoby go jakoś podnieść na duchu.

- Też na niego czekamy. Do tej pory jeszcze nie wrócił. Sam nie wiem, czy powinniśmy się martwić.

- Coś ty. Mówimy przecież tutaj o Kinseiu. Zaniepokoiłbym się, gdyby przyszedł na czas. Pewnie siedzi teraz w loży Kage i rozmawia ze staruszkiem Akeru. Swoją drogą, gdzie się podziała Akane?

Dopiero teraz zorientował się, że dziewczyny nie ma w loży. Na uprzątniętej już po ostatnim pojedynku arenie zaczynało się natomiast coś dziać. Kilku członków ANBU krzątało się z miejsca na miejsce, przygotowując do czegoś pole bitwy.

- Wyznaczyliśmy Akane do udziału w następnym wyzwaniu - wyjaśnił Sho - Odbędą się dwa pod rząd, więc mamy szansę zrehabilitować się po poprzedniej wpadce. 

- Zrehabilitować, co...? Dlaczego akurat Akane? Mogliście mnie obudzić. Ty też mogłeś iść, Sho.

- Tak słodko spałeś, że nie miałem serca cię budzić - odparł z uśmiechem Uchiha - Poza tym pamiętaj, że niedługo czeka nas walka w duecie. Nie chciałem się zgłaszać, żeby cię potem nie spowalniać.

Dai kiwnął głową i przyjrzał się arenie. Aż przetarł oczy po tym, co tam zobaczył. Na środku pola bitwy wyrastał teraz gigantyczny blok zbitego kamienia, przypominający miniaturową górę. Sięgał na wysokość kilku pięter i sprawiał wrażenie niemożliwego do ruszenia. Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie skruszy go żaden atak. Lita skała była wygładzona na bokach, co tylko potęgowało uczucie nienaruszalności.

- Wow - wyszeptał Sakuri - To naprawdę spory kawałek kamienia.

Na środek pola bitwy wyszedł sędzia i wzmocnionym chakrą głosem zaczął wyjaśniać zasady. Podobnie jak w przypadku poprzednich konkurencji, każda z drużyn musiała wytypować do wyzwania jednego kandydata. Samo zadanie było dość proste - reprezentanci musieli za pomocą pojedynczej techniki w jak największym stopniu uszkodzić stworzony przez połączone siły ANBU monolit. Następnie uszkodzenia zostaną obliczone przez eksperymentalne komputery i ich werdykt wyświetlony na ekranach monitorów. Zwycięża ten, kto zdoła zniszczyć jak największą porcję głazu. Tak banalne podejście do konkurencji zaskoczyło Daia. Miał wrażenie, że to zadanie nie może być takie proste. Zastanowił się nad ogłoszoną przez sędziego punktacją. Punkt zdobywała tylko ta wioska, która zajęła pierwsze miejsce, co oznaczało, że w najlepszym wypadku mogą liczyć co najwyżej na remis z Iwagakure. Na dodatek nie był pewny, jak Akane poradzi sobie z takim wyzwaniem. Bez wątpienia była potężna, ale wątpił, czy czysta siła fizyczna da radę przewyższyć ostateczne techniki reszty zawodników. Trochę żałował, że nie obudził się wcześniej. Wbrew temu, co mówił Sho, czuł się spokojnie na siłach, by sprostać zarówno tej konkurencji, jak i czekającej go walce w duecie.

- Reprezentanci wiosek to kolejno - sędzia poprawił okulary na nosie, spojrzał w trzymaną w dłoniach kartkę i wykrzyknął na całą arenę - Kumogakure - Kira Yumarana, Kirigakure - Haru Terumi, Konohagakure - Akane Kaguya, Iwagakure - Hibiki Makura, Sunagakure - Jirou Meiro! 

,,Zaczynamy" - pomyślał Dai i poprawił się wygodnie na ławce. Na ekranie wyświetlacza zobaczył losowaną kolejność, w jakiej występować będą poszczególne wioski. Oczywiście z ich szczęściem Liściowi przypadło niechlubne ostatnie miejsce. Pierwsza pozycja dostała się natomiast Mgle, której reprezentant już kroczył spokojnie w kierunku ogromnego monolitu. W porównaniu z potężnym głazem wydawał się śmiesznie mały. Mimo to szedł pewnym krokiem, jakby dobrze wiedział, co robi. Zatrzymał się przed przeszkodą i przekrzywił kilka razy szyję, rozciągając się leniwie. Widownia dopingowała go, a zwłaszcza shinobi z Kirigakure, którzy wciąż liczyli na zwycięstwo w turnieju.

- To znowu on - zauważył głośno Sakuri - Brał udział też w wyścigu. Haru Terumi, wnuk Piątej Mizukage.

- Walczyłeś z nim już?

- Nie, ale Kira miała okazję. Ten koleś jest bardziej niebezpieczny, niż na to wygląda. Potrafi używać Futtonu, zupełnie jak Takuma.

- No cóż, przynajmniej wiemy już, czego się po nim spodziewać.

Gdy Haru skończył się rozciągać, zaczął powoli zawiązywać pieczęcie. Nie spieszyło mu się, więc Dai nawet bez Sharingana odczytał znaki psa, dzika, tygrysa i wołu. Młodzieniec wziął głęboki wdech, mieszając w swoim ciele chakrę. Widownia na chwilę zamilkła, obserwując w napięciu rozwój wydarzeń. Uchiha nie spodziewał się zobaczyć nic zaskakującego - w końcu poprzedni pojedynek z Takumą pokazał już możliwości Uwolnienia Pary. Okazało się jednak, że pomylił się, bo technika, która wydobyła się z ust jounina, wcale nie przypominała kwasowej mgły jinchuurikiego. Wypluty w powietrze, nad ogromnym głazem rozłożył się gigantyczny pióropusz żarzącej się od gorąca, stopionej magmy, która ociężałym, powolnym ruchem opadła na cel. Z głośnym syczeniem zaczęła trawić kamień, rozlewając się po całej jego powierzchni i ściekając po brzegach na ziemię. W powietrze unosiły się białe obłoczki pary, podczas gdy lawa dokonywała dzieła zniszczenia. Starannie utworzona przez ANBU konstrukcja topniała teraz w oczach, tracąc regularny kształt i zmieniając się w dymiącą, rozpływającą się papkę. Daiowi bardzo przypominało to lody zostawione za długo na słońcu.

- Yoton: Yokai no Jutsu! - wykrzyknął Haru.

Trzeba było przyznać, że destrukcyjna siła tej techniki budziła wrażenie. Wielki jak góra głaz zapadał się w sobie, przybierając coraz to nowe kształty. Mimo to Daisuke zauważył, że dzieje się to coraz wolniej. Pokrywająca go lawa stawała się jakby coraz mniej płynna, a unosząca się w powietrze para - rzadsza. Gdy zobaczył formujące się na powierzchni ciemne grudki, zorientował się, że jutsu jounina traci rozpęd. Magma zaczynała tracić swoją temperaturę i kwestią czasu było, nim całkowicie ostygnie i zamieni się w twardą skorupę.

- Co to ma być?! - zawołał nieźle skonfundowany Sakuri - Uwolnienie Lawy?! Chował to w rękawie cały ten czas?! Dwa Kekkei Genkai...

- Dobry jest - przyznał Sho - patrzcie, co zrobił z tym wielkim kamieniem.

Pokryty dogasającą magmą głaz wydawał się teraz sporo mniejszy niż wcześniej. Najbardziej rzucał się jednak w oczy jego nieregularny, stopiony kształt. Dai próbował ocenić wzrokiem, jak duża część formacji została zniszczona, ale poddał się, nie mając do czego jej porównać. Tymczasem na monitorze migały już jakieś cyferki, które, jak się okazało, szacowały wynik Haru w konkurencji. Po chwili obliczeń ekran wyświetlił ,,36%", co oznaczało, że ponad jedna trzecia monolitu została roztopiona. Widownia, podobnie jak sam Terumi, wydawała się zakłopotana. Nikt nie wiedział, jak uzyskany rezultat ma się do wyników innych wiosek. Mimo wszystko reprezentant Mgły wydawał się dość zadowolony wystąpieniem. Zszedł z areny, powolnym krokiem oddalając się w stronę szatni.

- Trzydzieści sześć procent, co? - zastanowił się Sho - Ciekawe czy to dużo, czy mało.

- Nie mam pojęcia - odparł Daisuke - ale nasz Mokuton spokojnie by ten głaz rozkruszył. 

- Wiem, jak tak teraz o tym pomyślę, ja albo ty lepiej nadawalibyśmy się do tej konkurencji niż Akane. No cóż, pozostaje nam w nią wierzyć...

- Druga występuje Chmura - przerwał mu Sakuri - Ciekawe jak poradzi sobie Kira.

- Ta, z którą ścigałeś się łeb w łeb w wyścigu?

- Tak. Co prawda nie miałem za bardzo okazji się z nią zmierzyć, ale po technikach, których używała, jestem pewny, że byłaby niezłym wyzwaniem. 

- Kira Yumarana...- potarł brodę Sho - To imię od początku brzmiało mi jakoś znajomo. Teraz ją pamiętam. Pamiętacie egzamin na chuunina? To ona i jej drużyna odebrali nam na pewien czas zwój Ziemi.

Sakuri wytężył myślenie i zmrużył oczy, jakby starał się sięgnąć najgłębszego dna pamięci. 

- Coś kojarzę - przyznał - ale zmieniła się od tamtego czasu. Pamiętam, jak roznieśliście całą trójkę Mokutonem. Nie wiedzieli, co się dzieje. Z drugiej strony nie przypominam sobie, żeby używała wtedy Genshigana, a takie coś na pewno nie wypadłoby mi z głowy. Może wtedy jeszcze go nie przebudziła. To by wiele wyjaśniało.

- Jakikolwiek był tego powód - ziewnął Dai i założył ręce za głowę - to należy już do przeszłości. Chętnie zobaczę tą osławioną moc doujutsu Wioski Chmury. Podobno klan Yumarana wywodzi się od dawnych Uchiha. No i to Kekkei Genkai, Genshigan...słyszałem, że to nic innego jak mutacja Sharingana. Ciekawe jak ma się do oryginału.

- Nie lekceważ jego mocy - poradził Sakuri - Przekonałem się o tym na własnej skórze. Poza tym, Kira jest podobno córką Isao Yumarany, Szóstego Raikage.

- Taa...to by się zgadzało - wtrącił beznamiętnie Uchiha - Coś słyszałem, że staruszek Isao ma córkę.

- Staruszek Isao...? Znasz go?

- Bywał u nas parę razy - wzruszył ramionami - przecież wiesz, że on i mój ojciec byli członkami jednej drużyny.

Sakuri wydawał się być pod wrażeniem tych rewelacji. Pokiwał z uznaniem głową i mruknął:

- Czarna Błyskawica...tak wtedy na niego mówiono. Kurczę, ale chciałbym go poznać. Ile mógłbym się od niego nauczyć. Plotki głoszą, że tylko on jeden z całego klanu w pełni opanował Pryzmatyczny Genshigan.

- No nie wiem - odezwał się Shori - Ja go raczej pamiętam jako dość wyluzowanego kolesia.

- Pozory bywają mylące, Sho.

,,Mimo wszystko" - pomyślał Dai - ,,Ciężko wyobrazić sobie staruszka Isao w inny sposób".

Tymczasem Kira kroczyła już w stronę monolitu. Dzięki sprawnie przeprowadzonej akcji, ANBU odbudowali go całkowicie i teraz po doznanych zniszczeniach nie pozostał nawet ślad. Yumarana ubrana była dzisiaj w białą kamizelkę jounina Kumogakure i granatową sukienkę. Powiewając blond włosami, zbliżała się do przeszkody obrzucając widownię wyzywającym spojrzeniem. Przechodząc obok sektora zdominowanego przez shinobi Chmury, pomachała im lekko ręką, co spotkało się z głośnym aplauzem. Zatrzymała się przed głazem i zadarła w górę głowę. Chwilę przyglądała się górującej nad nią formacji, po czym uśmiechnęła się sama do siebie. Zamknęła oczy, a gdy ponownie je otworzyła, wyglądały już zupełnie inaczej. Wokół ich głęboko zielonej źrenicy rozłożone było osiem łezek bardzo przypominających te Sharingana. Dai zrozumiał, że opowieści o wspólnych korzeniach klanów Uchiha i Yumarana nie mogły być tylko plotką. Właśnie przed sobą miał najlepszy dowód na ich prawdziwość. Kunoichi, podobnie jak jej poprzednik, wzięła głęboki wdech i skoncentrowała się. Zaczęła łączyć dłonie w pieczęcie, charakterystyczne dla technik Uwolnienia Wody.

,,Ptak, koń, baran, zając, ptak" - zauważył Dai - ,,Co ona planuje?"

- Suiton - mruknęła dziewczyna - Funsai Tengoku.

Nabrała wody w usta, po czym zaczęła wypluwać w powietrze seriami duże pociski pod ciśnieniem. Żeby zliczyć je wszystkie, Dai musiałby aktywować Sharingan, a i wtedy nie byłoby to takie łatwe. Z każdą chwilą w niebo wylatywały dziesiątki nowych, śmiercionośnych kropel. Nie miał pojęcia, jak Kira z taką prędkością daje radę wszystkie je formować i wysyłać w powietrze, ale z pewnością było to niesamowicie trudne. Wyobrażał sobie, jak długo musiała pracować nad tą techniką. Jej usta poruszały się jak dobrze naoliwiony mechanizm, strzelając raz po raz kolejnymi ciśnieniowymi sferami. Wszystkie gromadziły się wysoko nad monolitem, tracąc tam rozpęd i zatrzymując się na ułamek sekundy w postaci ogromnej wodnej kałuży. Kilka centymetrów wyżej, a z pewnością uderzyłyby o okalającą pole bitwy barierę. Po długiej chwili takiej operacji Kira zaczęła zwalniać. Ostatnią kroplę wystrzeliła w chwili, gdy pierwsza zaczynała spadać już w dół. Powoli, nabierając rozpędu, kierowała się prosto na powierzchnię monolitu. Kunoichi odetchnęła i otarła wodę z ust. Nie był to jednak koniec jej spektakularnego przedstawienia. Choć jej czoło zrosiło się potem z powodu straty chakry, z pełnym napięcia uśmiechem rozwarła szeroko oczy i spojrzała na nadlatujące pociski. Wszystko stało się tak szybko, że Dai zdążył tylko dostrzec podejrzane lśnienie skondensowanych kropel. Gdy powstały deszcz sfer spadł na ogromny głaz, podniosła się ogromna kurzawa, a dookoła pola bitwy zaczęły latać sporej wielkości odłamki skalne. Rozległ się ogromny huk, przypominający trochę bębnienie ogromnego gradu o jakąś twardą powierzchnię, tylko że dużo mocniejszy. Trwał tak nieprzerwanie przez kilkanaście sekund, a jedyne, co było widać, to nadlatujące z góry dziesiątki zmasowanych pocisków. Gdzieś pośród całego tego pyłu znajdowała się Kira, ale powstała zawierucha kompletnie ją zasłoniła. Dai poczuł zimne ukłucie na twarzy i automatycznie podniósł rękę do policzka. 

- Lód? - mruknął, obracając w dłoni niewielki odłamek, póki ten nie stopniał.

Dym na arenie powoli przerzedzał się, ukazując podekscytowanej publiczności wyżłobiony od góry głaz. Otaczała go aura unoszących się w powietrzu kropelek wody, które rozszczepiając światło, powodowały delikatną tęczę. Wielki kamień przypominał teraz w zasadzie wielką miskę. Po bokach nie miał nawet jednej rysy, natomiast od góry ziała w nim ogromna dziura, sięgając niemal dna. Dai nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Kira stworzyła największy na świecie kubek do herbaty.

- Nieźle. Jak ona dała radę to wydrążyć zwykłą wodą?

- To nie była woda - oznajmił Sakuri, opierając rękę na grzbiecie ożywionego Tenrou - To był lód.

- Ale...jak? Może się mylę, ale nie przypominam sobie, żeby była użytkowniczką Hyotonu.

- Bo nie jest. To właśnie potęga Genshigana - doujutsu, które potrafi zmieniać stan skupienia i aranżację cząsteczkową materii.

- A więc legendy faktycznie się sprawdziły, co? - Dai uśmiechnął się słabo - To by wiele wyjaśniało. Spowodować takie bombardowanie gradem...niezła technika, zdecydowanie rangi A jeśli nie wyższej.

- To akurat nie powinno cię dziwić - dodał Shori - Klan Yumarana przypomina Uchiha nie tylko w nazwie. My mamy nasze techniki Katonu, za to oni używają Suitonu. Dokładnie tak jak mówi tata: ,,Prawdziwy Uchiha musi znać Uwolnienie Ognia". Myślę, że do klanu Yumarana można by zaaplikować podobne powiedzenie.

Daisuke spojrzał na pikający ekran wyników, na którym obliczał się właśnie wynik kunoichi z Chmury. Ku jego zmartwieniu procenty cały czas rosły, a gdy przekroczyły pięćdziesiąt, zaczął na poważnie się martwić. Licznik zatrzymał się dopiero na sześćdziesięciu ośmiu procentach. Publiczność ryknęła z zachwytu, nagradzając Kirę burzą braw i okrzyków. Najgłośniej oczywiście cieszyli się shinobi z Kumogakure, którzy po pasmie nieportunnych porażek odzyskali wiarę w zwycięstwo. Ich reprezentantka ukłoniła się teatralnie i, cała szczęśliwa, opuściła arenę. Odprowadzały ją nieustające oklaski i okrzyki poparcia. Tymczasem sędzia wyczytał już nazwisko następnego zawodnika. Hibiki Makura minął się z Kirą w przejściu. Miał na sobie szczelnie okalającą go pelerynę z kapturem, spod którego wystawała tylko grzywa nieuczesanych, bujnych włosów o wypłowiałym kolorze. Szedł ze smętnie pochyloną głową, a z szyi zwisał mu luźno zawiązany ochraniacz Iwagakure.

- Sześćdziesiąt osiem procent - zazgrzytał zębami Sakuri - No to mamy problem.

***

- Dwadzieścia trzy procent? - parsknął śmiechem Akeru - To najlepsze, na co stać Kamień?

Co prawda technika Raitonu, której użył Hibiki, nie należała do najsłabszych, ale nie budziła też bynajmniej zachwytu. Jeśli nie było go stać na nic lepszego, nie świadczyło to o nim zbyt dobrze. Nie był przecież zwykłym shinobi, tylko elitą Iwagakure. Powinien reprezentować sobą trochę więcej.

- Hibiki to medyk naszej drużyny - Tsuchikage spiorunowała go spojrzeniem z drugiej strony loży - Sianie zniszczenia nie należy do jego obowiązków. Drużyna Iwagakure dobrze wie, jakie są jej priorytety. Co zresztą widać wyraźnie w tabeli, Hokage.

- To się okaże na koniec tej konkurencji - odparł Akeru, siląc się na grzeczność - Oczywiście rozumiem, że nie każda wioska może mieć medyka, który łączy w sobie obie te cechy. Ktoś taki zdarza się jeden na milion.

Kobieta pufnęła i odwróciła się do niego plecami, krzyżując ręce na piersi. Uzumaki uśmiechnął się złośliwie pod nosem i niemal zatarł ręce z zadowolenia. Słaby wynik Kamienia oznaczał, że nie ucieknie on Liściowi dalej niż na jeden punkt. Nie martwił się też wyczynem Kiry. Pogratulował przyjacielowi tak świetnego wyszkolenia córki, ale głęboko wierzył, że Akane poradzi sobie z jej prześcignięciem. Ufał doborowi drużyny przez Rena. Sam tylko pobieżnie sprawdził, kogo wytypował Uchiha. Pomysł wysłania na te zawody młodego pokolenia jak na razie zdawał się być wielkim sukcesem.

- To nie było zbyt miłe, Akeru - zauważyła Mei, ale również się uśmiechnęła - Widzę, że bardzo boli cię spadek na drugie miejsce.

- To tylko przejściowe trudności. Tą konkurencję wygramy na pewno. Na pewno, słyszysz, Ren?

- Mhm.

Nastrój Uzumakiego trochę się popsuł, gdy sędzia wypowiedział imię reprezentanta Sunagakure. Dopiero teraz przypomniał sobie, że Jirou również bierze udział w tych zawodach. Był jinchuurikim Nanabiego i jednym z pierwszych członków Jinchuuriki 10. Nie można mu było odmówić doświadczenia ani umiejętności. Jeśli ktoś miał stanąć Liściowi na drodze w zdobyciu upragnionego punktu w tej kategorii, to tylko on. W połączeniu z mocą ogoniastej bestii jego Uwolnienie Wiatru budziło grozę nawet wśród shinobi jego własnej wioski. Choć Akeru sam świetnie obchodził się z tą naturą, Jirou niewiele do niego brakowało. Zerknął na Kazekage, który siedział z założonymi rękami, wyglądając na dość pewnego siebie. Nic dziwnego - w tej konkurencji wytoczył naprawdę ciężkie działa.

- Jirou - powiedział powoli Ren. To jedno słowo wystarczyło, by domyślić się, że jemu też nie podoba się ta sytuacja.

Na arenie członkowie ANBU kończyli już przygotowywać do użytku kolejny kamienny blok. Reprezentant Piasku zbliżał się już do nich, ze swoją charakterystyczną burzą długich, czarnych włosów. W jasnym, przewiązanym żółtym pasem płaszczu prezentował się zupełnie inaczej niż w standardowym stroju członka Jinchuuriki 10. Dało się go jednak z łatwością poznać po wytatuowanym wokół oka znaku, który znaczył ,,Siedem". Stanął za ogromnym monolitem i spojrzał wymownie na sędziego. Gdy otrzymał sygnał, że może zaczynać, zamknął na chwilę oczy, jedną ręką od niechcenia wykonując kilka pieczęci. Mogło to wyglądać na przesadną pewność siebie, ale Akeru wiedział, że powód tego jest zupełnie inny. Z chakrą Nanabiego Jirou nie musiał przejmować się odpowiednim dostosowaniem jej proporcji do używanego jutsu. 

- Mam złe przeczucia - mruknął.

Jinchuuriki otworzył oczy, a widownia ucichła, widząc, że za chwilę wykona swoją technikę. Uzumaki niemal tego nie zauważył. Był za bardzo pochłonięty wydarzeniami na arenie. Wynik jego kompana mógł przesądzić o zwycięstwie lub porażce Konohy w tej konkurencji. Przyjaźnił się z nim, ale w duchu liczył, że chakra Choumeia zawiedzie go chociaż ten jeden raz. Mimo wszystko wiedział, że jest to mało prawdopodobne. Meiro i Isshin rywalizowali kiedyś o pozycję Kazekage. Ostatecznie dostała się ona temu drugiemu, ale Jirou i tak wyrobił sobie reputację drugiego najsilniejszego shinobi Piasku. Od tamtego czasu minęło już parę dobrych lat, a jego umiejętności nie zmalały ani trochę. Wziął głęboki wdech, tak jak zwykł to robić zawsze podczas treningów Jinchuuriki 10. 

- Futon: Shinkunami - wyszeptał, ale z powodu ciszy panującej na stadionie, wszyscy go usłyszeli.

Wypuścił powietrze w jednym, długim wydechu, machając głową od lewej do prawej. Zmieszany z chakrą wiatr uformował się w pędzący półksiężyc o średnicy połowy areny. Był nawet szerszy od stojącego na jego drodze monolitu. Poruszał się z zawrotną prędkością i w ułamku sekundy dotarł do przeszkody. Nie rozbił się o nią, tylko przeszedł przez nią jak nóż przez masło, ścinając ją u podstawy. Akeru uniósł brwi i pokiwał głową. To z pewnością była najwyżej klasy technika Uwolnienia Wiatru. Moc, z jaką wbiła się w monolit prawdopodobnie wystarczyłaby, by amputować jeden z ogonów ogoniastej bestii. Fala wiatru nie poprzestała jednak na głazie i z całym swoim impetem wpadła na ścianę areny, wprawiając siedzącą w niższych rzędach publiczność w panikę. Jednakże, w tej samej chwili jej regularny kształt zaburzył się, jakby napotkała jakiś niewidzialny opór. Pomiędzy nią, a przerażonymi widzami pojawiły się czarne, zawijaste znaki, ponownie formując się w kopułę nad areną. Bariera Rena i Shiraia i tym razem nie zawiodła. Strumień powietrza próbował jeszcze pewien czas ją sforsować, ale z każdą chwilą tracił impet. Udało mu się trochę wygiąć regularny kształt kopuły, ale ta szybko odsprężynowała, ostatecznie trymfując nad techniką. Jednocześnie, naruszony u podstawy monolit poruszył się ciężko i powoli, ale z coraz większym impetem runął na ziemię, wzburzając tumany kurzu. W chwili zetknięcia z podłożem rozeszły się po nim liczne pęknięcia, a on sam rozsypał się w stertę różnej wielkości nieregularnych kamieni. Ich miniaturowa lawina rozsypała się z głośnym hukiem po polu bitwy, zatrzymując się u stóp nieporuszonego całym wydarzeniem Jirou. Dochodząca do siebie widownia jeszcze przez długi czas nie rozumiała, co się właściwie stało. Sam sędzia patrzył na jinchuurikiego z pełnym niedowierzania wyrazem twarzy. Ekran z tabelą wyników już pikał intensywnie, obliczając zniszczenia, ale bez problemu dało się stwierdzić, że były one ogromne. Jedyne, co pozostało po ogromnym monolicie to sterta gruzu i jego nietknięta, równo ścięta podstawa. Przypominała teraz nieco kolosalny pień drzewa po wycince. 

,,Niech to. Jak myślisz, Kurama, czy Akane uda się to pobić?"

,,Nie mam pojęcia. Dziewczyna potrafi mocno uderzyć, trzeba jej to przyznać. Ale czy uda jej się kompletnie skruszyć taki kawał skały?"

,,Posiada Shikotsumyaku Kasaia. On dałby radę. Wiesz, że potrafi wytworzyć tyle masy mięśniowej, ile w danej chwili potrzebuje..."

,,Nie mówimy tutaj o Kasaiu" - lis sprowadził Akeru na ziemię - ,,Nie wątpię, że ma potencjał, żeby tego dokonać. Tego i wiele więcej. Ale nie wiemy, w jakim stopniu opanowała do tej pory drugi poziom swojego Kekkei Genkai. Trochę cierpliwości, zaraz się przekonamy".

Spojrzał na stojącego w rogu z założonymi rękami Kasaia. Nie wyglądał na specjalnie przejętego techniką Jirou. Nawet w chwili, gdy ekran wyświetlił wynik, nie mrugnął nawet okiem. Skoro on zachowywał w tej chwili zimną krew, Akeru nie mógł być gorszy.

,,Osiemdziesiąt siedem procent" - odczytał, starając się brzmieć optymistycznie - ,,Może się udać".

,,Nie wiem, kogo próbujesz oszukać, Akeru. Jeśli siebie, to nie moja sprawa. Jeśli mnie - przypominam ci, że jestem od ciebie odrobinę starszy. Potrafię sam ocenić nasze szanse na zwycięstwo".

Jirou, odprowadzany gromkim aplauzem, opuścił arenę. Wydawało się, jakby wcale nie zależało mu na wyniku tych zawodów. Mimo wszystko otrzymał nawet oklaski od samego Kazekage, co stanowiło spore wyróżnienie. Członkowie ANBU tymczasem ze zdwojoną liczebością wzięli się za ostatnią już odbudowę ogromnego bloku. Tym razem zniszczenia okazały się tak znaczne, że musieli praktycznie stworzyć go od początku. Prawdopodobnie nie mieli już na to wystarczająco chakry, więc przydzielono im dodatkowych ludzi. Dzięki tej pomocy ich praca szła nawet szybciej niż wcześniej. Akeru zaniepokojonym wzrokiem obserwował, jak kamienna konstrukcja wznosi się pod niebo, z każdym centymetrem oddalając Akane od zwycięstwa. Po niedługim czasie cały gruz został już uprzątnięty, a na arenie ponownie piętrzył się imponujący monolit. Lada chwila reprezentantka Konohy miała wkroczyć na arenę. Czekano już tylko na sygnał sędziego. Uzumaki bębnił niecierpliwie palcami w parapet, nie mogąc wytrzymać tego napięcia. Cierpliwość nigdy nie należała do jego mocnych stron. Tym bardziej, że już od dłuższego czasu wystawiał ją na próbę jego własny syn. Poprosił Shiraia, by sprowadził go do loży Kage już pewien czas temu, ale jak do tej pory żaden z nich nie wrócił. Nie było to jednak nic nietypowego dla Kinseia. Zawsze chadzał własnymi ścieżkami, a teraz, po otrzymaniu takich obrażeń zapewne zmuszony został do wyleczenia się, nim zrobi cokolwiek innego. To wyjaśniało też tak długą nieobecność drugiego Uzumakiego. Od czasu przyjęcia go z powrotem do Konohy zachowywał się niezwykle lojalnie wobec Akeru i Rena. Praktycznie nigdy nie wracał, jeśli nie wykonał powierzonej mu misji.

- A teraz - przemówił wreszcie sędzia - Czas na ostatni już występ w tej konkurencji! Na arenie zaprezentuje się teraz reprezentantka drużyny Konohagakure!

Publiczność ryknęła gromkim okrzykiem, oczekując wiele po ostatnim występie Akane. Tymczasem na pole bitwy wkroczyła jakaś postać. Jej krok był spokojny i bardzo wyniosły. Wyglądało na to, że nie spieszy jej się z dotarciem do ogromnego monolitu. Odziana w czarną jak smoła, lekko przybrudzoną pelerynę, stąpała po ziemi z niezwykłą godnością. Jej średniej długości, spiczaste czarne włosy powiewały lekko na wietrze. Sędzia spojrzał na nią z daleka i przekrzywił głowę. Jednocześnie ruszył do niego jeden z asystujących mu członków ANBU.

- Zawodniczka drużyny Liścia! - ogłosił - Akane Ka... 

Przerwał w pół zdania. Ubrany w maskę dzika ANBU podał mu jakąś tajemniczą karteczkę. Staruszek zmrużył oczy i poprawił na nosie okulary. Akeru uniósł brwi - coś się tutaj nie zgadzało. Zlustrował spojrzeniem kroczącą po arenie postać. To zdecydowanie nie była Akane.

- Wygląda na to, że nastąpiła zmiana! - wykrzyknął zaskoczonym głosem sędzia - Konohagakure zamiast wcześniej ustalonej zawodniczki postanowiło wykorzystać swojego rezerwowego zawodnika!

,,Rezerwowego zawodnika?" - zastanowił się Uzumaki. Szczerze mówiąc, nie miał w ogóle pojęcia, kim był ich dodatkowy reprezentant. Wiedział tylko tyle, że główny trzon zespołu Konohy miało stanowić młode pokolenie. Wpatrzył się w zbliżającą się powoli do głazu odzianą w czerń postać. 

- Kto to taki? - zapytał na głos - Nie pamiętam, żebyśmy w ogóle wyznaczali dodatkowego uczestnika. Wiesz coś o tym, Ren?

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Samozwańczy reprezentant Liścia znajdował się już niemal u celu. Nie było możliwości, by w tej chwili go powstrzymać.

- Ren...?

Akeru odwrócił się w prawo i zobaczył...pustkę. Zniknął nie tylko jego przyjaciel - nie było też całego jego dobytku. Zerknął na unikającą jego wzroku Mei, która siedziała, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Przeniósł powoli wzrok na arenę, na czarnowłosego nieznajomego, a potem z powrotem na puste miejsce.

- Eeech?! - wykrzyknął na całą lożę, wybałuszając oczy.

Czterej Kage i ich ochroniarze spojrzeli na niego, jakby oszalał, ale chwilę później również zauważyli brak Uchihy. Im też natychmiast zrzedły miny. Tylko Mei wciąż udawała niewinną, co wychodziło jej tak sztucznie, jak to tylko możliwe.

- Ty...ty... - Akeru w gniewie nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Serce biło mu jak szalone - Ty mu pozwoliłaś...?!

- Tylko ten jeden raz - uśmiechnęła się niewinnie, mówiąc słodkim, przymilnym głosem. Mimo to Akeru zobaczył w jej oczach podstępny błysk, który wyjaśniał więcej niż jakiekolwiek słowa - No wiesz...żeby chłopcy mogli wygrać.

Twarz Hokage skamieniała, patrząc, jak jego przyjaciel nonszalancko ustawia się przy monolicie. Tylko znajdujący się wewnątrz jego Kyuubi świetnie się bawił, rechocząc bezczelnie. Sędzia zlustrował czarnowłosego wzrokiem i, z podobną miną co Akeru, cofnął się o trzy kroki.

- Reprezentant Konohagakure - ogłosił drżącym głosem - Ren Uchiha!

***

- Co...to...ma...być?! - wycedziła przez zęby Akane, wchodząc po schodkach do loży Drużyny Szóstej.

Cała trójka jej kompanów odwróciła się, z trudem odrywając wzrok od areny. 

- Wygląda na to, że Ren-sensei postanowił wziąć sprawy w swoje ręce - oznajmił lekko zszkokowany Sakuri.

- Ren? Ren Uchiha?! To on w ogóle jest częścią tej drużyny?

- Najwyraźniej - Sho kiwnął głową - Od samego początku nie chciał nam powiedzieć, kto jest rezerwowym zawodnikiem. Mówił, że nie powinno nas to interesować, bo naszym celem jest wygrać te zawody samemu. Teraz już wiem, o co mu chodziło.

- Przecież nas zdyskwalifikują!

- Nie zdyskwalifikują - zaprzeczył Dai - W turnieju nie mogą brać udział tylko Kage. Mój tata jest formalnie tylko specjalnym jouninem. Może reprezentować Liść jak każdy inny shinobi.

- Ale... - zaczęła jeszcze Akane, ale zrezygnowała. Usiadła na ławce obok reszty drużyny.

Shori czuł w powietrzu wzbierające, nienaturalne napięcie. Ogłuszający ryk widowni, dezorientująca burza oklasków i całe zamieszanie, jakie wywołało wyjście jego ojca na arenę nie mogły być tego przyczyną. Choć wrzawa była tak głośna, że co pewien czas musiał zatykać uszy, to nie ona stanowiła podłoże tego dziwnego uczucia. Przypominało ono trochę niewyjaśnioną presję, którą czuje się przed jakimś ważnym wyzwaniem. Z tego powodu cały świat docierał do Uchihy w trochę przytłumiony sposób - setki widzów na trybunach poruszały się jakby w zwolnionym tempie. Widział ich rozemocjonowane, pełne napięcia twarze, wykrzykujące jakieś niezrozumiałe słowa. Byli jak mrówki okalające wielkie pole bitwy, zlewając się w jedną wielką, rozhisteryzowaną masę. Po środku tego wszystkiego wznosił się samotny, gładko ociosany blok skalny, sięgający niemal czubka wysokości trybun. Od jego błyszczącej powietrzchni odbijały się lekko promienie słońca, które delikatnie oświetlało go zza chmur. U podnóża monolitu stał samotny, czarnowłosy mężczyzna. Odwrócił się w stronę swojego celu, dzięki czemu Sho mógł lepiej zobaczyć jego oblicze. Ren jak zwykle zachowywał stoicki spokój, jakby cały świat go nie obchodził. Z większością twarzy ukrytą za wysokim kołnierzem ciemnego płaszcza, wydawał się nie pasować do otaczającej go nawałnicy braw i okrzyków. Z przymkniętymi oczami wpatrywał się ponuro w górujący nad nim blok skalny.

- Remis z Iwagakure - zatarł ręce Dai - Potem już tylko zdobyć jeden punkt i jesteśmy w domu.

- Remis? - zdziwiła się Akane - Patrzyłeś może ostatnio na tablicę wyników? Mówi ci coś osiemdziesiąt siedem procent Suny?

- To nie ma znaczenia - oznajmił lekko szaleńczym głosem - Wygraliśmy. Tylko patrz.

Kaguya posłuchała kolegi i, tak jak reszta, czujnie zerknęła na pole bitwy. Było to akurat w chwili, gdy wyczuwalna w powietrzu presja wzrosła do granic możliwości, a Ren nagle otworzył szeroko oczy, zupełnie inne niż jeszcze przed chwilą. Po ich jasnoniebieskich tęczówkach nie było już nawet śladu. Zamiast tego cała twardówka przybrała krwistoczerwony kolor, a wokół jej źrenicy rozłożone były regularne kręgi. Na pierwszych trzech znajdowało się dziewięć łezek, rozłożonych bardzo podobnie jak w Sharinganie. Nawet z takiej odległości Sho mógł wyczuć dziwną moc bijącą od tych oczu. Ich głęboka czerwień sprawiała, że człowiek miał wrażenie, jakby się w niej powoli zapadał. Łezki przyciągały jego wzrok, nie pozwalając mu oderwać go od rozgrywających się wydarzeń. Czuł się, jakby cały świat przestał się nagle liczyć, niknąc w mroku ich potęgi. Jedyne, co się teraz liczyło, to te dwa spoglądające złowrogo dwa czerwone punkty, które zdawały się przewiercać jego umysł.

- Co to jest? - szepnęła Akane.

Shori zamrugał, wyrywając się ze swoistego transu. Na początku nie zrozumiał, o co chodziło koleżance. Dopiero po chwili zobaczył na czole Rena wydłużającą się bruzdę, której przed chwilą jeszcze nie było. Uchiha podniósł głowę, a skórzane fałdy rozsunęły się na boki, okazując się po prostu odwróconą powieką. Wewnątrz niej znajdowało się trzecie, identyczne do dwóch poprzednich czerwone oko, opatrzone takimi samymi kręgami oraz dziewięcioma łezkami. Nie zdziwiło go to specjalnie. Jego ojciec nie jeden raz pokazywał im już pełną formę tego doujutsu. Mimo to, nigdy nie chciał zaprezentować go w akcji. Właśnie dlatego Sho po prostu nie mógł doczekać się, by zobaczyć jego prawdziwą moc. Wiedział, że będzie to coś wyjątkowego. Ren nie zdążył jeszcze nic zrobić, a presja jaką wywoływał i tak była już ciężka do zniesienia.

- To ostateczna forma doujutsu senseia - wyjaśnił koleżance Sakuri, uśmiechając się od ucha do ucha - Rinne Sharingan!

- Rinne...Sharingan? - powtórzyła, marszcząc brwi - Co to za dziwne uczucie?

- Ren-sensei gromadzi swoją chakrę. Ale to nic w porównaniu do tego, co zaraz się zobaczysz.

,,To chakra taty?" - zdziwił się Sho. Po głębszym zastanowieniu było to oczywiste, ale jednak...Chakra jego ojca kojarzyła mu się zawsze z ciepłym i opiekuńczym wrażeniem, jakie ze sobą niosła. Ta teraz, choć niekoniecznie zimna, budziła w nim swoiste napięcie i ekscytację. Już raz doświadczył czegoś podobnego podczas pojedynku z Z. Wtedy właśnie chakra Rena zmieniła się nagle w tak lodowatą i okrutną, że ledwo mógł ją rozpoznać. Słyszał już o tym, że posiadała unikalne właściwości, ale nigdy nie wierzył, że aż do tego stopnia.

Stojący spokojnie na arenie Uchiha powoli chwycił swoją czarną pelerynę i jednym, potężnym ruchem wyrzucił ją w górę. Materiał załopotał na wietrze, ukazując ukryty pod nim strój mężczyzny. Podzielona na dwie części biało-czarna koszula z tylko jednym rękawem prezentowała się bardzo majestatycznie w połączeniu z luźnymi, ciemnymi spodniami. Ren wyłamał sobie kilkakrotnie kości w pięści, uśmiechając się lekko pod nosem, ale szybko powrócił do swojego poważnego stylu bycia. Sho zobaczył, jak ziemia pod jego stopami zaczyna powoli drżeć, formując dookoła powiększające się z każdą chwilą pęknięcia. Powietrze wokół Uchihy eksplodowało białą chakrą, spowijając go grubą, przypominającą płomienie powłoką. Jej ilość była wprost ogromna i Shori zdołał tylko otworzyć szeroko usta ze zdziwienia. Kątem oka zauważył, że reszta drużyny również ma podobne miny. Tymczasem biały płaszcz wokół ich senseia tylko powiększał się z każdą chwilą, a wewnątrz niego zaczynało dziać się coś dziwnego. Tworząca go chakra kondensowała się wokół użytkownika, tworząc jakieś regularne struktury. Dopiero po chwili do Sho dotarło, że są to w rzeczywistości kości, które powoli formowały się w klatkę piersiową wokół jego ojca. Żebra techniki okalały go luźno, zamykając w swoistej klatce, a następnie unosząc delikatnie nad ziemię. Wyrastający z podłoża kręgosłup wynosił go na coraz większą wysokość. Najpierw kilka, a później kilkanaście metrów - powstający szkieletor robił się z każdą sekundą coraz większy. Wkrótce do klatki piersiowej dołączyły kościste, długie ręce, złączone w łokciach z drugą, identyczną parą. Każda dłoń posiadała sześć palców, co trochę niepokoiło Sho. Uczucie, jakie wywoływała chakra Rena tylko się wzmocniło. Z szeroko otwartymi oczami patrzył na to, co dzieje się na arenie. Nigdy nie widział tej techniki na tak wysokim poziomie. Nie miał nawet pojęcia, że jego ojciec jest zdolny do czegoś takiego. Powstający gigant formował już nawet czaszkę. Jej świecące na czerwono, trupie oczodoły wpatrywały się w publiczność, przyprawiając Shoriego o ciarki. Odbijały w sobie doujutsu Rena, co było jeszcze bardziej niepokojące. Na szczycie głowy kościotrup posiadał dwa długie rogi, a jego złowrogi uśmiech tylko podkreślał jego przerażającą naturę. Wkrótce do całej konstrukcji dołączyła miednica oraz nogi, zwiększając jej wzrost ponad dwukrotnie. Na samym końcu z pleców techniki wychynęły rozłożyste, kościste skrzydła, których lekkie machnięcie wystarczyło, by podnieść pył wokół całej areny. Sho zerknął na brata, który uśmiechał się niczym szaleniec, podekscytowany jak nigdy. Jedną ręką zasłaniał twarz przed pyłem, ale nie mógł oderwać wzroku od ojca. Sakuri natomiast miał minę, jakby zaraz miał się przewrócić. Warujący u jego stóp Tenrou zaskomlał cicho i schował pod siebie ogon. Zjeżył sierść na grzbiecie i przylgnął czujnie do ziemi. Nie był to bynajmniej koniec wydarzeń na polu bitwy. Całe ciało kościotrupa spowijało się teraz cienkimi, niezliczonymi włókienkami, które, kondensując się, tworzyły mięśnie wojownika. Pełzały po całym jego ciele, nie omijając żadnego miejsca. Choć od chwili użycia techniki przez Rena minęło zaledwie kilka sekund, Sho widział powstającą muskulaturę jakby w zwolnionym tempie. Objęła całe ciało, a gdy ukończyła swe dzieło, na jego powierzchni znikąd zaczęły pojawiać się fragmenty potężnego pancerza. Ramiona osłonięte zostały odstającymi, płaskimi naramiennikami, a na stopach pojawiły się buty z zadartymi w górę czubkami. Spodnie oraz w jeszcze większym stopniu pokrywająca górną część ciała szata ozdobione były tajemniczymi, ornamentowymi wzorami. Wyrastające z pleców skrzydła pokryły się gęstymi, przypominającymi papierowe kartki piórami, natomiast w prawej tylnej ręce wojownika pojawiła się idealnie okrągła kula mieszcząca się akurat w jego dłoni. Na sam koniec jego twarz zamknęła się w równie intrygująco wyglądającej masce. Jej wydłużony kształt i jeszcze dłuższy nos, razem z wystającymi z ust kłami, przywodziły na myśl pysk jakiegoś potwornego węża. Tak jak wcześniej, z czubka głowy wystawały dwa lekko zakrzywione rogi, ale teraz twór Rena posiadał również burzę długich włosów. W większości powiewały one dziko, ale część z nich spięta była też po bokach koralikami. W jego uszach kołysały się lekko kolczyki w kształcie łezek. Najbardziej widoczny był jednak duży, regularny klejnot na czole, na którym, poza oczami wojownika, odbijało się doujutsu Rena. Po chwili przyjrzenia się, za wzorem okręgów i łezek Sho zobaczył Uchihę we własnej osobie, lewitującego jak gdyby nigdy nic w środku klejnotu. Jego mina nie zdradzała specjalnych uczuć, a założone na piersi ręce wręcz sugerowały relatywny spokój. Shori nie mógł nadziwić się tej technice. Manipulacja kształtem chakry, którą prezentowała, przekraczała wszystko, o czym słyszał. Okrągłe otwory, którymi kończyły się usta maski, pas którym przewiązana była szata, czy rękawice na jej czterech dłoniach - wszystko to musiało być niemal niemożliwe do wytworzenia. 

,,Czy to jest potęga Mangekyou Sharingana?" - pomyślał.

Z zachwytu wyrwał go dźwięk Sakuriego ześlizgującego się powoli z ławki. Chłopak nie przejął się tym specjalnie i, nie odrywając oczu od gigantycznej konstrukcji, wślizgnął się z powrotem.

- To...to jest... - wyszeptał.

- Tak - dokończył podekscytowanym głosem Daisuke - Susanoo. Ale nigdy nie widziałem go na takim poziomie. Nawet nie podejrzewałem, że tata coś takiego potrafi.

Sho przeniósł powoli wzrok na brata, ale nie wiedział nawet, co powiedzieć. Po chwili usłyszał cichy głos Akane:

- Powiadają, że moc Sharingana rośnie tym bardziej, im więcej cierpienia przeżyje jego użytkownik....Ile trzeba poświęcić, by osiągnąć taką moc...?

- Wszystko - odparł poważnie Sakuri - Ren-sensei stracił wszystko...ale to rozmowa na inną okazję.

- Taka ilość chakry - kontynuowała dziewczyna - I on jest tylko jouninem?

Sho nie zdążył jej odpowiedzieć. Kula w ręce Susanoo zawibrowała niespokojnie i, niczym plastelina, wydłużyła się w zupełnie nowy kształt. W mgnieniu oka przybrała postać ogromnego, długiego na kilkanaście metrów dwuręcznego miecza, który trzymany był przez tylko jedną parę rąk techniki. Potężne, szerokie ostrze budziło podziw, tym bardziej, że Susanoo dzierżyło je z taką łatwością. Powoli, bez pośpiechu, machnęło ręką w tył, wzbudzając istną zawieruchę. Chmura pyłu podniosła się z ziemi i, niczym miniaturowa burza piaskowa, obsypała całą publiczność. Shori zakaszlał, gdy piasek wypełnił jego oczy i nos. Niektórzy ludzie na widowni zaczęli krzyczeć, ale nie mógł ich zobaczyć. Jego umysł wypełniało kompletne zaskoczenie. Susanoo po prostu odgięło rękę w tył, a niemal zasypało ich piachem. 

,,Jak wielka będzie jego moc, gdy wyprowadzi cios?"

Nagle poczuł na plecach zimne palce strachu. Wypluł resztki pyłu i zdał sobie sprawę, że jeśli wojownik uderzy pod tym kątem, trafi nie tylko w monolit, ale również w znajdującą się za nim publiczność. Wyglądało na to, że Daisuke miał podobne przemyślenia.

- Ej - zaczął niepewnie - bariera to wytrzyma, co nie?

Nikt mu nie odpowiedział. Cała czwórka wpatrzyła się z niepokojem w kamienny mur oddzielający arenę od widowni. Tenrou zaskomlał cicho, natomiast lewitujący od dłuższego czasu Kuroshi skurczył się w coś przypominającego krzyżówkę myszy i zająca, a następnie wskoczył pod ławkę. Od czasu zniknięcia Kinseia zachowywał się bardzo niespokojnie, ale teraz przeszedł już samego siebie. Coraz więcej ludzi na stadionie zaczynało panikować, bezskutecznie starając się usunąć z drogi cięcia Rena. Nawet sędzia upuścił clipboard i zaczął ostrożnie się wycofywać. Sho serce waliło niczym młot, ale nie był już nawet pewny, czy to w wyniku chakry ojca, czy strachu. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się martwił - wszystko zdarzyło się tak szybko, że ledwo to zarejestrował. Susanoo przestawiło nogę do przodu i potężnie tupnęło. Cała arena natychmiast popękała, niemal zapadając się w sobie. W powietrze wystrzeliły odłamki skalne wielkości człowieka, zamieniając ją w nierówne, zdewastowane pobojowisko. Ziemia zatrzęsła się i jęknęła, wykrzywiając się pod wpływem wstrząsu. Sędzia w ostatniej chwili zdążył uskoczyć przed jedną z powstających szczelin. Shori otworzył szeroko oczy - moc tupnięcia oderwała nawet od ziemi monolit i uniosła go nieznacznie w powietrze. W tej właśnie chwili Susanoo wykonało swój ruch. Z szybkością, o jaką by go nie podejrzewał, płynnym ruchem cięło w jego stronę, ciągnąc miecz ostro w górę. Cięcie wytworzyło strumień skoncentrowanego powietrza w kształcie półksiężyca. Niczym tornado wpadł on w kolosalny głaz i, przy akompaniamencie wrzeszczącej publiczności, poniósł go wzdłuż areny niczym nic nie znaczący pyłek. Dzięki kierunkowi nadanemu mu przez Susanoo, uniósł się gwałtownie w powietrze, pchany od spodu przez monstrualną, brutalną siłę. Sho poczuł, jak wichura rozwiewa mu włosy i smaga twarz. Wpadały mu do oczu, więc przytrzymał je z trudem, by lepiej widzieć arenę. Strumień powietrza zachwiał nim i prawie zrzucił go z ławki, ale jakimś cudem dał radę utrzymać się w miejscu. Tymczasem monolit uniósł się już na taką wysokość, że aktywowała się otaczająca arenę bariera. W powietrzu ponownie pojawiły się tajemnicze, czarne znaki, próbując powstrzymać ogromny pocisk. Pchający go od spodu półksiężyc jednak nawet nie zwolnił. Rozpędzony głaz przebił się przez barierę, która pękła niczym bańka mydlana. Lewitujące symbole zniknęły tak szybko jak się pojawiły, nie stawiając niemal żadnego oporu. Później wszystko poszło jeszcze szybciej - nie ograniczany niczym strumień wiatru wyniósł swój cel na ogromną wysokość, niemal znikając z oczu oszołomionej publiczności. Tam też ostatecznie przeciął go na dwie równe połowy i poleciał dalej. Rozcięty głaz cały popękał, pokrył się rozchodzącymi szczelinami, a następnie rozpadł się na setki drobnych kamyczków, które spektakularnie rozprysnęły się na niebie. Oświetliło je intensywne słońce, które ni stąd, ni zowąd zaczęło niezwykle intensywnie świecić. Sho dopiero po chwili zorientował się, co spowodowało tą zmianę - zakrywająca je gruba warstwa chmur również została równo przecięta, odkrywając zasnute niebo.

Na stadionie zapanowała kompletna cisza, przerywana tylko odgłosem niezliczonych, miniaturowych kamyczków uderzających o zdewastowaną ziemię. Przypominały grad, stukając nieprzerwanie i odbijając się od powierzchni nieruchomego Susanoo. Cała drużyna Konohy siedziała bez ruchu z szeroko otwartymi oczami i rozdziawionymi ustami. Nawet Akane straciła na chwilę wszelkie hamulce i gapiła się na białego wojownika z niedowierzaniem. Publiczność również się nie poruszała, zamarła w mieszance strachu i zachwytu. Nad głowami Daia, Sho, Sakuriego i Akane pikał zawzięcie monitor z wynikami. Jego praca była bardzo nierównomierna - często zacinał się i bzyczał, jakby zaraz miał się przegrzać. Nie dało się nie zauważyć, że obliczenie zniszczeń zajmuje mu zdecydowanie dłużej niż przy poprzednich zawodnikach. Shoriego z letargu wyrwał dopiero ogłuszający wrzask, który niemal rozerwał mu błonę bębenkową. Skrzywił się i zatkał uszy, uderzony rykiem zachwyconej publiczności.

- Co...co to było...? - zapytała Kaguya, trzymając się parapetu z taką siłą, że aż odcisnęła palce w kamieniu.

Z początku nikt jej nie odpowiedział. Dopiero po dłuższej chwili Sakuri pokręcił głową i odparł:

- To, Akane - uśmiechnął się szeroko - to był cios Rena-sensei.

Sho jeszcze długo nie mógł oderwać wzroku od areny. Nawet po tym, jak biały wojownik delikatnie rozpłynął się w powietrzu, a Ren opadł delikatnie na ziemię, wciąż widział przed oczami potężne cięcie lecące przez niebo. 

,,Cięcie, które przepołowiło chmury".

Uchiha, odprowadzany nieustającymi brawami i okrzykami, podniósł swój przybrudzony płaszcz i jak gdyby nigdy nic ruszył do wyjścia. Sho zdał sobie sprawę, jak wbrew pozorom mało wie o swoim ojcu. Usłyszał głośne piknięcie i uniósł głowę. Na ekranie wyświetlił się wynik drużyny Konohy.

,,100%" - odczytał.

***

- Dobra robota, Akeru - oznajmił Kasai, kładąc mu rękę na ramieniu - Przynajmniej wygraliśmy.

Spiorunował go spojrzeniem, w którym odbijała się raczej chęć mordu niż duma z przyjaciela. Otarł dłonią pot z czoła, po czym zobaczył odwrócone ku sobie twarze pozostałych Kage.

- Taaak - powiedział powoli Kojiro - Dobra robota...Akeru.

Uzumaki zrobił minę, jakby ktoś wycisnął mu cytrynę do ust. Uśmiechnął się najbardziej ulegle, jak tylko potrafił i zapewnił:

- Ee...tego...ja nie wiedziałem...

Tsuchikage pufnęła z dezaprobatą, a Kojiro pokręcił głową. Isshin nie zareagował za to wcale, wciąż wpatrując się z niedowierzaniem w lecący z niebios pył po zniszczonym monolicie i mrugając nieprzytomnie oczami. Tylko Isao zdawał się świetnie bawić, nie zważając na porażkę drużyny Kumogakure.

- Ach, to przywołuje wspomnienia - oparł z rozmarzeniem dłoń na policzku - Ponownie zobaczyć Pefekcyjne Susanoo Rena...warto było pojawić się na tym turnieju choćby po to.

- Mnie jakoś nie zachwyciło - odparł zgryźliwie Akeru, po czym odwrócił się do Mei - Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tej samej chwili, niczym cień, nie zauważony przez nikogo na ławkę pomiędzy nimi opadł Ren. Jego poważny, niemal znudzony wyraz twarzy jak zwykle działał mu na nerwy. Po tym, co przed chwilą zrobił, powinien wrócić cały skruszony, a on najwyraźniej nie zamierzał tego nawet skomentować. Zgromadzony w loży tłum również skoncentrował na nim poirytowane spojrzenia. 

- Więc? - zapytał z oczekiwaniem Akeru.

- Wróciłem.

- Wróciłeś...Mogę wiedzieć, dlaczego w ogóle poszedłeś?!

- Byłem rezerwowym zawodnikiem.

- Zauważyłem to, Ren! Nie odwracaj kota ogonem. Nic mi nie powiedziałeś, że masz zamiar brać udział w turnieju!

Zaczynał coraz bardziej się podpalać, a jego temperament znów przesłaniał mu racjonalną ocenę sytuacji. Szybko jednak przywrócił go do porządku Kyuubi:

,,Nie przy tylu ludziach. Ucisz się trochę, bo przynosisz sobie więcej wstydu, niż zysku".

,,Uciszyć się?! Widziałeś to samo, co ja?"

,,Nie udawaj. Byłeś na to przygotowany z chwilą, gdy tylko wyszedł na arenę".

,,Przerwał całą barierę! Jak mamy niby zapewnić teraz publiczności bezpieczeństwo?" - pieklił się Akeru.

,,Barierze nic się nie stało" - uspokoił go Kurama - ,,To samoregenerująca się technika. Za parę minut wróci do normalności".

,,Skąd ta pewność?"

,,Bo Mito użyła tego samego jutsu, żeby uwięzić mnie w jednym miejscu, podczas gdy jej mąż pieczętował mnie w jej ciele, niech ją. Gdyby zniszczenie jej było takie proste, nie odbywalibyśmy teraz tej rozmowy".

,,Zaraz...Mito? Mito Uzumaki?"

,,Mhm. Przecież mówiłem ci już, że była moją pierwszą jinchuuriki".

,,Jasne" - Akeru klepnął się w czoło - ,,Czasami zapominam, ile tak naprawdę masz lat, Kurama".

Dzięki temu wewnętrznemu dialogowi trochę ochłonął, ale nadal złościło go zachowanie przyjaciela. Jedynym promykiem nadziei w całej tej sytuacji był obecny wynik Konohy. Zarówno ona, jak i Iwa remisowały z czterema punktami na koncie, oddalając się coraz bardziej od posiadającej dwa punkty Kumo. Na szarym końcu, z tylko jednym oczkiem znajdowały się Kiri oraz Suna. Choć jego zdaniem Ren swoim zachowaniem zrujnował reputację Liścia, musiał przyznać, że zobaczenie napisu ,,100%" na wyświetlaczu było dziwnie satysfakcjonujące. Szeroko rozdziawione usta Kojiro chociaż trochę rekompensowały mu to, co nastąpiło później. Na szczęście cała ta niedorzeczna konkurencja była już za nimi. Z tabeli wynikało, że następny w kolejności zbliżał się pojedynek Konohy z Kumo. I to bynajmniej nie byle jaki - wreszcie nadszedł czas na długo wyczekiwane przez wszystkich starcie w duecie, w którym brali udział aż dwaj reprezentanci każdej z wiosek. Zerknął kątem oka na Isao. Nie miał wątpliwości, kogo wystawi w tej konkurencji. Jak do tej pory Chmura wciąż trzymała w rękawie swoje dwa największe asy. Gdyby nie to, z pewnością zajmowałaby teraz miejsce Liścia lub Kamienia na szczycie tabeli. Ale również i oni mieli solidną przeciwwagę dla duetu A-B Isao. Daisuke i Shori, którzy również jeszcze nie występowali, z pewnością gotowali się już do walki. Co prawda Konoha występowała już trzeci raz pod rząd, ale nie przeszkadzało mu to. Nie mógł się już doczekać tego starcia. Synowie Rena stanowili najlepszy duet, jaki w życiu widział. Czasami obserwował ich treningi i musiał przyznać, że ich zgranie przekraczało wszelkie granice. Szczerze mówiąc, nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak wiele pracy i wysiłku włożyli, by w czasie walki stać się praktycznie jednym, doskonale uzupełniającym się bytem.

- Wiesz, co to oznacza? - usłyszał głos Mei po prawej. 

- Wiem - odparł poważnie Ren - Teraz kolej na Daia i Sho.

Szturchnął łokciem równie zaalarmowanego Isao. 

- Isao...rozumiem, że Chmura wystawi w tym pojedynku A i B?

- No raczej - Raikage uśmiechnął się promiennie - Niech to będzie dobra walka, Akeru. Chętnie zobaczę synów Rena w akcji.

- Duet A-B kontra Bliźniacze Smoki...co za ironia losu.

- Wiem, ale może to i lepiej. Mam już powyżej uszu dyskusji, kto z nich jest najlepszym zespołem. W ten sposób przynajmniej bezproblemowo wyłonimy definitywnych zwycięzców.

,,Taak...bezproblemowo" - pomyślał z niepokojem Akeru. Twarz Rena stężała, co nie wróżyło nic dobrego. Znał tą minę aż za dobrze i obawiał się konsekwencji tego, co ze sobą niosła. 

Bliźniacze Smoki vs. Duet A-B Edytuj

- Jeszcze nie wrócił - mruknął Dai, spoglądając z oczekiwaniem na wejście do loży. Nic się jednak nie wydarzyło - Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie pójść go poszukać. Kto wie, w jakie kłopoty mógł się wpakować.

- Masz rację - odparł Sho, przypinając do pasa katanę - ale wstrzymajmy się z tym jeszcze. Znasz go i sam wiesz, na jak długo potrafi znikać. Na razie nie ma powodu do niepokoju. Jeśli po naszym powrocie dalej go nie będzie, zaczniemy się martwić.

Daisuke poprawił na czole ochraniacz z logiem Konohy, po czym oznajmił:

- Swoją drogą, na nas już chyba pora, Sho. Po występie taty ANBU nie mieli za wiele do sprzątania, więc walka powinna zaraz się zacząć.

- Tak, lepiej już chodźmy. Nie ma czasu do stracenia.

- Tylko na siebie uważajcie - rzucił do nich Sakuri - Pamiętajcie, że brakuje nam tego jednego punktu do odzyskania prowadzenia. Nie zepsujcie tego...Bliźniacze Smoki.

- Możesz na nas liczyć - odpowiedział Dai z pewną siebie miną - Jeśli chodzi o walkę w duecie, nie musisz się o nas martwić.

Odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia. Sho podążył za nim, jednak w ostatniej chwili usłyszeli jeszcze z tyłu głos Akane:

- Nie dajcie się zabić.

Uchiha uniósł kciuk w górę, nawet się nie odwracając. Razem z bratem opuścili lożę Konohy i znaleźli się w wąskim, kamiennym korytarzu prowadzącym do szatni. Panujący w nim półmrok mocno ograniczał odległość dobrego widzenia. Zdążyli się już wcześniej przygotować, więc ominęli szatnię i od razu skierowali się ku odnodze kończącej się wyjściem na stadion. Ten tunel był już dużo jaśniejszy, a rozświetlające go regularnie rozłożone lampy wprawiały człowieka w pewien rodzaj transu. Bliźniacy przez dłuższą chwilę szli w milczeniu. Dai starał się o niczym nie myśleć, ale szybko przekonał się, że w takiej chwili wszelkie jego postanowienia na nic się zdają. Stresował się tym pojedynkiem, tym bardziej że podejrzewał, z kim przyjdzie im się zmierzyć.

- Sho - zagadnął - wiesz, przeciw komu najprawdopodobniej będziemy walczyć.

- Tak.

- Wiesz, że musimy dać z siebie sto dwadzieścia procent. Ci kolesie są jinchuuriki, a poza tym osobiście szkoli ich tata...

- Nas też. I to o wiele więcej niż ich.

- Co racja, to racja. Ale chodzi mi o to, że jeśli istniał kiedyś pojedynek, w którym koniecznie nie mogliśmy zawieść, to z całą pewnością będzie nim ten. Od tego nie zależy tylko zwycięstwo w igrzyskach, ale też nasza reputacja.

- Pokażemy im, na co stać Bliźniacze Smoki - odparł z dziwną pewnością siebie Shori. Dai znał go od urodzenia, a nieczęsto słyszał w jego głosie taką determinację - Nie obawiaj się. Mam twoje plecy, braciszku.

- A ja twoje - uśmiechnął się i zobaczył przed sobą światełko w tunelu - Dobra, teraz nie ma już odwrotu. Zakończmy to raz na zawsze i pokażmy tym całym A i B, że w branży duetów shinobi panuje obecnie niepodzielnie hegemonia Bliźniaczych Smoków.

- No i to rozumiem - zaśmiał się Shori - To mój starszy brat!

- Chodź, Sho. Zróbmy to dla Kinseia, Sakuriego, staruszka Akeru i rodziców!

- ...i Akane - dodał skwapliwie młodszy z braci.

- Może być, nawet dla niej - machnął ręką Daisuke i ruszył w pełnym biegu przed siebie. Jego bliźniak podążył tuż za nim i po kilku sekundach ramię w ramię przekroczyli kamienny łuk, wypadając rozpędzeni na arenę.

Otworzyła się przed nimi oszołamiająco wielka przestrzeń, z setkami kibiców skandującymi na trybunach dookoła. Przez pierwszy moment to wrażenie było wręcz przytłaczające, ale Dai szybko się przyzwyczaił. Teraz już wiedział, jak czuli się Akane, Kinsei i Sakuri. Z widowni nie wyglądało to nawet w połowie tak oszałamiająco. Mimo to nie przeszkadzał mu tłum ludzi. Od zawsze czuł się w takich sytuacjach jak ryba w wodzie. Razem z bratem zahamował gwałtownie butami, zatrzymując się mniej więcej po środku areny. Cały podekscytowany pomachał widowni, otrzymując w zamian burzę oklasków. Spojrzał na lożę Kage i faktycznie zauważył tam siedzących rodziców oraz Akeru. Shori zachowywał się w dużo bardziej wyważony sposób. Kompletnie ignorował publiczność, zerkając tylko w tym samym kierunku co brat. Z takiej odległości ciężko było wyczytać coś z twarzy Rena czy Mei bez Sharingana. Mimo to sama ich obecność dodawała Daiowi otuchy. Zawiał silny wiatr, smagając bliźniaków grudkami unoszonego piasku. Mimo to odwrócili się ku sobie, cali podekscytowani nadchodzącym wyzwaniem. Dai na długo zapamiętał tą uśmiechniętą twarz, identyczną co jego własna.

- Proszę, proszę - usłyszał - Czy to przypadkiem nie słynne Bliźniacze Smoki Konohy?

Z kurzawy wyłoniły się dwie kroczące powoli postaci.

- A i B z Chmury - zmrużył oczy Sho.

- Muszę przyznać, że wykazaliście się niezłą odwagą wychodząc na tą arenę - uśmiechnął się prowokująco A - Ile to już czasu?

- Zbyt krótko - odparł Dai.

- Och, nie mów tak, Daisuke. Wydawałeś się zadowolony, gdy stawiliśmy się wam na pomoc w tamtym lesie.

- To tata odwalił za was całą robotę. Ostatecznie nie kiwnęliście nawet palcem.

- Hmpf.

Obaj shinobi stanęli przed bliźniakami i zmierzyli się z nimi wyzywająco wzrokami. Jeden z nich miał jasną skórę, natomiast drugi ciemną. Ten pierwszy, A, z zuchwałym uśmiechem spoglądał Daiowi w oczy, zupełnie jakby rzucał mu wyzwanie. Uchiha nie polubił go już podczas tamtej niefortunnej misji przeciw Senso. Nie narzekał jednak, biorąc pod uwagę, że naprawdę znajdowali się w poważnych tarapatach. Teraz jednak, gdy widział ten pewny siebie wyraz twarzy, czuł, jak pulsuje mu żyła na czole. Wyobrażał sobie, co za chwilę zrobi z tą jego gładką twarzą i ułożonymi w artystyczny nieład blond włosami. Odwzajemnił spojrzenie, pokazując mu, że wcale się go nie boi. W jasnoniebieskich oczach A zobaczył na chwilę lekkie zaskoczenie, które szybko ustąpiło miejsca jeszcze większej porcji zuchwałości.

- Naprawdę powinniście odpuścić sobie ten duetowy biznes - rzucił blondyn - Pewnego dnia nie będzie nas przy was i zrobicie sobie krzywdę.

- Już wystarczy, A - mruknął jego ciemnoskóry kompan - Nie ma sensu rozmawiać z dzieciakami.

- Dzieciakami? - Sho uniósł brew - Jesteście od nas niewiele starsi. Ile dokładnie macie lat?

- Dwadzieścia.

- A my siedemnaście - Dai aż zazgrzytał zębami - To faktycznie ogromna różnica.

- Wkrótce się przekonacie - A wyszczerzył się w irytującym uśmieszku i nachylił się w kierunku Daia - że trzy lata potrafią zrobić ogromną różnicę.

- Wy za to - chłopak również się nachylił, niemal stykając się czołem z jinchuurikim - że bycie uczniem Rena Uchihy, a jego synem dzieli ogromna przepaść.

Nastąpiła chwila długiego milczenia, podczas której czwórka zawodników nieprzychylnie mierzyła się wzrokiem. Przez moment Dai nie słyszał nawet podekscytowanej publiczności. Wyznaczył sobie za cel pokazanie miejsca w szeregu tym dwóm uzurpatorom. Postanowił, że sam policzy się przede wszystkim z A, natomiast B zostawi bratu. Ten tajemniczy ciemnoskóry mężczyzna, pomimo cichego zachowania, wydawał się równie niebezpieczny co jego partner. Na młodej, aczkolwiek zadziwiająco poważnej jak na taki wiek twarzy, posiadał pojedynczą bliznę ciągnącą się przez prawy policzek, aż do kącika ust. Z głowy zwisały mu grube, brązowe dredy związane z tyłu w celu wygody. Ubrany był w ciemnofioletowy płaszcz, równie ponury co on sam. Choć w jego wzroku Dai nie zauważył tej samej złośliwości co u A, z całą pewnością widział w nim równy albo i większy stopień zuchwałości i zadufania. Zawiał świszczący wiatr, a sędzia podszedł i rozdzielił dyskutujących shinobi.

- Wystarczy - powiedział, patrząc surowo na oba duety - Cofnijcie się trochę. Wtedy zaczniemy prawdziwy pojedynek, a wy będziecie mogli rozwiązywać wasze konflikty zgodnie z zasadami turnieju.

- Spokojnie, staruszku - roześmiał się A - Tylko rozmawialiśmy.

Cała czwórka wykonała kilka kroków w tył, a sędzia stanął pomiędzy nimi z podniesioną ręką. Daiowi mocniej zabiło serce - to na ten moment czekał przez cały wczorajszy i dziesiejszy dzień. Wreszcie razem z Sho będzie mógł się wykazać i przysłużyć jakoś drużynie.

,,Koniec leniuchowania" - pomyślał podekscytowany - ,,Bliźniacze Smoki wracają do gry".

Sędzia opuścił rękę, a donośna syrena oznajmiła początek pojedynku.

***

- ...i ani mi się waż czegoś teraz próbować - ostrzegł Rena Akeru - Mówię poważnie. Wiem, że tam walczą teraz twoi synowie, ale nic wielkiego w końcu im się nie stanie.

- Skąd ta pewność?

- No...mówimy tutaj w końcu o A i B. Mogą być niedojrzali, zaczepni, zuchwali - wymieniał - irytujący, bezczelni...zaraz, o czym to ja mówiłem? Aha, miałem na myśli, że przecież pamiętają, kto ich szkoli. Dobrze wiedzą, co byś im zrobił, gdyby trwale uszkodzili Daia albo Sho.

- Nie są nawet blisko.

- Tym bardziej będą walczyć fair play. Po tym przedstawieniu, które przed chwilą dałeś, na ich miejscu też bym tak zrobił.

- Bez obaw, Akeru - Mei uśmiechnęła się uspokajająco - Już o tym rozmawialiśmy. Tym razem nie będzie żadnych niespodzianek. Prawda, Ren? - spojrzała na niego wyczekująco.

- Mhm...

- Coś trochę mało przekonania w jego głosie - zauważył sceptycznie Akeru - Swoją drogą, Ren...czy ty przypadkiem nie miałeś ze sobą płaszcza?

Mężczyzna zerknął na swój biało - czarny strój z tylko jednym rękawem. Uzumakiemu wydawało się, że zauważył w jego wzroku lekki popłoch, ale równie dobrze to mogło być tylko złudzenie.

- Miałem. Jakiś problem?

- No...co się z nim stało?

- Daj spokój - wtrąciła się Mei, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z mężem - od kiedy tak interesuje cię garderoba Rena?

Faktycznie miała rację. To nie było w końcu nic ważnego, więc Akeru machnął ręką i postanowił w spokoju oglądać mecz. A z całą pewnością było, na co popatrzeć. Na środku pola bitwy zaczął się właśnie piękny pokaz współpracy i walki wręcz. Bliźniacze Smoki rzuciły się na przeciwników, w mgnieniu oka znajdując słabe punkty ich gardy. Czerwone oczy z trzema łezkami mówiły same za siebie - Dai i Sho aktywowali Sharingana i z całą pewnością w pełni go wykorzystywali. Tak pewni siebie jeszcze przed chwilą A i B skrzyżowali ręce przed twarzą, ale i to na niewiele im się przydało. Synchronicznie wyprowadzone ciosy w brzuch przełamały ich gardę, a w tym samym momencie bliźniacy podskoczyli i kopnęli ich z półobrotu. Shinobi zderzyli się w powietrzu głowami, upadając na ziemię.

- Nie wchodź mi w drogę - warknął A - Wiesz, co robić!

Bez słowa wyszarpnął zza pasa przerośniętego kunaia, a B bez trudu chwycił go w pasie i zaczął obracać. Przypominało to bardzo wielki młynek, dzięki któremu A nabrał rozpędu. W odpowiednim momencie jego partner puścił go, wyrzucając do przodu jak ogromny pocisk. Z wyprostowaną przed siebie ręką z kunaiem, pełnił właśnie taką funkcję. Wycelował prosto w głowę Daia, który dzięki Sharinganowi zdążył wychylić się do tyłu. Przeleciał tuż nad jego twarzą, otrzymując potężnego kopniaka w splot słoneczny. Wybałuszył oczy i wyleciał kilka metrów w powietrze, kompletnie ogłuszony siłą ciosu. B chciał mu pomóc, ale sam miał spore problemy z atakującym go Sho. Młodszy z braci wykorzystał fakt, że stracił on koncentrację i chwycił go za rękę. Wprawnym ruchem przerzucił go przez ramię, wgniatając brutalną siłą w ziemię. Sekundę później obok niego wylądował A, jęcząc z bólu.

- To wszystko? - zdziwił się Dai, podchodząc do Shoriego - Na nic lepszego was nie stać?

W tej samej chwili, w której to powiedział, ciała obu shinobi wydały z siebie głośne pufnięcie i rozpłynęły się w kłębach dymu. Uchiha automatycznie odwrócił się, akurat w momencie, gdy ziemia za nim pękła i wyskoczył spod niej B, chwytając go za szyję. Wybałuszył oczy, podczas gdy wielka łapa zaciskałą się na jego gardle żelaznym uściskiem.

- Dai! - ryknął drugi z braci i ruszył mu na ratunek.

- Na twoim miejscu martwiłbym się sobą! - oznajmił A, gramoląc się z tunelu tuż za partnerem.

Ruszył na spotkanie rozwścieczonemu Sho, wyprowadzając kopnięcie z wyskoku. Uchiha uchylił się jak w transie i trzasnął go na odlew w nos. Mężczyzna potoczył się ładnych kilka metrów po ziemi, trzymając się za twarz. Tymczasem Daiowi coraz bardziej brakowało powietrza. Z wybałuszonymi oczami wpatrywał się w surową, naznaczoną blizną twarz B, która nie wyrażała żadnego współczucia. Chwycił jego rękę, ale nie udało mu się zdjąć jej z szyi. Przez chwilę szarpał się z oprawcą, ale B miał zdecydowanie zbyt wiele siły, by dać się tak łatwo pokonać. Akeru wiedział, że synowie Rena sami nigdy nie narzekali na brak tężyzny fizycznej, ale w tym wypadku to oni byli na straconej pozycji. Tymczasem do Daia zbliżał się już jego rozpędzony brat. Sho przestał już żartować i shinobi z Kumo chyba to wyczuł. Wystarczyło, że położył dłoń na drewnianej rękojeści katany, by B wyobraził sobie potencjalne konsekwencje jej spotkania z jego ręką. Puścił Daisuke, który upadł na kolana, krztusząc się. Wycofał się kilka metrów w tył, tak, że stał teraz po przeciwnych stronach areny co A. Dai uśmiechnął się pod nosem, macając szyję. Wyglądało na to, że nic poważniejszego mu się nie stało.

- Wszystko w porządku? - zapytał Sho, pomagając mu wstać.

- Tak, dzięki - podniósł się na równe nogi, bacznie obserwując przeciwników.

Obaj jinchuuriki zdążyli już dojść do siebie. Wyglądali na podejrzanie zadowolonych, a Akeru dokładnie wiedział dlaczego. Udało im się ustawić w idealnej pozycji do wykonania ich popisowej techniki. Wysunęli w bok dominujące ręce i spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Bliźniacy chyba przeczuwali, co się święci, bo cofnęli się trochę, dotykając się plecami. W ten sposób byli przygotowani na atak z każdej strony, nie licząc powietrza.

- Zróbmy to, B!

- Wiem!

Niczym dwa ludzkie czołgi, shinobi z Kumogakure ruszyli ku sobie, cały czas trzymając wyciągnięte po bokach ręce. Rozpędzili się do tego stopnia, że Akeru ledwo widział ich bez użycia Byakugana. Zdziwił się, że tak szybko zdecydowali się na użycie tej techniki. Jeśli obaj trafiliby za jej pomocą któregoś z Bliźniaczych Smoków, oznaczałoby to koniec nie tylko dla tego duetu, ale i życia któregoś z nich. Zbyt wiele razy widział, jak A i B wykonują to combo na słomianych kukłach. Zawsze kończyło się tym samym - dekapitacją lalki. Skoro tak szybko postanowili je wykorzystać, oznaczało to, że traktują ten pojedynek o wiele poważniej niż mogło mu się wydawać. Być może zmusiła ich do tego presja, jaką niespodziewalnie wywarli na nich bliźniacy za pomocą taijutsu. Miał tylko nadzieję, że się nie zapomną. Jeśli ta technika trafiłaby któregoś z jego synów, nic nie powstrzymałoby Rena przed przerobieniem A i B na krwawą papkę. Przełknął ślinę. Sama perspektywa tego nie budziła najlepszych skojarzeń. Zerknął na przyjaciela, który ze ściągniętymi groźnie brwiami podążał uważnie oczami za wszystkim, co działo się na polu bitwy. Obejmował zestresowaną Mei, która w nerwach zasłaniała dłońmi twarz. Dokładnie tak jak się spodziewał - reprezentanci Chmury stąpali po bardzo cienkim lodzie, nawet cieńszym niż im się zapewne wydawało.

- Daburu Rariatto! - zawołali synchronicznie, pojawiając się przed braćmi z prędkością porównywalną do Shunshin no Jutsu.

Akeru skrzywił się na myśl tego, co zaraz nastąpi. Do samego końca nie wierzył, że A i B odważą się wykonać Podwójny Lariat, ale najwyraźniej ich determinacja popchnęła ich do drastycznych metod. Choć każdy z nich celował w innego przeciwnika, cios Lariatem i tak często kończył się śmiercią. Nie obchodziła go już nawet reakcja Rena - chciał wstać, żeby pomóc bliźniakom.

,,Kurama!" - pomyślał, ponaglając go, by ten użyczył mu chakry. Tylko w ten sposób dałby radę zdążyć na czas.

Szybko jednak okazało się, że niepotrzebnie się martwił. Tuż przed momentem kontaktu z przedramieniem przeciwnika, zarówno Dai, jak i Sho zniknęli z równą albo i większą prędkością. Niczym dwa rozmazane cienie pojawili się po bokach areny. Tymczasem rozpędzeni A i B rozwarli szeroko oczy, nie mając przed sobą już żadnego celu. Nie dali więc rady wychamować i, zamiast w przeciwników, trafili w siebie nawzajem. Nieumyślnie opletli przedramiona wokół własnych szyj, zatrzymując się nawzajem. Mimo to z całą pewnością destrukcyjna siła ataku do nich dotarła. Obaj niemal równocześnie zakrztusili się krwią i zatoczyli do tyłu, kompletnie nie wiedząc, co się dzieje. Akeru uśmiechnął się sam do siebie. Cały czas zapominał, jak potężny potrafi być odpowiednio wykorzystany Sharingan, nawet w podstawowym, trzyłezkowym stanie. Takie uniki nie byłyby możliwe dla kogoś pozbawionego doujutsu. Odetchnął z ulgą - wyglądało na to, że powinien bardziej ufać zdolnościom Daia i Sho. Nie byli już małymi dziećmi, jakimi ich zapamiętał.

,,Trochę spokoju, Akeru" - poradził mu Kurama - ,,Ta dwójka nigdzie się nie wybiera, a już na pewno nie na tamten świat".

,,Łatwo ci mówić".

Tymczasem na arenie bliźniacy postanowili wykorzystać tymczasową przewagę nad oponentami.

- Sho! - zawołał Dai.

- Dobra! - odkrzyknął młodszy z braci, od razu przeczuwając, o co mu chodzi.

Niemal równocześnie wykonali w mgnieniu oka kilka pieczęci. Akeru nie mógł uwierzyć, jak dobrze ci dwaj się dobrali. Cała ta walka przypominała mu jedno wielkie odbicie lustrzane. Synowie Rena we wszystkim, co robili, niemal dokładnie odwzorowywali swoje ruchy. Wytrącało to przeciwników z równowagi, a kiedy ci zdawali się dostosowywać do ich tempa, bliźniacy nagle łamali synergię, ponownie wprawiając ich w osłupienie. Ta, wydawałoby się, prosta sztuczka w rzeczywistości była bardzo trudna do wykonania. Wymagała idealnego zrozumienia partnera i jego nawyków. A i B również ją wykorzystywali, ale tylko momentami. Akeru nie znał nikogo innego, kto potrafiłby prowadzić walkę w ten sposób praktycznie bez żadnego wysiłku.

- Katon: Goukakyu no Jutsu!

- Suiton: Akushitaki no Jutsu!

Dai i Sho obaj wzięli głębokie wdechy i po krótkiej chwili wypuścili z ust odpowiednio strumienie ognia i wody pod ciśnieniem. Obie techniki zmierzały naprzeciw siebie, spotykając się w miejscu dochodzących do siebie A i B. Nie uderzyły jednak prosto w przeciwników, tylko zneutralizowały się nawzajem nad ich głowami. Wściekle pomarańczowe płomienie z głośnym sykiem stawiły czoło sprzężonej wodzie, produkując iście ogromne obłoki pary. Shinobi z Kumogakure spojrzeli w górę akurat w chwili, gdy spowił ich gorący, biały obłok. Zasłona rozciągnęła się na połowę pola bitwy, kompletnie uniemożliwiając widoczność nie tylko im, ale również i publiczności. Daisuke, z pełnym satysfakcji uśmieszkiem na twarzy zanurzył się w niej, a zaraz za nim podążył Sho. Akeru, by w ogóle cokolwiek zobaczyć, musiał aktywować Byakugan. Wokół oczu nabrzmiały mu nerwy, a w białych tęczówkach uwidoczniły się lekko źrenice. Efekt był natychmiastowy - pole wizji poszerzyło mu się niemal dookoła całego ciała, a dzięki chakrze znajdującej się w shinobich, dokładnie widział walczące na arenie postacie. Bliźniacze Smoki z wprawą skakały wokół zagubionych jak dzieci przeciwników. Zadawali cios, a następnie chowali się we mgle, by za chwilę wyskoczyć za ich plecami. Nic dziwnego, że szło im to z taką łatwością - mieli nad nimi w końcu przewagę Sharingana, dzięki któremu bez problemu dostrzegali ich pozycję. A i B z kolei zapewne nie widzieli nawet siebie nawzajem, a co dopiero nadchodzących ataków. Obserwowanie tego lekko bawiło Akeru. Jak na razie ta walka przebiegała w bardzo jednostronny sposób.

- Czy ja widzę to, co widzę? - Isao zamrugał oczami. Ich tęczówki miały zielony kolor, a wokół źrenicy rozmieszczone było osiem czarnych, regularnych łezek - Duet A-B...miażdżony przez Bliźniacze Smoki?!

- Jeszcze za wcześnie żeby wyrokować - odezwał się ostrożnie Akeru - ale faktycznie...wydaje się, że pojedynek jest dość...nierówny.

- Dopiero co użyli ninjutsu - zauważył stojący z tyłu Kasai - Dajcie im trochę czasu.

- A ty co o tym myślisz, Ren?

- Tak jak mówił Akeru...dopiero zaczęli. Wszyscy dobrze wiemy, że A i B to nie płotki, które dadzą sobą pomiatać. Jeszcze wiele może się zdarzyć - oznajmił poważnie, ale Uzumaki mógłby przysiąc, że zobaczył na jego twarzy delikatny, pełen satysfakcji uśmiech.

Tymczasem walka pośród mgieł postępowała w najlepsze. Zasłona wytworzona przez bliźniaków zaczynała się powoli rozwiewać. Najwyraźniej zdawali oni sobie z tego sprawę, bo zintensyfikowali ataki do maksimum. Obijając przeciwników, przeplatali się ze sobą i wymieniali się nimi, nie dając im chwili wytchnienia. Ostatecznie Dai spróbował bardziej zdecydowanego podejścia. Wyskoczył tuż przed B i, biorąc potężny zamach, bezbłędnie trzasnął go prosto w twarz z taką siłą, że jinchuuriki wyleciał z wielkim impetem z mgły.

- To za wcześniej! - warknął Uchiha, wyskakując za nim.

B ledwo udało się wyhamować bezpiecznie, a z białej chmury wyłonił się również i A, z trudem broniąc się przed wściekłymi atakami Sho. Wcale nie wyglądał lepiej - jego idealnie ułożone włosy były teraz rozczochrane i całe spocone. Potknął się i przewróciłby się do tyłu, gdyby nie B, który złapał go w porę i postawił na równe nogi. Otarł cieknącą z nosa i ust krew, po czym oznajmił:

- No dobra. Całkiem nieźle nas urządziliście.

- Taak...całkiem nieźle - przyznał A, wciąż macając szyję po uderzeniu Lariatem partnera - Chyba jesteście warci fatygi.

- Jak na razie nie mogę o was powiedzieć tego samego - Dai wyłamał sobie kości palców - Co nie, Sho?

- Faktycznie, coś ukrywacie.

- Całkiem sprytne z was dzieciaki - zaśmiał się z politowaniem B - Z pewnością macie w sobie krew Rena.

- Skoro w tej sprawie się zgadzamy...może pokażecie nam tą waszą słynną siłę?

- Daisuke, nie zrozum mnie źle. Zastanawiamy się po prostu, czy możemy potraktować was poważnie. Nie ma wielu shinobi, którzy potrafiliby się oprzeć mocy ogoniastej bestii, a co dopiero dwóch.

- Czyli wydaje wam się, że my walczyliśmy teraz w pełni naszych możliwości? - Sho uniósł brew - My też mamy naszą tajną broń, wiecie.

- Wiemy o niej wszystko - przyznał A - Moc Pierwszego Hokage, Hashiramy Senju, zrodzona na nowo w wielkiej nadziei klanu Uchiha, cudownych bliźniakach Daisuke i Shorim. Szybko jednak okazało się, że jest trochę wybrakowana, nieprawdaż?

Akeru wiedział, że jinchuuriki uderzył w czuły punkt. Nie wierzył A co do tego, że on i B rzekomo tak bardzo powstrzymywali się do tej pory. Wiedział lepiej, widząc, z jaką determinacją walczyli. Mimo to, droga jaką teraz obrali - wojna psychologiczna, mogła faktycznie przynieść jakieś rezultaty.

- Jak śmiesz...? - Daisuke zacisnął dłoń w pięść i ruszył ku przeciwnikom.

- Dai, poczekaj! - Sho złapał go za ramię - Przemyśl to dobrze. Atakowanie ich samemu może nie być najlepszym pomysłem. Trzymaj się planu.

Uchiha zerknął kątem oka na brata, ale na jego twarzy nie odbijało się teraz nic poza wielkim gniewem. Spośród tej dwójki to zawsze jego łatwiej było sprowokować i najwyraźniej shinobi z Kumo już się w tym zorientowali.

- Właśnie tak, Dai - szepnął podstępnie A - Posłuchaj go. W końcu nie chcielibyśmy, żeby legenda twoich umiejętności legła w gruzach.

Dla kogoś tak szybkiego do czynu jak Daisuke, to było już zdecydowanie zbyt wiele. Nim jego brat zdążył go powstrzymać, klasnął dłońmi, składając je w charakterystyczną pieczęć.

- Mokuton: Hotei no Jutsu!

Ziemia pod stopami przeciwników zadrżała niebezpiecznie, lekko pękając, jakby coś się pod nią poruszało. B miał na tyle rozsądku, by natychmiast odskoczyć w bezpieczne miejsce, ale jego partner nie wykazał się już takim refleksem. Stał przez chwilę, zdziwiony podejrzanymi wibracjami, a kiedy podjął decyzję o ucieczce, było już za późno. Spod ziemi, niczym wielkie korzenie, wystrzeliły dwie drewniane ręce, zagarniając go jak muchę. Przypominały ociosane kawałki pni, z koślawo zakończonmi palcami i regularnym kształtem dłoni. A zrobił zdziwioną minę, a ręce z głośnym plaśnięciem zamknęły się nad nim, wywołując podmuch powietrza. Choć zrobione były z drewna, poruszały się zupełnie jak żywa istota, jakby jakiś gigant postanowił rozgnieść shinobiego na miazgę. Gdy dosięgły celu, znieruchomiały, a Dai przyjrzał się uważnie swemu dziełu. Akeru nie potrafił wyczytać nic z jego twarzy, a jego Byakugan nie wykrywał nic niezwykłego. Dezaktywował go, przywracając swoje oczy do normalności. Nerwy wokół twarzy zniknęły, a pole widzenia wróciło do poprzedniego stanu. Zerknął na Rena, który, choć marszczył groźnie brwi, nie robił poza tym nic podejrzanego. Musiał przyznać, że nieźle zaskoczyła go taka postawa przyjaciela. Spodziewał się dużo bardziej gwałtownych reakcji z jego strony i, szczerze mówiąc, nie rozumiał ich obecnego braku. Lata doświadczeń podpowiadały mu, że prawdziwy tego powód może leżeć gdzie indziej, niż w nowo odkrytym rozsądku Uchihy.

- Dorwałem go...? - szepnął Dai, próbując wyczytać coś z nieruchomej, drewnianej kreacji Sharinganem.

W tym samym momencie spomiędzy palców techniki zaczął przenikać blady, niebieski blask, który z każdą chwilą przybierał na sile. Szybko niczym z ogromnego pieca, z wnętrza ściśniętych rąk buchnęły błękitne płomienie. Drewno zajęło się nimi z łatwością, w mgnieniu oka obracając się w kupkę popiołu. Ogień rozszedł się do samej podstawy, kompletnie anihilując dzieło Uchihy. W miarę jak płonął, coraz bardziej widać było różnice pomiędzy nim, a normalnymi płomieniami. Podczas spalania posiadał niebieski kolor, jednak po chwili przechodził w głęboką czerń. Używając jutsu Daia jako podpałki, rozszalał się w najlepsze, powodując na polu bitwy istną pożogę. B uśmiechnął się tajemniczo pod nosem, a chwilę później z błękitnej kuli ognia wyskoczył A, cały i zdrowy. Wydawało się, że nie odniósł żadnych specjalnych obrażeń. Spojrzał wymownie na bliźniaków, dzięki czemu Akeru zauważył zmianę w jego oczach. Jeszcze chwilę temu jego tęczówki miały jasnobrązowy, niemal miodowy kolor. Teraz jednak prawe oko przybrało wściekle żółtą barwę, natomiast lewe - głęboko zieloną.

,,Wreszcie po nią sięgnął" - ziewnął Kurama - ,,Moc Matatabi. Aż przykro było mi oglądać tą egzekucję".

,,Teraz wszystko się zmieni" - zauważył posępnie Akeru - ,,Skoro A uwolnił moc ogoniastej bestii, znaczy, że idzie na całość. Nie wiem, ile Dai i Sho mają jeszcze w zanadrzu. Mogą nie dać rady za nim nadążyć".

Tymczasem na arenie, po ochłonięciu z pierwszego szoku, bliźniacy wymienili porozumiewawcze spojrzenia i kiwnęli głowami. Zapewne tylko oni wiedzieli, co to tak naprawdę znaczy. Starszy z braci postąpił kilka kroków, wychodząc naprzeciwko A i szalejącej za nim niebieskiej pożodze.

- Nareszcie pokazałeś swoje prawdziwe kolory.

- Mógłbym powiedzieć to samo o tobie. Jeśli to wszystko, co masz do zaoferowania, nie masz najmniejszych szans z mocą ogoniastych bestii.

- Nie zadzieraj tak wysoko nosa. Jeśli istnieje jakaś zdolność, która potrafi pokonać moc Biju, to jest nią właśnie Mokuton i Sharingan. Dobrze wiesz, że Uwolenienie Drewna posiada naturalne zdolności supresujące chakrę ogoniastych bestii. To właśnie tak Pierwszy Hokage schwytał je wszystkie i rozdzielił pomiędzy wioski. W połączeniu z mocą Sharingana, który może je kontrolować, nie zgodzisz się, że jesteśmy idealnie przystosowani do walki z wami?

- Nie zapędzaj się, chłopcze - odezwał się B - Twój nędzny, trzyłezkowy Sharingan nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia. Tylko Mangekyou Sharingan ma moc, by okiełznać Biju.

- W takim razie módlcie się, żebyście w przyszłości na trafili na Sakuriego - Dai wyszczerzył złośliwie zęby - A tymczasem ja i Sho chyba założymy wam dwóm nowe, piękne obroże.

- Zuchwałe słowa - A rozłożył na boki ręce - Zobaczymy, co będzie miała na to do powiedzenia Matatabi!

Kula niebieskich płomieni za blondynem zafalowała, formując się w jakiś kształt. Na jej środku powoli pojawiła się paszcza pełna ostrych, białych zębów, a chwilę później otworzyły się puste, różnokolorowe oczy. Jedno z nich miało żółty, a drugie zielony kolor, zupełnie jak u jinchuurikiego. N samym końcu uformował się czarny, owalny nos, wokół którego przechodzące w czerń płomienie tworzyły coś w rodzaju wąsów. Ich skwierczenie przypominało ryk jakiegoś ogromnego tygrysa. Akeru nie miał najmniejszej wątpliwości - ogień za shinobim przyjmował postać monstrualnego kota - jego ogoniastej bestii. W jednym, krótkim błysku błękitna pożoga zniknęła i wydawało się, że wszystko się uspokoiło. Wtedy jednak A rozłożył na boki ręce, wokół których buchnęły kule identycznych, czarno - niebieskich płomieni.

- Katon: Onibi! - krzyknął i machnął ramionami, posyłając w kierunku bliźniaków dwa sporej wielkości pociski.

- Dai! - krzyknął do brata Sho, ale ten już wcześniej wiedział, co należy zrobić.

Zawiązał kilka pieczęci, po czym ziemia ponownie zadrżała. Popękała w kilkunastu miejscach, uwalniając serię równolegle ułożonych, drewnianych pali. Ich równo ociosana struktura była identyczna jak we wcześniejszej technice. Z głośnym stukiem zaczęły zamykać się nad bliźniakami, tworząc coś w rodzaju kopuły.

- Mokuton: Mokujouheki! - zawołał Daisuke, akurat w momencie, gdy konstrukcja zamknęła się nad nimi całkowicie, a w jej przód uderzyły z impetem ogniki A.

Ich rozmiar, choć już wcześniej imponujący, nie mógł się równać z zasięgiem rażenia po uderzeniu. Po kontakcie z drewnianym schronem kule eksplodowały niczym płomienne bomby, zalewając zasłonę i równocześnie sporą część areny za nią morzem błękitnego ognia. Akeru skrzywił się - nie wyglądało to dobrze. Niesamowita moc, z jaką jutsu A eksplodowało prosto przed drewnianą ścianą, budziła szczerą obawę o synów Rena. Wiedział, że techniki Mokutona to nie zwykłe deski, tylko najwyższej jakości nasączone chakrą drewno. Wytrzymałość takiego materiału potrafiła wiele razy zadziwić, ale miała również i swoje słabe strony. Choć mniej niż normalne drewno, wciąż było podatne na ogień, zwłaszcza ten wzmocniony chakrą. Nie dość, że A takim dysponował, to jeszcze używał jego zaawansowanej odmiany, pochodzącej prosto od ogoniastej bestii. Tymczasem dywan płomieni rozlewał się po polu bitwy, a po bliźniakach wciąż nie było ani śladu. Gdy wszystko zaczęło się uspokajać, Akeru zobaczył połacie czarnej, osmalonej ziemi. Zwykły gorąc nigdy by czegoś takiego nie osiągnął. Po chwili ujrzał również i drewnianą osłonę, która ledwo trzymała się po przyjęciu na siebie techniki. Nadpalony w wielu miejscach materiał trzeszczał i zapadał się pod własnym ciężarem, sypiąc z siebie obficie próchno i drzazgi. Z przodu ziała natomiast ogromna dziura, przywodząca na myśl pozostałości po wybuchu bomby. W środku stali nieporuszeni Dai i Sho, którzy, jak się wydawało, nie odnieśli niemal żadnych obrażeń. Akeru założył z dumą ręce na piersi. Może i A udało się zniszczyć ich konstrukcję Mokutona, ale z pewnością spełniła ona swoje zadanie.

- Było blisko - stwierdził jinchuuriki - B, pomógłbyś trochę! Gdybyś trochę się przyłożył, już byśmy to mieli za sobą!

- Hmpf.

- Bardzo wątpię - mruknął Sho, opuszczając razem z bratem prowizoryczny schron, akurat w momencie, gdy drewno zatrzeszczało i zapadło się pod własnym ciężarem, podnosząc chmurę żarzącego się próchna i pyłu.

- Właśnie widzę - zadrwił A - Tym razem mieliście szczęście, ale teraz znam już granicę wytrzymałości waszych technik. Przy kolejnym ataku już się nie pomylę.

- To nie była maksymalna grubość tego jutsu - wyjaśnił mimo chodem Dai - Poza tym, za kogo ty nas masz? Myślisz, że takie nędzne płomyczki coś nam zrobią? Jesteśmy prawnukami Jotena Uchihy, co jasnej cholery!

- Ogień Matatabi to nie jakiś tam zwykły ogień - oznajmił z pasją blondyn - To płomienie pochodzące prosto z samego piekła! Ich temperatura nie może równać się z normalnymi technikami Katonu!

- Czyli jednak miałem rację - wtrącił się Sho - Ten ogień faktycznie pochodzi od Biju.

- Tak. To specjalna umiejętność Nibi.

- Nibi? A więc ma tylko dwa ogony? - zastanowił się Dai - Phi. Czyli, że ze wszystkich ogoniastych bestii twoja jest przednajsłabsza?

,,To mój chłopak!" - wykrzyknął entuzjastycznie Kurama.

- Moc Biju nie jest definiowana przez ilość jej ogonów - odparł A, zaciskając zęby. Wyglądało na to, że tym razem to Dai trafił w czuły punkt - Oznacza tylko ilość chakry. Umiejętności to zupełnie co innego!

- Kogo próbujesz przekonać?

- Jeśli dalej chcesz grać w te gierki - odezwał się niespodziewanie B - To wiedz, że ilość ogonów mojej bestii rekompensuje słabość A z nawiązką. Gyuki ustępuje w tej dziedzinie jedynie Biju ojca waszego przyjaciela, Kinseia.

- A więc masz w sobie zapieczętowanego Hachibiego, co? - odgadł Sho - To by się zgadzało. Słyszałem, że Chmura posiadała tą bestię od pokoleń.

Jak na razie Akeru wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Bliźniacy nie okazywali przesadnego strachu przed przeciwnikami, mimo iż właśnie dowiedzieli się, jaką mocą ci dysponują. Sugerowało to, że sami chowają w rękawie jakiegoś asa. Ciekawiło go, co na ten temat będzie miał do powiedzenia Isao. W końcu w tym pojedynku postawił wszystko na szali, poświęcając dwie atutowe karty tylko na jego wygranie. Jak na razie wydawało się jednak, że wynik odbiegał od jego wstępnych przewidywań.

- I co ty na to? - zagadnął go Uzumaki - Spodziewałeś się takiego obrotu wydarzeń?

- Bliźniacze Smoki są o wiele lepiej wyszkolone niż przypuszczałem - przyznał bez mrugnięcia okiem - Nie sądziłem, że A i B będą mieli takie problemy już na samym początku. Świetnie ich wyszkoliłeś, Ren.

- To dopiero początek tego, co potrafią.

- Musisz też przyznać, Isao - dodał blondyn - że Daisuke i Shori to dość niefortunni przeciwnicy dla twojego duetu. Wszystko to, co mówił Dai było prawdą. Mokuton zawsze świetnie sprawdzał się w walce przeciwko ogoniastym bestiom.

- To prawda - zgodził się Raikage - ale nie spisuj ich jeszcze na straty, Akeru.

Na tym przerwali rozmowę, ponieważ walczący na arenie shinobi ponownie starli się w pojedynku taijutsu. B trzymał się raczej z tyłu, ledwie wspierając podekscytowanego partnera. Bliźniacze Smoki rzuciły się na niego w dwójkę, dezorientując synchronizacją i przewagą liczebną. Mimo to tym razem wymiana ciosów przebiegała w dużo bardziej zrównoważony sposób. Bracia nie mieli bowiem jak podejść do przeciwnika, kiedy on sam tego nie chciał. Bez najmniejszego zawachania wykorzystywał płomienie Matatabi jako środek do ukarania ich za każdym razem, gdy któryś z ich ciosów go dochodził. W związku z tym Dai i Sho musieli bardzo uważać, gdy już decydowali się na atak. Niebieski ogień A z całą pewnością nie był czymś, co można było sobie lekceważyć. Akeru świetnie znał jego właściwości, które zdecydowanie wykraczały poza sferę zwykłego Katonu. Cieszył się, że synowie Rena podchodzą do nich z taką ostrożnością, bo jeden nieprzemyślany ruch mógł skończyć się dla nich gorzej, niż sami się tego spodziewali. No i na dodatek ten okrążający ich cały czas B, gotów w każdej chwili do interwencji...skoro nie mieszał się do tej pory do walki, znaczyło to, że coś szykuje albo po prostu pozwala partnerowi samemu załatwić swoje porachunki. Nieważne która z tych opcji była prawdziwa, nie wróżyło to dobrze dla Daia i Sho. Ich przeciwnicy wchodzili na wyższy poziom i, jeśli chcieli nawiązać z nimi równą walkę, musieli zrobić to samo.

***

Sho wymierzył A potężny cios w podbródek, ale nie dość, że został zablokowany, to natychmiast na własnej skórze odczuł konsekwencje porażki. Ciało blondyna na krótką chwilę spowiło się niebieskimi płomieniami, parząc mu rękę. Natychmiast cofnął ją i uskoczył w tył, dzięki czemu uniknął poważnych obrażeń. Mimo to walka ze stosującym taką taktykę przeciwnikiem była bardzo męcząca. Nawet krótki kontakt z tym błękitnym ogniem był bardzo bolesny i na dłuższą metę mógł okazać się fatalny w skutkach. Zobaczył, że Dai przejmuje od niego pałeczkę i tym razem to on próbuje szczęścia wobec jinchuurikiego. Postanowił wykorzystać tą okazję by zgromadzić potrzebną chakrę. Złożył kilkakrotnie dłonie, formując pieczęcie barana, węża, zająca i na koniec ponownie węża. Zmieszał w swoim ciele chakrę Uwolnienia Wody oraz Ziemi, dokładnie tak jak zawsze trenował. I tym razem połączyła się ona bezbłędnie w jedną całość, tworząc zadziwiającą synergię. Zmodyfikował jej przepływ, by uzyskać porządane efekty, po czym skierował ją w kierunku ręki. Na wewnętrznej stronie dłoni poczuł delikatne mrowienie, jakby chodziły mu po niej dziesiątki mrówek. Oznaczało to, że wszystko poszło zgodnie z planem.

- Dai, w dół! - krzyknął, a jego brat automatycznie schylił się. Wziął potężny zamach i cisnął w A zawartością swojej dłoni. Dziesiątki niewielkich ziarenek poszybowało w kierunku swego celu - Mokuton: Soudaitsuryu!

Kilkanaście nasion utkwiło w fałdach materiału, z którego wykonana została koszula jinchuurikiego. Nie tracąc czasu, Sho wykonał pieczęć szczura, która aktywowała znajdującą się w nich chakrę. Korzystając z niezwykłej siły życiowej, zalążki roślin wykiełkowały, w jedną chwilę oplatając blondyna ciasnym sznurem kolczastych pędów. Przeplatając się nawzajem, tworzyły one swoisty kaftan, którego wytrzymałość przekraczała tą stali. Był całkiem giętki, dzięki czemu nie tak łatwo było go przerwać. Na dodatek każdy gwałtowny ruch oznaczał bolesne wpijanie się w ciało ostrych jak brzytwa kolców. Współpracując ze sobą, nasiona spętały swój cel w mgnieniu oka, zanim zdążył zareagować. A napiął mięśnie, ale nie zdołał się uwolnić. Dai nie dał mu możliwości spalenia więzów płomieniami -natychmiast wyskoczył w powietrze i sprzedał mu potężnego kopniaka w szczękę. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst, a blondyn z impetem odleciał w tył, ledwo łapiąc równowagę. Natychmiast spowił się błękitnym ogniem, który zaczął przepalać wiążące go pnącza.

- Akurat wam na to pozwolę! - krzyknął zza pleców Sho B. Chłopak odwrócił się, ale nie zdążyłby umknąć przed nadciągającym uderzeniem.

- Mam go! - zawołał uspokajająco Dai i rzucił w jego kierunku kunaiem.

Metalowy pocisk śmignął koło głowy młodszego z braci i skierował się ku swemu prawdziwemu celowi. Jinchuuriki, pracując nogami, zdołał z trudem go ominąć. Przez chwilę wyglądał na zadowolonego z siebie, ale był to tylko moment. Zaraz później zobaczył przed twarzą ciągnący się za kunaiem zapisany skomplikowanymi wzorami, spalający się powoli papierek. Rozległ się ogłuszający wybuch, a zaraz potem pojawiła się ogromna kula ognia, niosąca ze sobą falę uderzeniową i chmurę pyłu. Sho poczuł, jak włosy latają mu na wszystkie strony i zmrużył oczy, by choć trochę osłonić je przed nadciągającym żwirem. Gdy przestało dzwonić mu w uszach po początkowym grzmocie, usłyszał skandowanie publiczności. Składało się na nie wiele głosów, ale wyłapał z nich takie słowa jak: ,,Bliźniacze Smoki" czy ,,Uchiha". Uśmiechnął się do brata, zadowolony z tego, że publiczność stoi po ich stronie. Tymczasem dym przed nim rozrzedzał się już, ukazując poobijanego B. Jego fioletowy płaszcz był teraz mocno potargany, zwłaszcza w okolicach piersi i prawego rękawa. Jinchuuriki zorientował się w tym i odrzucił go na bok, ukazując pod spodem dopasowaną, ciemną koszulę ze znakiem jakiegoś klanu na piersi. Przypominał on dwa zazębiające się trójkąty, tworzące coś w rodzaju klepsydry. Jego ściągnięte groźnie brwi nie wróżyły nic dobrego. Sho zerknął za siebie i zobaczył, że drugi z przeciwników również uwolnił się już z wiążącej go techniki.

- Chyba najwyższy czas, żebym i ja użył twojej mocy, Gyuki - odezwał się sam do siebie B, po czym krzyknął do partnera - A, formacja czwarta!

- Robi się! - odkrzyknął, spowijając dłonie pióropuszami czarno - niebieskiego ognia.

- Sumihaki no Jutsu!

Ciemnoskóry shinobi zgromadził w ustach sporą ilość jakiegoś płynu, a następnie wypluł go w powietrze, przesłaniając nim całe pole widzenia braci. Czarna jak smoła ciecz utworzyła nad nimi baldahim, powoli opadając na ziemię. Sho zerknął na Daia, ale i on był całkowicie bezradny w obliczu tak niespodziewanego ataku. Oleisty, ciemny płyn oblał ich dwóch od stóp do głów, przygniatając włosy warstwą ciężkiej mazi. Było jej zdecydowanie więcej, niż na początku mu się wydawało. Stali teraz w jej wielkiej kałuży, a B wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, ocierając resztki cieczy z ust. Shori zamknął oczy, by ich nie podrażnić, po czym starł maź z twarzy. Obejrzał ją dokładnie i powąchał. Daisuke zrobił dokładnie to samo, unosząc ubrudzone palce do nosa. Ten charakterystyczny zapach był mu skądś znany, ale chwilę zajęło mu przypomnienie sobie skąd.

- To pachnie jak...atrament? - mruknął.

- Dokładnie tak - zgodził się ciemnoskóry shinobi.

- Serio...? - Dai strzepnął z siebie płyn, rozpryskując go na jeszcze większą odległość - Na nic lepszego cię nie stać? Co chcesz nam zrobić cholernym atramentem? Utopić nas?

- Może i atrament sam w sobie nie jest specjalnie niebezpieczny - przyznał B - ale czy znasz jego właściwości?

- Właściwości?

- Właśnie.

Daisuke wyglądał na nieco skonfundowanego. Jeszcze raz powąchał ciecz, posmakował, po czym od razu wypluł ją z niesmakiem. Uniósł brwi i spojrzał podejrzliwie po przeciwnikach, jakby sobie z niego żartowali. W tej samej chwili zauważył płonące dłonie A. Do Sho również dotarło niebezpieczeństwo, jakie na nich czycha. Wiedział, że nie mają wiele czasu. Ponownie zmieszał w organizmie chakrę Uwolnienia Ziemi oraz Wody, tworząc Uwolnienie Drewna. W mgnieniu oka wykonał pieczęci węża i barana, po czym przyłożył dłonie do ziemi. Grunt zadrżał, co zaalarmowało A. Machnął dłońmi w kierunku ziemi, produkując ogromny dywan błękitnego ognia. Rozlany na ziemi atrament zajął się w mgnieniu oka, sunąc w kierunku bliźniaków.

- Jest łatwopalny! - zawołał do brata Dai, po czym zobaczył, że ten już się tym zajął.

Ziemia popękała, jakby coś się przez nią przebijało. Sho pompował w nią chakrę, mając nadzieję, że zdąży na czas. Błękitne płomienie zbliżały się bardzo szybko, korzystając z drogi utorowanej przez atrament. Jeśli dotarłby do nich, nie mieliby, gdzie uciec. W końcu oni również byli cali nim pokryci. Zagryzł zęby, widząc, że nie unikną nadciągającej pożogi. Spojrzał w panice na brata, po czym w ostatniej chwili poczuł, jak oblepia go jakaś lepka, glutowata substancja. Odetchnął z ulgą i otworzył oczy. Nie mógł nawet kiwnąć palcem - czuł się prawie, jakby ktoś wrzucił go do ogromnej galarety. Obok siebie zobaczył w podobny sposób unieruchomionego Daia. Przez półprzezroczystą, zielonkawą substancję prześwitywały szalejące na zewnątrz światła płomieni. Pożoga najwyraźniej spowiła wszystko dookoła, bo nawet wewnątrz swojej osłony Sho czuł gorąco. Mimo to, gdyby nie ona, już dawno on i Daisuke byliby kupką popiołu. Przez dłuższą chwilę wyczekiwał, aż wszystko na zewnątrz się uspokoi. Jego cierpliwość została wystawiona na próbę - dywan ognia płonął zaskakująco długo, co tylko dowodziło jego wyjątkowych właściwości. Kiedy upewnił się, że na zewnątrz jest już bezpiecznie, napiął mięśnie i poruszył powoli ręką w przód. Czuł się, jakby wiosłował przez bagno. Galaretowata substancja stawiała mu zacięty opór i chwilę mu zajęło, nim zdołał się z niej nieco oswobodzić. Przecisnął się do twardej, zbitej ściany konstrukcji i napiął na nią z całej siły. Początkowo nie nastąpiła żadna reakcja, jednak z czasem jędrna ściana ustąpiła, przez co Uchiha stracił równowagę. Runął na zewnątrz, od stóp do głów oblepiony lepką, galaretowatą substancją. Z miejsca, z którego wypadł, wylewały się teraz spore ilości wody. Dumnym wzrokiem ocenił swe osmalone dzieło. Gigantyczny, naszpikowany nadpalonymi teraz kolcami kaktus, w którym się ukryli, z całą pewnością ocalił im życie. Wznosił się na dobre osiem metrów w górę, a jego średnica spokojnie mogłaby pomieścić obok siebie jeszcze kilka osób. Niespodziewanie usłyszał mlaskający dźwięk, po czym ściana kaktusa ponownie się wybrzuszyła. Kilka sekund później wypadł z niej Daisuke, równie upaćkany wnętrzem rośliny, co on sam.

- Bleh - strzepnął ciągnącą się maź z rękawa - Chyba już wolałem ten atrament. Ale mimo wszystko dzięki za ratunek, Sho. Dobry refleks.

- Całkiem sprytne - przyznał A - Wykorzystaliście fakt, że kaktusy naturalnie gromadzą w sobie ogromne ilości wody. Zgaduję, że to twój słynny Świat Kwiatów, o którym tyle słyszałem?

- Tak - odparł Shori - ale to tylko zalążek jego możliwości.

- Och, doprawdy? Szczerze mówiąc, mam taką nadzieję. Nie zrozumcie mnie źle...ale co się stało ze słynną potęgą Uwolnienia Drewna? Słyszałem, że wasze zdolności niczym nie ustępują Pierwszemu Hokage.

- A... - ostrzegł partnera B, ale ten ze złośliwym uśmiechem kontynuował swój monolog.

- Chcę tylko powiedzieć - spojrzał braciom kolejno w oczy. Sho ujrzał w jego zielono - żółtych tęczówkach figlarną iskierkę - że to trochę podejrzane.

- Co masz na myśli? - Dai zmrużył podejrzliwie oczy.

- No wiesz, po kimś z waszym dziedzictwem spodziewałem się nieco więcej. Ostatni spadkobiercy klanu Uchiha i Senju...Brzmi dumnie. Naprawdę czekałem, żeby zobaczyć, jakie owoce wydało połączenie tych dwóch klanów.

Sho zerknął czujnie na brata. Już na pierwszy rzut oka widać było pulsującą na jego czole żyłę. Zazwyczaj próbowałby uspokoić go i przekonać, by ocenił chłodno sytuację, ale musiał przyznać, że i jemu A działał już powoli na nerwy.

- Do czegoś zmierzasz? - warknął Dai.

- Do niczego konkretnego. Tak sobie tylko myślę...może się mylili? Może wcale nie jesteście synami Rena Uchihy?

Sho otworzył szeroko oczy. Tego było zbyt wiele nawet dla niego. Poczuł, jak bicie serca mu przyspiesza, a krew napływa do twarzy. Zazgrzytał zębami i automatycznie zaczął mieszać w organizmie chakrę.

- Sho! - wykrzyknął rozjuszony Daisuke, wyciągając zaciśniętą w pięść rękę.

- Wiem!

W mgnieniu oka odwzajemnił gest brata i poczuł charakterystyczne uczucie towarzyszące przepływowi chakry między ich ciałami. Ten proces następował niemal naturalnie, jakby dopełniały się one nawzajem. Shoriemu z nikim nie wymienieniało się tak łatwo chakrą jak z Daiem. To tylko dowodziło tego, że ich sygnatury były niemal identyczne. Zupełnie jakby urodzili się, by tworzyć duet. Poczuł jak charakterystyczna chakra Daia wiąże się z jego własną, dając początek swej kompletnej formie. W chwilach takich jak ta czuł niesamowity przypływ mocy, który wydawał się tak naturalny, że aż dziw, że nie trwał wiecznie. Przyklęknął i z impetem uderzył lewą dłonią w podłoże, podczas gdy Daisuke zrobił to samo z prawą. Łypnął groźnie na przeciwników, po czym jego głos zsynchronizował się idealnie z głosem brata:

- Mokuton: Kajukai Kourin!

***

Jak okiem sięgnąć, na polu bitwy rozciągała się teraz kolosalna dżungla złożona z przerośniętych drzew, kwiatów i poplątanych lian. Niemal każdy z tworzących ją kwiatów był inny i odznaczał się skomplikowanymi kształtami oraz wyrazistymi kolorami. Akeru z trudem potrafił odróżnić od siebie pojedyncze rośliny, które przechodziły jedna w drugą, tworząc skomplikowane, zagmatwane formacje. To, co jeszcze przed chwilą było spękaną, wysuszoną, kamienną areną, stało się teraz tętniącą życiem dżunglą. Dokładnie każdy jej skrawek pokryty został poplątanymi, grubymi pnączami lub korzeniami rosnących chaotycznie drzew. W powietrze gęsto strzelały gigantyczne, grube sekwoje, które u czubka wyginały się gwałtownie w dół, ograniczane przez zastosowaną przez Shiraia barierę. Wyrastały z nich też dziesiątki ogromnych, rozłożystych kwiatów, których Akeru nigdy nie pokusiłby się o nazwanie. Prezentowały całą gamę wyrazistych barw, od czerwieni, poprzez żółć, na niebieskim kończąc. Tak gęsto pokryta arena miała zdecydowanie ograniczoną widoczność, przez co z trudem dało się wypatrzeć znajdujących się na niej zawodników. Nawet przy mocnym skupieniu dżungla zlewała się w jeden byt, a jej żywe kolory tylko utrudniały zadanie. Dopiero po dłuższej chwili Uzumaki dostrzegł bliźniaków Uchiha spokojnie kroczących po jednym z wygiętych w łuk korzeni. Obok nich na drzewach wyrastały zwisające w dół, ciężkie formacje upakowanych, jasnozielonych dzbaneczników. Podeszli do szerokiego pnia, który dawał początek rozłożystrem drzewu ze wściekle purpurowymi, przerośniętymi kwiatami w koronie. Zwisały z niej też mięsiste liany, do złudzenia przypominające włosy. Daisuke podszedł do jednej z nich i uśmiechnął się złośliwie. Nachylił się do niej, a Akeru dopiero wtedy zauważył, że jest w niej zaplątany jakiś człowiek. Obok niej zwisała identyczna liana z podobną zawartością.

- Taa...chyba jednak jestem synem Rena Uchihy.

Wnętrze kokonu poruszyło się gwałtownie, a A, którego jedyną nieoplątaną częścią ciała była głowa, wypluł z ust zrobiony z pnącza knebel.

- Idioto - warknął - powinieneś wiedzieć, kiedy nie mówię poważnie. Te wasze cholerne oczy świadczą same za siebie. Czy nikt was nie nauczył, że dobry shinobi powinien panować nad emocjami?

- No patrz, kto to mówi, Dai - odezwał się Sho - Nigdy więcej tego nie próbuj. Inaczej nie skończysz tylko w przytulnym kokonie.

- Przytulnym? - A ponownie poruszył się wściekle, próbując się uwolnić - Poczekaj aż się stąd uwolnię...

- A - skarcił partnera B - nie ma powodu do niepokoju. Teraz, kiedy użyli już swojej atutowej karty, mamy ich w garści. Co prawda walka z ich zdolnościami może być męcząca, ale teraz przynajmniej wiemy, z czym mamy do czynienia.

- Atutowej...karty? - parsknął śmiechem Dai - Nie rozśmieszaj mnie.

B rozejrzał się w dezorientacji dookoła, po otaczającej go gęstej dżungli. Obejmował wzrokiem tysiące poplątanych drzew i przerośniętych, kolorowych kwiatów, które wyrastały chaotycznie z każdego skrawka ziemi.

- Chcesz mi powiedzieć, że to nie był wasz limit? - zmrużył oczy - Blefujesz.

- Tak w zasadzie, to nie byliśmy nawet bliscy limitu. Pierwszy Hokage za pomocą Uwolnienia Drewna stworzył otaczający Konohę Las Śmierci, a w wyniku jego pojedynków z Madarą Uchiha trzeba było przepisywać całe mapy - wyjaśnił Sho - A, jak sam słyszałeś, nasze zdolności nie ustępują mu ani na krok. Ten las byłby o wiele większy, gdyby nie ograniczająca nas wielkość stadionu, ale myślę, że tyle też powinno wystarczyć. Witajcie na naszym podwórku, A, B...obyście przetrwali to doświadczenie.

Akeru odwrócił się do przyjaciół i poklepał Rena po ramieniu.

- No proszę, twoi chłopcy chyba bronią twojego honoru - zażartował.

Uchiha nic na to nie odpowiedział, a Mei tylko parsknęła śmiechem. Pozostali zebrani w loży Kage i ich ochroniarze wciąż dochodzili do siebie po ujrzeniu ostatniej techniki Bliźniaczych Smoków. Tylko Isao nie wydawał się aż tak zdziwiony, ale mimo to również i on kiwał głową z uznaniem.

- Jednego tutaj nie rozumiem - złapał się w zamyśleniu za swoją spiczastą, kozią bródkę - Skoro A i B dostają takie cięgi...dlaczego nie używają Trybu Ogoniastej Bestii i Bijudamy?

Ren zerknął na niego czujnie, ale nic nie odpowiedział.

- Akurat to pierwsze jestem w stanie zrozumieć - stwierdził w zamyśleniu Akeru - Znasz zdolności Mokutona. Wejście w pełną formę Biju uczyniłoby ich tylko większym celem do spętania i wyssania chakry. To akurat całkiem sprytne z ich strony, że jej nie używają. Ale Bijudama...szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czemu się przed nią wstrzymują. Są tak przyparci do muru, że raczej nie mają wielkiego wyboru.

Isao po prostu wzruszył ramionami. Tymczasem Uzumakiego martwił zupełnie inny problem - wysłał Shiraia po Kinseia już dawno temu, ale ci wciąż nie wracali. Przez cały ten czas jego syn powinien bez problemu opatrzyć sobie rany, nawet biorąc pod uwagę jego wyczerpanie po walce. Co mu tak długo zajmowało? Czyżby wstydził się pokazać w loży Kage po przegranej? Akeru miał nadzieję, że się myli. Nagle usłyszał gromki okrzyk widowni, a w całej loży nastąpiło poruszenie. Rozejrzał się dookoła, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Zamyślił się i stracił na chwilę poczucie czasu, przez co teraz kompletnie nie orientował się w sytuacji.

- Nic im to nie pomoże - stwierdził bez większych emocji Ren.

Akeru dopiero wtedy zdał sobie sprawę, co zaszło na arenie. A i B uwolnili się z kokonów wykonanych przez bliźniaków dzięki przyjęciu formy wersji drugiej. Ich krwistoczerwona, półpłynna postać mówiła sama za siebie - teraz na pewno walczyli już na poważnie. Choć byli do siebie bardzo podobni, różniła ich jedna zasadnicza cecha - ilość ogonów. Obaj aktywowali ich maksymalną ilość. Właśnie dlatego za plecami B powiewało dumnie aż osiem ogonów, w porównaniu do tylko dwóch A. Na rękach i nogach posiadali oni pazury, a ich twarze zatraciły wszelkie ludzkie cechy. Odróżniały się na nich tylko okrągłe, świecące oczy oraz paszcza pełna ostrych, spiczastych zębów. W przypadku jinchuurikiego Nibiego heterochromia oczu pozostała nawet na tym poziomie transformacji, podobnie jak odstająca spod płaszcza Biju ciemnoczerwona czupryna. Spomiędzy włosów sterczały mu spiczaste kocie uszy, natomiast w przypadku B z głowy wyrastały mu dwa zakrzywione bycze rogi. Mei aż wzdrygnęła się na widok ich przerażających nowych postaci, ale dla Akeru był to chleb powszedni. Sam w końcu potrafił przyjąć identyczną formę. Sądząc po wydzielanej przez duet chakrze doszedł też do wniosku, że jego własna wersja druga jest dużo wyższej jakości. Nawet bez używania Byakugana potrafił poczuć złowrogi dotyk okalającej go energii na skórze. Bez najmniejszych wątpliwości A i B potrzebowali jeszcze długich treningów. To właśnie tego próbował nauczyć ich na sparingach Jinchuuriki 10 - kontroli chakry w celu zwiększenia efektywności używanych technik. Moc ogoniastych bestii bez wątpienia była ogromna i niemal niezmierzona, ale trzeba było wiedzieć, jak odpowiednio ją wykorzystać. Ciskając nią dziko na wszystkie strony tak jak teraz ta dwójka, nie dało się wiele osiągnąć. O wiele lepszy użytek zrobiliby z niej, gdyby próbowali skoncentrować ją we własnym ciele, bo na ich obecnym poziomie był niemal pewny, że jego własna wersja druga rozniosłaby ich bez większego trudu. Mimo to wyglądali na bardzo z siebie zadowolonych. Miał nadzieję, że Dai i Sho pokażą im, jak bardzo się mylą.

- Nadchodzę - oznajmił A, otwierając lekko paszczę pełną ostrych zębów. Buchnął z niej strumyczek białej pary.Wybił się z czterech nóg, zupełnie jak zapieczętowany w nim potworny kot i machnął zamaszyście pazurzastą łapą - Nekozume!

W odpowiedzi usłyszał tylko synchroniczny szczęk stali, a sekundę później na drodze stanęły mu dwa skrzyżowane miecze. Naparł pazurami na ich ostrza, ale Dai i Sho skutecznie trzymali go na wodzy. A warknął groźnie, ale nie dał rady przełamać obrony bliźniaków. Jego oczy spoczęły na starannie wyprofilowanych, drewnianych rękojeściach broni.

- Nie tym razem, przyjacielu - powiedział z satysfakcją Dai - Robisz się przewidywalny.

- Nghh...

A odskoczył w tył, widząc, że wiele nie zdziała i zrównał się z wciąż nieruchomym B. Partner spojrzał na niego z czymś, co przypominało politowanie, chociaż ciężko było cokolwiek wyczytać z jego demonicznej twarzy.

- Żałosne...A, ćwiczyliśmy to.

- Wiem, wiem. Chciałem tylko sprawdzić, jak sobie teraz poradzą.

- To nie czas na takie eksperymenty! - wykrzyknął niespodziewanie B.

- O co się rzucasz? Przecież nic się nie stało.

- Nic się nie...A! Łamiesz formację! Jeśli dalej tak pójdzie...

- Kłócicie się w środku walki? - przerwał mu nagle Dai - Naprawdę jesteście bezczelni.

Zanim obaj jinchuuriki zdążyli zrobić jakikolwiek ruch, Bliźniacze Smoki wpadły na nich z rozpędem, popychając do przodu barkami. Przeciwnicy uderzyli plecami w drzewo, na którym przed chwilą wisieli. Dzięki swoim nowym formom nie ucierpieli za bardzo, ale B ewidentnie się to mocno się spodobało. Rozczapierzył pazury i warknął:

- Jak śmiecie...

Jego dłonie powiększyły się, a ręce wydłużyły, chwytając obu bliźniaków za szyje niczym dwa pytony. Uniosły ich bez najmniejszych problemów w powietrze, z każdą chwilą powiększając swoją długość. W przeciągu kilku sekund wystrzeliły na kilkudziesiąt metrów w górę, przebijając się przez korony drzew. Dwóch Uchiha, z połamanymi gałązkami i masą liści we włosach zostało wyniesionych na ogromną wysokość, a następnie zawisło przez chwilę w stanie nieważkości. Akeru poczuł zimny pot na plecach. Synowie Rena zapewne mogli z takiej odległości zobaczyć całą obserwującą ich widownię. Najgorszy był moment, gdy B cisnął nimi ponownie o ziemię, niczym szmacianymi lalkami. Uderzenie o plątaninę grubych korzeni połamało część z nich i podniosło w powietrze ogromną ilość drzazg. Ręce jinchuurikiego natychmiast cofnęły się, powracając do normalnych rozmiarów. Uzumaki wstrzymał oddech i zerknął z niepokojem na rodziców chłopców. Mei zasłoniła dłonią usta, ale Ren nie wyglądał na w najmniejszym stopniu zaniepokojonego. Zauważył w jego oczach charakterystyczne łezki Sharingana.

- Dai już wam to mówił...- oznajmił Sho, wyłaniając się z kielicha jednego z rozłożystych, żółtych kwiatów - Teraz jesteście na naszym terenie.

Shinobi z Kumogakure spojrzeli po nim, a zaraz potem przenieśli wzrok na oddzielającego się od pnia jednego z drzew Daisuke. Chwilę później zauważyli leżące na ziemi połamane drewniane kukły.

- Klony... - A zamachał nerwowo ogonami - A więc ukryliście się w otoczeniu. Co zrobicie, jak po prostu je spalę?

- Powodzenia - odparł Shori - Potrafimy odtworzyć ten las w przeciągu kilku sekund. Jeśli tak bardzo chcesz marnować swoje siły, droga wolna.

- Formacja trzecia - mruknął B, ni stąd, ni zowąd pojawiając się za bliźniakami.

Najwyraźniej zadziwiło to nawet jego partnera, który nie był przygotowany do wykonania jakiejkolwiek techniki. Szybko jednak skupił się i złożył razem ręce, które zapłonęły błękitnym płomieniem. Rozłożył je powoli, uwalniając spomiędzy nich dziesiątki niebiesko-czarnych, ognistych kulek, które powoli poszybowały w stronę trójki shinobi.

- Katon: Hotarubi - mruknął.

Palące się trupio bladym żarem ogniki zbliżyły się do nich i zawisły w powietrzu, oświetlając ich twarze zimnym blaskiem. Stojący za zdezorientowanymi braćmi B nie tracił ani chwili. Rozciągnął na boki swoje osiem grubych ogonów, niemal zwalając ich z nóg. Następnie podkurczył je, owijając wokół własnego ciała. Ukryty w ten sposób powstałej kulce, napiął wszystkie mięśnie. Akeru zobaczył, jak A odskakuje w tył i chwyta się jednej z gałęzi, by oddalić się poza zasięg jego rażenia.

- Biju Hachimaki!

Bliźniacy wyciągnęli ku sobie ręce, ale było już za późno. Jinchuuriki z całą mocą rozwinął ogony, obracając się wokół własnej osi z potworną siłą. Zadziałały one jak gigantyczny wiatrak, wzbudzając wokół niego porywy wiatru porównywalne do katastrofy naturalnej. Efekt tego był bardzo podobny - w miejscu, w którym przed chwilą stali shinobi, uniosło się cienkie, ale wysokie tornado zwiewające wszystko na swojej drodze. Przebiło się przez korony drzew, łamiąc ich gałęzie niczym zapałki. Wmieszały się w nie również ogniki A, które, migocząc lekko, wybuchnęły nagle intensywnymi płomieniami, zmieniając trąbę powietrzną w wirujący słup ognia. Otaczający go las nie miał szans przetrzymać takiej nawałnicy. Drzewa trzeszczały, a z każdą chwilą coraz więcej ich łamało się pod naporem brutalnej siły. Te, które to wytrzymały, były spalane na popiół przez piekielne płomienie Matatabiego. Choć tornado obejmowało tylko niewielką część lasu, to tworzące ją rośliny w mgnieniu oka zostały zredukowane do sterty nadpalonych drzazg. Akeru najbardziej martwił fakt, że Bliźniacze Smoki zniknęły w epicentrum całej tej pożogi. Nawet Ren skrzywił się, widząc, co się dzieje na arenie. Biorąc pod uwagę, że jego Sharingan potrafił odróżnić klony Uwolnienia Drewna od oryginałów, znaczyło to, że bracia naprawdę musieli dać się złapać w technikę B. Kiedy huragan zaczął powoli się uspokajać, a płomienie znikać, Uzumaki rzeczywiście zobaczył spadające dwie bezwładne sylwetki.

- Dai...Sho... - szepnęła przerażona Mei.

- Nic im nie będzie - pocieszył ją Ren - Wychodzili już z gorszych tarapatów.

Ciała Bliźniaczych Smoków łupnęły ciężko o ziemię, a zaraz potem obok nich zabrzęczały ich spadające katany. B przestał się kręcić i podszedł do drzewa, na którym schował się A.

- Możesz już zejść! - krzyknął - To koniec.

Jinchuuriki zeskoczył z gałęzi i przyjrzał się powalonym przeciwnikom. Ich ubrania dymiły się od techniki B, a skóra na rękach była osmalona. Leżeli twarzami w dół na pniaku ogromnego, złamanego drzewa. Nie poruszali się, ale wyraźnie wciąż oddychali. Mimo wszystko Akeru miał wrażenie, że nie wyglądali wcale tak źle, biorąc pod uwagę, że przed chwilą przetoczyło się po nich piekielne tornado.

- Udało się - ucieszył się A, z ulgą machając na boki ogonami - Naprawdę się udało.

- To było zdecydowanie zbyt wymagające - podsumował B - Niewiele brakowało.

- Taa...to, co potrafimy, najwyraźniej już nie wystarczy. Musimy wziąć się do pracy, B. Jeśli tego nie zrobimy, ci dwaj pewnego dnia nas prześcigną.

- Hmpf. Na razie wygraliśmy. Od kiedy to zrobiłeś się tak strachliwy, A?

- Nie mów mi, że tego nie czułeś. Siła tych ciosów, ich zgranie...Ten cały Shori złamał mi nos jednym uderzeniem. No i na dodatek te techniki Uwolnienia Drewna...

- Nieważne - machnął ręką jinchuuriki Hachibiego - Najważniejsze, że się udało. Ostatecznie zdobyliśmy te punkty dla Kumogakure. Wciąż możemy wygrać ten turniej!

- Nie skreślajcie nas jeszcze tak łatwo - odezwał się głos za jego plecami - Uchiha nie poddają się tak łatwo.

B odwrócił się gwałtownie i zobaczył ciężko dyszącego Daisuke wspierającego się na rękojeści miecza. Zaraz za nim, cały ubrudzony, powoli podnosił się Sho. Akeru uśmiechnął się sam do siebie i wygodnie odgiął się na siedzeniu. Wyglądało na to, że ten pojedynek jeszcze się nie skończył. Pomimo odniesionych ran bliźniacy wciąż wydawali się mieć sporo siły do walki.

- Przetrwałeś moje jutsu?! - wykrzyknął jinchuuriki - Żartujesz sobie?! Zostaliście wciągnięci w samo epicentrum tornada!

- Och, i z pewnością to poczułem - odparł chłopak, nastawiając wybity bark - Przyznaję, że kompletnie mnie zaskoczyliście. Przyspieszyłeś, jakby ci ktoś ogon podpalił.

- Nie powinieneś być w stanie się ruszać!

- Nie, gdyby przyjął na siebie pełną moc tej techniki - odezwał się Shori - Na całe szczęście w ostatniej chwili zdążyłem temu zapobiec.

- Sho użył jutsu Uwolnienia Wody i zamknął nas w ochronnej bańce - wyjaśnił Daisuke - Chociaż, jak widać, nie do końca wystarczyło to, żeby zneutralizować te wasze płomienie. To faktyczenie dość wysoka liga - przyjrzał się swoim poparzeniom. Choć nie były czymś, co zostawiłoby trwały ślad, to pokrywały sporą część ciała - Gorsze okazało się to wirowanie. Kompletnie wyłączyło nas z gry na dłuższą chwilę.

- W takim razie przygotuj się na więcej - warknął A, nastawiając w jego stronę pazury - bo dopiero się rozkręcamy.

W odpowiedzi na to bracia spojrzeli po sobie pobłażliwie i jednocześnie wykonali pieczęć węża, a las wokół nich ponownie ożył. Drzewa i kwiaty wygięły się w kierunku jinchuurikich, starając się zmiażdżyć ich w morderczych splotach. Z wypalonej ziemi ponownie wystrzeliły dziesiątki przeróżnych roślin, pokrywając ją znowu gęstą dżunglą. A i B, zamiast ruszyć do ataku, zostali zepchnięci do defensywy. Wykorzystując prędkość drugiej wersji trybu Biju dawali jakoś radę unikać zmasowanego natarcia otoczenia, ale skutecznie ich ono rozpraszało. Dawało to idealną okazję bliźniakom do atakowania ich w najmniej spodziewanym momencie. W przeciwieństwie do nich ta dwójka czuła się w wijącym się lesie jak w swoim żywiole. W końcu to oni mieli nad nim pełną władzę i z całą pewnością robili z niej dobry użytek. Jeździli na grubych konarach i przeskakiwali z gałęzi na gałąź, jakby było to dla nich tak naturalne, jak chodzenie. Nieraz wybijali się ślepo w powietrze, a w tym samym momencie z pobliskich pni wyrastało kilka potężnych odnóg, które stanowiły dla nich podporę. Pośród całej tej wrzawy Akeru często ciężko było nadążyć nad rozwojem wypadków. Pazury szczękały o stal, a walczący shinobi z ogromną prędkością poruszali się po rosnącej chaotycznie dżungli. Pomimo całej mocy jaką posiadali, A i B ponownie znaleźli się w potrzasku. Bliźniacze Smoki na dobrą sprawę robiły z nimi, co chciały, zmuszając ich do nieustannej obrony. W wyniku ich przerywanych, dynamicznych starć poszatkowana została spora część lasu, jednak w jej miejsce cały czas wyrastały nowe rośliny. Taka mordercza walka trwała ładnych kilka minut, w czasie których publiczność, a nawet niektórzy w loży Kage z podziwem dopingowali to jedną, to drugą drużynę. Zakończyło ją zderzenie Shoriego i A w powietrzu, w wyniku którego obaj shinobi zostali odrzuceni do tyłu. Przycupnęli na rozłożystej koronie jednego z drzew, po czym Sho wykonał kilka prostych pieczęci.

- Mokuton: Housenka Bakudan...! - mruknął, wystawiając przed siebie dłoń. Wyrósł na niej ogromny, zielony pąk z wypełnionym brązowawymi kulami rdzeniem. Jinchuuriki przekrzywił głowę, nie rozumiejąc w jaki sposób miały on stanowić dla niego zagrożenie.

- Co to ma...Ugh! - nie dokończył, bo w tym samym momencie pąk rozwinął się w piękny, czerwony kwiat, a osiągające rozmiary kul armatnich nasiona wystrzeliły z gigantyczną siłą. Niemal wszystkie trafiły go w brzuch. Akeru otworzył szeroko oczy, widząc, jak A wystrzeliwuje w powietrze i, nie zwalniając, przelatuje przez połowę areny z głuchym jękiem. Powstrzymał go dopiero kamienny mur otaczający arenę. Siła techniki była tak potężna, że wokół miejsca zderzenia pojawiły się rozległe pęknięcia grożące zawaleniem całej ściany. Walczący u podnóża tego samego drzewa Dai i B zatrzymali się na chwilę i spojrzeli w górę. Widząc jutsu brata, Daisuke tylko uśmiechnął się sam do siebie, natomiast B wyglądał na nieco zaniepokojonego. Choć demoniczna, pozbawiona wyrazu twarz utrudniała mu wyrażanie emocji, Akeru wiedział, że nie czuje się on pewnie. Cofnął się o krok, spoglądając z uwagą na obu braci. Tymczasem ogłuszony chwilowo A wrócił już do zmysłów i odpadł z popękanej ściany niczym przerośnięta, rozgnieciona mucha. Wylądował na ziemi i zakaszlał.

- Co to było?! - wycharczał, machając w zdenerwowaniu ogonami.

- Och, to? - Sho zbiegł pionowo po pniu drzewa i wskazał na cofający się do wnętrza swojej dłoni pąk - Zwykła roślina ogrodowa.

- Tak, jasne - A podniósł się z kolan - Moja matka często zajmowała się ogrodem, a jakoś nigdy żaden kwiatek nie wybuchł jej w twarz.

- Cóż, w naturze może faktycznie ma nieco...zredukowane efekty - Uchiha pogładził się po brodzie - ale to wciąż ten sam gatunek. Nigdy nie słyszałeś o niecierpku balsamina?

- Nie.

- Gdy pąk tej rośliny zakwita, wyrzuca nasiona na bardzo daleką odległość, by zwiększyć zasięg wysiewu. Ty po prostu znalazłeś się na ich drodze.

- To wciąż tylko rośliny. Tak długo jak mogę je spalić, stąpasz po cienkim lodzie, Shori.

Akeru zaśmiał się sam do siebie. Co prawda nie miał zbyt często okazji widzieć synów Rena w akcji, ale mógłby przysiąc, że ta technika była nowością w arsenale Sho.

,,Dzieciaki mają talent" - zauważył z zadowoleniem Kyuubi - ,,A do tego umiejętności, więcej niż Kinsei kiedykolwiek zdobędzie".

,,Ech, ty znowu o tym, Kurama? Mówiłem ci już, żebyś był milszy dla mojego syna...Swoją drogą, gdzie on się do cholery podziewa?!"

,,Mnie nie pytaj".

,,Powienien już się tutaj dawno zjawić...Jeśli do końca tego pojedynku go nie będzie, idę go poszukać".

,,Mi pasuje. Od dwóch dni siedzimy w tej przeklętej loży".

***

- Jeszcze nie - usłyszał Kinsei - Wciąż mamy przed sobą daleką drogę.

- Zdążymy?

- Tak. Zatarłem wszystkie ślady. Zanim ktokolwiek się zorientuje, będziemy już daleko.

Uzumaki poruszył się lekko, odzyskując przytomność umysłu. W głowie buzowało mu, jakby oberwał w nią buzdyganem, a na czole czuł potężnego guza. Być może właśnie z tego powodu aż tyle zajęło mu zorientowanie się, co się z nim dzieje. W ocenie sytuacji na pewno nie pomagała mu paląca go lewa ręka. Spróbował lekko nią poruszyć i, mimo bólu, zdał sobie sprawę, że ktoś fachowo ją opatrzył. Uleczyłby ją samodzielnie, ale po pojedynku z Takumą wciąż brakowało mu na to chakry. Regenerowała się powoli, ale nie w tempie wystarczającym, bo mógł teraz chociaż ustać o własnych siłach. Czuł w całym ciele bezwład niczym ogłuszona ryba. Mimo to zdawało mu się, że się porusza. Po kilku sekundach dotarło do niego, że ktoś trzyma go przerzuconego przez ramię. Z całą pewnością mknęli z ogromną szybkością, ale w ogóle nie wyczuwał opadania spowodowanego skakaniem po gałęziach drzew. To nie było możliwe. Czyżby lecieli?

- Tato - odezwał się głęboki, poważny głos tuż obok niego - Chyba się budzi. Mam go znowu uśpić?

- Nie ma takiej potrzeby - Kinsei poczuł, że się zatrzymują, a następnie jego nogi opadły na twarde podłoże. Spróbował otworzyć oczy, by przyjrzeć się nieznajomym, ale na oczach ktoś zawiązał mu opaskę - Możemy pozwolić sobie na mały postój.

Nawet pozbawiony wzroku potrafił bez trudu odgadnąć tożsamość drugiego porywacza. Miał gruby, władczy głos, po którym poznał, że jest dużo starszy od swojego kompana. Uścisk jego wielkich, masywnych rąk wskazywał też na to, że jest naprawdę potężnej postury, co tylko potwierdzały wydarzenia z szatni. Na dodatek ten drugi był jego synem. Uzumaki nie miał pojęcia, co to za ludzie, a co najważniejsze, czego mogą od niego chcieć.

- Kim jesteście? - zapytał, podczas gdy umięśniona ręka usadziła go pod pniem jakiegoś drzewa - I dlaczego mnie porwaliście?

- Kim jesteśmy? - powtórzył starszy z nich - Tego dowiesz się w swoim czasie.

- Jeśli chcecie okupu - ostrzegł ich - to wiedzcie, że nie skończy się to dla was dobrze. Mój ojciec...

- Nie chcemy żadnych pieniędzy. Nie obrażaj nas. Naprawdę wydaje ci się, że pospolity bandyta opatrzyłby twoje rany?

- Nie...dzięki za to - Kinsei dotknął zabandażowanego ramienia - Ale jakoś bym to przeżył, gdybyś w zamian nie trzasnął mnie w głowę!

- To była konieczność - wyjaśnił mężczyzna - Nie stała ci się żadna większa krzywda. Po prostu trochę cię ogłuszyłem.

- W takim razie, po co mnie porwaliście? Jeśli nie chodzi wam o okup, czego ode mnie chcecie?

- Twoich umiejętności - odezwał się młodszy z dwójki.

- Moich...umiejętności?

Kinsei wciąż czuł się, jakby ktoś wsadził go na pędzącą szybko karuzelę. Coś mu się tutaj nie zgadzało. Jakich niby umiejętności mogłaby pragnąć od niego dwójka porywaczy? Nie miał raczej zbyt wiele do zaoferowania.

- Urodziłeś się z niezwykle rzadką zdolnością - wyjaśnił mężczyzna o grubym głosie - Zdolnością, która nie objawiała się od całych pokoleń, a każdy jej użytkownik wywierał na świecie trwałą zmianę. Mówię tutaj oczywiście o twoim Uwolnieniu Yin-Yang.

- Aach... - Uzumaki pokiwał głową. Wszystko to nabierało wreszcie trochę sensu - A więc o to wam chodzi. Chcecie, żebym coś dla was...stworzył? W takim wypadku trafiliście pod zły adres. Widziecie, bardzo chętnie bym wam pomógł. Rzecz w tym, że wszystko, co wytworzę za pomocą moich technik, znika po sześciu godzinach.

- Doskonale znamy twoje umiejętności, Kinseiu Uzumaki. Zarówno ich mocne, jak i słabe strony. Wiem też, że każde ich ograniczenie można obejść. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jaką potęgą mógłbyś władać, gdybyś w pełni opanował swój potencjał.

- Skąd tyle wiesz o technikach Onmyotonu...? - zapytał podejrzliwie blondyn.

- Jak już mówiłem, wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.

- No cóż, na dłuższą metę nie ma to większego znaczenia. Zanim opanuję ten cały potencjał, mogą minąć lata. A mój ojciec znajdzie nas już wkrótce, więc obawiam się, że nie mamy tyle czasu.

- O Hokage bym się nie martwił - oznajmił mężczyzna - Dopilnowałem, byśmy spokojnie osiągnęli nasz cel. Ale masz rację...nie mamy całych lat, by uczyć cię sztuki Onmyotonu. Nie wiemy nawet, czy byłbyś w stanie w pełni ją pojąć. Zamiast tego znaleźliśmy łatwiejszy, szybszy sposób na obejście twoich słabości.

- W takim razie na co czekamy? Sam z chęcią się ich pozbędę.

- To nie takie proste - wyjaśnił syn nieznajomego - To nie to, czego się spodziewasz.

- Będziesz zapamiętany jak bohater - kontynuował ojciec - To ogromny zaszczyt dla zwykłego człowieka. Każdy będzie znał twoje imię.

- Ee...zaszczyt? Dzięki, ale wystarczy mi tylko to, że odblokujecie moje moce...

- Wciąż nie rozumiesz - warknął poirytowany młodszy z porywaczy - Nie przeżyjesz tego.

***

Skąpane w półmroku pomieszczenie przyprawiało Sakuriego o dreszcze już samym swoim klimatem. Po dołożeniu do tego kilku rzędów kamiennych, wyprofilowanych w kształt wachlarza grobów, mógł z dużą dozą pewności stwierdzić, że to jedno z najbardziej złowrogich miejsc, jakie widział w życiu. Włożone w otwory w ścianie świeczki paliły się enigmatycznie, wypełniając je tajemniczym, niemal mistycznym dymem. Do tej grobowej atmosfery idealnie wpasowywała się nieruchoma, wysoka sylwetka Rena, który stał za nim niczym przerażający cień. Wpatrywał się posępnym wzrokiem w grób przed nimi, powodując nieznośne milczenie. Sakuri zastanawiał się, czy powinien coś powiedzieć, ale nie za bardzo wiedział, co. Tkwili już w tym miejscu od dłuższego czasu, a on nawet nie do końca wiedział dlaczego. Tajemniczy nagrobek wyraźnie różnił się od pozostałych. Był dużo większy niż reszta, sugerując, że nie należy tylko do jednej osoby. Z całą pewnością nie bez powodu leżał na nich bukiet świeżych kwiatów. Mimo to, wyryte na płycie nazwiska nic mu nie mówiły.

,,Raiden Uchiha. Shia Uchiha" - odczytał. Kim byli ci ludzie?

- Um... - zaczął niepewnie - Ren-sensei? Dlaczego się tutaj zatrzymaliśmy? Czy w tym grobie leży ktoś dla ciebie...ważny?

Przez chwilę mężczyzna nie odpowiedział, cały czas wpatrując się ponuro w płytę nagrobną.

- Tak - odpowiedział wreszcie, nie odrywając od niej wzroku - Moi rodzice.

Hatake wciągnął głośno powietrze, zdając sobie sprawę, że właśnie popełnił poważną gafę.

- Przepraszam - powiedział od razu - nie wiedziałem...

- Wszystko w porządku - oznajmił Ren - Przeszłości nie zmienisz, nie ważne jak bardzo byś się nie starał.

- Jeśli mogę spytać...co się z nimi stało?

- To samo, co z całą resztą - zagryzł groźnie zęby - Zostali zamordowani przez największego zdrajcę w historii klanu, Itachiego Uchihę.

Sakuri znał tą historię, więc postanowił nie wypytywać o nią senseia. I tak widział, że mówienie o tym nie jest dla niego specjalnie przyjemne. Nagle jego wzrok przykuł element otoczenia, którego wcześniej nie dostrzegł. O grób oparty stał jakiś podejrzany, długi przedmiot. Ostrożnie podszedł bliżej i zdał sobie sprawę, że w rzeczywistości jest to ręcznie zdobiony, drewniany kij bo. Na jego powierzchni wyryte zostały delikatne, ozdobne wzory nadające mu niezwykłego, szlachetnego wyglądu. Zerknął na Rena, który obserwował go czujnie kątem oka, a następnie chwycił broń w ręce. Nie miał pojęcia, co mogła robić tutaj, w katakumbach klanu Uchiha, ale musiał przyznać, że nigdy nie widział tak doskonale wykonanego kija bo. Niemal nic nie ważył, a mimo to wydawał się naprawdę solidny. Szczerze mówiąc, swoją twardością przypominał bardziej diament niż zwykły kawałek drewna. Najdziwniejsze w nim było to, że emitował dziwną energię, która przyprawiała go o ciarki. Nie mógł się powstrzymać i aktywował Sharingan. W chwili, gdy wokół jego źrenicy zatańczyły trzy charakterystyczne łezki, Sakuri ujrzał coś, czego nigdy by się nie spodziewał. Chakra przepływająca przez tą broń była nieporównywalna z niczym innym, co do tej pory widział. Nie zachowywała się zupełnie jak jej zwykła odmiana. Zamiast tego była podejrzanie gęsta i potwornie intensywna. Nigdy nie widział czegoś takiego u normalnego człowieka.

- Ren-sensei - wyszeptał w zdumieniu - Co to jest...?

- To broń mojego ojca - oznajmił shinobi, pojawiając się nagle nad jego ramieniem i wyjmując mu bo delikatnie z ręki - Chociaż wykonana została przez mojego dziadka, Jotena Uchihę. Ale to już historia na inną okazję.

Odłożył kij na miejsce i natychmiast ruszył do kolejnej sali, nie czekając na Sakuriego. Hatake rzucił jeszcze tylko wzrokiem na tajemniczą broń i ruszył za nim, zagłębiając się dalej w katakumbach pod domem senseia.

- Ej - Akane pstrykała mu niecierpliwie przed nosem - Głuchy jesteś?! Mówię do ciebie!

- Uch - uchylił się przed jej palcami, które jeśli przypadkiem zeszłyby z kursu, mogły spokojnie złamać mu nos - Nie, wszystko w porządku. Tylko się trochę zamyśliłem.

- No to lepiej, żebyś szybko wrócił na ziemię - pufnęła, zarzucając groźnie białymi włosami - Nie przywykłam do mówienia sama do siebie.

- Coś przegapiłem? - zapytał i, nie czekając na odpowiedź, zerknął na arenę.

Zrobił to akurat w momencie, gdy czwórka shinobich była w środku intensywnej walki. Przemienieni w miniaturki Biju jinchuuriki ponownie próbowali wykonać na przeciwnikach Podwójny Lariat. Tym razem jednak ręka A spowita była niebieskimi płomieniami, natomiast na ramieniu B znajdowała się zrobiona z chakry, rogata czaszka byka. Bliźniacy, ponownie ustawieni plecami do siebie najwyraźniej oczekiwali już tego ataku, bo nie wyglądali na w najmniejszym stopniu zaniepokojonych, gdy ci rzucili się na nich dziko.

- Katon: Nenshou Rariatto!

- Ushi Rariatto!

Nim reprezentanci Chmury zdążyli dosięgnąć swoich celów, zostali oplątani przez otaczającą ich florę. Grube, wijące się korzenie podcięły im nogi, a gęsty bluszcz natychmiast spętał ich ręce. Płomienie i szkielet byka natychmiast zniknęły z rąk jinchurikich, którzy runęli na ziemię jak dłudzy. Dai i Sho popatrzyli na siebie z politowaniem, ciesząc się rozgrywającym się spektaktlem. B udało się nawet na chwilę rozerwać wiążące nogi więzy, ale tylko na moment. Zaraz potem dwa razy więcej korzeni oplątało go, skutecznie unieruchamiając. Następne w kolejności były ręce, które zostały splątane za pomocą różanych, kolczastych pnączy. Na samym końcu rośliny zajęły się ogonami jinchuurikich, zbierając je wszystkie w jeden pęk, by nie stanowiły zagrożenia.

- Drugi raz ta sama sztuczka? - zapytał z zawodem Daisuke - Powtarzacie się. Chyba nie sądziliście, że to się naprawdę uda. Już wcześniej nie daliście rady nas trafić, a teraz znamy was już przecież na wylot.

- Jak...nghh...to przewidzieliście? - warknął A, szarpiąc się ze swoimi więzami. W jego żółto - zielonych oczach Sakuri ujrzał z trudem ukrywaną panikę.

- Jak już mówiłem, zrobiliście się przewidywalni. Na początku trochę nas zaskakiwaliście, ale teraz znamy wasze taktyki. Poddajcie się. To koniec. Nic nam już nie zrobicie.

- Nie bądź tego taki pewny, Daisuke! - ryknął z nagłą wściekłością B - Moc Biju to najpotężniejsza moc na tym świecie! Nie ma nic, co mogłoby się z nią równać!

- Och, doprawdy? - zakpił chłopak, spoglądając na niego swoimi czerwonymi oczami - Przychodzi mi na myśl jedna taka rzecz.

- Nie utrzymasz nas tutaj na długo. Kiedy się uwolnimy...

- Racja, płaszcz Biju - klepnął się w czoło - Sho, chyba powinniśmy coś z tym zrobić.

Ten tylko wzruszył ramionami i razem bratem wykonał synchronicznie charakterystyczną dla Mokutona pieczęć węża. Efekt był niemal natychmiastowy - krwistoczerwona forma jinchuurikich zaczęła się chwiać, a jej półpłynna struktura zastracać wcześniejszy kształt. Spływając z ich ciał, przypominała bardzo karmazynowy śluz. Znikała wewnątrz oplątujących ich roślin, działających jak ogromne gąbki. Szybko pod grubą warstwą chakry ukazały się prawdziwe oblicza zaskoczonych A i B. Z całą pewnością nie wiedzieli, co się z nimi dzieje, ale Sakuri bardzo dobrze to rozumiał. Nierozsądnie było nie doceniać jednego z najpotężniejszych atutów Uwolnienia Drewna. Sam nie raz przykonał się o tym na własnej skórze. Wszystkie rośliny tworzące las bliźniaków potrafiły absorbować chakrę. To właśnie dlatego Mokuton Pierwszego Hokage tak świetnie sprawdzał się podczas chwytania ogoniastych bestii. A i B najwyraźniej też zaczynali powoli zdawać sobie z tego sprawę, a w miarę jak coraz większa część ich ciał wracała do normalności, w ich oczach odznaczał się z każdą chwilą rosnący stopień paniki.

- I co myślisz, Akane? - zagadnął koleżankę Sakuri - Czy nowe pokolenie Uchiha sprostało twoim wyobrażeniom?

- Za dużo gadają - burknęła - Zwłaszcza Daisuke. Nie tak postępuje prawdziwy shinobi.

- To zależy jak na to spojrzysz. Każdy ma swoją drogę ninja. Poza tym, chodziło mi raczej o ich umiejętności. Sama widzisz, jak przerażający potrafi być ich Mokuton. Tego nie przeczytałaś w kartach shinobi, prawda?

- Przeczytałam. Karty shinobi zawierają bardziej szczegółowe informacje, niż ci się wydaje. Zwłaszcza jeśli mówimy tutaj o shinobi kalibru Bliźniaczych Smoków Konohy.

- Uch...skoro tak mówisz - zgodził się zbity z tropu Sakuri. - Rozumiem, że po tym wszystkim wciąż uważasz, że Dai nie nadaje się na dowódcę naszej drużyny?

Kaguya przez chwilę nie odpowiedziała, co zaskoczyło chłopaka. Wydawało mu się, że zauważył na jej twarzy cień zwątpienia.

- Jest uparty i działa pod wpływem emocji.

- Nie o to pytałem.

- A od kiedy to tak cię interesuje moja opinia? - zapytała z wyższością - Myślałam, że to twój rywal. Na ogół nie wydajesz się tak entuzjastyczny na jego temat.

- Heh, to co innego - Hatake podrapał się po głowie - Lubię się z nim droczyć i pojedynkować, to fakt. Ale rzeczywistość jest taka, że zawsze mi czegoś brakuje.

- Brakuje? Brzmieliście, jakby wasze pojedynki były dość wyrównane.

- Bo są. Sęk w tym, Akane, że to są sparingi. Prawdziwa siła Daia i Sho wychodzi na jaw, gdy wezmą walkę na poważnie. Te emocje, które tak krytykujesz, są ich ukrytą siłą. Kiedy przekroczysz pewną linię, potrafią być naprawdę przerażający. Chyba mają to po Renie-sensei.

- Hmpf. Chętnie to zobaczę.

- Uwierz mi, nie chcesz tego widzieć.

Akane tylko wzruszyła obojętnie ramionami, jakby mu nie dowierzała. Sakuri wrócił więc do śledzenia pojedynku, który toczył się w najlepsze. Na arenie, wciąż związani A i B wrócili już do swoich ludzkich postaci. Wewnątrz wiążących ich korzeni znikał właśnie ostatni fragment karmazynowej chakry płaszcza Biju A. Shinobi rzucał na boki dzikim spojrzeniem swoich dwukolorowych oczu, nie wiedząc, co robić.

- A! - przywołał go do porządku jego partner - Przestań tak siedzieć i użyj tego!

Blondyn natychmiast otrzeźwiał i zamrugał oczami. Rozłożył na boki ręce, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalały mu oblepiające go gęsto pnącza.

- No tak - mruknął, zawstydzony - Przepraszam, B. Przez chwilę myślałem, że naprawdę jesteśmy w potrzasku.

Dłonie A zafalowały, szybko zmieniając kształt. Jednocześnie buchnęły niebiesko - czarnymi płomieniami, które tym razem nie tylko je spowijały. Dłonie jinchuurikiego naprawdę stały się ogniem, skondensowanym na tyle, by przybrać fizyczną formę. Ukształtowały się w wielkie, kocie łapy z długimi pazurami na końcach. Płomienie, z których zostały zrobione, przyciągały wzrok Sakuriego skomplikowanymi wzorami, które tworzyły, przechodząc z błękitu w czerń i na odwrót. Wystarczyły ich dwa machnięcia, by przeciąć większość więzów unieruchamiających A. Widownia ryknęła entuzjastycznie, podekscytowana nowym kierunkiem, który obrała ta walka.

- Dai! - wykrzyknął Shori - Szybko, musimy wyssać z niego tą chakrę!

- Za późno - oznajmił zadowolony z siebie jinchuuriki, uwalniając również swojego partnera. Kilka prostych cięć płonącymi pazurami obróciło kreacje bliźniaków w smętne kupki popiołów - Mieliście swoją szansę, ale straciliście koncentrację!

- Niech to - Daisuke zacisnął w gniewie dłoń w pięść - Przepraszam, Sho. Zrobiłem się nieuważny i nie zauważyłem, że gromadzi chakrę.

- Wszystko w porządku - uśmiechnął się miło - Złapaliśmy ich raz, złapiemy i drugi.

- Taa - oznajmił Dai, ponownie wyjmując z pochwy katanę o drewnianej rękojeści - Zostaw to mnie. Naprawię to, co zepsułem.

Nim Sho zdążył zaprotestować, skoczył na spotkanie A i skrzyżował klingę z jego pazurami. Zderzyli się w powietrzu, siłując się nawzajem.

- Co to jest...? - zdziwił się Uchiha - Ten ogień...wcale nie jest gorący!

- Mówiłem przecież. Nie masz tutaj do czynienia ze zwykłym ogniem. To piekielne płomienie Matatabiego! Mogę je kondensować do fizycznej postaci...a palą tylko tego, kogo zechcę! I tak się składa...że chcę, żeby teraz paliły ciebie!

Daisuke syknął nagle i odskoczył w tył, ewidentnie oparzony przez płonące łapy przeciwnika. Zmrużył oczy, zasłaniając się kataną, jakby myślał, jaki następny ruch wykonać.

- Nie ma potrzeby tak na niego szarżować - próbował uspokoić go brat - Nie znamy do końca właściwości jego technik. Musimy zgromadzić więcej informacji, a wtedy...

- Tak jakbym miał wam na to pozwolić - warknął A, biorąc głęboki wdech i wykonując kilka pieczęci - Upokorzyliście nas już wystarczająco. Katon: Gesshirui Kyoufu!

Sakuri aż cofnął się od balustrady, widząc ogromny strumień błękitnego ognia wydobywającego się z ust jinchuurikiego. W ułamku sekundy osmalił on ziemię pod sobą, mimo iż wcale jej nie dotykał. Rozmiarami przypominał technikę wykonaną przez Kage, a nie zwykłego jounina. A ewidentnie musiał włożyć w nią spore pokłady chakry Dwuogoniastego.

- Katon: Goukakyou no Jutsu! - wykrzyknął Daisuke i automatycznie, przy asyście dwóch pieczęci, wykonał popisową technikę klanu Uchiha.

Sho spojrzał na niego niepewnie, w pół kroku do ucieczki. Wyglądało na to, że sam wolał uniknąć tego ataku, ale nie chciał zostawić brata, który teraz nie mógł już się wycofać. Kulista fala regularnych płomieni starła się z jutsu jinchuurikiego, po czym nastąpiła próba sił. Wielka Kula Ognia Daisuke zawsze budziła w Sakurim podziw. On sam również potrafił wykonać tą technikę, ponieważ do jej nauczenia nakłonił go Ren. ,,Każdy Uchiha musi znać to jutsu" - mówił, więc Hatake posłusznie opanował je zgodnie z wolą senseia. Mimo to, nigdy nie był w nim szczególnie dobry. Obszar, jaki zajmowała kula ognia Daia był w zupełnie innej lidze. Przebijała go nie tylko rozmiarami, ale również intensywnością, z jaką płonęła. Już na pierwszy rzut oka mógł zobaczyć, że jego przyjaciel wziął sobie do serca odpowiedzialność, jaka na nim spoczywała. Jako przyszła głowa klanu Uchiha doskonale opanował Katon, czemu właśnie dawał dowód, przeciwstawiając się niewątpliwie dużo bardziej potężnym płomieniom Biju. Walczył dzielnie, ale szala zwycięstwa nieustannie przesuwała się na jego niekorzyść. Nieważne jak intensywny, zwykły ogiń po prostu nie mógł równać się z jutsu A. Uchiha starał się, jak mógł, a na jego czoło wystąpił intensywny pot. Być może był on spowodowany gorącem, a może po prostu Dai przeczuwał, że nie wygra tego starcia. Coraz bardziej zaczynało brakować mu oddechu, podczas gdy A nawet nie musiał specjalnie się wysilać i delikatnym strumieniem lekko podsycał wciąż niesłabnącą technikę. Jeszcze przed chwilą wyrównany pojedynek przeszedł teraz w rozpaczliwą walkę Uchihy o przetrwanie. Fala niebiesko - czarnych płomieni zbliżała się do niego, a jego własne jutsu ognia zredukowane zostało do cienkiego strumienia. Sakuri nie mół na to patrzeć. Wiedział, że Dai zareagował instynktownie, w przeciwnym wypadku użyłby bowiem Suitonu. Teraz jednak nie mógł już przerwać. A wyglądał na bardzo podekscytowanego perspektywą zwycięstwa.

Ostatecznie chłopak nie wytrzymał i upadł na kolana, kompletnie pozbawiony tchu. Podniósł głowę, zlany od stóp do głów potem i zobaczył zbliżającą się, buzującą dziko błękitną pożogę. Po raz pierwszy od początku tej walki Sakuri zobaczył na twarzy przyjaciela szczere przerażenie. W chwili, gdy miał zostać spalony na popiół, a technika A oświetliła jego przestraszoną twarz, pomiędzy nimi wyrosła znajoma sylwetka. Wszystko zdarzyło się bardzo szybko. Podniosła się chmura gęstej pary, zasłaniając pole bitwy, a później nastąpiło coś w rodzaju wybuchu, zapewne spowodowane ekplozją techniki A. Sakuri wstrzymał oddech, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Bał się nawet użyć Sharingana, by sprawdzić, czy wszystko z Daisuke w porządku. Nawet widownia umilkła, poruszona wydarzeniami na arenie.

- Widziałaś to?  - zapytał koleżankę, która nagle zrobiła się cała blada.

Dziewczyna nie odpowiedziała, wpatrując się w miejsce eksplozji. Zasłona powoli przerzedzała się, ukazując sylwetki czterech postaci. Najpierw z mgły wyłonili się A i B, równie niepewni skutków swojego ataku, co cała reszta. Dopiero po chwili oczom zgromadzonych ukazała się reszta areny. Na pierwszy rzut oka Sakuri mógł odetchnąć z ulgą - Daisuke był cały i zdrowy. Klęczał na ziemi, z otwartymi szeroko oczami. Przed nim stała osmalona, cała poparzona postać z lekko napalonymi ubraniami. Były one identyczne co te Uchihy. Hatake zakrył usta dłonią, rozumiejąc wreszcie, co się stało.

- Przepraszam, Dai. Ostatecznie nie byłem w stanie cię ochronić - powiedział słabo Sho, chwiejąc się - W takim razie pozwól, że zostanę chociaż twoją tarczą... - z tymi słowami upadł nieprzytomnie na ziemię, tuż obok nieruchomego brata.

Twarz Daisuke na początku wyrażała kompletne zaskoczenie. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się przed siebie. Dopiero po pewnym czasie wszystko do niego dotarło.

- Sho!!

***

Akeru skrzywił się, widząc całą tą sytuację na arenie. Zerknął na Rena, który tańczył dłonią wokół rękojeści miecza, ale ani razu po nią nie sięgnął. Strzelił kilka razy wymownie szyją, ale na tym się skończyło. Uzumaki odetchnął z ulgą - wychodziło na to, że niepotrzebnie się martwił. Najwyraźniej jego przyjaciel potrafił się kontrolować, kiedy potrzeba tego wymagała. Mimo wszystko było to trochę podejrzane. Ren, którego znał, już dawno rzuciłby się na pomoc swoim synom i wgniótł A i B w ziemię. Miał dziwne przeczucie, że musi mieć dobry powód, by teraz tak się zachowywać. Mei z kolei nie znosiła tego tak dobrze. Cała przerażona, siedziała teraz z ustami zakrytymi w panice dłonią. Jej mąż szepnął coś do niej, co trochę ją uspokoiło, ale Akeru nie dosłyszał co. Był bardziej zajęty analizowaniem tej samobójczej akcji, którą właśnie wykorzystał Shori. Stanął pomiędzy Daisuke, a falą płomieni i, wykorzystując wcześniej zebraną w płucach chakrę wody, wydmuchnął jednocześnie jej potężny strumień. Uzumaki musiał przyznać, że wymagało to perfekcyjnego wyczucia czasu, by nie dać spalić się na popiół. Dzięki jutsu Suitonu moc płomieni osłabła, ale nie na tyle, by Uchiha wyszedł z tego bez szwanku. Poparzenia na jego ciele były bardzo rozległe, a do tego dość poważne. Nie wątpił, że Kinsei, gdyby tylko nie postanowił gdzieś sobie znowu zniknąć, dałby radę go wyleczyć. Mało tego, po obrażeniach nie pozostałby nawet ślad. W tej sytuacji jednak życie Sho wisiało na włosku. A i B znów przesadzili, zapominając, że to tylko nieformalny turniej. Bliźniacy nie starali się ich zabić - widać to było już na pierwszy rzut oka. Jinchuuriki nie odpłacili im się w szczególnie sprawiedliwy sposób.

- Sho... - wyszeptał starszy z braci, klękając przy jego nieprzytomnym ciele - Użyję resztki twojej chakry, która mi została. Niczym się nie przejmuj, niedługo wrócisz do zdrowia - obiecał, po czym wykonał charakterystyczną dla Mokutona pieczęć. - Mokuton: Kouka Chiryou...

Z korzenia wokół poparzonego Uchihy wyrosły ogromne, mięsiste liście i delikatnie otoczyły go, zamykając wewnątrz skomplikowanej formacji. Akeru już gdzieś je widział, ale dopiero po chwili przypomniał sobie, gdzie. Były to liście aloesu - rośliny, z której wyciąg miał szeroko znane właściwości lecznicze. Dai przejechał opiekuńczo dłonią po utworzonym kokonie. Na jego twarzy malował się niewypowiedziany smutek i rozgoryczenie. Powoli podniósł się, a gdy odwrócił wzrok, Uzumaki niemal przestraszył się tego, co zobaczył.

- Wy... - wyszeptał z taką nienawiścią, że Akeru przed twarzą stanęła na chwilę postać Rena sprzed wielu lat.

- Ja...ja nie chciałem - oznajmił przepraszająco A, cofając się powoli krok za krokiem - Poniosło mnie, ja...nie wiedziałem, że to się tak skończy.

- Nie miałem z tym nic wspólnego - dodał B - Poza tym twój brat wyjdzie z tego. Nie ma powodu do... - nie dokończył, bo jego twarz nagle ścisnęła tajemnicza ręka.

Akeru aż odchylił się na ławce, widząc Daisuke znikającego i pojawiającego się natychmiast przed twarzami jinchuurikich.

,,Co za prędkość" - pomyślał - ,,Jest nawet szybszy niż wcześniej".

Nim reprezentanci Kumo zdążyli mrugnąć, na ich twarzach zacisnął się stalowy uścisk Uchihy. Uniósł ich on niczym szmaciane lalki i cisnął o ziemię, robiąc wgniecenie w kilkunastometrowym korzeniu, na którym stali. Krzyknęli z bólu, obaj wypluwając z ust krew. Był to jednak tylko początek tego, co ich czekało. Dai najpierw wyskoczył w górę, bezlitośnie lądując na klatce piersiowej A i wbijając go jeszcze głębiej w drewno. Jinchuuriki otrzeźwiał na chwilę z powodu bólu i wyskoczył na powierzchnię, jednak nie uciekł daleko. Chłopak dopadł go już po kilku sekundach, sprzedając dewastujący kopniak w plecy, który wysłał go koziołkującego w kierunku pobliskiego drzewa. A stracił koncentrację, przez co jego ręce wróciły do normalnej postaci. Sekundę później wpadł na wystającą gałąź, owijając się wokół niej niczym dywan na trzepaku.

- Więc tak chcesz się bawić, co? - zapytał B, wstając i ocierając krew z ust - Nie zapominaj, że mamy teraz przewagę liczebną! Sumi Bunshin no Jutsu!

Wydął policzki, po czym wypluł dużą ilość ciemnego, oleistego płynu. Ten poruszył się i uniósł, formując się w znajome, humanoidalne kształty. Następnie atramentowe figury nabrały kolorów i poruszyły się, stając obok niego, gotowe do obrony przed nadciągającym Uchihą. B i jego dwa sobowtóry przybrały pozycję do walki, jednak nie spowolniło to Dasuke ani na moment.

- Jak śmieliście... - warknął przerażająco, uderzając oryginał prosto w twarz - zrobić to Sho?!

Z nosa jinchuurikiego puściła się krew, a on sam z krzykiem odrzucony został do tyłu. Klony skorzystały z okazji i złapały Uchihę pod ręce, próbując go unieruchomić. Wydawało się, jakby chłopak dopiero teraz je zauważył. Zerknął na nie swoim Sharinganem, mrużąc gniewnie oczy.

- Z drogi...

Nim którykolwiek z nich zdążył wykonać jakikolwiek ruch, spod ich stóp wystrzeliły dwa zaostrzone, drewniane pale, wyrastając prosto z korzenia. Nabiły ich niczym wykałaczki i wyniosły na w powietrze z takim impetem, że natychmiast rozprysnęli się oni w dwie czarne plamy. Spadły one na ziemię niczym czarny deszcz, idealnie pasując do wyrazu twarzy Daisuke. Stał on teraz pomiędzy dwoma kilkunastometrowymi filarami, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Akeru nie miał co do tego wątpliwości - to właśnie była słynna potęga Pierwszego Hokage. Uchiha wytworzył dwie ogromne konstrukcje praktycznie bez żadnego wysiłku. Nie mógł uwierzyć, jak bardzo wszystko zmieniło się od wypadku Sho. Nie zdawał sobie wcześniej sprawy, jak wiele technik Daisuke trzymał w rękawie z obawy, że mogłyby zabić jego przeciwników. Teraz, kiedy najwyraźniej stracił te zahamowania, nie tylko używał jutsu dużo częściej, ale były też one dużo bardziej agresywne i bezpośrednie. Na dodatek dochodziła do tego jeszcze nowo ukazana siła, za pomocą której ciskał przeciwnikami jak szmacianymi lalkami po polu bitwy. Naprawdę znajdowali się teraz w na jego terytorium. Akeru niemal im współczuł. Dostrzegł jednak kokon za Daiem i uznał, że zasłużyli sobie na to.

- Co w niego wstąpiło?! - wykrzyknął A do osuwającego się po pniu drzewa kompana. Sam dopiero przed chwilą otrzeźwiał po ostatnim ciosie - W tej formie z nim nie wygramy!

- Wiem, wiem! - odkrzyknął B, kręcąc głową i próbując dojść do siebie - Forma druga, A!

Spod stóp jinchuurikich eksplodowała czerwona chakra ogoniastych bestii, okalając ich grubym całunem. Skóra na ich rękach i twarzach zaczęła łuszczyć się w przyspieszonym tempie, ukazując pod spodem krwistoczerwone wnętrze. W przeciągu kilku sekund przeszli tą samą transformację, co wcześniej. Chakra Biju otoczyła ich karmazynowym, nieprzezroczystym bąblem, a chwilę później eksplodowała, ukazując ich nowe formy. Ponownie wyglądając jak miniaturowe wersje swoich ogoniastych bestii, A i B ruszyli się i w ułamku sekundy znaleźli się przy sobie, naprzeciwko Daia. Machali wściekle ogonami, ewidentnie spragnieni zemsty. Mimo to żaden z nich nie chciał wykonać pierwszego ruchu. Spośród całej trójki to właśnie Daisuke najbardziej z nich przypominał teraz prawdzią bestię. Z rozczochranymi włosami i wyszczerzonymi zębami musiał budzić zwątpienie nawet w A i B. Nie wyglądał na w najmniejszym stopniu zaniepokojonego ich transformacją, jakby czekał tylko na okazję do walki. Ostatecznie, gdy się tego nie doczekał, sam ruszył na przeciwników, którzy automatycznie cofnęli się o krok. Szybko jednak zdali sobie sprawę, że wciąż mają przewagę liczebną i również wyskoczyli mu na spotkanie.

- Przepraszam za nich - usłyszał Akeru - Wiedziałem, że wystawienie ich w tym turnieju może się okazać problematyczne, ale miałem pojęcia, że ucierpi na tym Sho.

Siedząc pomiędzy Renem, a Isao był świadkiem całej ich rozmowy. Uznał, że to miłe ze strony przyjaciela by przepraszać za zachowanie swoich zawodników, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że w końcu byli oni również i jego własnymi podwładnymi.

- To nie twoja wina - odparł Uchiha - Ja i Akeru nauczyliśmy ich tego, czego potrafią. Najwyraźniej zapomnieliśmy wpoić im, kiedy należy używać tych zdolności. Odpowiedzialność spada na nas, Isao. Z całą pewnością jednak nie popełnię już drugi raz tego samego błędu. Kiedy to się skończy, pokażę tej dwójce, do czego może doprowadzić nierozważne używanie potężnej mocy.

- Kiedy mówisz to w tej sposób, zaczynam im trochę współczuć - skrzywił się Raikage - Ale to twoje metody. Nie mam zamiaru w nie ingerować. Mam tylko nadzieję, że Shori z tego wyjdzie.

- Nic mu nie będzie.

- Skąd ta pewność?

Na to pytanie Ren już nie odpowiedział, jakby nagle się zaciął. Akeru zmarszczył brwi i zobaczył, jak na polu bitwy Daisuke, pomimo nowej mocy przeciwników, świetnie radzi sobie z walką dwóch na jednego. A i B skakali wokół niego, bezskutecznie próbując trafić go choć jednym ciosem, natomiast on sam wykonywał błyskawiczne akrobacje, które kompletnie zaskakiwały jinchuurikich. W połączeniu z siłą jego kopniaków, można było nawet uznać, że miał nad nimi przewagę. Gdy obrócił się w powietrzu i kopnął B prosto w brzuch, Uzumaki skrzywił się, jakby to on był na jego miejscu. Shinobi gruchnął o ziemię, wgniatając korzeń pod sobą. Podobny los spotkał chwilę później jego partnera.

,,Jak on to robi? Chwilę wcześniej nie dałby rady im dwóm na raz".

,,Nie widzisz tego? Kompletnie zmienił styl walki. Przeszedł w totalną ofensywę, nie zważając zupełnie na otrzymywane obrażenia. Pakuje w te ciosy całą siłę, jaką ma, a jak widać, ma jej całkiem sporo".

,,To...dość nierozważne. Bardzo szybko opadnie z sił".

,,Zakładając, że A i B wytrzymają do tego czasu" - parsknął ironicznym śmiechem Kyuubi.

,,Wątpisz w to?"

,,Czy wątpię? Dawno nie widziałem, by ktoś dostawał takiego łupnia od jednego dzieciaka. Jeśli nie użyją zaraz Bijudamy albo Trybu Biju, będzie już za późno".

,,Trybu Biju nie użyją" - zastanowił się Akeru - ,,Arena jest zbyt mała, by mogli swobodnie się po niej poruszać. Daisuke związałby ich natychmiast Mokutonem i wyssał z nich chakrę. Natomiast Bijudama to już ostateczność. Jeśli wystrzeliliby ją wewnątrz bariery, zmietliby nie tylko jego, ale i samych siebie. Kopuła skondensowałaby wybuch".

,,Nie to mnie zastanawia. Myślę, czy sama Bijudama wystarczyłaby do pokonania go w takim stanie, w jakim się teraz znajduje".

Akurat w tym samym momencie, gdy toczyła się ta dyskusja, A udało się trafić Daia prosto w twarz. Rozpędzona pięść jinchuurikiego zatrzymała się na policzku Uchihy, a on sam nagle znieruchomiał. Shinobi z Kumogakure również zamarli w bezruchu, zdziwieni jego podejrzanym zachowaniem. Oko Daisuke powoli przesunęło się w kierunku opartej na twarzy pięści, a później skoncentrowało się na przeciwniku. W tym wzroku nie było bólu, tylko zwyczajne niedowierzanie, które szybko przerodziło się w jeszcze większy gniew. A cofnął rękę, ale było już za późno. Czarnowłosy oddał mu z taką samą siłą, posyłając go w tył i samemu również się wycofując. Przyklęknął, wykonując całą masę błyskawicznych pieczęci.

- Wciąż ci mało? - warknął do niego B - Już ci mówiliśmy, że to, co stało się z Sho to był wypadek. Walczyliście dzielnie, ale nie ma sensu tego ciagnąć. Poddaj się. Nie ma żadnego wstydu w zaprzestaniu walki w takiej sytuacji. Tym bardziej biorąc pod uwagę, że pokazałeś, na co cię stać...obaj pokazaliście.

Uchiha łypnął na niego spod ciemnej czupryny, a w jego spojrzeniu wciąż widoczna była tylko żądza mordu.

- Mokuton: Mokujin no Jutsu...

Ziemia na arenie zadrżała, a korzenie pod chłopakiem poruszyły się, jakby jakaś góra wypychała je od środka.

- Co do...? - wykrzyknął jinchuuriki Hachibiego, z trudem łapiąc równowagę.

Szybko okazało się, że powstający twór nie jest zwykłą górą, a gigantyczną głową, przywodzącą na myśl oni z wystającymi z dolnej wargi kłami. Miał okrągłą twarz, kulfoniasty nos i coś przypominającego koronę z rogów na głowie. Na jednym z jej cierni stał Dai z założonymi na piersi rękami. Coraz bardziej unosił się w górę, a w miarę, jak drewniany humanoid wyrastał z ziemi, Akeru mógł dostrzec coraz większą część jego ciała. Było ono wprost ogromne, będąc tak wysokie jak połowa stadionu. Biorąc pod uwagę, że wyłoniło się z korzeni tylko do poziomu pasa, zastanawiał się, jak wielkie mogłoby być w pełnej krasie. Zapewne dorównywałoby wzrostem Kuramie czy Perfekcyjnemu Susanoo. Nie dziwiła go wielkość techniki Daia - w końcu to właśnie z tego słynął Mokuton Pierwszego Hokage. A i B wiele jednak o nim nie słyszeli i stali teraz z zadartymi głowami, wpatrując się z niedowierzaniem w Uchihę na szczycie drewnianej góry. Ich otwarte szeroko białe paszcze mówiły same za siebie. Widownia, i tak podekscytowana już do granic możliwości, ryknęła teraz entuzjastycznie. Wielu widzów zaczęło skandować, dopingując każdą ze stron. Mimo całego tego wsparcia, jinchuuriki nie wyglądali na przekonanych.

- A - wykrzyknął B do swojego kompana - Pełna forma Biju! Teraz!

- Nie możemy! Nie zmieścimy się z nim na takiej arenie!

- Inaczej nas zgniecie!

Nagle rozległ się charakterystyczny dogłos poruszanego drewna. Kolos Daia powoli, ociężale podniósł masywną rękę i odgiął ją w tył. Wykonane ze skośnie ociosanych pali palce zacisnęły się w monstrualną pięść, która zawisła przez chwilę w powietrzu.

- Zapłacicie... - warknął Uchiha.

Ręka wyprostowała się z impetem, trafiając prosto w miejsce, w którym stali przeciwnicy. Rozległ się ogromny huk, a po całym stadionie rozeszły się ostrzegawcze wstrząsy. Pod wpływem uderzenia grube, kilkunastometrowe korzenie tworzące grunt całe popękały, zapadając się w sobie i wzbudzając złożoną z drzazg zawieruchę. Ktoś na widowni zaczął krzyczeć, wzbudzając zbiorową panikę. Cały las zatrząsł się w posadach, a kilka drzew, pomimo swoich rozmiarów, padło na ziemię, tworząc dodatkowy huk. Akeru skrzywił się, widząc, że A i B byli w epicentrum tego ataku.

- ...za...

Humanoid Uchihy uniósł ponownie pięść i natychmiast wyprowadził cios z drugiej ręki. Ponownie rozległy się wstrząsy, które zaczęły niepokoić Akeru. Cała arena trzęsła się, jakby ktoś wywołał na nim miniaturowe trzęsienie ziemi.

- ...to...co...zrobiliście! - ryknął Daisuke, powtarzając bezlitosne ataki aż do skutku. Jego kolos młócił cały czas w jedno miejsce, wybijając w nim coraz głębszą dziurę.

Wstrząsy zrobiły się nie do wytrzymania. Nawet Kage patrzeli po sobie, a ich ochroniarze byli w gotowości do interwencji. Bariera Shiraia nie była w stanie powstrzymać wstrząsów, ponieważ nie uderzyły w nią bezpośrednio. Akeru z niepokojem zobaczył, jak po parapecie przed nim rozchodzą się w szybkim tempie pęknięcia. Po chwili pojawiły się również na całej ściany loży, z której zaczęły sypać się malutkie kamyczki. Jeśli sytuacja dalej by się tak rozwijała, musiałby interweniować, żeby ocalić stadion. Na całe szczęście Dai opanował się w porę, a jego drewniany kolos zamarł po kilkunastu wyprowadzonych ciosach. W miejscu uderzeń ział teraz wielki, wybity krater, a w nim znajdowały się nieruchome ciała jinchuurikich.

- Nie wiedziałem, że kolana wyginają się w tą stronę - zauważył z odrazą Isao - i że w ogóle znajdują się w takich miejscach.

Uzumakiego też uderzył widok nienaturalnie powykręcanych, zgniecionych ciał na dnie dołu. Co prawda znajdowały się one wciąż w wersji drugiej płaszcza Biju, który zapewniał im częściową odporność na złamania i deformację ciała, ale wątpił, czy po tylu ciosach A i B będą w stanie dojść do siebie. Nie poznawał Daisuke - ten atak mógł spokojnie zabić jego przeciwników, a tymczasem Uchiha nie wyglądał na w najmniejszym stopniu skruszonego. Nie zdziwił się nawet, gdy nieruchome ciała z pufnięciem zmieniły się w chmurki białego, kłębiącego się dymu. Zerknął w dół i ujrzał dwie czerwone mrówki wspinające się błsykawicznie po jego drewianym kolosie. Sięgnął po spoczywającą bezpiecznie w pochwie przy pasie katanę i ruszył im na spotkanie. Biegnąc pionowo po klatce piersiowej olbrzyma, starł się z dwójką jinchuurikich, ale wyraźnie zmęczenie zaczynało dawać mu się we znaki. Po kilku zderzeniach klingi z pazurami jinchuurikich, przestał sobie radzić w walce dwóch na jednego. Podczas pojedynku z B, nie zauważył zakradającego się za niego A. Ten machnął potężnie ogonem, smagając nim chłopaka niczym biczem. Uchiha wyleciał w powietrze, wbijając się z ogromną siłą w podłoże. Korzenie ustapiły pod tak wielkim naporem, łamiąc się i wyginając pod jego ciężarem.

- Hmm...chyba zaczyna odczuwać skutki tak dużego zużycia chakry - potarł brodę Kasai - W krótkim czasie zużył jej sporą ilość.

- To nie o ilość chakry chodzi - zaprzeczył Ren - Dai i Sho mają jej prawie tyle, co ja.

- W takim razie, co się dzieje?

- Jest już po prostu zmęczony. Musi cały czas odpierać ataki dwóch przeciwników na raz, a w ciosy wkłada całą siłę, jaka mu została. Nic dziwnego, że zaczyna opadać z sił.

- Czy to znaczy, że...to już tylko kwestia czasu? - wtrącił się Isao - Nie chcę wyjść na niewdzięcznego, w końcu to w moim najlepszym interesie, by A i B wygrali, ale...nie sądziłem, że ta walka skończy się w ten sposób. Przez cały ten czas Dai i Sho mieli wyraźną przewagę, a teraz...

- Spokojnie - oznajmił Uchiha - moi synowie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

- No nie wiem, Ren - Kasai spojrzał sceptycznie na podnoszącego się spomiędzy kawałków połamanego drewna Daisuke - Walczyli dzielnie, ale wygląda na to, że Dai nie ma już siły tego kontynuować.

***

Dai oparł rękę na wystających drzazgach, podnosząc się na równe nogi. Prawie ich nie czuł, ale jakoś musiał zmusić się jeszcze do ruchu. Czuł, jakby dłonie miały mu zaraz odpaść. Pulsowały bólem, jakby przez cały dzień uderzał nimi o skały. Nie miało to jednak znaczenia. Liczyło się teraz tylko wyrównanie rachunków. Przed oczami ponownie stanął mu widok poparzonego, padającego na kolana Sho.

,,...pozwól, że zostanę chociaż twoją tarczą..." - to były ostatnie słowa, jakie zdołał wymówić.

,,Dobrze" - pomyślał Dai - ,,Odpoczywaj spokojnie, Shori. Możesz być moją tarczą...ale każda tarcza potrzebuje też miecza".

- Czyżby skończyła ci się wreszcie energia? - zakpił B, krocząc na czterech łapach tuż obok A - Mówiłem ci, żebyś się poddał. Przynajmniej zachowałbyś twarz.

Słysząc to, Uchiha na nowo poczuł buzującą adrenalinę. Podniósł leżący na ziemi miecz, zacisnął zęby i ponownie postawił krok do przodu. Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek więcej, coś go powstrzymało. Jednocześnie idący ku niemu jinchuuriki zatrzymali się, wpatrując się w coś za jego plecami. Dai zerknął na oklejoną białawo - zieloną mazią dłoń opierającą się na jego ramieniu. Odwrócił się powoli, po czym natychmiastowo osłupiał.

- Sho! - wykrzyknął, uśmiechając się szeroko i ściskając brata - Jesteś cały!

- Taa - odparł chłopak, wyswabadzając się z żelaznego uścisku, po czym rozejrzał się dookoła, zwracając uwagę w szczególności na drewnianego kolosa - Widzę, że miałeś pełne ręce roboty. Musiałeś trochę na mnie czekać. Wybacz, że tyle to zajęło.

- Nie gadaj głupot. Grunt, że nic ci nie jest.

W istocie, Shori wyglądał dobrze jak nigdy dotąd. Po oparzeniach nie pozostał nawet ślad, a wszelkie zadrapania i otarcia, których do tej pory doznał, całkowicie się zagoiły. Jego skóra błyszczała jak u niemowlęcia. Z całą pewnością prezentował się teraz o wiele lepiej niż sam Dai. Wrażenie psuło tylko porwane, nadpalone ubranie i zielonkawa maź oblepiająca całe ciało. Nic dziwnego - w końcu spędził sporo czasu wewnątrz ogromnego aloesu. Uchiha zerknął w stronę rosnącej za drewnianym gigantem rośliny, która teraz, przebita od wewnątrz, leżała sflaczała na ziemi. Lekkim strumieniem wciąż wydobywał się z niej leczniczy płyn, któremu Sho zawdzięczał swoją obecną kondycję. Poczuł ulgę, że jego bratu nic nie jest. Powoli rozluźnił się i dopiero wtedy poczuł, jak bardzo jest zmęczony.

- To co, braciszku? - zapytał Sho, wychodząc kilka kroków przed niego - Kończymy to?

- Tak jakby to miało być takie proste! - ryknął A, a wokół jego pazurów buchnął błękitny ogień, spowijając go bladym blaskiem - Katon: Nekozume!

Sho uśmiechnął się z pobłażaniem i zazczekał na niego, sięgając do kieszeni w spodniach. A machnął w jego kierunku płomienną łapą, ale ten tylko schylił się, wychodząc z tego bez szwanku. Nim jinchuuriki zdążył zrobić cokolwiek więcej, otrzymał cios w szczekę od prostującego się Daia. Wytrąciło go to z równowagi, przez co płomienie zniknęły. Następnie potężnym kopniakiem został posłany z powrotem do swojego kompana.

- Idioto - krzyknął B - odsuń się stąd!

- Co...? - A potarł głowę, po czym zobaczył naklejony na swojej piersi papierek. Zapisane na nim skomplikowane wzory były mu z pewnością dobrze znajome. - Niech cię sz...!

Rozległ się potężny wybuch, a las rozświetliła sporej wielkości kula ognia. Dai osłonił się przed lecącymi kamieniami, patrząc z podziwem na plecy stojącego spokojnie brata. Terapia aloesem faktycznie musiała przywrócić mu siły, bo szybkość jego ruchów zdecydowanie poprawiła się w porównaniu z tą sprzed wypadku. Spryt, z jakim nakleił wybuchową notkę na piersi A, naprawdę budził podziw. Na całe szczęście przynajmniej on miał jeszcze siły, by walczyć. Czuł się trochę upokorzony, że Sho będzie musiał teraz wykonać za niego całą robotę. Jeśli faktycznie tak miało to wyglądać, będzie mógł mu przynajmniej użyczyć swojej chakry, której wciąż miał pod dostatkiem. Podszedł powoli do bliźniaka, w miarę jak dym po wybuchu zaczynał się powoli przerzedzać. W wyrwanym w podłożu kraterze leżała dwójka nieprzytomnych, dymiących jinchuurikich. Uśmiechnął się sam do siebie - B również został złapany w wybuch, co oznaczało, że upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. Najlepsze w całej sytuacji było to, że szok po eksplozji pozbawił ich przytomności, dzięki czemu Dai miał chwilę wytchnienia. Pierś A dymiła lekko, ale nie odniósł od bardzo poważnych obrażeń. Płaszcz Biju musiał ochronić go przed wybuchem, ale nie na tyle, by wyjść z niego kompletnie bez szwanku. Po krótkiej chwili otworzył oczy, a zaraz po nim oprzytomniał B, siadając, jakby próbował sobie przypomnieć, co się stało.

- Niech to!! - ryknął A, zrywając się na równe nogi. Spojrzał prosto w kierunku loży Kage - Gdybyśmy tylko mogli tego użyć, pokonalibyśmy ich bez problemu!

- Nie, A - syknął do niego partner - Wiesz, co się stanie, jeśli to zrobimy...

- Dlaczego?! Dlaczego nie?! Co złego jest w użyciu posiadanej mocy?

- O czym ty mówisz? - zapytał Sho, ale blondyn wycelował tylko oskarżycielsko palec w kierunku loży.

- To niesprawiedliwe! Co złego jest w wykorzystywaniu naszych darów?! Dobrze wiesz, że mam rację!

- Odbiło ci? - skrzywił się Dai - Do kogo ty mówisz...?

Teraz również i B wpatrywał się we wskazywanym przez partnera kierunku. W jednym momencie dwójka zamarła, jakby zobaczyła coś niespodziewanego. A dopiero po chwili zamrugał ze zdziwieniem oczami i uśmiechnął się tryumfalnie, patrząc na bliźniaków jak lew na zwierzynę.

- No, B - oznajmił z niesłychanym zadowoleniem - To zmienia postać rzeczy. Wiesz, co robić!

- Taa...!

Shinobi z Kumogakure podnieśli w górę pazurzaste ręce, zbliżając je do siebie, jakby podtrzymywali nimi jakiś wielki głaz. Z ich ciał wypączkowały nagle dziesiątki bąbelków, które zaczęły unosić się dookoła niczym miniaturowa galaktyka złożona z niezliczonych planet. Występowały w dwóch kolorach - czerwonym i niebieskim. Wszystkie ruszyły w jedno miejsce, gromadząc się nad dłońmi jinchuurikich. Stapiały się ze sobą, formując ciemną, buzującą masę, która zaczynała przypominać kulę. Sharingan Daia zaalarmował go przed zagrożeniem. Ilość chakry wchodząca w skład tej techniki była nieporównywalna z jakimkolwiek jutsu, z którym musiał do tej pory się zmierzyć. Jasna i ciemna chakra Biju była tak ciasno pakowana w jednym miejscu, że wydawało się, że zaraz wybuchnie. Czarna kula powiększała się z każdą chwilą i po kilunastu sekundach przyćmiła rozmiarami swoich użytkowników. Podtrzymując ją nad głową, zaczęli oni zapadać się lekko w pękającym podłożu. Ich technika musiała być niesamowicie ciężka, skoro pod jej ciężarem nie wytrzymywały nawet pędy Mokutona. Dai nie miał wątpliwości, że A i B są w stanie unieść ją tylko dzięki sile wersji drugiej płaszcza Biju.

- Oto prawdziwa moc ogoniastych bestii - oznajmił z dumą jinchuuriki Dwuogoniastego - Bomba Biju stworzona z naszej zsynchronizowanej chakry!

- No proszę, Sho - Daisuke zerknął na brata, który kiwnął potakująco głową - Wygląda na to, że gdy to wybuchnie, może narobić niezłego bajzlu. W takim wypadku my też musimy użyć naszej atutowej techniki.

- Nic już nie dacie rady zrobić - odezwał się B, z trudem podtrzymując kulę, która osiągnęła już punkt kulminacyjny - Oto nasz prawdziwy, ostateczny atak. Kouchoucha Bijudama! - ryknął, opuszczając razem z partnerem ręce.

W chwili, gdy czarna, gigantyczna sfera przechyliła się i ruszyła, rozpędzając się w ich stronę, bliźniacy kończyli jż wykonywać pieczęcie. Widząc zbliżającą się ciemność, która zasłoniła mu całe pole widzenia, Dai odruchowo wyciągnął rękę, przybijając bratu żółwika i wymieniając z nim chakrę.

- Skończmy to, Sho, tu i teraz - szepnął do niego, a ten tylko poważnie kiwnął głową.

Gdy pochłaniająca wszystko, dewastująca ziemię ciemność była już tuż, tuż, bracia przyłożyli ręce do ziemi i wykrzyknęli synchronicznie:

- Mokuton: Hanamokuryu no Jutsu!

***

,,Nadeszło nowe pokolenie" - pomyślał Akeru - ,,Pogódź się z tym, staruszku".

Był pewny, że długo nie zapomni tego widoku. Choć teraz arena dymiła tak, że nic się na niej nie dało zobaczyć, jeszcze przed chwilą rozegrały się na niej dramatyczne wydarzenia. W ich wyniku nie tylko Kage stracili swój wyrachowany stosunek do zawodów, ale również i publiczność kompletnie zamilkła na widok technik, których poziomu do tej pory nie zaprezentował żaden z dotychczasowych uczestników. Uzumakiemu przed oczami wciąż stał gigantyczny, drewniany smok z grzywą złożoną z tysięcy różowych, malutkich kwiatów przypominających te rosnące na drzewach wiśni. Rozciągając masywne, długie na dziesiątki metrów ciało, ruszył na spotkanie nadciągającej Bijudamie. Otworzył szeroko pełen ostrych zębów pysk, jakby miał zamiar ją ugryźć. Kolosalna sfera zderzyła się z nim i wydawało się, że tak jak wszystko na swojej drodze, jego również obróci w niwecz. Szybko jednak okazało się, że sprawy mają się nieco inaczej. W chwili kontaktu ze smokiem Bijudama zachwiała się, jakby coś nagle naruszyło całą jej strukturę. Wyciągnęła się i, niczym smolisty płyn zaczęła być wciągana do pyska bestii. Nie trwało to długo i po kilku sekundach po gigantycznej bombie Biju nie pozostał nawet ślad. Cała chakra, która została przeznaczona na jej wytworzenie, zniknęła teraz, zaabsorbowana przez twór bliźniaków. Akeru żałował, że nie miał okazji uwiecznić min A i B, gdy to zobaczyli. Otworzyli szeroko potworne usta, cofając się o krok przed górującym nad nimi potworem. Pomiędzy nim, a jego celem nie stała już teraz żadna przeszkoda. Jego dziwnie świadome, drewniane ślepia oraz otoczona koroną z cierni i kwiatów głowa już samym wyglądem sugerowały, że sprzeciw wobec tej bestii nie wchodzi w grę. Zwinięty w wężowych splotach, nastawił osadzone na krótkich, cienkich łapach pazury, po czym rzucił się w kierunku jinchuurikich. Widząc to, B zatrzymał się. W przeciwieństwie do swego zdesperowanego partnera najwyraźniej zaakceptował fakt, że nie mają dokąd uciec.

Dym na arenie powoli przerzedzał się, ukazując masywną głowę wbitą głęboko w ziemię. Za nią ciągnęło się masywne, gigantyczne cielsko należące do smoka Mokutona. Dai i Sho stali w tym samym miejscu, co wcześniej, natomiast po ich przeciwnikach nie było ani śladu. Nikt w loży Kage nie miał odwagi odezwać się. Akeru szybko zerknął na zgromadzonych, nie chcąc odrywać wzroku od pola bitwy na dłużej, niż było to konieczne. Najbardziej nie rzuciła mu się w oczy przejęta jak nigdy dotąd Mei, nie kiwający głową Isao, a uśmiechnięty od ucha do ucha Ren. Wybałuszczył oczy, nie wierząc temu, co widzi. To było jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż wydarzenia na arenie. Nawet nie potrafił sobie przypomnieć, gdy widział go w pełni uśmiechniętego, a już na pewno nie do tego stopnia. To po prostu do niego nie pasowało. Od razu widać było, że Ren nieczęsto się uśmiechał. Przypominało to bardziej szaleńczy grymas niż szczerą radość, ale Akeru nie miał wątpliwości, że jego przyjaciel przeżywa teraz prawdziwie ekstatyczne chwile.

Tymczasem na polu bitwy rozległ się chrzęst i drewniany smok ponownie poruszył się, wyciągając głowę z wybitego w korzeniach krateru. Wyprostował się na pełną wysokość, sięgając łbem pod samą kopułę, a następnie znieruchomiał. Na dnie dołu Uzumaki zobaczył dwa zmasakrowane, powyginane nienaturalnie ciała. A i B leżeli nieprzytomnie, oddychając płytko, kompletnie pokonani przez brutalną siłę cielska smoka. Ich płaszcz Biju ochronił ich do pewnego stopnia, ale nie było wątpliwości, że tutaj kończy się dla nich kariera na tegorocznych zawodach. Posiniaczeni od wcześniejszych ciosów i cali połamani mogli stanowić przykład, dlaczego nie należy lekceważyć potęgi Mokutonu. Widać to było zwłaszcza na przykładzie A, który ucierpiał spośród nich najbardziej. Miał złamany nos, z którego obficie sączyła się krew oraz podbite oko. Jego niegdyś idealnie ułożone w artystyczny nieład blond włosy opadały teraz chaotycznie na twarz. Dai i Sho podeszli do wyrwy i stanęli nad nimi, patrząc na ciała bez większych emocji. Sho prezentował się idealnie - po terapii w aloesie jego skóra błyszczała, a wszelkie rany zniknęły. Gdyby nie poszarpane ubranie, Akeru nie uwierzyłby, że w ogóle walczył. Dai był natomiast cały podrapany i posiniaczony, ale nie wyglądało na to, by odniósł jakieś poważniejsze obrażenia. Dopiero po dłuższej chwili cały stadion otrząsnął się z szoku. Nawet sędzia spóźnił się z dzwonkiem, który zabrzmiał długo po upadku Duetu A-B. Słysząc dźwięk upragnionego zwycięstwa, fizycznie wycieńczony Dai uniósł w geście zwycięstwa ręce, prezentując się publiczności. Sho tylko uśmiechnął się nonszalancko, jakby wstydził się prezentować swoją radość, ale mimo to nie potrafił jej do końca ukryć. Młodych Uchiha zalała burza zasłużonych braw. Stojąc na arenie, a w zasadzie w miejscu, które kiedyś było areną, przeżywali swoje pięć minut sławy. Oklaskiwali ich nie tylko shinobi Konohy. Do wrzawy dołączyły się też pozostałe drużyny, a nawet, w pewnym stopniu, zawiedziony zespół z Chmury. Nic dziwnego - ich najsilniejsi zawodnicy przegrali pomimo użycia swojej atutowej techniki. Całe zajście z tą Bijudamą trochę Akeru śmierdziało. Nie rozumiał do końca, o co chodziło tej dwójce. Gdy zaczęli krzyczeć coś na temat prawdziwej mocy, miał wrażenie, jakby spojrzeli się prosto na niego. Na dodatek to ledwo zauważalne kiwnięcie głową Rena również wydało mu się podejrzane.

- Nieprawdodpoobne - szepnął Isao - Bliźniacze Smoki zmiażdżyły Duet A-B!

- Synowie swojego ojca - uśmiechnęła się Mei, ocierając łzę z oka.

Oddział medyków dotarł wreszcie do ciał A i B i zaczął przygotowywać się do wyniesienia ich z areny, by dokonać pierwszej pomocy. Bracia spojrzeli jeszcze na nich po raz ostatni, ciesząc się odniesionym tryumfem. Następnie odwrócili się, zmierzając w stronę wyjścia.

- Um... - odezwał się sędzia, podbiegając do nich w pośpiechu - Zanim odejdziecie, czy mógłbym mieć do was małą prośbę?

- Hę? - Dai odwrócił się i uniósł brwi - Co się stało, dziadku?

- Ta...dżungla - staruszek wskazał rosnący dookoła gigantyczy las - ANBU nigdy tego przecież nie uprzątną. Czy byłoby dla was wielkim problemem, gdybyście...no, zrobili to za nich?

Sho zaśmiał się, po czym wystawił rękę do brata.

- Nie ma problemu. Dla nas to drobnostka.

Daisuke wzruszył ramionami, po czym złączył palce z bliźniakiem, formując charakterystyczną pieczęć. Minęło parę sekund, po czym nagle drzewa zatrzęsły się lekko, jakby zawiał potężny wiatr. Ich liście zaczęły opadać, zwijając się w powietrzu i dziurawiąc, jakby pożerała je jakaś nienasycona szarańcza. Drzewa wygięły się, po czym zaczęły się łamać, jakby ze starości. W przyspieszonym tempie rozkładane były na korę, która w mgnieniu oka zamieniała się w rozwiewaną przez wiatr kupkę popiołu. Z imponujących jeszcze przed chwilą kwiatów opadły płatki, a same rośliny zwiędły tak jak cała reszta otaczającej je zieleni. Wymuszona degradacja lasu nastąpiła jeszcze szybciej niż jego stworzenie. Pokrywające ziemię korzenie popękały, stopniowo zapadając się w sobie. Zgromadzeni na arenie shinobi delikatnie opadli na prawdziwy grunt, balansując i starając się nie wpaść w górę pozostawionego po roślinach popiołu. Dai i Sho nie czekali, aż wszystko się uspokoi. Ramię w ramię, równym krokiem ruszyli do szatni. Akeru musiał przyznać, że po takim pojedynku z całą pewnością należał im się odpoczynek.

- Spisali się na medal - powiedział, kładąc Renowi dłoń na ramieniu - Możesz być z nich dumny. Nie mówiąc już o tym, że wskoczyliśmy znowu na pierwsze miejsce - dodał, zerkając z satysfakcją na tablicę wyników.

Liść ponownie objął prowadzenie z pięcioma punktami na koncie. Iwa uplasowała się na drugiej pozycji, niezmiennie z czterema oczkami. Następna z dwoma była Chmura, natomiast ostatnie miejsce dzieliły Piasek i Mgła z jednym. Powoli emocje po pojedynku zaczynały go opuszczać, więc przeciągnął się i ułożył wygodnie na ławce. Wtedy właśnie wróciła do niego rzeczywistość - nieznane zagrożenie i podejrzane zniknięcie jego syna. Obiecał sobie, że jeśli Kinsei do tej pory nie wróci, pójdzie go poszukać. Wstał więc i ruszył w kierunku wyjścia z loży.

- Dokąd się wybierasz? - zapytał jak zwykle czujny Kasai.

- Właśnie - dodał Isao - To coś ważnego?

- Uch... - podrapał się po głowie, nie chcąc zdradzać swoich zamiarów przy wszystkich - Niezbyt. Ale zajmie to chwilę, więc możecie iść ze mną. Przynajmniej omówimy pojedynek.

Plan podziałał i żaden z Kage ani ich ochroniarzy nie zwrócił szczególnej uwagi na ich trójkę opuszczającą lożę. Znaleźli się w ciemnym, marmurowym korytarzyku prowadzącym do schodów. Tutaj mogli porozmawiać na osobności.

- No dobra - odezwał się Raikage, krocząc przed siebie - o co tak naprawdę chodzi?

- Pewien czas temu posłałem po Kinseia - mruknął Akeru - Do tej pory nie przyszedł. Wydaje mi się to dość podejrzane. Chciałem go poszukać i sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku.

- Masz jakieś podejrzenia?

- Sam nie wiem. Raczej złe przeczucia.

- Kiedy go ostatnio widziałeś? - zainteresował się Kaguya.

- Gdy wchodził do szatni po pojedynku. Wiem tyle co...uch!

Rozmawiając, nawet nie zauważył osoby przed sobą. Wpadł na odzianego w strój ANBU mężczyznę, niemal się nie przewracając. Odzyskał równowagę, po czym przyjrzał się nieznajomemu. Stał on na schodach, opierając się jedną ręką o ścianę, a drugą trzymając się za głowę. Głowę pokrytą czerwonymi jak krew włosami.

- Shirai! - zawołał, podbiegając do niego - Nic ci nie jest? Co z Kinseiem?

- Uchh... - jęknął Uzumaki - Wybacz mi, czcigodny Hokage. Zaskoczył mnie. Ja...nic nie mogłem zrobić.

- Nikt cię nie wini, Shirai - powiedział Kasai, nachylając się do niego - A teraz mów. Co się stało z chłopakiem?

- Dowódco - czerwonowłosy spróbował zasalutować, ale nie za bardzo mu wyszło. Stracił oparcie i przewróciłby się, gdyby nie Isao, który natychmiast złapał go i postawił na równe nogi - Tak jak mówiłem...To był wypadek. Czekałem na Kinseia przy szatni. Było ciemno, a ja zrobiłem się nieuważny. Ktoś...ktoś uderzył mnie w tył głowy - podniósł dłoń z czupryny, ukazując pokaźnego guza - Straciłem na chwilę przytomność. Nie wiem dokładnie na ile, ale kiedy się obudziłem, napastnika już nie było.

- Do rzeczy. Co z Kinseiem?

- Obok mojego ciała znalazłem to - otworzył prawą dłoń, ukazując urywek żółtawego materiału - To kawałek ubrania Kinseia. To znaczy, że znalazł mnie, gdy byłem nieprzytomny. Ślady krwi też to potwierdzają. Czcigodny Hokage...twój syn przyszedł w to samo miejsce, co ja, a później, przynajmniej wszystko na to wskazuje, również został ogłuszony. Krew prowadziła do zachodniego wyjścia ze stadionu. Obawiam się, że...

- Został porwany - warknął Akeru, któremu serce łomotało jak ogromny młot. Czuł, jak adrenalina napływa mu do żył, ale nie mógł sobie na to pozwolić. W sytuacji takiej jak ta, chłodne, logiczne myślenie było potrzebne jak nigdy dotąd.

Nastąpiła chwila milcznia. Isao i Kasai popatrzyli na niego z niepokojem. Białowłosy zacisnął rękę w pięść i zagryzł zęby.

- Nic się nie bój, Akeru. Odzyskamy Kinseia. Ktokolwiek to zrobił, miał nie po kolei w głowie, żeby odważyć się na coś takiego.

- Dzięki, ale jakoś mnie to szczególnie nie pociesza. Mój syn zniknął, a ja nawet nie mam pojęcia, gdzie zacząć jego poszukiwania.

- Coś na to poradzimy - dodał Isao - Przede wszystkim nie możemy tracić czasu. Z każdą sekundą szanse na odnalezienie Kinseia maleją. Musimy się pospieszyć i znaleźć jakiś trop. Kiedy już ich dopadniemy, reszta będzie już tylko formalnością.

Akeru oparł się o ścianę i ukrył twarz w dłoniach. Jego syn zniknął, a on nie zrobił nic, by temu zapobiec. Jako Hokage powinien ochraniać wszystkich mieszkańców Wioski Liścia. Czy zasługiwał w ogóle na ten tytuł, skoro nie potrafił ochronić nawet najbliższej sobie osoby?

,,Przestań się mazgaić" - odezwał się Kyuubi - ,,To nie czas na to. Twój chłopak gdzieś tam jest, czekając aż przybędziesz mu na pomoc. Jesteś w końcu Siódmym Hokage, do jasnej cholery. Pomyśl, co Naruto by powiedział, gdyby cię teraz zobaczył! Weź się w garść i rusz zadek. Jeśli chcesz w jakiś sposób spożytkować ten gniew, wyładuj go na tym idiocie, który ośmielił się porwać twojego syna!"

,,Tak zrobię" - obiecał Uzumaki, odrywając dłonie od twarzy - ,,Popełnił wielki błąd obierając na cel Kinseia. Dzięki, Kurama".

- ,,Przynajmniej omówimy pojedynek"? - odezwał się jakiś głos z tyłu - Nigdy nie umiałeś kłamać, Akeru, ale teraz przerosłeś samego siebie.

- Ren - odwrócił się i zobaczył odzianego w czarno - biały strój przyjaciela - Co ty właściwie tutaj robisz? To nie czas na żarty. Sprawa jest poważna. Bardzo poważna.

- Doskonale o tym wiem. Właśnie dlatego tutaj przyszedłem. Otrzymałem właśnie informacje, które mogą cię zainteresować.

Akeru przyjrzał się przyjacielowi. Stojąc w głębi korytarza, na tle betonowej ściany, prezentował się bardzo dostojnie. Jego zadziwiająco ogromny cień rozlewał się na całej jej powierzchni, zupełnie jakby nie należał do Rena, tylko do jakiegoś ogromnego, mrocznego stworzenia.

- Informacje? - zapytał podejrzliwie Isao - Ren, nie wiem, czy mówimy tutaj o tym samym. Kinsei został porwany.

- Właśnie o to mi chodzi - kiwnął głową Uchiha.

- I mówisz to z takim spokojem? Poza tym, jakie niby informacje mógłbyś mieć, które mogłyby to odmienić?

- Wszystko w swoim czasie.

- Ren! Życie Kinseia wisi na włosku, a ty będziesz bawił się teraz w tajemnice? - poirytował się Kaguya.

- Wręcz przeciwnie. To, co chcę wam powiedzieć wyjaśni kilka niejasności. Już najwyższy czas, żebyście poznali prawdę. Wiem, że spieszy wam się, by pomóc Kinseiowi. Ja sam nie jestem w tej dziedzinie wyjątkiem. Ale na razie musicie mnie wysłuchać. To jest kluczowe dla całej sprawy.

- Prawdę? - skrzywił się Akeru - No dobra, Ren, ale streszczaj się. Nie mamy na to teraz czasu. Sam widzisz, jak wygląda sytuacja.

- Chyba lepiej będzie wam to zademonstrować - oznajmił Uchiha, unosząc w górę ręce, jakby czekał, aż ktoś z góry go za nie złapie.

Wydarzenia następnych paru sekund sprawiły, że serce skoczyło Akeru do gardła. Ogromny, niekształtny cień Rena na ścianie poruszył się, formując się w odbicie humanoidalnej istoty, która wyciągała ku niemu dłonie. Uzumaki patrzył, zbity z tropu, jak te rzeczywiście wycigają się ku przyjacielowi, opuszczając betonową płytę i przechodząc do prawdziwego świata. Swoją konsystencją przypominały półpłynną, czarną maź. Na ścianie otworzyły się dwa okrągłe, żółte punkty, które przypominały oczy. Również i one, podobnie jak stopniowo cała reszta ciała, opuściły płaską powierzchnię i zmaterializowały się w rzeczywistości, nachylając się ku mężczyźnie. Czarny humanoid wyciągnął ręce na spotkanie tych Rena, obejmując go i w tym samym momencie rozpływając się w bezkształtną, oleistą maź. Ta, kotłując się, spowiła Uchihę, oblepiając go ze wszystkich stron. Nie wyglądał on na w najmniejszym stopniu zaskoczonego tymi wydarzeniami, ale Isao i Kasai cofnęli się o dwa kroki, wyraźnie zaskoczeni tak nagłą manifestacją przeciwnika.

- Ren - Akeru otworzył szeroko oczy, ale nie cofnął się ani o krok. Wystawił przed siebie dłonie, przyjmując postawę bojową charakterystyczną dla stylu Delikatnej Pięści - Tylko się teraz nie przestrasz. Masz na sobie Czarnego Zetsu. Jeden z nich musiał przeżyć wojnę. Niczym się nie przejmuj. Zaraz go z ciebie zdejmę.

- Nie! Czekaj! - usłyszał. Tajemniczy głos dochodził z czarnej masy oblepiającej Uchihę. Swoim niskim, chrapliwym tonem przypominał dźwięk kamieni jeżdżących po tarce. Jednocześnie był zadziwiająco głęboki, jakby wwiercał się w głąb umysłu - Nie jestem wrogiem.

Oleista ciecz zawibrowała i poruszyła się szybko, formując się w jeden ustalony kształt. Oblepiła Rena jeszcze ciaśniej, przestając być już tylko nieuformowaną masą. Zrobiła się dużo cieńsza i bardziej zwiewna, zupełnie jak...materiał. Gdy całkowicie się ustabilizowała, Akeru wybałuszył oczy, nie wierząc w to, co widzi.

- Dobra, Ren - zapytał ostrożnie Isao - Czy chcesz nam może wyjaśnić, dlaczego to coś przypominającego Czarnego Zetsu przemieniło się w twoją pelerynę...?

Uchiha nie odpowiedział od razu. Wyglądał teraz zupełnie jak wtedy, gdy wrócił z misji odziany w ciemny płaszcz podróżny. Nie wyróżniał się on niczym szczególnym - czarny jak noc, o prostym kroju i wysokim kołnierzu zasłaniającym przednią część twarzy. Po chwili w okolicach klatki piersiowej otworzyło się na nim pojedyncze, żółte oko bez źrenicy. Akeru mimo woli wzdrygnął się na ten widok.

- Ojcze - odezwał się ponownie głęboki głos - Nareszcie...

- Nie jestem twoim ojcem - odparł z poirytowaniem Ren - Dobrze wiesz, że masz tak do mnie nie mówić.

- Mistrzu - poprawił się stwór - Wszystko przebiega zgodnie z planem.

- Co. To. Jest?! - wykrzyknął Akeru trochę zbyt głośno. Dwójka jego przyjaciół spojrzała niepewnie w stronę loży, ale najwyraźniej nikogo nie zaalarmował podniesiony głos dobiegający z głębi korytarza.

- Oto Czarny Zetsu, lub też po prostu Zetsu. Jest ucieleśnieniem mojej woli. Tak jak mówił, nie jest wrogiem. To nie z nim spotkaliśmy się w czasie Piątej Wielkiej Wojny Shinobi. Tamte Zetsu powstały z woli Obito, a następnie połączyły się z ciałami białych Zetsu. W ten sposób utworzyły armię, która mogła współpracować i koordynować się bez pomocy słów. Ten nie ma z nimi nic wspólnego.

- Ale to wciąż Zetsu - zauważył z powątpiewaniem Kasai - Widziałeś, do czego te stwory są zdolne. Co z tego, że nie brał udziału w wojnie? Jest zły tak jak cała reszta!

- Właśnie - dodał Isao - Nie mamy pewności, czy możemy mu ufać.

- Mylicie się. Jak już mówiłem, jest ucieleśnieniem mojej woli. Moje ambicje są jego ambicjami, a moi wrogowie - jego wrogami. To samo tyczy się przyjaciół.

- Dokładnie - powiedział chrapliwym głosem Zetsu. Mimo to Akeru miał pewne opory, by zaufać tajemniczemu głosowi wydobywającemu się z płaszcza - Wstyd mi za to, co zrobili moi poprzednicy. Ja nie jestem taki, jak oni. Chcę tylko służyć mojemu o...mistrzowi i chronić to, co dla niego cenne.

- I myślisz, że w to uwierzymy? - warknął Akeru - Znałem lepszych kłamców.

- On nie kłamie. Nie rozumiecie istoty jego bytu. Rozumiem, że macie złe wspomnienia związane z wojną i nie mam wam tego za złe. Ale czy można obarczać winą narzędzie za to, że ktoś źle go używał? Miecz służy do samoobrony, ale można go użyć również do ataku. Czy więc gdy ktoś zamorduje nim drugą osobę, oznacza to, że miecz jest zły?

- Nie mam pojęcia, dlaczego to teraz wyciągasz. Czarny Zetsu nie jest narzędziem! To potwór, który zamordował tysiące niewinnych ludzi!

- Tak, Czarny Zetsu Obito faktycznie tego dokonał - kiwnął głową Ren - Ale zrobił to, będąc tylko narzędziem w jego rękach. Już wam mówiłem, że nie rozumiecie istoty Czarnego Zetsu. To nie jest człowiek ani nawet osoba. Jest przedłużeniem woli swojego użytkownika. Ambicje, moralność, cele...wszystko to po nim odziedzicza. Dba tylko o to, by spełnić wolę, z której został stworzony. Wolą Obito była eksterminacja Zjednoczonych Sił Shinobi, więc Zetsu wykonywał to, co do niego należało. Pomagał swojemu stwórcy, bo taka była jego rola. Ten tutaj jest jednak ucieleśnieniem mojej woli. Nie zrobi nic, czego bym nie poparł.

- Ufasz mu? - potarł brodę Isao.

- Bezgranicznie. To moja wola, a nie odrębna osoba. Zdradzenie mnie nie leży nawet w jego naturze.

- Chcesz powiedzieć, że to coś...to ty?

- I tak, i nie. Jest osobnym bytem, ale istnieje tylko po to, by mi służyć. Celem jego istnienia jest spełnienie pragnień, z których został stworzony.

- Załóżmy, że ci wierzę - powiedział powoli Akeru, spoglądając z nieufnością na czarny płaszcz. Najbardziej niepokojące było w nim to, że odwzajemnił on jego spojrzenie - ale wciąż nie rozumiem, dlaczego w ogóle go stworzyłeś. Bo stworzyłeś go, zgadza się?

- Tak.

- W takim razie, od jak dawna ten...Zetsu czai się w naszym pobliżu?

- Cóż - Ren odchrząknął nerwowo, co było do niego niepodobne - Dość długo.

Akeru zmrużył oczy. Jego przyjaciel nieczęsto okazywał zakłopotanie. Miał przeczucie, że nie spodoba mu się jego odpowiedź, ale musiał zadać to pytanie.

- Dość długo? Co to znaczy ,,dość długo"?

- Jakieś dwadzieścia lat.

- Co?!

Isao i Kasai spojrzeli na Rena, jakby kompletnie oszalał. Uzumaki wiedział jednak, że on wcale nie żartuje. Dwadzieścia lat...przecież w tym czasie...

- W tym czasie zakończyła się Piąta Wielka Wojna Shinobi - zazgrzytał zębami - Ren...co ty zrobiłeś?

- To właśnie wtedy stworzyłem Czarnego Zetsu - oświadczył Uchiha - Gdy skończyła się Piąta Wielka Wojna.

- Dwadzieścia lat temu?! I od tego czasu to coś jest pośród nas, niezauważone? - wykrzyknął Kasai - To przecież niemożliwe! Poza tym, dlaczego w ogóle miałbyś zrobić coś takiego?

Ren głośno westchnął, jakby właśnie doszedł do tej części opowieści, którą najbardziej pragnął zachować dla siebie.

- Żeby chronić was wszystkich. Zetsu powstał w celu gromadzenia informacji. Nikt nie mógł wiedzieć o jego obecności. Nawet wy, wybaczcie mi. Ukrywanie go nie sprawiało mi przyjemności. To nie chodzi o to, że wam nie ufam, ale by misja Zetsu przebiegła pomyślnie, nie mógł być przez nikogo zauważony.

- Misja? - Akeru poczuł, że się gotuje - Jaka misja?

- Jak już mówiłem, jego celem było gromadzenie informacji. Posiada unikalną zdolność rejestrowania tego, co widzi, a następnie przekazywania tych wspomnień innym ludziom. Stworzyłem go, by obserwował historię świata shinobi...całą historię. Zarówno dobre, jak i złe strony. Nie mówię tutaj tylko o codziennym życiu. Potrzebowałem kogoś, kto zarejestruje najważniejsze wydarzenia na najwyższym szczeblu z perspektywy każdej zamieszanej w nie strony. Potrzebowałem kogoś, kto pokazałby interesy Mgły z jej perspektywy i interesy Piasku z jego własnej...Isao, Akeru, Kasai...Nie ważne, jakie okropności wydarzyłyby się na świecie, ludzie i tak o nich zapomną. Nie mówię tutaj o pokoleniach, które je przeżyły. Mówię o tych, które dopiero nadejdą. Młodzi nie będą pamiętali tego, co my. Powtórzą te same błędy. Teraz może i udało nam się osiągnąć pokój, ale jak długo on potrwa? Do końca naszego życia? Do końca życia naszych dzieci? Wiemy, że wychowaliśmy je dobrze, ale kto wie, czy w ich pokoleniu nie znajdą się ci, który podważą ustalony porządek świata? Właśnie dlatego potrzebowałem Czarnego Zetsu. On będzie spuścizną, którą pozostawią po sobie starsze generacje i gdy sytuacja będzie tego wymagała, przypomni nowym o błędach ich poprzedników. Będą mogli je ujrzeć z pierwszej ręki.

Nastąpiła chwila milczenia. Isao i Kasai zamilkli w zadumie, natomiast Akeru nie wytrzymał. Ruszył szybkim krokiem do Uchihy, po czym chwycił go za kołnierz i uniósł w górę. Ren spojrzał na niego groźnie z góry, ale nic nie powiedział. Uzumakiego nie obchodził teraz fakt, że w rzeczywistości nie trzyma przyjaciela za płaszcz, tylko za przekształconego Zetsu. To, co zrobił Ren w swojej bezczelności przeszło najśmielsze granice. O mało nie doprowadził ich wszystkich do zagłady.

- W skrócie - wycedził przez zęby - chcesz powiedzieć, że szpiegowałeś na wszystkich ukrytych wioskach?!

- Tak - odparł poważnie Uchiha, patrząc mu prosto w oczy - Musiałem.

- To nie była wina mistrza - odezwał się głos Zetsu - On...

- Zamknij się! A co do ciebie, Ren, to omal nie doprowadziłeś nas do wojny! Czy ty w ogóle pomyślałeś, co by się stało, gdyby pozostałe wioski dowiedziały się o tym, że podsłuchujesz i rejestrujesz wszystkie ich najważniejsze spotkania i rozmowy? No?! Pomyślałeś o tym? - warknął, potrząsając nim z całej siły - Nie wiemy nawet, czy teraz jej unikniemy. Isao ma teraz pełne prawo do odwetu.

- Chyba żartujesz - machnął ręką Yumarana - Może i jestem Raikage, ale przede wszystkim jestem członkiem Drużyny Czwartej i waszym przyjacielem. Dobrze wiem, że Ren nigdy nie zrobiłby nic przeciwko mnie czy Wiosce Chmury. W pełni wam ufam i nie mam przed wami tajemnic. Choć muszę przyznać, że nie za bardzo leży mi fakt, że szpiegowałeś mnie, Ren, nic mi o tym nie mówiąc.

- Mnie to nie leży jeszcze bardziej. Ukrywanie czegoś przed moimi bliskimi nie jest w mojej naturze, ale musiałem to zrobić. Dla waszego własnego dobra. Nikt nie mógł dowiedzieć się o istnieniu Zetsu, nawet wy. Sami widzicie, jak na to reagujecie. Wiem, że zachowalibyście jego misję w sekrecie, ale celem jego istnienia jest rejestracja wszystkiego z anonimowego punktu widzenia. Poza tym, nie chciałem was w to wszystko mieszać. Zdaję sobie sprawę, po jakim cienkim lodzie stąpam. Jeśli sprawa by się wydała, wziąłbym za nią pełną odpowiedzialność, a nie ciągnął was za sobą w dół.

- Cóż, teraz siedzimy w tym wszyscy razem - zauważył Kasai - Powiedzmy, że rozumiem z grubsza, dlaczego to zrobiłeś...dlaczego stworzyłeś tego Zetsu. Nie jestem w stanie tylko pojąć...kiedy? Mówisz, że stało się to po zakończeniu Piątej Wielkiej Wojny. I jakim cudem udało ci się ukryć go przed nami przez tak długi czas?

Akeru zastanowił się nad słowami przyjaciół i powoli opuścił Uchihę na ziemię. Cofnął się do Kasaia i Isao, ale wciąż był niesamowcie zły na Rena. Nie tylko zawiódł on jego zaufanie, ale też naraził ich wszystkich na niebezpieczeństwo. Jak zwykle jego pobudki były szlachetne, ale ukrywanie przed nimi czegoś takiego było po prostu nie w porządku.

- Stworzyłem go zaraz po tym, gdy zapieczętowałem w sobie Juubiego. Korzystając z jego mocy mogłem stworzyć byt doskonalszy, lepszy niż ten Obito. Już wtedy od długiego czasu myślałem, jak ocalić świat od wojny, gdy ta obecna już się skończy, a my odejdziemy w niepamięć. To, co zrobił Obito otworzyło mi oczy. Po uzyskaniu chakry Dziesięcioogoniastego nie miałem cienia wątpliwości, co powinienem zrobić. Zetsu powstał jeszcze przed tym, gdy pojawiliście się z powrotem na polu bitwy.

- To dlatego nigdzie go nie zauważyłem - pokiwał głową Isao - Pewnie już wtedy dawno zniknąłeś, co?

- Od razu przeszedłem do wykonywania mojego zadania - zgodził się Zetsu - Tak jak kazał mi mistrz.

- No dobrze, ale jak dałeś radę tak długo się ukrywać? - dociekał Kaguya - Ponad dwadzieścia lat to dość długi okres czasu.

- Zetsu posiada wyjątkowe umiejętności. Potrafi idealnie kamuflować swoją chakrę, dzięki czemu jest kompletnie nie wykrywalny. Oprócz tego posiada zdolność do zmiany kształtu, dzięki czemu może niepostrzeżenie wtapiać się w otoczenie.

- To dlatego wtedy cię nie wykryłem - zdał sobie sprawę Akeru - Wtedy w loży. Wielokrotnie używałem Byakugana, a mimo to nie zauważyłem twojej chakry w płaszczu Rena. Jesteś dobry.

- To dla mnie zaszczyt, czcigodny Hokage.

- Nie spoufalaj się. Jeszcze nie podjąłem co do ciebie decyzji. Jest jeszcze coś, co powinniśmy wiedzieć na jego temat, Ren?

- Owszem. To nie jest Czarny Zetsu, którego zapamiętaliście. Jak już wspomniałem, do jego stworzenia użyłem większej ilości chakry niż Obito, a w dodatku była to chakra Sześciu Ścieżek. Dzięki temu udało mi się uniezależnić go od nosiciela. Oryginalny Zetsu był istotą pasożytniczą. Aby przetrwać, musiał co pewien czas znajdować nosiciela...lub ciało, którym mógłby zawładnąć, czego doświadczyliśmy w czasie Piątej Wielkiej Wojny. Dzięki chakrze Sześciu Scieżek ten Zetsu jest natomiast istotą bardziej symbiotyczną. Jest w stanie przeżyć na własną rękę, a po przyczepieniu się do nosiciela może być całkiem przydatny w walce.

- Niby w jaki sposób?

- Sam w sobie, pomimo wszystkich moich wysiłków, posiada bardzo mało chakry. Mało to znaczy około tyle, by wykonać dwie słabsze lub jedną silniejszą technikę. Jak więc widziecie jest mało wydajny sam w sobie i nie nadaje się do bezpośredniej walki. Został jednak stworzony z mocy Juubiego, a to dało mu zdolności, których się nie spodziewałem. Odziedziczył część Kekkei Mora Dziesięcioogoniastego odpowiadającą za natury chakry.

- Kekkei Mora? - Isao podrapał się po głowie - Okej, już myślałem, że zaczynam cię rozumieć, ale znowu mnie skondundowałeś. Znam Kekkei Genkai, słyszałem o Kekkei Toutta...ale czym jest Kekkei Mora?

Ren podrapał się po brodzie, zastanawiając się, jak wytłumaczyć to w prostych słowach. Akeru również czekał na to z niecierpliwością. Jego historia z każdą chwilą robiła się coraz bardziej nieprawdopodobna i skomplikowana. Sam nawet nie wiedział teraz, co o niej myśleć.

- Kekkei Mora. Zdolność, którą posiadała podobno Kaguya Ootsutsuki, pierwsza osoba władająca chakrą na tej planecie.

- Wszyscy znamy tą historię - przerwał mu Akeru - ale na czym polegało to całe Kekkei Mora?

- Myślcie o tym jako o połączeniu wszystkich limitów krwi. Ostateczna moc chakry, ciała i oczu połączone w jedno. Właśnie tym jest Kekkei Mora. Kaguya posiadała wszystkie te zdolności. Mogła władać dowolnymi naturami chakry, łączyć z nią swoje ciało, a także posiadała ostateczne doujutsu. Jej moc pochodziła z owocu chakry, który zerwała ze Świętego Drzewa.

- Skąd to wszystko wiesz? - zdziwił się Kasai.

- Większość z tego dowiedziałem się z tablicy Uchiha pozostawionej mojemu klanowi przez Mędrca Sześciu Ścieżek. Resztę informacji zebrałem sam, z pomocą Czarnego Zetsu. Sęk w tym, że stając się jinchuurikim Juubiego, uzyskuje się zdolność Kekkei Mora, właśnie taką, jaką miała Kaguya. Tworząc Zetsu, w jakiś sposób część z tej mocy została na niego przelana. Nie mam pojęcia jak to się stało, bo nie miałem czasu jej opanować. Czy to w wyniku przypadku, czy jakiegoś innego czynnika...odziedziczył on fragment Kekkei Mora, a właściwie ten związany z chakrą. Jest w stanie używać dowolnej natury chakry...choć na niewiele mu się to przydaje.

Isao zagwizdał z podziwem, natomiast Kasai tylko pokiwał ze zrozumieniem głową. Akeru nie miał pojęcia, że Ren aż tyle wie o historii świata shinobi. Bez wątpienia na pewno wiele pomogła mu słynna tablica Uchiha z zapiskami samego Mędrca Sześciu Ścieżek, ale z całą pewnością jego wiedza musiała pochodzić też z innych źródeł. Mimo woli musiał przyznać, że ten cały Zetsu okazał się dość przydatny, skoro zdołał zgromadzić tak stare i trudne do odszukania informacje.

- To dość ironiczne - stwierdził - Posiadać tak rzadką i potężną zdolność, a nie móc jej prawie używać.

- Czarny Zetsu miał dwa cele - odparł Ren - Gromadzić informacje i szkolić się, by chronić świat shinobi. Nie musi jeść, spać czy pić, więc cały swój czas poświęca na wykonywaniu swojej misji. Przez te dwadzieścia lat zaobserwował już tak wiele starć między najwyższej klasy shinobi i przestudiował tak wielką ilość zwojów, że jest prawdopodobnie najlepszym obecnie żyjącym taktykiem. Tak, w bezpośredniej walce nie ma szans wobec większości przeciwników...ale ze swoimi ograniczonymi zasobami i ogromną gamą technik, które umie wykonać, można powierzyć mu niemal każdą misję. Już sam tegoroczny turniej dostarczył mu wielu nowych informacji i doświadczenia. Podczas gdy my o nich niedługo zapomnimy, Zetsu dokładnie przestudiuje je i wyciągnie z nich wioski, odtwarzając je wielokrotnie.

- No właśnie, turniej! - zdał sobie sprawę Akeru - Teraz już rozumiem, dlaczego byłeś taki spokojny podczas walki Daia i Sho. Już wtedy zauważyłem, że coś stało się z tą twoją peleryną. To nie przypadek, że zniknęła, prawda?

- Prawda - kiwnął głową Uchiha - Zetsu akompaniował naszym dzieciom podczas większości misji, gdy nie mogłem być w ich pobliżu. Miał reagować tylko wtedy, gdyby któremuś z nich groziłoby bezpośrednie, śmiertelne zagrożenie. Na całe szczęście nigdy jeszcze do tego nie doszło i nie musiał się ujawniać. Przeczuwałem natomiast, że w czasie pojedynku Daia i Sho z A i B może się zrobić gorąco. Ty, Akeru szczególnie dobrze powinieneś to rozumieć. Znasz ich i dobrze wiesz, że są to jeszcze niedojrzali smarkacze. Kazałem więc Czarnemu Zetsu przyczepić się niepostrzeżenie do moich synów i zakamuflować się. W ten sposób mogłem mieć pewność, że nic im się nie stanie.

- A ten wypadek z Senso? - uniósł brwi Uzumaki - Wtedy jakoś Zetsu im nie pomógł, a słyszałem, że Dai ledwo uszedł z życiem.

- To była inna sytuacja - Ren zagryzł zęby - Musiałem interweniować. W czasie pojedynku z Z, Zetsu przyczepiony był do Kinseia i podtrzymywał jego funkcje życiowe po użyciu siódmej bramy. Nie mógł więc pomóc Daiowi, kiedy ten najbardziej go potrzebował.

- Przepraszam - odezwał się głębokim głosem płaszcz - Nic nie mogłem zrobić.

- Ty...pomogłeś mojemu synowi...? - zawachał się Akeru - Dziękuję. Mimo wszystko.

- Wychodzi na to, że znowu miałeś rację, Ren - podsumował Raikage, zaplatając ręce za głową - Bądź spokojny, nikomu nie powiem o twoim szpiegu. Przejdźmy nad tym do porządku dziennego. Wiem, że miałeś dobre intencje. Co ty na to, żeby puścić całą sprawę w niepamięć? Po prostu drugim razem informuj mnie, jak coś takiego planujesz...Będzie łatwiej - uśmiechnął się pod nosem i podszedł do Uchihy, wyciągając rękę.

Ren kiwnął głową i mocno uścisnął jego dłoń. Następny był Kasai, który tylko wzruszył ramionami, mówiąc:

- To ty kiedyś dałeś mi drugą szansę. Jak mógłbym spojrzeć w lustro, gdybym nie zaoferował ci teraz tego samego?

Położył przyjacielowi dłoń na ramieniu, a ten odwzajemnił się lekkim uśmiechem. Cała trójka, a w zasadzie czwórka, wliczając Czarnego Zetsu, spojrzała teraz na Akeru z wyczekiwaniem.

- O, co to to nie - oznajmił - Tak łatwo mnie nie przekabacisz. Zawiodłeś moje zaufanie, Ren. Okłamywałeś nas przez dwadzieścia lat. Im może to pasuje, ale ja nie puszczę tak tego płazem. Nie powiedziałeś nikomu...

- Właściwie to powiedziałem - przerwał mu Uchiha - Wie jeszcze Mei. Nie jest już kunoichi, a poza tym to moja żona. Wtajemniczenie jej w całą sprawę nie mogło niczemu zaszkodzić.

- Doskonale. Możesz oszczędzić mi już szczegółów. Sęk w tym, że ci zaufałem, a co otrzymałem w zamian?!

- Możliwość ponownego ujrzenia syna - odparł Ren, patrząc z nagłą powagą w jego oczy - Do tego właśnie zmierzałem. Nawet, gdy główne ciało Zetsu było przyczepione do jednego z naszych dzieci, zawsze zostawiał on swoje fragmenty na pozostałej trójce, żebym mógł mieć pewność, że nic im nie grozi i w razie czego potrafił wyśledzić ich w czasie misji. Zetsu potrafi wyczuwać swoją własną chakrę praktycznie z dowolnej odległości na zasadzie rezonansu. Właśnie w ten sposób odnajdziemy Kinseia.

Akeru otworzył szeroko usta. Nagle wszystkie zarzuty wobec Rena i jego dziwnego towarzysza przestały mieć znaczenie. Był w stanie wybaczyć im wszystko, jeśli tylko w ten sposób miałby odzyskać syna.

- W takim razie na co czekamy?!

- Na twoją aprobatę. Skoro już ją uzyskaliśmy, dajcie mi sekundę. Musimy stworzyć klony, żeby nikt nie zorientował się, gdy znikniemy. Poza tym muszę pójść po Mei.

- A na co nam twoja żona, Ren? - skrzywił się Akeru - Jak sam mówiłeś, nie jest już kunoichi. Poza tym dobrze wiesz, że w czwórkę spokojnie poradzimy sobie sami.

- Nie chcę jej tu zostawiać samej - wyjaśnił czarnowłosy - Poza tym nie wiemy, w jakim stanie zastaniemy twojego syna. Być może nie będzie miał sił, by samemu się wyleczyć. Mei wciąż pamięta co nieco ze swojej kariery jako medycznej kunoichi. Przyda nam się ktoś, kto zajmie się Kinseiem, gdy będzie już po wszystkim.

- Rób, co chcesz - machnął ostentacyjnie ręką Uzumaki - ale pospieszmy się. Ten, kto położył rękę na Kinseiu, zapłaci za to. I to sowicie.

***

- Proszę, proszę - uśmiechnął się Sakuri - Zobaczcie, kto wrócił.

Daisuke i Shori wmaszerowali zwycięsko do loży, uśmiechając się z dumą. Obaj zdążyli się już przebrać w identyczny zestaw ubrań co wcześniej. Dzięki temu nie wyglądali już jakby dopiero co wyciągnięto ich ze śmietnika. W zasadzie to Sho prezentował się dobrze jak nigdy dotąd dzięki błyszczącej, idealnie gładkiej skórze. Dai nie miał już tego szczęścia - na jego policzku znajdował się sporej wielkości siniak po przyjęciu na siebie ciosu jinchuurikiego w postaci wersji drugiej płaszcza Biju. Ręce całe miał obdrapane, a z knykci wręcz sączyła się krew. Mimo to, biorąc pod uwagę, że sam stawił czoła dwóm sakryfikantom, wcale nie wyglądał tak źle. Akane odwróciła się od barierki i również zauważyła przybycie Bliźniaczych Smoków. Na jej twarzy nie znajdował się już teraz charakterystyczny wyraz pogardy. Również i Kuroshi wyślizgnął się spod ławki pod postacią czarnego węża, po czym wzniósł się w powietrze, z powrotem wracając do formy ciemnej kuli z oczami. Nie ubiegło to uwadze Tenrou, którego od dłuższego czasu irytowały ciągłe przemiany stworzenia.

- To było niesamowite - stwierdził Hatake - Nieźle im pokazaliście. Aż przyjemnie było patrzeć, jak wgniatałeś ich w ziemię, Dai. Teraz na pewno nikt nie ma już wątpliwości, kto zasługuje na tytuł najlepszego duetu w świecie shinobi.

- Taa - odparł Uchiha, patrząc na swoje zakrwawione pięści - Trochę mnie poniosło. Mało brakowało, a bym ich tam pozabijał.

- Zrobiłeś to dla swojego brata, nieprawdaż? - odezwała się niespodziewanie Akane - Ochroniłeś swojego podwładnego. Właśnie tak powinien zachowywać się prawdziwy przywódca.

Daisuke przekrzywił głowę, jakby nie do końca zrozumiał, co się właśnie stało. Sakuri i Sho również spojrzeli na przyjaciółkę, jakby właśnie przemówiła do nich innym językiem.

,,Czy ona...właśnie pochwaliła Daia?" - pomyślał zszokowany Hatake.

- Co się tak gapicie? - warknęła Kaguya swoim tradycyjnym już tonem i zarzuciła na boki włosami - No?

- Wydaje ci się - odparł Sho, uśmiechając się sam do siebie - Swoją drogą, Sakuri, działo się coś, gdy nas nie było?

- Niespecjalnie. Bardziej zajęci byliśmy oglądaniem was, jak równacie arenę z ziemią. Stary, szkoda, że nie mieliście więcej miejsca do popisu. Chciałbym zobaczyć miny A i B, gdybyście pokazali im pełną potęgę Mokutona. No, ale i tak wyszło całkiem nieźle. Jak Daisuke stworzył tego drewnianego giganta, myślałem, że cały stadion zaraz się zawali.

- Jak już mówiłem, trochę mnie poniosło - powiedział Uchiha, po czym odchrząknął - Przejdźmy może teraz do ważniejszych tematów. Z tego, co widzę, Kinsei wciąż nie wrócił?

- Nie. Miałem nadzieję, że do tej pory się pojawi, ale chyba nasze obawy się potwierdziły. Coś musiało mu się stać.

Cała czwórka natychmiastowo spochmurniała. Nawet Tenrou opuścił smutno uszy, porzucając nagle swoje zainteresowanie Kuroshim. Sakuri obawiał się tej rozmowy, choć wiedział, że musi ona w końcu nadejść. Już od pewnego czasu układał plan działania. ,,Uratowanie Kinseia" brzmiało bardzo prosto i bezpośrednio, ale niestety diabeł tkwił w szczegółach. Ani on, ani żaden z jego kompanów nie mieli nawet pojęcia, gdzie zacząć poszukiwania. Wiedzieli tylko, że ich przyjaciel zniknął bez śladu po udaniu się do szatni drużyny Konohy. Hatake zastanowił się nad ułożeniem korytarzy na stadionie. Doszedł do wniosku, że porywacz Kinseia musiał opuścić go zachodnim wyjściem, bo tylko do niego, nie licząc loży ich drużyny, prowadziła sieć tuneli. Problem polegał na tym, że nie mieli pojęcia, w którą stronę udał się później, a wątpił, że był na tyle miły, by nie zatrzeć po sobie śladów.

- Okej - odezwał się Sho - jaki jest plan? Pospieszmy się. Każda sekunda się liczy. Przede wszystkim ustalmy skład drużyny ratunkowej. Idziemy wszyscy, czy częśc z nas zostaje na miejscu?

- Sam nie wiem. Logiczne wydawałoby się, że im nas więcej, tym większe szanse powodzenia. Nie jestem jednak pewny, czy będziemy poruszali się wtedy tak szybko, jak moglibyśmy w mniejszej grupce.

- Wszystko tutaj otacza las. Ja i Sho możemy poruszać się za pomocą transmisji przez rośliny, za to ty potrafisz się teleportować. Bez obrazy, Akane, ale mam wrażenie, że byś nas spowalniała - zauważył Daisuke.

- Nie obrażam się. Trzeźwe ocenienie mocnych i słabych stron swoich ludzi to podstawa do opracowania efektywnej strategii. Macie rację, że nie jestem w stanie podróżować tak szybko jak wy. Zostanę na wypadek, gdyby Kinsei jednak wrócił. Poza tym, musimy zdecydować, co zrobić z turniejem. Jeśli wszyscy byśmy zniknęli, moglibyśmy zostać zdyskwalifikowani.

- Kogo to obchodzi? Tak długo jak uratujemy Kinseia, warto poświęcić zwycięstwo w zawodach.

- Poczekaj, Dai - zastanowił się Sakuri - Akane może mieć rację. Pomyślmy o tym, czego chciałby sam Kinsei. Na pewno nie chciałby, żebyśmy poddali cały turniej, żeby go uratować. Nam to może nie przeszkadza, ale założę się, że miałby wyrzuty sumienia. Poza tym on też walczył o zdobycie wszystkich tych punktów. Chyba nie powinniśmy odrzucać tego tak szybko.

- Hm...coś w tym może i jest. Ale w takim wypadku musimy ustalić kto z nas pójdzie. Zostawienie tutaj Akane samej mija się z celem. Może i moglibyśmy wtedy poruszać się szybciej, ale turniej i tak by przepadł. Akane sama nie da rady sprostać wszystkim wyzwaniom, które są jeszcze w programie. Każdy z nas, nie licząc Kinseia, odbył już swój oficjalny pojedynek, więc teoretycznie nie musi nas tutaj być. Ktoś jednak musi brać udział w tych całych wyzwaniach, a jedna osoba to za mało.

Dai, Sakuri i Sho zamyślili się. Wszyscy chyba zastanawiali się nad tym samym - kto z nich powinien zostać w loży z Akane, podczas gdy pozostała dwójka wyruszy na misję ratunkową. Hatake analizował w myślach wszelkie możliwe kombinacje i zdolności, których mogliby użyć, by wyśledzić zaginionego przyjaciela. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to on najlepiej nadaje się do tego zadania. Spojrzał krytycznie po bliźniakach - Shori wydawał się tryskać zdrowiem pomimo wcześniejszych obrażeń, więc mógł być jego potencjalnym partnerem w wyprawie. Dai natomiast, choć pełen energii, z całą pewnością nie był w najlepszej formie. Mimo iż starał się tego nie pokazywać, gołym okiem widać było, że jest fizycznie wycieńczony po tak intensywnej walce.

- Wydaje mi się, że najlepszą opcją będzie, gdy ja i Sho pójdziemy, a ty zostaniesz w loży, Dai - zaproponował Sakuri - Z moim nosem i Sharinganem najlepiej nadaję się z nas wszystkich do śledzenia. Poza tym, miałbym jeszcze ze sobą Tenrou. Oczy waszej dwójki tez by się przydały, ale myślę, że wystarczy mi sam Sho. Ty, Dai, musisz odpocząć po pojedynku.

- O czym ty mówisz? - warknął starszy z braci - Czuję się świetnie. No dobra, może trochę bolą mnie kości od całej tej bijatyki, ale wciąż mam mnóstwo chakry. Dalej mogę walczyć.

- Jesteś pewny? - zapytał z powątpiewaniem Hatake - Ten siniak na twarzy mówi sam za siebie.

- Wiem, jak to wygląda! Fizycznie może faktycznie bywałem w lepszej kondycji, ale w kwestii chakry nie ma najmniejszego problemu. Poza tym, weź też pod uwagę fakt odbicia Kinseia. Nie wiemy, kto go porwał. Jeśli pójdziecie we dwójkę, wasz potencjał bojowy się zmniejszy. Nie będziesz w stanie współpracować z nim tak dobrze jak ja.

- Daisuke ma rację - dodała Akane - W obliczu nieznanego zagrożenia i życia Kinseia wiszącego na włosku, nie powinniśmy ryzykować. Lepiej wykorzystać sprawdzony już duet niż teraz eksperymentować. Chyba nie chcesz mieć na sumieniu kompana, prawda, Sakuri?

- Nie...niech wam już będzie. Zostanę w loży, a wy dwaj sprowadźcie Kinseia z powrotem. Ufam, Dai, że twoje słowa to nie tylko przechwałki. Mówimy tutaj o bezpieczeńśtwie Kinseia.

- Wiem. Nie zawiedziemy.

Sakuri wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdziwienia, jakie wywoływała na nim Akane zgadzająca się dla odmiany ze swoim kapitanem. Od czasu obejrzenia przez nią walki Bliźniaczych Smoków sprawiała wrażenie, jakby nabrała trochę respektu do tej dwójki. Być może nawet pogodziła się z przywództwem Daia.

- Trzymajcie - powiedziała, odpinając kieszonkę u pasa i wyjmując z niej dwa małe pojemniczki. Wręczyła po jednym każdemu z braci - mogą wam się przydać.

Bracia wzięli z jej rąk plastikowe opakowania i przyjrzeli się im podejrzliwie. Najbardziej skonfundowany był Daisuke, który to patrzył raz na ich zawartość, a potem na Akane. Znajdujące się w środku czerwone kuleczki wypełniały je po brzegi i przypominały trochę ulubione cukierki Sakuriego. Chłopak wiedział jednak, że ich przeznaczeniem nie jest umilenie sobie deseru.

- Pigułki z krwią? - zapytał Sho, potrząsając saszetką - A po co nam one?

- Spójrz tylko na dłonie swojego brata - wskazała Akane, chwytając zakrwawioną pięść Daisuke i unosząc ją wysoko w powietrze. Czerwona posoka popłynęła wzdłuż całego ramienia chłopaka - Jak myślisz, ile wytrzyma przy takim tempie ucieczki krwi?

- Dai! - Sho dopiero teraz zauważył, jak mocno poranione były ręce bliźniaka - Co ty nimi robiłeś? Próbowałeś przekopać się do Konohy?!

- Bardzo śmieszne - mruknął, po czym wyrwał dłoń z żelaznego uścisku przyjaciółki. Odkręcił pojemniczek i wysypał z niego kilka czerwonych kuleczek. Przełknął je, krzywiąc się, ale ewidentnie przyniosły mu one ulgę - Dobra, teraz pozostaje sprawa, gdzie zacząć poszukiwania.

W loży zapadło milczenie. Właśnie stanęli przed największą przeszkodą, z którą musieli się zmierzyć. Nie mieli nawet pojęcia, w którym kierunku udał się porywacz, więc jak na razie nie było mowy o żadnej misji ratunkowej. Problem w tym, że tylko Sakuri posiadał zdolności do wytropienia Kinseia. Sharingany Daisuke i Shoriego, choć potężne, rozpoznawały tylko to, co znajdowało się w zasięgu ich wzroku. Nie było mowy o śledzeniu za ich pomocą oddalonego zapewne już o całe kilometry przyjaciela.

- Mógłbym spróbować go wyśledzić za pomocą węchu - zaczął ostrożnie Hatake - Oczywiście zakładając, że byłbym częścią drużyny.

- Nie będzie takiej potrzeby - odparł Sho - Mam pewien pomysł.

- Pomysł?

- Tak. Znamy Kinseia trochę dłużej od ciebie Sakuri i poznaliśmy trochę jego zdolności. Wlicza się w to technika Onmyotonu, której używa, by powoływać do życia swoje stworzenia.

Hatake uniósł brew. Nie za bardzo rozumiał, do czego dąży młodszy z braci.

- Zwierzęta, które stwarza Kinsei - wyjaśnił Uchiha - składają się całkowicie z jego chakry. To dzięki tej właściwości Kuroshi zawsze znajduje się blisko niego, a Kinsei zawsze wie, co się z nim dzieje. Ich chakry oddziałowują ze sobą na zasadzie rezonansu.

- Chcesz przez to powiedzieć - zapytała Akane - że ten...Kuroshi jest w stanie wykrywać jego obecność?

- Dokładnie tak. Zaprowadzi nas do swojego pana w mgnieniu oka. Może i nie potrafi tak jak my podróżować przez rośliny, więc trochę nas spowolni, ale i tak jest całkiem szybki, jeśli coś go do tego zmusi.

Wszyscy spojrzeli na lewitującego w powietrzu Kuroshiego, wpatrującego się w nich beznamiętnie wzrokiem małych, białych oczu. Kula przeleciała nad głową Akane i spoczęła na ramieniu Daisuke, okazując niemą zgodę na zaproponowany plan. Sakuri zdał sobie sprawę, że cała ta sytuacja z Kinseiem wyjaśnia jego podejrzane zachowanie. Przez ostatnie pojedynki był podejrzanie podenerwowany i strachliwy. Na pewno martwił się o swojego pana, ale nie potrafił im tego zakomunikować. W końcu nie był specjalnie rozmowny.

- Dobra - zdecydował Dai - idziemy. Nie mamy czasu do stracenia. Dzięki za pigułki, Akane - powiedział, chowając do kieszeni plastikowe pudełeczko - Nie zawiedziemy was.

- Przyprowadźcie go z powrotem - zawołał jeszcze Sakuri do odchodzących bliźniaków - Powodzenia.

- Jasne. Bez Kinseia nie wracamy.

Kiedy dwaj Uchiha zniknęli w ciemnym korytarzu, w loży ponownie zrobiło się dziwnie cicho i pusto. Choć jeszcze kilka pojedynków temu siedziała w niej spora grupka zawodników, teraz zostali w niej tylko on, Akane i Tenrou. Sakuri poczuł odpowiedzialność, jaka na nich spoczywa. Musieli obronić pierwsze miejsce Konohy tylko we trójkę. Mimo to, w porównaniu do zadania, które czekało Bliźniacze Smoki, nie mieli wcale tak źle. Liczył, że bracia szybko uporają się w problemem Kinseia i wrócą, by pomóc im pociągnąć ten turniej dalej. Akane chyba też podzielała jego obawy, bo nad czymś intensywnie się zastanawiała. Postanowił poprawić jej humor.

- No cóż, Akane - uśmiechnął się szarmancko - Wygląda na to, że zostaliśmy tutaj sami.

Misja ratunkowa Edytuj

- Nie możemy tego po prostu obgadać...? - zapytał zrezygnowany Kinsei, kołysząc się lekko na wielkim ramieniu jednego z porywaczy - Naprawdę wolałbym uniknąć rozlewu krwi.

- Już ci mówiłem, że to nie wchodzi w grę. A do rozlewu krwi nie dojdzie. Wkrótce dotrzemy na miejsce, a ty spełnisz swoje zadanie. Nie obawiaj się jednak. Pamięć o twoich czynach będzie żyła wiecznie.

- O raany...wy naprawdę nie rozumiecie, co was czeka - ostrzegł ich Uzumaki - Jak dotrą tu ojciec i Ren-sensei, to rozerwą was na strzępy.

- Myślisz, że boimy się twoich przyjaciół? To wciąż tylko ludzie - odparł buńczucznie młodszy z porywaczy.

- Nie staram się was przestraszyć. Nie ma takiej potrzeby. Próbuję po prostu uratować wam życie. Odprowadźcie mnie z powrotem na stadion, a przysięgam, że nie wspomnę im o tym ani słowem. Porozmawiam też z Shiraiem, żeby zachował to w tajemnicy.

Kinsei nie mógł zobaczyć min tej dwójki, ponieważ wciąż miał zawiązane oczy, ale cisza, która zapadła, dała mu trochę nadziei. Czyżby poszli wreszcie po rozum do głowy i przemyśleli swój plan jak rozsądni ludzie? Przez chwilę faktycznie był skłonny w to uwierzyć. W następnej sekundzie jednak wszystko to pogrzebał wybuch śmiechu niosącego go mężczyzny. Nie brzmiał on bynajmniej szaleńczo, a raczej przypominał śmiech kogoś, komu właśnie opowiedziano świetny dowcip.

- Naprawdę wydaje ci się, że stanowią dla nas zagrożenie? Jakiś ty naiwny, Kinseiu Uzumaki. Rzeczywiście nie zdajesz sobie sprawy, z kim masz do czynienia. Poza tym, żeby ,,rozerwać nas strzępy", musieliby nas najpierw znaleźć. Dopilnowałem, żebyśmy nie byli łatwi do odszukania. Pogódź się ze swoim przeznaczeniem. Powinieneś czuć się zaszczycony, że twoje życie posłuży tak wspaniałemu celowi. Nie możesz liczyć na żaden ratunek. Przyjmij swój los jak mężczyzna.

Blondyn uśmiechnął się sam do siebie z pobłażaniem. Po raz kolejny był świadkiem błędu, który popełniali jego przeciwnicy.

- To ty nie zdajesz sobie sprawy, w jakiej jesteście sytuacji - wyjaśnił - Ostatnia osoba, która tego próbowała, skończyła w kawałkach. Staram się wam tego oszczędzić, ale nie ułatwiacie mi zadania.

Nastąpiła kolejna chwila milczenia. Kinsei wciąż nic z tego nie rozumiał. Wielokrotnie próbował dowiedzieć się czegoś od porywaczy na temat powodu jego uprowadzenia, ale za każdym razem napotykał tajemniczy opór. Żaden z dwójki nie chciał zdradzić mu żadnych szczegółów, a na dodatek ten ich dziwny sposób mówienia przyprawiał go o ciarki. Brzmieli zupełnie tak, jakby nie byli ludźmi. Nie miał pojęcia, czy faktycznie była to prawda i jak to w ogóle możliwe, ale miał złe przeczucia. Zastanawiał się, co teraz robili jego przyjaciele. Z pewnością zauważyli już nieobecność jednego z członków drużyny, ale co dalej? Czy w ogóle wyruszyli na poszukiwania? Miał nadzieję, że jeśli tak, to nie zrezygnowali z tego powodu z turnieju. Nie chciał, żeby wszystko, na co razem zapracowali, poszło na marne. O ratunek nie musiał się natomiast martwić. Kwestią czasu było już tylko przybycie jego ojca i Rena-sensei. Naprawdę nie chciał, żeby powtórzyła się sytuacja z Z. Próbował wytłumaczyć swoim porywaczom, że najrozsądniej będzie dla nich odstawić go po prostu na stadion, ale kompletnie nie chcieli go słuchać. W zasadzie to nie dziwił im się - zapewne uważali, że po prostu próbuje uratować własną skórę. Wciąż nie miał prawie wcale chakry, a czucie w członkach wracało mu bardzo powoli, więc w innych okolicznościach zapewne wiele by się nie pomylili. Musiał przyznać, że wybrali idealny moment na porwanie go - czuł się tak słaby, że gdyby po prostu podnieśli go wtedy i zabrali ze sobą, nie miałby nic do powiedzenia.

- Ludzie... - mruknął starszy z nich - Nigdy was nie zrozumiem.

- Tato - odezwał się jego syn - kim właściwie są ci jego cali sojusznicy? To ktoś groźny?

- Nie martw się o to. To nikt, z kim byśmy sobie nie poradzili.

- Ale...

- Powiedziałem - nie martw się o to!

,,Huhu" - pomyślał z satysfakcją Kinsei - ,,czyżby nieposłuszny syn?"

Ta sytuacja bardzo go zaintrygowała. Do tej pory sądził, że dwójka porywaczy działa ze sobą w idealnej zgodzie. Z tego co usłyszał, okazywało się jednak, że za sznurki przede wszystkim pociągał starszy z nich. Zastanawiał się, czy dałby radę jakoś to wykorzystać, ale na razie nic nie przychodziło mu na myśl.

- Swoją drogą - zagadnął - dlaczego cały czas mówicie z taką pogardą o ludziach? Przecież wszyscy nimi jesteśmy...prawda? To trochę nielogiczne obrażać własny gatunek.

- Pewnie wydaje ci się, że jesteś bardzo sprytny - zakpił ojciec - Kto wie, może jak na wasze ludzkie warunki faktycznie jesteś. Mnie jednak tak łatwo nie oszukasz. Już ci powiedziałem, że wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Nie martw się jednak, bo już wkrótce będziemy na miejscu.

***

- Rany - odezwał się Dai, wyłaniając się z pnia drzewa - nieźle go przegoniliśmy.

Obok niego ziemia pękła i wychynęła z niej długa i gruba niczym ramię mięsista łodyga. Rosnąc gwałtownie, wygięła się ku dołowi, a następnie jej pączek rozkwitł w ogromny, nakrapiany, różowy kwiat. Kilka sekund później z jego kielicha wychynęła ręka, a następnie reszta ciała Sho. Uchiha zeskoczył równo na ziemię i odparł:

- Nie możesz go winić. I tak daje z siebie wszystko, żeby za nami nadążyć.

Daisuke wpatrzył się w horyzont, ale nawet Sharinganem nie zobaczył ani śladu Kuroshiego. Bez jego nawigacyjnych zdolności byli w potrzasku. Nie pozostawało nic, tylko poczekać na jego rychłe przybycie.

- Wkrótce się tu zjawi - dodał Shori - W tym czasie równie dobrze możemy trochę odpocząć. Zwłaszcza tobie przyda się przerwa.

- Taa... - Uchiha oparł się o pień i zjechał z ulgą na ziemię - Chyba masz rację.

Brat usiadł obok niego w milczeniu, a Dai starł rękawem pot z czoła. Odniesione w walce z A i B rany znowu zaczynały mu doskwierać, zwłaszcza zdruzgotane dłonie. Drżącymi rękami wydobył z kieszeni pudełeczko od Akane, po czym otworzył je zamaszyście. Wysypał na dłoń kilkanaście czerwonych kuleczek, po czym natychmiast połknął wszystkie za jednym zamachem. Od razu poczuł się lepiej. Choć ból nie ustał, wróciły mu znowu siły. Tylko tyle potrzebował, by kontynuować ich misję.

- Zwolnij z tym trochę - poradził mu brat, spoglądając na niego z niepokojem - To nie cukierki.

- Wiem, co robię, Sho - odparł, chowając z powrotem pudełeczko i wyciągając drugie, z pigułkami żywnościowymi - Te tabletki mają mnie utrzymać w formie tylko do czasu skopania zadka tego całego porywacza. Potem zajmie się mną już Kinsei. Poza tym nie jestem już dzieckiem. Wiem, czym grozi ich nadużycie, ale pamiętaj, że już w Akademii uczono nas, ile możemy przyjąć.

- Rozumiem, że zakładasz, że Kinsei będzie miał chakrę, żeby cię wyleczyć?

- Niekoniecznie - pokręcił głową, łykając pigułkę z drugiego pojemnika - ale wystarczy, że opatrzy mi rany. Bleh...to jest paskudne - skrzywił się - To ja już chyba wolę te z krwią.

- Cóż, nigdzie nie pisało, że będzie smaczne.

Po spożyciu zaimprowizowanego posiłku, myśli Daia znów wróciły do porwanego przyjaciela. Czy dobrze zrobili, wyruszając tak pochopnie na misję samemu? Jescze podczas narady, Uchiha czekał tylko aż ktoś z ich drużyny poruszy kwestię poproszenia o pomoc dorosłych, ale chyba wszyscy myśleli to samo. Fatygowanie któregoś z nich oznaczałoby oznajmienie całemu światu, że na stadionie miało miejsce porwanie. Skoro zgadzali się, że Kinsei nie chciałby, by z jego powodu przerywano turniej, musieli załatwić tą sprawę samemu. Choć było to dość ryzykowne, nie mieli wielkiego wyboru. Nie wiedzieli przecież nic o porywaczu ich przyjaciela. Mógł być kimkolwiek, nukeninem klasy S albo kimś jeszcze gorszym. Stawiali na szali bardzo wiele, wyruszając tylko we dwójkę. Z drugiej strony, on i Sho radzili już sobie z wieloma potężnymi przeciwnikami i zawsze wychodzili z tego zwycięsko. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

- Niech no tylko dopadnę tego kolesia - warknął - Zrobię z niego miazgę.

- W pełni cię rozumiem, Dai. Ale musisz mi obiecać, że najpierw postaramy się wybadać jego umiejętności i nawyki. Zawsze jesteś zbyt porywczy i później ładujemy się przez to w kłopoty. Tym razem dla odmiany przemyślmy może nasze ruchy, nim je wykonamy. Obserwujmy naszego przeciwnika tak długo, jak to tylko możliwe.

- Jak już wypruję mu flaki, będziesz mógł się im dokładnie przyjrzeć. Co ty na to? - burknął Uchiha.

- Weź to na poważnie. Od tego zależy życie Kinseia.

Daisuke westchnął głośno, po czym kiwnął głową.

- Dobra...masz moje słowo. Zrobimy to po twojemu. W końcu i tak mam u ciebie dług do spłacenia.

- Nie jesteś mi nic winny. Swoją drogą, chyba zaraz będziemy mogli ruszać dalej - zauważył Sho, odwracając się w kierunku, z którego przybyli.

Pośród nieprzeniknionej zieleni zarysowywał się ciemny, powiększający się z każdą chwilą punkt. Daisuke rozpoznał w nim Kuroshiego w swojej najszybszej postaci. Charakteryzowała się ona niezwykle opływowym kształtem ciała, dzięki czemu mogła latać z niezwykłą szybkością. Wyglądem przypominała połączenie kolibra z rybą koi. Czarno - białe łuski i utrzymane w tych samych barwach skrzydła sprawiały, że można było dostać oczopląsu. Gdy Dai po raz pierwszy usłyszał o tej formie od Kinseia, nie potrafił jej sobie nawet wyobrazić, ale widząc ją na własne oczy, musiał przyznać, że faktycznie nie należy ona do najwolniejszych.

- Na to wygląda - zgodził się - Sho, jak my tu w ogóle trafiliśmy? Jeszcze wczoraj szykowaliśmy się na niezobowiązjący turniej pomiędzy pięcioma wioskami...a teraz? Gonimy szaleńczo za Kinseiem, żeby uratować mu życie. Jak do tego wszystkiego doszło?

- Kto wie - brat położył mu opiekuńczo dłoń na ramieniu - Niektórych rzeczy nie da się przewidzieć, ale pamiętaj, co zawsze mówi tata.

- Tak długo jak trzymamy się razem, nie ma dla nas rzeczy niemożliwych...O to ci chodzi?

- Dokładnie - uśmiechnął się - a przecież jesteśmy tutaj we dwójkę.

Daisuke starał się odwzajemnić uśmiech, ale przyszło mu to z niepodziewaną trudnością. Cała ta sytuacja nie powinna mieć w ogóle miejsca. Jak mogli być tak ślepi i zwlekać tak długo z ratunkiem dla przyjaciela?

- Kinsei może równie dobrze być już martwy - zagryzł zęby - Co wtedy zrobimy?

- Jeśli nie uratujemy Kinseia - odparł poważnie Sho - to z całą pewnością go pomścimy...

***

,,No, nie wygląda to najlepiej".

Sakuri stał oparty o parapet w loży, oglądając odbywającą się na arenie konkurencję. Po uprzątnięciu przez ANBU pozostałości po Mokutonie Daia i Shoriego, nadszedł czas na pojedynek pomiędzy Kumogakure, a Iwagakure. Okazał się on błyskawiczny, co nie wróżyło najlepiej grającej na czas drużynie Konohy. Kira pokonała przeciwniczkę w zaledwie parę minut za pomocą nieprzewidywalności swego doujutsu. Tym sposobem zdobyła trzeci punkt dla swojego zespołu. Nastąpiła faza wyzwań, do której również i Liść musiał wytypować reprezentanta. Sakuri naradził się z Akane i wspólnie postanowili, że to ona wystąpi w nadchodzącej konkurencji. Zadanie, które jej się trafiło nie należało do najłatwiejszych. Jego celem było najwyraźniej sprawdzenie równowagi zawodników. W tym celu na zasadzie okręgu wbito w ziemię dziesięć długich, cienkich tyczek. Dzięki ich gibkości, balansujący na ich szczycie shinobi mogli w każdej chwili z nich spaść. Zwycięzcą konkurencji zostawał ten, komu udało się tego uniknąć jak najdłużej. Zdobywał on dwa punkty, natomiast ten, kto spadł jako przedostatni - jeden. Walka nie była zabroniona, w wyniku czego cała piątka uczestników starała się pogodzić balansowanie na tyczkach z obserwacją otoczenia. Już samo utrzymanie się na ich szczycie wydawało się niezwykle trudnym zadaniem. Sakuri był pewny, że jemu samemu by się to nie udało. Właśnie dlatego tak bardzo podziwiał Akane, która spośród wszystkich zawodników radziła sobie z tym karkołomnym zadaniem najlepiej. W przeciwieństwie do chwiejącej się i z trudem utrzymującej się w pionie czwórki oponentów, stała nieruchomo na jednej nodze, obserwując otoczenie niczym gotowa do skoku puma. Hatake miał ochotę zagwizdać z podziwu, ale nie chciał rozproszyć jej skupienia. Trening ANBU Akane z pewnością nie poszedł na marne. Jak do tej pory żaden z zawodników nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów, w wyniku czego to Kaguya zdawała się radzić sobie najlepiej. Sakuriego martwiło jednak to, z kim mierzy się w tym pojedynku.

Ukryte wioski najwyraźniej poczuły już presję związaną z kończącymi się zawodami i wyciągnęły masowo swoje ukryte asy. Choć jak na razie szło jej dobrze, Akane stała naprzeciwko trzech jinchuurikich oraz tajemniczego ciemnoskórego chłopaka o brązowych, pofalowanych włosach. Był co najwyżej w ich wieku, a na pewno nie starszy. Miał na imię Yoki i to wszystko, co Sakuri wiedział na jego temat. Nie znał również reprezentanta Kamienia, ale był on ostatnim zawodnikiem Iwagakure, którego jeszcze nie widział. Biorąc pod uwagę, że jego drużyna nie zaprezentowała wciąż drugiego z jinchuurikich, których wystawiła w turnieju, nie ciężko było domyślić się jego zdolności. Hatake sięgnął w głąb pamięci i przypomniał sobie, że Wioska Kamienia posiadała w swych szeregach sakryfikantów Cztero i Pięcioogoniastego. Oznaczało to, że ten tajemniczy shinobi musiał dzierżyć moc Yonbiego. Był niski i doskonale umięśniony, a jego czarne jak węgiel włosy spadały mu na plecy dziką kaskadą. Twarz okalał mu charakterystyczny, rozrośnięty na większą część twarzy ochraniacz przypominający nieco spłaszczone, odstające na boki rogi. Pozostałych jinchuurikich natomiast już znał - byli to Kouta Hoshigaki i Yuji Sakurai. Obaj stanowili ogromne wyzwanie i Sakuri nie miał pojęcia, jak w takich warunkach Akane ma sprostać chociaż jednemu z nich. Choć z całych sił próbował patrzeć na przyszłość optymistycznie, nie widział sposobu, w jaki przyjaciółka miałaby wyjść z tej konkurencji zwycięsko.

- Cóż, Tenrou - poklepał kompana po głowie - jesteśmy w potrzasku.

Wilk odpowiedział mu smutnym skomleniem, po czym owinął mu się wokół nóg i zamknął oczy. Hatake tymczasem z całych sił kibicował Akane. Tym bardziej, że zobaczył jak Kouta powoli wsuwa rękę do kieszonki na spodniach. Uważając by nie spaść, ostrożnie wyciągnął z niej kunaia.

- Nie popełnię tego samego błędu co ostatnio - oznajmił przepraszającym głosem - Jesteś pierwsza, Akane.

Starając się utrzymać równowagę, przycelował w kierunku nieruchomej i nadzwyczaj spokojnej dziewczyny. Nie było to łatwe, zważywszy że tyczka, na której siedział, bujała się niczym statek na pełnym morzu. Wziął lekki zamach, po czym rzucił bronią w kierunku kunoichi. Sakuri wstrzymał powietrze, ale Akane poradziła sobie z zagrożeniem bez najmniejszego problemu. Wybiła się z jednej nogi wysoko w powietrze, wykonując skomplikowaną akrobację i pozwalając przelecieć kunaiowi pod jej ciałem. Żelastwo uderzyło o skaln ścianę, po czym z brzękiem upadło na piach. Sekundę później na tyczce wylądowała Akane, ponownie przyjmując nieruchomą pozycję. Nic nie powiedziała, ale zmierzyła Koutę zimnym, niewybaczającym spojrzeniem. Jej niesamowity wyczyn widownia nagrodziła gromkimi brawami. Sam Sakuri aż uniósł brew ze zdziwienia. Nigdy nie widział kogoś o tak świetnej koordynacji ruchowej.

- Jak nisko upadłeś, Kouta - oznajmił jinchuuriki Ichibiego poważnym głosem - Atakować młodą dziewczynę jako najgroźniejszego przeciwnika...?

- Zazdrościsz jej pozycji? - shinobi z Kiri uśmiechnął się do kompana, najwyraźniej nie mając mu za złe docinek słownych.

- Chyba żartujesz. Z chwilą, gdy zdecydowaliście się wziąć udział w tym pojedynku, podpisaliście na siebie wyrok. Moc Shukaku z łatwością zrzuci was z tych pali.

- Hahaha! I po co te puste groźby, Yuji - odezwał się wesoło jinchuuriki Yonbiego - I tak wszyscy znamy twoje możliwości. Wcale nie są większe niż nasze. Skończ się przechwalać i lepiej zacznij walczyć na poważnie. Pojedynek nas trzech, z rezerwami chakry ogoniastych bestii, mógłby ciągnąć się godzinami. W takim razie lepiej zaczynajmy. Nie chcemy przecież zanudzić publiczności na śmierć.

- Czy przypadkiem o kimś nie zapominacie...?

Cała trójka odwróciła się w kierunku niespodziewanego głosu. Yoki, balansując na słupie z tak zrelaksowaną miną, jakby leżał na hamaku, chyba nie zrozumiał ich zaskoczenia. Jego niepokojąco rozmarzona twarz przyprawiała Sakuriego o ciarki. W zasadzie to nie rozumiał dlaczego, w końcu mówił głosem spokojnego baranka. Jinchuuriki na arenie zamrugali i wybałuszyli oczy, przypominając sobie nagle o obecności reszty zawodników. Najwyraźniej postanowili wspaniałomyślnie zignorować Yokiego, bo od razu wrócili do dalszej dyskusji.

- Tak czy inaczej - odchrząknął Yuji - Nie musisz się martwić, Toshi. Mam zamiar zakończyć to bardzo szybko.

- Doprawdy? Niby jakim sposobem?

W odpowiedzi Sakurai wskazał palcem w niebo. Jego rywale zadarli w górę głowy i dopiero wtedy zrozumieli, czym był ten dziwny cień, który przesłonił im pewien czas temu widoczność. Lewitująca nad nimi gruba, piaskowa chmura, powiewała ostrzegawczo wysoko nad ich głowami.

- Hmm...pogoda się popsuła... - zauważył beztrosko Yoki, jakby wcale mu to nie przeszkadzało.

- Co do...?

- Jak zdążyłeś tak szybko...?

Blondyn nie dał kompanom nadziwić się widokiem przygotowywanej techniki. Złożył palce w charakterystyczną pieczęć i oznajmił:

- Suna Arae!

Choć Akane się nie odezwała, jej szeroko otwarte oczy mówiły same za siebie. Nastąpiła chwila konsternacji, gdy piaskowy dywan poruszył się, wypluwając z siebie dziesiątki kulistych pocisków. Każdy z nich był wielkości przerośniętej śniegowej piguły i uderzenie nim z pewnością zrzuciłoby shinboich z cienkich, wbitych w ziemię tyczek. Sakuri musiał przyznać, że jest pod wrażeniem. Nawet on, z perspektywy trzeciej osoby, nie zauważył drobin piachu powoli, partiami unoszących się w niebo. Wyglądało na to, że w podobnej sytuacji znajdowała się Kaguya i teraz miała za to zapłacić. Kouta i Toshi szybciej otrząsnęli się z pierwszego wrażenia.

- Cóż - Hoshigaki podrapał się po głowie - chyba nie mam wyboru. Suiton: Karekawa!

Po wykonaniu niezbędnych pieczęci nabrał wody w usta i wystrzelił w powietrze szeroki strumień, kręcąc szyją i za jednym zamachem rozbijając większość nadciągających pocisków. Odrzut był tak wielki, że niemal nie zrzucił jego samego z tyczki. Gdy woda dosięgła głównej chmury, zaburzyła jej strukturę, zamieniając piach w masę błota, który niczym deszcz zaczął spadać na zawodników. Najbardziej niezadowolona z tego wydawała się Akane. Jej białe, eleganckie ubranie ze złotymi i fioletowymi wykończeniami zostało całe pokryte szlamem. Mimo to, Sakuri odetchnął z ulgą. Kryzys został zażegnany. Przynajmniej na razie.

Na widowni rozległy się gromkie oklaski nagradzające brawurowy atak Yujiego i błyskawiczną kontrę Kouty. Tymczasem Sakuri usłyszał za sobą groźne warknięcie Tenrou. Biały wilk stał przy wejściu do loży, warując ostrzegawczo przy ziemi. Szczerzył groźnie zęby, gotów w każdej chwili zaatakować. Białowłosy dobrze znał odruchy swego kompana i nie trzeba było mu tłumaczyć, co to oznacza.

- Kto tam? - zawołał - Pokaż się, inaczej wyciągnie cię stamtąd Tenrou.

- Już, już - odparł kobiecy głos - Wcale nie miałam zamiaru się ukrywać. Ten twój wilk ma naprawdę niezły nos.

Tajemnicza postać wychynęła zza rogu, a Sakuriemu opadła szczęka. To była ostatnia osoba, której by się tu spodziewał. Przede wszystkim rzuciła mu się w oczy skóra dziewczyny, wyglądająca jakby zbyt długi czas spędziła na solarium. Następne były długie blond włosy.

- Kira - zamrugał oczami - Eee...co ty tu robisz?

- To nie najlepszy moment, żeby siedzieć teraz w loży Kumogakure. Postanowiłam wybrać się na mały spacer i dla odmiany zobaczyć, co się dzieje w waszej.

- Mhm...no, tutaj też nie trafiłaś najlepiej.

- Właśnie widzę - rozejrzała się po loży - Gdzie się wszyscy podziali? Ta cała Akane występuje teraz na arenie, ale reszta? Ci dwaj z czarnymi włosami, jak im tam było...? Chciałam ich poznać. Zwłaszcza tego ze wzrokiem wkurzonego niedźwiedzia.

- Masz na myśli Daisuke? - Sakuri zmierzwił nerwowo włosy - On i Shori...poszli coś zjeść.

- A ten blondyn? - uniosła brwi - Ten, który wyglądał, jakby zaraz miał zasnąć.

- Ekhm...Kinsei jest...z nimi.

,,Zmień temat" - pomyślał rozpaczliwie Sakuri. W innych okolicznościach zapewne bawiłyby go skróty myślowe Kiry, ale nie w tym momencie. Teraz musiał przede wszystkim odwieść ją od sprawy brakujących członków drużyny.

- Właściwie to jak się tu dostałaś? - zapytał szybko - Korytarze prowadzące do loży każdej z drużyn są odcięte od reszty kompleksu.

- Proszę cię. Naprawdę wydaje ci się, że przy całym tym sprzątaniu ktoś zwrócił uwagę na mignięcie w rogu areny? Wystarczy trochę szybkości i sprytu.

- No dobra, ale... - przerwał, bo tuż przy Kirze usłyszał charakterystyczne warczenie.

Tenrou nie odstępował jej ani na krok, szczerząc groźnie zęby i wydając z siebie niepokojący, ostrzegawczy dźwięk. Mądre, szare oczy śledziły każdy ruch dziewczyny, czekając tylko na nieodpowiedni ruch.

- Musisz mu wybaczyć - wyjaśnił Sakuri - Nigdy cię nie widział, więc nie zna twojego zapachu. Dlatego uważa cię za wroga.

- Zaraz coś na to poradzimy - odparła dziewczyna, uśmiechając się wesoło i sięgając do kieszeni w spodniach. Wydobyła z niej zafoliowane ciasteczko, które szybko otworzyła i uniosła w górę.

- To nie będzie takie proste. Tenrou ci nie ufa, bo myśli, że stwarzasz dla mnie zagrożenie. Nie tak łatwo go...

Kira podrzuciła w górę przysmak, a wilk jak na komendę katapultował się w powietrze, chwytając go w locie. Wylądował zgrabnie na ziemi i z rozanielonym wzrokiem przeniósł się do kąta, chrupiąc ze smakiem zdobycz i oblizując się bezczelnie. Położył się na ziemi, delektując się posiłkiem. Sakuri otworzył szeroko usta z niedowierzaniem.

- Chyba mnie polubił - ucieszyła się Yumarana.

- ,,Najlepszy przyjaciel człowieka" - mówili... - wyszeptał Hatake, świdrując spojrzeniem rozłożonego na podłodze Tenrou. Machał tak zamaszyście ogonem, że loża po zawodach prawdopodobnie nie będzie potrzebowała już sprzątania. - Mówiłaś, że jest jakiś problem z lożą Chmury. O co właściwie chodzi?

Podeszła do parapetu i wpatrzyła się w rozgrywającą się konkurencję. Na jej twarzy wykwitł lekki uśmieszek.

- Wreszcie udało się nam dobudzić A i B. Ani jeden, ani drugi nie pamiętali ostatnich kilku minut pojedynku. Musieliśmy im je streścić...No i nie za bardzo spodobało im się to, co usłyszeli.

- Nie przyjęli tego najlepiej?

- Delikatnie mówiąc - odparła sarkastycznie Kira - Niech się w ogóle cieszą, że udało nam się przywrócić im przytomność. Nie jestem medyczną kunoichi, ale nawet ja musiałam pomagać przy ich opatrywaniu. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak bardzo ich poharatał. Szczerze mówiąc to jeszcze nigdy chyba nie widziałam nikogo z tak poważnymi obrażeniami.

- Jest aż tak źle? - skrzywił się Sakuri - Daisuke faktycznie może trochę przesadził.

- Tak myślisz? Moim zdaniem to było...imponujące. Nie zrozum mnie źle, A i B są członkami mojej drużyny i chciałam, żeby wygrali, ale to wcale nie znaczy, że ich lubię. U nas, w Kumogakure, dużą wagę przykłada się do lojalności wobec sojuszników i taka wobec nich jestem...ale ciężko mi nie uśmiechnąć się, gdy pomyślę, jak bardzo Bliźniacze Smoki zraniły ich ego. Dostali to, na co zasłużyli. Może posiedzenie z większością ciała w bandażach nauczy ich, żeby następnym razem nie prowokować idiotycznie przeciwnika.

Sakuri zaśmiał się pod nosem, po czym przypomniał sobie o Akane i położeniu, w jakim się znajduje. Uznał, że to dobry moment, by czegoś się dowiedzieć na temat tajemniczego, zrelaksowanego reprezentanta z Kumogakure.

- Tak swoją drogą, Kira...Co to za koleś, którego wystawiliście do tej konkurencji?

- Masz na myśli Yokiego?

- No, chyba tak mu było. Znasz go?

- Czy go znam? - zastanowiła się - To mój przyjaciel. Należymy do jednej drużyny.

- Zauważyłem. Przecież jesteście na tym turnieju razem...

- Nie to miałam na myśli - zreflektowała się - Chodziło mi o to, że trenowała nas wspólna sensei.

Sakuri pokiwał ze zrozumieniem głową, ale po chwili zorientował się, że coś się tu nie zgadza.

- Zaraz, powiedziałaś...trenowała? Wiem, że wszyscy jesteśmy tutaj jouninami i możemy wykonywać własne misje, ale drużyny geninów i ich sensei zazwyczaj zostają...

- To smutna historia - przerwała mu - Nie za bardzo lubię o tym mówić, ale...niech ci będzie. Wygrałeś nasz mały wyścig, więc miej z tego jakąś nagrodę. Ayano -sensei była naprawdę świetnym mentorem. To między innymi dzięki niej ja i Yoki możemy reprezentować teraz Kumogakure na tym turnieju. Nauczyła nas wszystkiego, co potrafiła i nie tylko. Była dla nas jak druga matka.

Hatake zasępił się. Nie wątpił, że śmierć podziwianej osoby musiała mocno wstrząsnąć Kirą. Nie dziwił jej się teraz, że nie chciała o tym mówić i, szczerze mówiąc, trochę żałował, że poruszył ten temat. Nie miał pojęcia, że sprawa okaże się tak poważna.

- W takim razie co się stało? Jak...zginęła?

Dziewczyna westchnęła.

- Oprócz mnie i Yokiego w naszej drużynie był jeszcze jeden podopieczny. Nazywał się Shingi. W przeciwieństwie do mnie i Yokiego, nie wykazywał specjalnego talentu względem sztuk shinobi. Gołym okiem mogłam zobaczyć, jak bardzo nam zazdrości. Podczas gdy nasza dwójka robiła postępy w szybkim tempie, on zawsze zostawał z tyłu. Mimo to, to właśnie on był ulubionym uczniem Ayano -sensei. Odbywała z nim nawet dodatkowe treningi, żeby mógł nam dorównać. Muszę przyznać, że dawał z siebie wszystko...ale, jak się okazało, to i tak nie wystarczyło.

- Nie wystarczyło na co?

Wzrok Kiry stał się nagle bardzo odległy, jakby sięgnęła nim w odległą przeszłość. To mówiło Sakuriemu wszystko. Właśnie zmierzała do najsmutniejszej części historii.

- To stało się zaraz po egzaminach na jounina. Ja i Yoki awansowaliśmy, ale Shingi otarł się o włos o zwycięstwo. Jako jedyny z całego zespołu nie uzyskał promocji. Stwierdzić, że się zawiódł, to jak przyrównać burzę do letniego deszczu. Zaraz po zawodach, na naszym spotkaniu, pokłócił się z Ayano - sensei. Zarzucił jej, że nie wytrenowała go wystarczająco i to z jej powodu przegrał. Mówił...mówił, że zależało jej tylko na nas, a jego samego traktowała jak ucznia drugiej kategorii. Mistrzyni oczywiście próbowała mu wszystko wytłumaczyć i jakoś go pocieszyć, ale wpadł w szał. Ogłosił, że skoro Chmura nie potrafi się na nim poznać, to opuści wioskę i pokaże nam, jak potężny stanie się na własną rękę. Chcieliśmy mu wytłumaczyć, że popełnia błąd, ale w odpowiedzi usłyszałam tylko, że jako córka Raikage nie mam prawa mówić mu o życiu pod górkę. Może i miał trochę racji...ale to nie usprawiedliwiło tego, co zrobił później.

- Co takiego? - zapytał Sakuri w napięciu.

- Ayano -sensei próbowała go powstrzymać przed opuszczeniem wioski. To popchnęło Shingiego do ostateczności. Zabił...zabił naszą mistrzynię i uciekł z Kumogakure.

Hatake milczał przez chwilę, samemu nie wiedząc, co myśleć o tej historii. Nawet Tenrou w rogu przestał zamiatać ogonem, wyczuwając instynktownie ich nastroje. Faktycznie, pomimo młodego wieku i uprzywilejowanej pozycji, Kira przeszła już w życiu bardzo wiele. Sam Sakuri nie mógł myśleć o niczym innym, jak o tym, jak bezwartościowym śmieciem okazał się ten cały Shingi. Zabić własną mistrzynię...osobę, która była mu jak druga matka...to było niewybaczalne.

- Zaraz - zastanowił się - skoro Shingi nie mógł nawet zdać egzaminu na jounina, to jakim cudem zabił waszą mistrzynię?

- To w tym jest właśnie najgorsze. Ayano -sensei pozwoliła mu się zabić. Nie chciała zrobić mu krzywdy.

Słysząc to, chłopak poczuł, jak się gotuje. To tylko pogarszało obraz byłego kompana Kiry w jego oczach.

- Nie chcesz tego tak zostawić...prawda?

- Oczywiście, że nie - tym razem wzrok dziewczyny stał się nagle zadziwiająco pewny siebie i zdecydowany - Pewnego dnia go zabiję. Za wszystko, co zrobił. Zabójstwo naszej mistrzyni i rozbicie drużyny to tylko początek. Od tamtego czasu słyszałam, że popełnił wiele nieopisanych zbrodni. Właśnie dlatego muszę stać się silna. Wyeliminowanie go to moja odpowiedzialność.

- Nie mówiłaś przypadkiem, że był słaby? Jakim cudem tak długo przetrwał poza wioską? Przecież któryś z oininów już dawno by się z nim rozprawił.

- W tym tkwi cały problem, Sakuri. Jedno trzeba Shingiemu przyznać - spełnił swoją groźbę. Od czasu ucieczki z wioski naprawdę stał się niesamowicie silny. Mój ojciec wysyłał już za nim wielu oininów. Żaden do tej pory nie wrócił.

Hatake wpatrzył się ponuro w Akane, toczącą z Yujim pojedynek na shurikeny. Był on dość osobliwy, ponieważ jinchuuriki używał pocisków zrobionych z piasku, natomiast dziewczyna z kości. Jeden po drugim wyciągała swoje obojczyki, które w tym samym momencie zakrzywiały się w coś faktycznie przypominającego shuriken. Zderzając się w połowie drogi z piaskiem blondyna, tworzyły spektakularne, oślepiające rozpryski. Choć bardzo próbował skupić się na walce, Sakuri zdał sobie sprawę, że nie potrafi tak łatwo wyrzucić z pamięci tego, co przed chwilą usłyszał. Nie chciał się narzucać koleżance, ale mimo to coś pchał go do drążenia tematu.

- Spotkałaś go jeszcze kiedyś?

- Raz - odparła z goryczą - Około rok temu. Wbrew zakazowi mojego ojca wyruszyliśmy wtedy z Yokim na jego poszukiwania. Byliśmy pewni, że poradzimy sobie z nim bez najmniejszych problemów. To był w końcu Shingi, ten sam, który miał takie trudności z opanowaniem Kage Bunshin no Jutsu. W końcu udało nam się go wytropić, ale kiedy go zobaczyliśmy... - wzdrygnęła się - On...on w ogóle nie przypominał osoby, którą był wcześniej. Nie mówię tutaj tylko o charakterze. Zmienił się nie do poznania. Jego niegdyś tak charakterystyczne, kruczoczarne włosy całkowicie wysiwiały i zrobiły się łamliwe jak słoma. Wyglądał jakby postarzał się o co najmniej dziesięć lat. Przez całą twarz biegły mu trzy podłużne blizny, jakby drapnął go pazurami jakiś ogromny wilk, a do tego jej połowa była poparzona.

- Ajj... - skrzywił się Sakuri, wyobrażając sobie ten widok - Słyszałem, że życie poza wioską potrafi dać w kość...ale że aż tak?

- Obawiam się, że to była część jego treningu. Zapytałam go, czy żałuje tego, co zrobił. Odparł, że szczerze żałuje swoich słów do Ayano -sensei. Stwierdził, że była świetną mistrzynią i doskonale spełniła swoje zadanie.

- Przecież jeszcze pewien czas temu uważał, że go oszukała...o co chodzi?

- Jego zdaniem - wyjaśniła Kira, zaciskając palce na barierce - Ayano -sensei wzorowo wykonała swoje zadanie jako nauczycielki. Dzięki jej śmierci Shingi wreszcie zdobył moc, której zawsze pragnął.

- To jest chore - zauważył wstrzaśnięty Sakuri - Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, że ją zabił? I jeszcze był z tego dumny?!

Dziewczyna pokiwała smutno głową. Hatake nie mógł patrzeć, jak bardzo wpływa na nią cała ta sytuacja. Z jej słów wynikało, że Shingi nie zasługiwał na nic innego, niż na szybkie wymierzenie sprawiedliwości. Nawet jeśli nie udało się to już wielu oininom, własnoręcznie chciał spróbować dokonać zemsty za wszystkie krzywdy, których dokonał ten zwyrodnialec.

- Próbowaliśmy go pokonać - kontynuowała Yumarana - ale stał się naprawdę potężny. Ten jego morderczy trening, w wyniku którego stał się tym, kim się stał, chociaż na tyle mu się przydał. Zostaliśmy kompletnie zdeklasowani i prawie nie zginęliśmy. To właśnie wtedy aktywowałam Lustrzany Genshigan. Dzięki jego mocy udało mi się uratować Yokiego i uciec z nim, ale obiecałam Shingiemu, że to jeszcze nie koniec...a ja zawsze dotrzymuję obietnic.

- Kira - odezwał się poważnie Sakuri, patrząc jej prosto w oczy - wiem, że Shingi to twój były przyjaciel i twoja odpowiedzialność, a ja nawet nigdy go nie spotkałem. Mimo to, nie mogę przejść obok kogoś takiego obojętnie. Obiecaj mi, że kiedy ten turniej się skończy, pozwolisz mi pomóc sobie w zemście na nim.

- Nie słyszałeś, co mówiłam? On nas zniszczył. Co prawda od tamtej chwili minął rok, a ja stałam się silniejsza...ale wciąż nie wiem, czy to wystarczy, by go pokonać.

- Nie znasz pełni moich zdolności - Sakuri uśmiechnął się uspokajająco - Poza tym, nie jestem sam...Jeśli tylko ci to nie przeszkadza, jestem pewny, że reszta mojej drużyny też chętnie się przyłączy. A jeśli naprawdę napotkamy przeszkodę nie do przejścia, to znam człowieka, który z pewnością da radę ją pokonać.

- Chyba wiem, o kim mówisz - uśmiechnęła się ciepło - Widziałam już jego popis z tym monolitem. Doceniam twoją ofertę, Sakuri. Dziękuję.

Nastąpiła chwila milczenia, podczas której obaj przyglądali się walce na arenie. Przeskakujący z tyczki na tyczkę Kouta i Toshi usiłowali się nawzajem z nich pozrzucać. Już na pierwszy rzut oka można było odgadnąć, że obaj znają style walki przeciwnika. Zachowywali się tak, jakby świetnie znali następny ruch, który ma zamiar wykonać oponent. Skutkowało to niezwykle dynamicznym, ale i ryzykownym starciem, bo chwiejące się podpory mogły w każdej chwili ich zdradzić. Ani jeden, ani drugi nie używał ninjutsu, bo nie miał na to nawet czasu. Zajęci sobą nawzajem, kompletnie nie zwracali uwagi na walczącą o życie przeciwko Yujiemu Akane. Nie spadła do tej pory na ziemię tylko dlatego, że posiadała niezwykłe poczucie równowagi. Tylko Yoki przyglądał się temu wszystkiemu ze zrelaksowanym uśmiechem, nie angażując się w żaden z tych pojedynków. Wyglądało na to, że cieszy go święty spokój.

- Znasz już moją tajemnicę - odezwała się po chwili Kira - Teraz pora się zrewanżować. Ja też mam do ciebie pytanie. Nurtuje mnie ono od czasu, gdy usłyszałam, że jesteś synem Kakashiego Hatake.

- Pytanie? - Sakuri uniósł brwi - No dobra, słucham.

- Twój wiek - wycelowała w niego palcem - Coś mi się tutaj nie zgadza. Próbowałam tłumaczyć to sobie na wszelkie sposoby, ale to się po prostu nie dodaje. Skoro jesteś synem Kakashiego Hatake, który, wybacz, że poruszam tą kwestię, zginął w czasie wojny...

- W porządku.

- ...to znaczy, że musiałeś być na świecie jeszcze przed nastaniem pokoju. W takim razie jakim cudem jesteś w tym samym wieku, co ja? Co cała reszta twojej drużyny?

- To...

- Skomplikowane?

- Taa...

- Tak myślałam.

Białowłosy odwrócił się od balustrady i oparł się o nią, krzyżując ręce na piersi. Zastanawiał się, jak przystępnie wytłumaczyć swoją historię koleżance. Gdyby ktoś inny mu ją opowiedział, prawdpodobnie sam by w nią nie uwierzył.

- Jeśli nie chcesz opowiadać, to nie musisz. Rozumiem, że możesz mieć swoje sekrety.

- Nie, to żadna tajemnica. Po prostu ta historia może wydać ci się trochę...nieprawdopodobna. Żeby potem nie było, że nie ostrzegałem. Twoje obliczenia były prawidłowe. Faktycznie, urodziłem się jeszcze przed wojną.

- W takim razie jak...

- Właśnie do tego zmierzam - przerwał jej Sakuri - Szczerze mówiąc, zaraz po moich narodzinach nikt nie spodziewał się, że dożyję chociaż dziesięciu lat. Cierpiałem na rzadką chorobę i chociaż moi rodzice kontaktowali się z najlepszymi medykami świata shinobi, nie znaleźli leku na moją kondycję. Ja sam pamiętam to tylko jak przez mgłę - czułem się bardzo słaby, praktycznie ledwo mogłem wstać z łóżka. Mój stan pogarszał się do tego stopnia, że w wieku czterech lat nikt nie dawał mi szans na przeżycie.

- Ale...? - zainteresowała się Kira.

- Ale wtedy dowódczyni medycznych shinobi naszej wioski i była uczennica Piątej Hokage, Sakura Haruno, zaproponowała moim rodzicom eksperymentalną metodę, która wydłużyłaby czas na znalezienie dla mnie ratunku. To nie był lek, ani nic w tym rodzaju...po prostu dodatkowe lata nadziei na uczynienie cudu. Ona sama nie miała pojęcia, jak mi pomóc, ale liczyła na to, że czas będzie działał na moją korzyść. W końcu musiał znaleźć się ktoś, kto odkryje, jak mnie wyleczyć. Właśnie dlatego moi rodzice zgodzili się, żeby zastosowała na mnie swoją terapię. Polegała na wprowadzeniu mnie w stan śpiączki farmakologicznej i spowolnienie procesów życiowych. Dzięki temu mój organizm wyniszczał się dużo wolniej, co dawało mi jakieś perspektywy.

- I w ten sposób przeleżałeś cały ten czas?

- Tak - kiwnął głową - Moja matka i ojciec opiekowali się mną, cały czas szukając lekarstwa. Mijały lata, ale ja prawie się nie zmieniłem. Opóźniony metabolizm sprawił, że gdy się obudziłem, czułem się, jakby minął miesiąc, a nie kilka lat.

Kira wypuściła głośno powietrze. Zgodnie z przewidywaniami Sakuriego, chyba nie tego się spodziewała.

- Ale skoro tutaj jesteś - zapytała - to znaczy, że w końcu twoi rodzice znaleźli dla ciebie lek?

- Nie do końca - zaprzeczył - Mój ojciec zginął na wojnie, kiedy ja wciąż pozostawałem w śpiączce. Matka starała się jak mogła, ale po prostu nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Wszystko zmieniło się, gdy Ren -sensei przelał na mnie chakrę z Sharingana mojego ojca...Nie rób takiej miny, mówiłem, że to skomplikowana historia. To dzięki tej chakrze potrafię używać Sharingana. Co prawda nie pamiętam tego, ale czcigodna Sakura mówi, że od tamtego czasu mój stan zaczął się powoli poprawiać. To nie to, że nagle jakoś ozdrowiałem, ale ta chakra, którą otrzymałem...Ona jakby pobudziła mój organizm do walki. Ren -sensei twierdzi, że to dlatego, że miała jakieś wyjątkowe właściwości, których po prawdzie nie do końca rozumiem. Minęło jeszcze kilka lat, po których lekarze zdecydowali się mnie obudzić...no i wtedy się zaczęło. Dowiedziałem się o śmierci ojca, a cały świat, który mnie otaczał, postarzał się. Mniej więcej w tym czasie trafiłem na Rena -sensei. Zaopiekował się mną, bo sam przeżył kiedyś podobną historię. Zawdzięczam mu nie tylko moje dzisiejsze umiejętności...ale też życie.

Kira nie odpowiedziała od razu. Nic dziwnego, pewnie ciężko było jej uwierzyć w całą tą historię. Mimo to Sakuri cieszył się, że wreszcie komuś ją opowiedział. Nie licząc jego drużyny i Akane, która dowiedziała się o tym poprzedniego wieczoru, praktycznie nikt nie znał tajemnicy jego pochodzenia. W zasadzie to nie robił z tego jakiegoś wielkiego sekretu, ale nie lubił o tym opowiadać. Przypominało mu to wszystkie trudne chwile, które musiał przejść, by znaleźć się teraz, gdzie się znajduje.

- Nie miałam pojęcia - odezwała się wreszcie Yumarana - Teraz jestem już pewna, że rozumiesz moją sytuację. Tym bardziej dziękuję ci za pomoc w rozwiązaniu kwestii Shingiego.

- Nie ma sprawy.

- Yoki ucieszy się, gdy dowie się, że znalazłam nowych sojuszników. Do tej pory nie chciał zgodzić się na ponowne śledzenie Shingiego. Uważał, że to zbyt niebezpieczne. W końcu nikt nie wie, jak bardzo mógł się rozwinąć przez ten rok...

- No właśnie - zdał sobie sprawę Hatake - Yoki. Chciałem się ciebie spytać, co on takiego potrafi, że dostał się do składu Kumogakure?

- To proste - odparła dziewczyna - On... - następnych słów Sakuri nie zrozumiał. Przypominały bardziej dudnienie, niż logiczne zdania. Dopiero po chwili zorientował się, że faktycznie ziemia drży i porusza się, zagłuszając koleżankę.

Walczący Akane i Yuji zatrzymali się nagle, również zaalarmowani hałasem. Dziewczyna przystanęła w pół ruchu wyciągania sobie kolejnego obojczyka, a jinchuuriki zatrzymał kotłującą się wokół niego zgromadzoną masę piasku. Obaj zerknęli w stronę Kouty i Toshiego. Zwłaszcza ten drugi był godny uwagi. Stał na tyczce z zamkniętymi oczami i skupioną miną. Formował palce w znak wołu. Jego przeciwnik wydawał się zaskoczony nagłym wykorzystaniem ninjutsu i próbował podjąć decyzję, jak na to zareagować.

- Yoton: Yamafunka! - wykrzyknął jinchuuriki Yonbiego.

Pale, na których oparci stali reprezentanci wiosek, zaczęły nagle bujać się dużo mocniej. Sakuri wychylił się przez barierkę i zobaczył, że ziemia, w której tkwiły, zaczyna się rozpuszczać. Zawodnicy zachwiali się, gdy jednocześnie z kilku miejsc wystrzeliły gejzery płynnej magmy. Lawa szybko spowiła arenę, wytryskając spod podłoża intensywnymi strumieniami. Żar od niej bijący natychmiast stopił podstawy tyczek, sprawiając, że załamały się one, lecąc do morza ognia. Wtedy właśnie wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Kouta stracił grunt pod stopami i, z paniką w oczach, spojrzał pod siebie. Musiał zareagować błyskawicznie, inaczej skończyłby tak samo jak jego podpora. Sakuri wstrzymał oddech, gdy jinchuuriki wpadł z pluskiem do gorejącej lawy. Nie miał pewności, czy udało mu się przeżyć. Co prawda widział formującą się w ostatniej chwili na jego plecach skorupę, ale nie znał limitu jej wytrzymałości. Zauważył również spadających Akane i Yujiego, którzy także musieli coś wymyślić, by nie skończyć jako kupka popiołu. Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, Kaguya złożyła ręce, gromadząc chakrę, podczas gdy tafla magmy bezlitośnie się do niej zbliżała. Kiedy je rozłożyła, spod ziemi, ociekając lawą, zaczęły wystrzeliwać dziesiątki cienkich, białych pali. Tyczki przypominały gęsty las cienkich, spiczastych sosen o kolorze mleka. Hatake nie miał pojęcia, skąd się wzięły, tym bardziej w takiej ilości. Nie sposób było ich zliczyć i wkrótce większość areny pokryta została kilkudziesięcioma takimi formacjami. Na jednej z nich wylądowała Kaguya, ocierając pot z czoła. Tuż pod nią buzowała rozżarzona rzeka lawy.

- Sawarabi no Mai - mruknęła, oddychając głęboko.

Rozejrzała się za Yujim, który lewitował teraz na platformie zrobionej ze swojego piasku. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, że udało mu się uniknąć ataku Toshiego. Tym bardziej ucieszył się, gdy ujrzał wypływającego, zwiniętego w kulę niczym pancernik Koutę. Mężczyzna, ukryty wewnątrz swej szczelnej skorupy, przetrwał upadek do lawy. Mimo to najwyraźniej musiał teraz czekać na koniec pojedynku, by jakoś się z niej wydostać. Aż do tego czasu skazany był na dryfowanie w bulgoczącym morzu ognia. Rozległy się dwa sygnały syreny, a na tablicy wyników znikły podświetlone nazwiska dwóch zawodników. Sakuri nie do końca rozumiał taką kolej rzeczy. To oczywiste, że Kouta został wyeliminowany, ale...Yuji?

- Co to ma znaczyć? - wykrzyknął jinchuuriki Jednoogoniastego do ukrytego w jednym z korytarzy sędziego - Jak to odpadłem?!

- Do stworzenia podpory użyłeś piasku tworzącego arenę - wyjaśnił przestraszonym głosem staruszek - Według zasad liczy się to tak samo, co dotknięcie ziemi.

Yuji zrobił minę, jakby chciał go udusić, ale szybko się opanował. Spojrzał po pozostałych zawodnikach, po czym spuścił głowę i zacisnął usta. Jego piaskowa chmurka poruszyła się, zmierzając w stronę loży Sunagakure.

- Idiotyczny turniej - mruknął, lądując pośród swojej drużyny.

Sakuriego zastanawiało jednak co innego. Na tle nieba, na białej, sprężystej niczym pianka chmurce, beztrosko siedział sobie Yoki. Na początku go nie zauważył, bo zlewał się niemal idealnie z pochmurnym niebem.

- Co to jest...?

- Mówiłam przecież - odparła Kira - Ojciec Yokiego nauczył go wszystkiego, co sam umiał. To Kekkei Touta Szóstego Mizukage - Unton.

- Uwolnienie Chmur - wyszeptał białowłosy - A więc Yoki to syn Mizukage?!

,,Nic dziwnego, że ten cały Shingi czuł się niedoceniany" - zdał sobie sprawę - ,,Był w drużynie z dziećmi dwóch Mizukage. To może trochę wjechać na ambicję".

On sam przecież doświadczył czegoś podobnego. Został przydzielony do zespołu z dziećmi legendarnego Rena Uchihy, a na dodatek przez ostatni rok towarzyszył im również Kinsei, syn Siódmego Hokage. Choć sam wywodził się od Kakashiego Hatake, często odczuwał presję, by nie pozostać wobec nich w tyle.

- Sprytne - zauważyła Yumarana, obserwując swymi żółtymi oczami Toshiego, którego tyczka jako jedyna pozostała nienaruszona - Pokrył ten swój pal od spodu obsydianem. Tylko dzięki temu się nie spalił.

- Faktycznie, dobrze to sobie wymyślił - zgodził się Sakuri. - Ale czym są te słupy, które stworzyła Akane? Co mówi twój Genshigan?

Kunoichi przyjrzała się przez chwilę białym konstrukcjom.

- Mówi, że są organiczne - stwierdziła - To są jej kości, Sakuri.

- Kości?! Nie miałem pojęcia, że potrafi wyprodukować je w takiej ilości! Poza tym, jakim cudem wytworzyła je poza swoim ciałem?

- To nie do końca tak było. Może tego nie zauważyłeś, ale już na samym początku tej konkurencji rzuciło mi się woczy, że Akane rzuca na ziemię małymi kawałkami kości. Do tej pory nie wiedziałam, do czego miały służyć...Teraz już wiem. Stanowiły podstawę do rozrostu tego...ehm...czegoś.

To ,,coś", jak to określiła Kira, uratowało koleżankę Sakuriego przed niechybną śmiercią. Nie tylko zapobiegło jej zgubie, ale też zwiększyło jej pole do manewru. Wystających z morza lawy pali było teraz dużo więcej niż wcześniej. Swoją drogą Sakuri nie mógł się nadziwić, jak bardzo wytrzymałe są te kości. Choć zanurzone zostały głęboko w płynnej magmie, nie wyglądały na uszkodzone. Cała ta technika przypominała mu kiełkujące nasiona, rozwijające się w smukłe drzewa.

- Hahaha! I pomyśleć, że zostanę tutaj z wami, podczas gdy reszta Jinchuuriki 10 spadnie - podrapał się po głowie Toshi, chichocząc pod nosem - Muszę jednak przyznać, że całkiem sprytnie się uratowałaś przed moją techniką...Akane Kaguya.

- Prawie zabiłeś jednego ze swoich kompanów - białowłosa zerknęła w dół, ku dryfującemu po powierzchni Koutcie - Oszalałeś?!

- Wiedziałem, że nic mu się nie stanie...Tak walczą jinchuuriki, dziewczyno. Pogódź się z tym albo poddaj się. Trafiłaś do najwyższej ligii.

W odpowiedzi włosy dziewczyny zafalowały, wydłużając się i owijając wokół pali niczym macki ośmiornicy. Osiągnęły niebywałą długość, wynosząc ją na wysokość co najmniej pięciu metrów. Dwie najdłuższe macki wcale nie służyły do podpory. Wyciągnęły się w kierunku przeciwnika i stwardniały. Ich końce nastroszyły się i ciasno zbiły, kompletnie nie przypominając już włosów. Bliżej im było teraz do ogromnych kos lub wyciągniętych szczypców modliszki. Akane, lewitując w powietrzu z założonymi na piersi ramionami, spojrzała z wyższością na przeciwnika, jak to miała w zwyczaju. Następnie od niechcenia wymruczała nazwę techniki:

- Kamakiri Zanshu.

Macki wyciągnęły się ku Toshiemu i, niczym wielkie nożyce, machnęły z dwóch stron. Jinchuuriki podskoczył niczym małpa, akurat w momencie, gdy białe kosy ścięły tyczkę, na której się znajdował. Zaśmiał się wesoło, przeskakując na jedną z kości Akane, a następnie wykonując kolejne piruety, zaczął unikać nadchodzące ciosy. Technika dziewczyny, choć potężna, wydawała się dość powolna. Nie miała większych problemów ze ścinaniem utwardzonych, niezwykle wytrzymałych kości, ale za żadne skarby nie potrafiła trafić precyzyjnie w cel.

- Tu jestem! - zażartował Toshi, stając na rękach na jednej z podpór - No dalej, traf mnie! Przecież to nie takie trudne!

Kaguya zagryzła zęby i machnęła kosami, jednak i tym razem spudłowała, ścinając kolejną podporę. Jej cel przekoziołkował kilka metrów dalej, prowokując ją do kolejnego ataku. Sakuriego uderzył fakt, jak inny wydawał się Toshi od reszty swoich kompanów. W przeciwieństwie do zarozumiałych A i B, czy też ponurego Yujiego, wręcz kipiał wesołością i humorem. Zastanawiał się, czy nie wynika to przypadkiem z przesadnej pewności siebie.

- Ups, znowu nie trafiłaś! - zawołał jinchuuriki, mijając zaostrzone włosy dziewczyny zaledwie o kilka centymetrów. Hatake mógłby się założyć, że zrobił to specjalnie. - Następnym razem ci się uda!

Kolejny cios był jeszcze wolniejszy. Prędkość i zwinność macek zaczęła drastycznie spadać, tylko ułatwiając przeciwnikowi zadanie. Sakuri zerknął na Akane, której czoło było zroszone potem. Dokładnie tak jak podejrzewał, utrzymywanie tej techniki musiało kosztować ją wiele chakry. Mimo to dziewczyna podjęła jeszcze ostatnią próbę wykończenia przeciwnika. Jej dwie białe kosy uniosły się w górę i spadły na Toshiego niczym gilotyna.

- Okej, wystarczy tego - oznajmił, łapiąc je pomiędzy dłonie bez większego wysiłku. Nie zachwiał się przy tym nawet na tyczce.

Akane zapomniała na chwilę o swojej wyrachowanej minie i otwarła szeroko usta w niedowierzaniu. Z dłoni i całych przedramion jinchuurikiego odłaziła skóra, unosząc się powoli w powietrze i szybko spalając.Pod jej powierzchnią widniała znajoma już Sakuriemu krwistoczerwona chakra. Wkrótce skóra zaczęła schodzić również z reszty ciała Toshiego. Kaguya otrząsnęła się z pierwszego szoku i spróbowała wyrwać włosy z jego żelaznego uścisku, ale ten okazał się zbyt silny.

- Nigdzie się nie wybierasz - uśmiechnął się jounin, eksplodując nagle karmazynową chakrą, która utworzyła wokół niego bąbel. Po kilku sekundach wyłonił się z niego pod postacią wersji drugiej płaszcza Biju. Wyglądał podobnie jak jego poprzednicy z tą różnicą, że jego czoło zdobiło coś w rodzaju rogatego diademu, a z tyłu pleców powiewały cztery ogony.

Z potworną siłą pociągnął za wydłużone włosy Akane, katapultując ją w powietrze. Dziewczyna krzyknęła z bólu, a jej oprawca puścił ją, pozwalając, by poszybowała w niebo. Choć przez chwilę ogłuszona, kunoichi doszła dość szybko do siebie. Jej włosy wróciły niemal do dawnej długości, otaczając ją i strosząc się na wszystkie strony. Otworzyła oczy, starając się dobrze wycelować. Znajdowała się na wysokości dobrych kilkunastu metrów, więc bez doujutsu z pewnością nie było to łatwe.

- Kebari Senbon! - zawołała, zasypując przeciwnika setkami cienkich, długich włosków. Dzięki znajdujących się w nich ładunkach chakry, były one sztywne i twarde jak stal.

Toshi zasłonił się ręką, ale na niewiele mu się to przydało. Białe igiełki wbiły się w cały przód jego ciała, czyniąc go największym i zdecydowanie najbardziej przerażającym jeżem w dziejach ludzkości. Mimo to, wydawało się, że jutsu Akane nie poskutkowało. Kolce, zaraz po wbiciu się w toksyczną chakrę ogoniastej bestii, zaczęły dymić się i wkrótce wyparowały, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Jinchuuriki nawet nie skomentował ataku. Sakuri skrzywił się - jego koleżanka zmarnowała niepotrzebnie ładunek chakry, a w końcu aż tak wiele jej nie miała. Wylądowała na jednej z kości, dysząc ciężko i ocierając pot z czoła.

- Należy do tych, które nigdy się nie poddają, co? - uśmiechnęła się Kira, z podziwem oglądając wyczyny rywalki.

Sakuri zastanowił się chwilę, po czym kiwnął głową.

- Chyba tak. To godne podziwu, chociaż mam wrażenie, że twój przyjaciel przyjął lepszą postawę.

Blondynka dopiero teraz przypomniała sobie o lewitującym na chmurce Yokim i parsknęła śmiechem.

- To nie żadna taktyka. On zawsze taki jest. Nie walczy, jeśli nie musi.

- Brzmi całkiem rozsądnie.

- Chyba raczej leniwie. Gdyby to od niego zależało, Yoki wylegiwałby się cały dzień i patrzył w chmury. Ja taka nie jestem. Chcę pozostawić po sobie jakiś ślad na tym świecie. Jeśli aby to osiągnąć muszę walczyć, to nie przeszkadza mi to. Twoja koleżanka dobrze robi, nie poddając się w tym pojedynku...chociaż z takim tempem utraty chakry raczej długo nie pociągnie - dodała, analizując Akane za pomocą swojego Genshigana.

Białowłosa faktycznie chyba zdawała sobie z tego sprawę. Choć starała się tego nie pokazywać, jej twarz zdradzała niepokój wobec bawiącego się z nią jinchuurikiego. Toshi nie należał do ofensywnych shinobi i najwyraźniej chciał jeszcze trochę podroczyć się z ofiarą, nim ją wykończy. Jego cztery ogony powiewały złowrogo, zwiastując kłopoty. Akane z pewnością pamiętała jak ciężko walczyło jej się z sakryfikantem Trzyogoniastego. Teraz czekało ją jeszcze większe wyzwanie. Zapieczętowany w Toshim Yonbi posiadał nie tylko cztery ogony, ale i dużo więcej okazji do wyeliminowania dziewczyny. Wystarczyło zrzucić ją z podpory, a problem sam by się rozwiązał. Wzięła głęboki oddech.

- Kim ci się wydaje, że jesteś? - zapytała z charakterystyczną dla niej wyższością - Pokonałam już jednego z twoich kompanów...mogę to samo powtórzyć z tobą.

- Hahaha! Co za zuchwała z ciebie dziewczyna - roześmiał się jinchuuriki - Lubię to w tobie, ale nie znaczy to, że mam zamiar dać ci fory. Nie jestem taki jak Kouta. On zawsze miał zbyt miękkie serce.

- Zbyt miękkie serce? - zmrużyła oczy - Pokonałam go uczciwie. Nie dawał mi żadnych forów. A ty...zaraz się o tym przekonasz.

- Och, doprawdy? - Toshi wyszczerzył paszczę pełną ostrych zębów - Nie gniewaj się, nie chciałem cię urazić. Jesteś córką człowieka, którego bardzo szanuję. Mimo to, zdobędę to zwycięstwo dla Iwagakure. Znów będziemy na szczycie.

- Za to ja dopilnuję, żeby to się nie stało - odparła zimno Akane - Nie obchodzi mnie, co łączy cię z moim ojcem. Lepiej się przygotuj, bo zaraz znajdziesz się tam na dole.

Niczym gazela ruszyła ku przeciwnikowi, przeskakując z jednej kości na drugą. Toshi pozostawał nieruchomy, obserwując ją uważnie i machając czujnie ogonami. Kunoichi, chcąc znaleźć jego słaby punkt, zaczęła błyskawicznie go okrążać. Szybko okazało się jednak, że nie będzie to takie proste. Praktycznie każde miejsce, w które by uderzyła, mogło spotkać się z potencjalną kontrą jinchuurikiego. Na stadionie zapanowała konsternacja. Nieruchomy jak skała krwistoczerwony stwór i obiegająca go w kółko białowłosa dziewczyna musieli zapewne zabawnie wyglądać dla oka przeciętnego widza, ale nie dla Sakuriego. Był zbyt doświadczony i bez trudu dostrzegał nieustanne szukanie przez Akane okazji do ataku. Taka w końcu się znalazła, a przynajmniej tak jej się wydawało. Będąc za plecami przeciwnika, dziewczyna skoczyła, zamierzając się do kopniaka. Nie wszystko poszło jednak po jej myśli. Sakuri zauważył lekkie drgnięcie Toshiego, a chwilę później jego ciężki, gruby ogon mknący ku przyjaciółce. Trafił ją bok z siłą walącego się domu, ale mimo to dziewczyna uczepiła się go niczym koła ratunkowego.

- Akane! - wykrzyknął Hatake, wychylając się przez barierkę.

Pomimo całej wytrzymałości ciała Kaguyi, z ust trysnęła jej krew, sygnalizując obrażenia wewnętrzne. Toshi zamachał gwałtownie ogonem, starając się zrzucić intruza.

- Złaź! Pogódź się z porażką!

Zakręcił w powietrzu ogonami, ale i to nie pomogło. Akane nawet zaczęła się powoli wspinać w górę, coraz bardziej zbliżając się do ciała Toshiego. Publiczność ożywiła się, zwłaszcza shinobi z Konoha i Kumogakure. Dopingowali nawzajem swoich zawodników, robiąc przy tym więcej hałasu, niż byłoby to potrzebne. Akane z trudem wspięła się na plecy przeciwnika i zawiesiła mu ręce na szyi. Zaczął rzucać się niczym dziki byk, ale szybko przestał, by nie runąć do magmy pod sobą. Kunoichi tym czasem nie traciła czasu. Splunęła w bok, wypluwając kilkadziesiąt niewielkich, białych perełek. Sakuri przekrzywił głowę, po czym aktywował Sharingan, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Jego tęczówka przybrała czerwony kolor, a wokół źrenicy pojawiły się trzy łezki. Stało się to akurat w chwili, gdy Akane rozwarła szeroko usta.

- Co do...? - szepnęła przejęta Kira - Ona chyba nie ma zamiaru...?

Sharingan Sakuriego dostrzegł szereg długich jak noże, ostrych zębów błyskających złowrogo w ustach dziewczyny. Teraz przypominała mu bardzo rekina z rozwartą szczęką.

- Tak, Kira. Ma zamiar.

Akane, z niewiarygodną siłą swoich mięśni szczęki, zacisnęła zęby na ramieniu Toshiego. Zęby weszły w ciało jinchuurikiego jak szable. Shinobi ryknął przeraźliwie i zamachał dziko ogonami. Uniósł ręce w górę, starając się chwycić przyczepioną do niego Akane, ale nie mógł jej dosięgnąć tak, żeby nie spaść.

- Uaah!! - wykrzyknął przeraźliwie - Puszaj! Puszaj!!

,,Wypluła swoje stare uzębienie" - pomyślał zszokowany Hatake - ,,W sumie...zęby to też kości".

Ostatecznie szarpanina skończyła się tak, jak skończyć się musiała - stopa Toshiego ześlizgnęła się z podpierającej go kości, a on sam runął w dół, ku buzującej magmie. Razem z nim spadła Akane. Widząc, że osiągnęła swoje zadanie, puściła jinchuurikiego i zdała sobie sprawę, że leci ku własnej zgubie. Sakuri nie wiedział, jakby to się skończyło, gdyby nie spanikowany jinchuuriki, który również nie chciał mieć nic wspólnego z morzem ognia pod sobą. Zawiązał trzy skomplikowane pieczęcie, czego efekt był natychmiastowy. Lawa, jakby nagle zalana ogromną ilością wody, stwardniała. Stygnąc w niezwykłym tempie, uformowała pofałdowane, wulkaniczne podłoże. Pływający w niej do tej pory Kouta został uwięziony przez otaczający go grunt, a zaraz potem tuż obok niego spadli Akane i Toshi. Dziewczyna wylądowała na nogach, wgniatając ziemię pod sobą. Skok z takiej wysokości połamałby nogi większości ludzi, ale Hatake podejrzewał, że ona nawet pewnie tego nie poczuła. Toshi nie miał tyle szczęścia - rozplasnął się na ziemi niczym ptak, który nie zauważył zbliżającej się do niego szyby.

- Ugh... - podniósł się i wpatrzył smętnie w ziemię. Karmazynowa chakra płaszcza Biju zaczęła powoli znikać, ukazując pod sobą ponownie ciemnowłosego, krępego mężczyznę. - Ja...przegrałem - powiedział, mrugając oczami - Ja...haha! Przegrałem!

Sakuri i Kira jednocześnie przechylili głowy.

- Hę?

Akane podniosła się z brudnej ziemi i otrzepała. Ponownie splunęła w bok, tym razem wypluwając kilkadziesiąt ostrych jak miecze szpikulców. Ich miejsce zastąpiły normalne zęby.

- Tak. Przegrałeś. Mówiłam ci, że nie dopuszczę, żeby Kamień zdobył te dwa punkty. Z czego jest ci tak wesoło?

- Po prostu - parsknął Toshi - nie spodziewałem się, że znajdę na tym turnieju inne wyzwanie niż reszta Jinchuuriki 10. Dostarczyłaś mi prawdziwej rozrywki, Akane...Dziękuję.

- Jesteś dziwny - odparła obcesowo - Walczysz dla rozrywki? Co za brednie. Może i jest to przyjacielski turniej między wioskami, ale nie znaczy to, że wychodzimy na tą arenę dla własnej przyjemności. Celem jest zdobycie nagrody...organizacji przyszłorocznych egzaminów na chuunina. Jeśli przyszedłeś tutaj tylko się zabawić, to lepiej wróć z powrotem do Akademii.

,,Cała Akane" - pomyślał Sakuri - ,,Jak zwykle zachowuje się jak księżniczka".

Stukając głośno obcasami o ziemię, podeszła do unieruchomionego w podłożu Kouty. Jednocześnie rozległ się sygnał oznajmiający koniec konkurencji. Dziewczyna chwyciła za wystający ze skorupy jinchuurkiego kolec, po czym pociągnęła za niego z całej siły. Nie tylko wyrwała go z pułapki, ale też wyrzuciła wysoko w powietrze. Mężczyzna, wciąż w postaci kuli, gruchnął o ziemię. Rozwinął się i powoli wstał, podczas gdy skorupa cofała się z powrotem do jego ciała. Wyglądało na to, że nie ucierpiał pomimo długotrwałej kąpieli w lawie.

- Nie ma za co - burknęła z wyższością kunoichi, nim ten zdążył jej podziękować. Następnie, wyraźnie w nienajlepszym nastroju, ruszyła do szatni.

- No proszę - zdziwiła się Kira - Kto by pomyślał, że wygra...On jako jedyny chyba nic z nich wszystkich nie zrobił.

Sakuri zadarł w górę głowę i faktycznie zauważył tam niezmiennie lewitującego na chmurce Yokiego. Bezceremonialnie rozwalony na niej jak na wygodnym fotelu, chyba nawet nie zauważył, że pojedynek się zakończył. Kira miała co do niego rację - w czasie całego pojedynku nie kiwnął nawet palcem, a mimo to udało mu się jakimś cudem zwyciężyć. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to dlatego, że wszyscy o nim po prostu zapomnieli.

- Zdobyliście dwa punkty, Kira - ucieszył się Sakuri - Całe szczęście, że nie Iwagakure.

- Remisujemy - odparła dziewczyna - Nasze obie drużyny mają po pięć punktów. Cieszy cię to?

- Cóż, przynajmniej końcówka turnieju będzie emocjonująca - wzruszył ramionami - Poza tym, jeśli nawet przyszłoby nam przegrać, zdecydowanie wolę przegrać z wami, niż z Kamieniem.

- Skoro już o tym mowa, to ja też nie miałabym nic przeciwko drugiemu miejscu w takim układzie...co oczywiście nie znaczy, że z wami przegramy! - zreflektowała się.

Sakuri roześmiał się.

- Do końca zawodów zostały jeszcze trzy pojedynki. Nasz z Kamieniem i Mgły z Piaskiem, no i ostatnia konkurencja na zakończenie turnieju. To niewiele, ale wszystko jeszcze może się zmienić. Niezależnie od wyniku, zwycięzca wygra zapewne o włos.

- Pewnie masz rację - odparła dziewczyna, obserwując zniżającego się ku ziemi Yokiego - tak czy inaczej, to najbardziej emocjonujący turniej od lat.

- Byłaś już na jakimś? - zainteresował się Sakuri.

- Nie w roli zawodniczki, ale ojciec zabierał mnie zawsze ze sobą. Chcesz mi powiedzieć, że to twój pierwszy raz?

- Nie tylko mój. Zarówno Dai, jak i Shori też nigdy tutaj nie byli. Za każdym razem w czasie zawodów albo byliśmy na misji, albo mieliśmy inne obowiązki.

- Całkiem nieźle wam idzie jak na wasz debiut.

- Dzięki.

Zastąpiła chwila wymownego milczenia, po której to Kira nagle odepchnęła się lekko od parapetu i odwróciła ku wyjściu.

- Lepiej będę się już zbierać - oznajmiła - Niedługo wróci tu Akane, a widziałam, że nie ma najlepszego nastroju. Po zobaczeniu tego, co potrafi, wolałabym nie być w jej zasięgu. Poza tym, te dwa punkty powinny wystarczyć mniej więcej na uspokojenie A i B. W loży Chmury już wszystko powinno być w porządku.

- Jasne. Powodzenia podczas finału.

Blondynka odwróciła się i, odprowadzana wzrokiem przez Tenrou, ruszyła ku schodom. Zatrzymała się na pierwszym stopniu, jakby właśnie sobie coś przypomniała.

- Aha, Sakuri...Nie mam pojęcia co stało się z resztą twojej drużyny, ale na pewno was nie wydam. Masz moje słowo...ale naucz się lepiej kłamać.

Z tymi słowami zniknęła na schodach, zostawiając skonfundowanego chłopaka samego w loży.

***

Kinsei kompletnie poddał się już, jeśli chodziło o rozmowę. Zrozumiał, że nic, co powie, nie dotrze do jego porywaczy. Jedyne, co mu pozostawało, to czekać cierpliwie na ratunek. Cieszył go jedynie fakt, że nareszcie zregenerowała mu się chakra, a przynajmniej taka jej ilość, by mógł o własnych siłach ustać na nogach. Wciąż była to ilość wystarczająca na jedną słabą technikę i nie miał nawet co marzyć, by zgubić dzięki niej porywaczy. Mimo wszystko cieszył się z tego, co miał, tym bardziej, że nawet mała ilość chakry w kluczowym momencie mogła przeważyć o jego ratunku. Nie chciał, żeby jego przymusowi kompani odkryli, że czuje się już lepiej, więc zwisał bezwładnie z ramienia starszego z nich. Ojciec i Syn, bo tak ich w myślach nazywał Kinsei, wciąż pozostawali dla niego jedną wielką zagadką.

- Rozpoznaję tą okolicę - stwierdził Ojciec - Jesteśmy już naprawdę blisko. Mówiłem ci, że się uda.

- Mam przygotować zwój z techniką czasoprzestrzenną?

- Tak i zrób to szybko. Jej aktywacja trochę zajmie, jesteśmy w bardzo odległym wymiarze. Połączenie takich światów wymagałoby zazwyczaj ogromnej ilości chakry, więc pamiętaj, żeby umieścić zwój w dobrym miejscu. Tylko tam granica wymiarów jest najcieńsza. Jeśli pomylisz się chociaż trochę, utkniemy tutaj.

- Nie pomylę się.

- No, wreszcie mówisz jak prawdziwy mężczyzna - pochwalił go Ojciec, po czym sturchnął przerzuconego przez bok Uzumakiego - Wstawaj, Kinsei. Jesteśmy na miejscu. Możemy już zdjąć ci tą opaskę, której tak nie znosisz. Jesteśmy już tak daleko od stadionu, że nawet gdybyś nam teraz uciekł, to nie znalazłbyś drogi z powrotem.

Mężczyzna zdjął blondyna z ramienia i posadził go na ziemi. Delikatnie chwycił zasłaniającą mu oczy opaskę, po czym jednym, pewnym ruchem rozwiązał ją. Płótno opadło z oczu chłopaka, a słońce spowijające niewielką polanę natychmiast go oślepiło. Zmrużył oczy, osłaniając je ręką. Z tego, co zdążył zauważyć, znajdowali się na skraju lasu. Kiedy wzrok przywyczaił mu się do nowych warunków, uniósł głowę, chcąc wreszcie poznać tożsamość tajemniczych porywaczy. Kiedy to zrobił, aż serce podskoczyło mu do piersi.

- Kim...kim wy jesteście?!

Z dwójki nieznajomych to Ojciec prezentował się najbardziej widowiskowo. Przede wszystkim w oczy rzucała się jego ogromna, masywna sylwetka. Miał grubo ponad dwa metry wzrostu, więcej niż Kinsei kiedykolwiek widział. Jak na tak wielkie ciało wydawał się jednak dość szczupły, co tylko optycznie go podwyższało. Choć nie był stary, twarz znaczyła mu blada, podłożna blizna przechodząca przez prawe oko, które najwyraźniej nie ucierpiało w wyniku rany. Jej trzy smugi przypominały trochę ślad po pazurach. Długie, pofalowane włosy powiewały za nim majestatycznie, przyciągając wzrok białym jak śnieg kolorem. Choć Ojciec patrzył na niego łagodnie, Kinsei dostrzegł w jego twarzy surowość i coś mrocznego, co nie do końca potrafił nazwać.

- Nareszcie możemy ci się przedstawić - uśmiechnął się krzywo olbrzym, połyskując białymi oczami.

,,Byakugan" - pomyślał Uzumaki - ,,Wiedziałem, że mi się nie przywidziało. Zupełnie jak u taty!"

- Nazywam się Mitra Ootsutsuki, a to mój syn Soma. Przybyliśmy z bardzo daleka, żeby cię odnaleźć, Kinseiu Uzumaki.

Chłopak nie odpowiedział. Gapił się na wystające z góry czaszki Mitry dwa imponujące, kościane rogi. Były zakrzywione do tyłu i spłaszczone, wyginając się na końcach lekko w górę.

- Nie jesteście ludźmi...prawda? - zapytał po dłuższej chwili.

- Oczywiście, że nie! - roześmiał się beztrosko Mitra - Skąd ten pomysł? Dlaczego porównujesz nas do tak podrzędnych, prymitywnych form życia? Chyba nie chcesz zacząć naszej znajomości zdenerwowaniem mnie, hm?

- W takim razie...kim jesteście? Skąd się tu wzięliście...?

- Soma - olbrzym przywołał do siebie syna - Ty i Kinsei jesteście w podobnym wieku. Będzie lepiej, jeśli ty mu to wyjaśnisz.

Lewitujący kilka metrów nad Mitrą chłopak zniżył swój lot i wylądował lekko na ziemi. Dzięki temu Kinsei mógł mu się lepiej przyjrzeć. Dawno nie widział tak mało podobnych do siebie ojca i syna. Choć jak na człowieka Soma był zupełnie przeciętnego wzrostu, wydawał się śmiesznie mały w porównaniu do gigantycznego opiekuna. Twarz miał niezwykle delikatną i szlachetną, na której nie odbijały się prawie żadne emocje, w przeciwieństwie do Mitry. Jeśli miałby już ją jakoś określić, Kinsei stwierdziłby raczej, że widniał na niej smutek, a nie mrok. Podobnie jak u jego ojca, w oczach Somy błyskał Byakugan, ale nie był on dobrze widoczny przez opadającą mu na oczy grzywkę. Białe, pofalowane włosy chłopaka były dużo krótsze niż te Mitry i znajdowały się w kompletnym nieładzie. Z czoła wystawały mu małe różki, kompletnie różniące się od tych ojca. Nie mogły się z nimi nawet równać rozmiarem. Nie przebijały również skóry, zamiast tego będąc nią obleczone.

- Siedemnaście lat temu - odezwał się głębokim głosem Soma - Nasz świat uległ kompletnemu zniszczeniu. Nasza cywilizacja upadła, skutkując tragedią, która objęła całą planetę. Ja i moja rodzina jako jedyni przetrwaliśmy rzeź.

- Nie jesteście...z tej planety? - Kinsei otworzył szeroko oczy.

- Nie tylko z planety - kontynuował Soma - Wasza planeta jest tylko jedną z wielu w tej galaktyce. Choć wydaje wam się, że to, co tu osiągnęliście jest szczytem kultury, to jesteście niczym w porównianiu z osiągnięciami naszego klanu. Świat, na którym żyliśmy, leżał nie tylko na innej planecie...ale też w innym wymiarze.

- Chcesz powiedzieć, że jesteście, ehm...kosmitami?

- Nie tak szybko, Soma - skarcił syna Mitra - Pierwotne ludy nie mają pojęcia o czasoprzestrzeni. Musisz tłumaczyć to bardzo powoli i w oczywisty sposób. Weź pod uwagę różnicę, jaka was dzieli.

Młodzieniec kiwnął głową.

- Rozumiem. Wybacz mi moje zachowanie. Postaram się wyjaśnić wszystko najprościej, jak się tylko da. Wszechświat podzielony jest na alternatywne wymiary. Ich liczba jest ogromna, nikt nie zdołałby ich zliczyć. Każdy z wymiarów zawiera dodatkowo własne galaktyki i układy planet. Miejsce, w którym się teraz znajdujemy, to właśnie jedna z takich planet.

- Nie jestem idiotą - warknął poirytowany Kinsei - Zrozumiałem za pierwszym razem.

,,Mitra i Soma Ootsutsuki" - pomyślał - ,,Czy oni faktycznie pochodzą z innego świata?"

Z jednej strony, miało to dużo sensu. Wystarczyło na nich spojrzeć. Biała jak mleko, nienaturalnie jasna skóra, rogi na głowie i te dziwne stroje...to nie pasowało do niczego, co wcześniej widział. Ubiór Mitry przypominał mu bardzo wędrownego mnicha. Biała, luźna szata z kapturem i bez rękawów wyglądała bardzo uroczyście, ale jednocześnie dziwnie obco. Na bokach jej wysokiego kołnierza i wzdłuż środka szaty biegły szeregi czarnych łezek, identycznych do tych w Sharinganie. Dodatkowo, przez pierś Mitry przerzucona była szarfa z podobnymi zdobieniami. Na nogach mężczyzna nosił białe buty z zadartymi lekko czubkami. Trzeba było przyznać, że nie był to codzienny widok. Z drugiej strony...pomimo wszystkich tych abnormalności, dwójka ta wyglądała przecież jak normalni ludzie. Z krótko przystrzyrzonymi, niemal owalnymi brwiami i białymi włosami, mogli uchodzić za dalekich krewniaków Akane.

- W przeciwieństwie do was, nasz klan został założony w niepamiętnych czasach - kontynuował Soma - Okres, kiedy wy egzystujecie na tej planecie jest jak pstryknięcie palcami w obliczu histori klanu Ootsutsuki. Choć pojęliście już podstawy cywilizacji, to wasza technologia stoi wciąż na żenująco niskim poziomie.

- W takim razie po co jestem wam potrzebny? - zadrwił Uzumaki - Ja? Zwykły człowiek?

- Faktycznie, to dla nas dość...upokarzające - wtrącił Mitra - Nie mieliśmy jednak wyjścia. Znalezienie kogoś ze zdolnościami władania Onmyotonem graniczy z cudem. Musisz wiedzieć, Kinsei, że klan Ootsutsuki odkrył potęgę chakry już tysiąclecia temu. Obecność naturalnego Boskiego Drzewa na choć jednej planecie danego układu jest niezwykle rzadka. Nasz lud miał to szczęście, że zamieszkiwał właśnie jedną z takich planet. Moc chakry, którą zdobył, pozwoliła mu rozwinąć się do stopnia, o którym ludzie mogliby tylko pomarzyć. Mimo to, żaden z naszych przodków nie zbliżył się do osiągnięcia tego, z czym ty się po prostu urodziłeś! Kiedy energia ich Boskiego Drzewa zaczynała się wyczerpywać, zaczęli podróżować najpierw między planetami, a później między wymiarami, w poszukiwaniu kolejnych drzew. Tak powstały pierwsze kolonie klanu Ootsutsukich, z czego jedna z nich była domem moim i Somy. Szybko jednak okazało się, że prawdopodobieństwo odnalezienia świata zdatnego do zamieszkania jest zbyt małe, by sprostać rosnącym oczekiwaniom naszego ludu. Właśnie dlatego nasi przodkowie zaczęli kultywować nasiona Boskich Drzew i rozsyłać je po kosmosie, by stworzyć nowe, sztuczne kolonie. Wasz świat jest jedną z takich kolonii, Kinsei.

- Dobra, ale co to ma wspólnego z moją mocą? - zapytał chłopak, ignorując wszelkie niejasności kłębiące mu się aktualnie w głowie.

- Nasiono Boskiego Drzewa, które wylądowało na waszej planecie pochodziło z kolonii, w której mieszkaliśmy - wyjaśnił Soma - Właśnie dlatego kilkaset lat temu wysłano tu osobę, której zadaniem było przygotowanie tego świata na przybycie tu naszych pobratymców i dopilnowanie, by drzewo rozwinęło się prawidłowo. Osobą tą była członkini rodziny rządzącej kolonią - księżniczka Kaguya Ootsutsuki.

- Coś tam o niej słyszałem od rodziców - przyznał niechętnie Kinsei - ale myślałem, że to tylko legenda.

- Księżniczka Kaguya nie była żadną legendą...nie było nią też to, co wydarzyło się po jej przybyciu na tą planetę. Nie wiemy do końca, dlaczego to zrobiła, ale księżniczka znajdła owoc Świętego Drzewa, zabierając całą jego chakrę dla siebie. Ta energia miała służyć naszemu klanowi przez pokolenia.

- Nie o tym teraz mówimy, Soma - przerwał mu ojciec - Kaguya, dzięki mocy owocu posiadła tą samą zdolność, co ty, Kinsei. Urodzili się z nią również jej dwaj synowie, Hagoromo i Hamura. Ta trójka miała moc, która potrafiłaby przywrócić naszej kolonii Boskie Drzewo po wyczerpaniu jego energii. Kiedy po kataklizmie na naszej planecie dowiedzieliśmy się, że żadne z nich już nie żyje, szukaliśmy zamienników. W żadnym z zamieszkałych przez naszych pobratymców światów nie słyszeliśmy o nikim z podobną umiejętnością...ale i tak postanowiliśmy to sprawdzić. Wtedy właśnie odkryliśmy, że nie możemy się skomunikować z żadną znaną nam kolonią. To było tak, jakby...jakby wszystkie kolonie przestały nagle istnieć. Podczas naszej podróży nie spotkaliśmy ani jednego członka klanu Ootsutsuki. Nie mam pojęcia, jak to się stało. Zupełnie jakby wszystkie Boskie Drzewa jednocześnie wyczerpały swoją moc, powtarzając tragedię, która miała miejsce w naszej kolonii. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Byliśmy ostatnimi przedstawicielami naszej dumnej rasy, bez szans na uratowanie wszystkiego, co nasi przodkowie osiągnęli przez tysiąclecia. Myślałem już, że Soma nie zazna normalnego życia...aż usłyszałem o tobie. Spadłeś nam z nieba. Chociaż jesteś zwykłym człowiekiem, posiadasz zdolności, o których marzyli nawet najpotężniejsi Ootsutsuki. Czuj dumę, Kinseiu Uzumaki...bo twoja moc posłuży do stworzenia nowego drzewa na naszej planecie.

Kinsei pokiwał głową. Choć ciężko mu było uwierzyć w to wszystko, to teraz przynajmniej rozumiał motywy dwójki porywaczy. Świat, jaki znał, właśnie nagle się powiększył. Zdał sobie sprawę, jak wiele jeszcze osiągnąć musi ludzkość, by zrozumieć tajemnicę tego miejsca.

- A więc o to wam chodzi - powiedział ze zrozumieniem - Myślicie, że z nowym źródłem energii uda wam się odbudować waszą kulturę.

- Zajmie to wiele czasu - odparł Mitra - Wiele dzieł i zdobyczy technologicznych niestety przepadło na dobre podczas kataklizmu...ale przynajmniej ród Ootsutsukich nie wygaśnie na nas. 

Kinsei już chciał mu odpowiedzieć, ale nagle spomiędzy drzew za porywaczami wyleciały dwa wirujące shurikeny. Ze świstem zakręciły w powietrzu, sugerując wprawną rękę rzucającego. W ułamku sekundy Mitra odwrócił się, łapiąc oba pociski pomiędzy palcami. Na jego twarzy pojawiły się nabrzmiałe nerwy, a w pustych, białych oczach uwidoczniły się źrenice. Liście ściany lasu zaszeleściły, a potem Uzumaki usłyszał znajomy głos:

- Sorry, Sho...schrzaniłem.

- Mówiłem ci, żebyśmy jeszcze ich obserwowali.

- Przecież i tak długo wytrzymałem!

- Echh...

Rozległ się odgłos łamanych gałęzi, a kilka sekund później na ziemi kilka metrów przed Mitrą i Somą pojawili się kompani Kinseia. Dai i Sho, identyczni jak dwie krople wody w swoich granatowych strojach, uśmiechnęli się szeroko do przyjaciela. Uzumakiemu zabiło mocniej serce. Odetchnął z ulgą, widząc, że nie został zapomniany. Mimo to obawiał się, czy Bliźniacze Smoki wystarczą do pokonania dwójki jego porywaczy, od których to wyczuwał tajemniczą, intensywną aurę. Po chwili zauważył również czarną jak noc kulkę z oczami lewitującą obok głowy Daisuke.

- Kuroshi! - wykrzyknął - Dai, Sho! Przyszliście po mnie?

- A czego się spodziewałeś? - wypiął pierś starszy z braci - Myślałeś, że tak łatwo wykręcisz się z turnieju?

- Akane i Sakuri też chcieli z nami iść - dodał Shori - ale ostatecznie zostali, żeby nas nie zdyskwalifikowano. Twoja dotychczasowa praca nie pójdzie na marne.

- Turniej... - uśmiechnął się Kinsei - Tak, chętnie go dokończę.

- Czy ty przypadkiem o czymś nie zapominasz, Kinsei? - zapytał surowo Mitra - Nigdzie się stąd nie wybierasz. Jeśli chodzi o was, dzieciaki...muszę jeszcze zdecydować, co z wami zrobię. Nie mam pojęcia, jak nas wyśledziliście, ale podejrzewam, że ta ożywiona chakra Onmyotonu musiała mieć z tym coś wspólnego. Ją też weźmiemy ze sobą. Co do was, to najłatwiej byłoby was zabić...

- Ojcze - odezwał się młodszy z porywaczy - Mieliśmy nie zabijać, jeśli nie będziemy do tego zmuszeni...

- Milcz, Soma! - warknął Mitra - To ja tutaj podejmuję decyzje. Z drugiej strony, spójrz na chakrę tej dwójki...

Jak na rozkaz białowłosy również aktywował swój Byakugan, przypatrując się Bliźniaczym Smokom. Gdy mówił, Kinsei zauważył u niego kolejną charakterystyczną cechę. Kły Somy, przeciwieństwie do jego ojca, jak i normalnych ludzi, wydawały się być sporo dłuższe niż powinny.

- Widzisz to, prawda? - Mitra wyszczerzył się w szerokim uśmiechu - Ich chakra, choć rozrzedzona, jak to u ludzi, swoim charakterem bardzo przypomina naszą. Jest niemal identyczna! Ci dwaj muszą mieć coś wspólnego z potomkami naszego rodu, którzy przybyli na tą planetę razem z Kaguyą. Taak...teraz widzę to wyraźnie. Spójrz tylko na te oczy, Soma.

Błyskająca w tęczówkach braci karmazynowa czerwień i trzy otaczające źrenicę łezki mówiły same za siebie. Bliźniacze Smoki nie żartowały i miały zamiar odebrać porywaczom Kinseia nawet siłą.

- Czy to jest ten słynny Sharingan? - zapytał białowłosy.

- Zgadłeś, Soma...Zdegenerwoana forma Rinne Sharingana. Choć nie może równać się z jego mocą, słyszałem, że wciąż oferuje ciekawe zdolności. Wy dwaj...z jakiego klanu pochodzicie?

- Z klanu Uchiha - odparł dumnie, choć z nieufnością Daisuke - a także z klanu Senju.

- Wiedziałem. To tak nazywały się klany pochodzące od Indry i Ashury...Moi drodzy, pozwólcie, że wam się przedstawię. Jestem...

- Wiemy, kim jesteś - przerwał mu obcesowo Dai - Słyszeliśmy całą waszą rozmowę. A jeśli sądzisz, że pozwolimy ci zabrać naszego przyjaciela, to jesteś w ogromnym błędzie. Ty tchórzu...porwałeś Kinseia, kiedy nie mógł się bronić, a teraz chcesz poświęcić jego życie, by stworzyć jakies magiczne drzewo?!

Mitra upuścił trzymane w dłoni shurikeny. Powiał mocny wiatr, uginając gałęzie drzew wokół shinobich oraz łopocząc włosami mężczyzny. Atmosfera nagle zrobiła się zadziwiająco ciężka. Kinseiowi trudno było nazwać to uczucie, ale zdecydowanie nie pochodziło ono ani od Ootsutsukich, ani od Bliźniaczych Smoków.

- Nie wiem czy zauważyliście, ale nie pytam was o zdanie. Kinsei stanie się narzędziem, które przywróci mój klan do dawnej świetności...czy wam się to podoba, czy nie.

- Nie mieszajcie się w to - odezwał się Soma, zerkając niespokojnie na ojca - Nie ma powodu, by ktoś jeszcze...

- A jeśli spróbujemy ci przeszkodzić - przerwał mu Sho - to co nam zrobisz...?

Mitra strzelił kilka razy kośćmi w swojej masywnej szyi.

- Wielka szkoda byłaby uśmiercać kogoś tak blisko spokrewnionego z klanem Ootsutsuki.

Daisuke zagryzł zęby i chwycił za drewnianą rękojeść katany w pochwie. W tej samej chwili Mitra otworzył szeroko oczy, a jego mina nagle zrzedła. Cofnął się o krok, jakby wachając się, co zrobić. Soma stanął jak wryty, a na jego czole nagle pojawiły się delikatne kropelki potu. Kinsei nie sądził, że może zrobić się jeszcze bardziej blady. Pomylił się.

- Soma! - krzyknął Mitra, chwytając Kinseia za kark jak kocię i przerzucając go sobie przez ramię.

Dwójka Ootsutsukich uniosła się w powietrze i niczym dwa pociski wystrzeliła do przodu. Oddalając się, Uzumaki zobaczył jeszcze minę zdziwionego Daia:

- Hę? Aż tak ich wystraszyłem?

Zajmowało go jednak co innego. Odziana w ozdobiony płomieniami, jasny płaszcz, wysoka postać stała na gałęzi nad bliźniakami. Jej dość krótko przycięte blond włosy powiewały lekko na wietrze, a w oczach o białych, pustych tęczówkach odbijała się niecodzienna powaga. Groźnie ściągnięte brwi w ogóle nie pasowały do jej zapamiętanego przez Kinseia wyrazu twarzy, ale z całą pewnością budziły respekt. Nawet z oddali wyczuwał bijącą od mężczyzny potężną, nieokiełznaną chakrę.

,,Tata!" - pomyślał Uzumaki, gdy Akeru zniknął mu z oczu, przesłoniony przez gałęzie drzew.

Uśmiechnął się szeroko, zupełnie ignorując fakt, że dwaj Ootsutsuki gdzieś go ze sobą ciągną. Skoro jego ojciec przybył mu na ratunek, nie musiał się już niczym przejmować. Mimo woli rozluźnił się, podczas gdy Mitra i Soma dziko przedzierali się przez las. Do tej pory jeszcze nie zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe, że potrafią latać. Należało to do najmniejszych jego zmartwień, ale teraz, kiedy nadeszła pomoc, mógł wreszcie poświęcić temu trochę uwagi. Nigdy nie słyszał o technice, która umożliwiałaby użytkownikowi lewitację. Na dodatek porywaczom przychodziło to tak łatwo, jakby wcale nie wkładali w to żadnego wysiłku.

- Ojcze! - wykrzyknął Soma, a jego głęboki głos zmieszał się ze świstem wiatru - Co to ma znaczyć? Mówiłeś, że nas nie znajdą!

- Zamknij się, Soma! - ryknął podenerwowany Mitra - Nie powinno ich tu być!

- W takim razie kim był ten człowiek? Ojcze, też widziałeś zamkniętą w nim chakrę...

- Taaak...nie była tak intensywna jak chakra Świętego Drzewa...ale wciąż dużo potężniejsza niż ludzka. Pospieszmy się, Soma. Zamiast gadać lepiej przygotuj już technikę.

Chłopak sięgnął pod płaszcz, ale zamarł w pół ruchu. Mitra dopiero po chwili zorientował się, że coś jest nie tak i również zatrzymał się. Skierował aktywowany Byakugan na jedną z gałęzi dokładnie naprzeciwko siebie. Ze skrzyżowanymi na piersi rękami, stał tam człowiek w czarnym bezrękawniku i fioletowej kamizelce. Miał długie, białe włosy, a na czole wytatuowane dwie czerwone kropki. Na odsłoniętych ramionach w oczy rzucały się dobrze zarysowane mięśnie. Kinsei już nie raz widywał tą wypraną z emocji, zimną twarz. Z całą pewnością nie chciałby jej mieć za wroga.

- Ojcze - przełknął ślinę Soma, jeszcze mocniej wytężając Byakugan - On...

- Soma - powiedział ostrożnie Mitra, odwracając się w powietrzu - Za mną.

Dwójka Ootsutsukich, razem z coraz weselszym Kinseiem, wyruszyła w zupełnie inną stronę niż wcześniej. Zostawili za sobą białowłosego mężczyznę, który najwyraźniej nawet nie próbował ich ścigać. Już po kilku sekundach zniknął za ścianą intensywnie zielonych liści. Uzumaki poczuł, że ręka, którą trzymał go Mitra, lekko się trzęsie. Najbardziej jednak nieswój był Soma - choć jego twarz nie wyrażała zbyt wielu emocji, czoło miał całe zroszone potem. Niemal w panice omijał gałęzie, starając się nie trafić w żadną z nich. Długi, biały płaszcz, który miał na sobie, powiewał za nim dziko na wietrze. Wzdłuż piersi i wokół dołu płaszcza biegły szeregi czarnych łezek. Długie, luźne rękawy stroju również łopotały w trakcie biegu, nadając mu wygląd bladego ducha. Gdyby nie czarny kołnierz i tego samego koloru spodnie, można by pomylić go z prawdziwym, zimnym nieboszczykiem. Obserwując go w biegu, Kinsei zauważył również pewien drobny szczegół w jego ubiorze. Na plecach Soma posiadał coś w rodzaju herbu wyglądającego jak zazębiające się księżyc i słońce. Nie miał jednak pojęcia, co on może oznaczać. Kiedy Mitra go minął, zdał sobie sprawę, że na ramieniu płaszcza chłopaka znajduje się kolejny tajemniczy symbol. Ten przypominał brązowy, regularny kwiat wpisany w okrąg, ale mówił on Kinseiowi równie wiele, co jego poprzednik.

Dwójka porywaczy zatrzymała się po raz kolejny. Naprzeciwko nich, oparta o pień drzewa, stała kolejna postać. Choć większość jej sylwetki zakrywała biała szata, zupełnie jak ta ojca Kinseia, to chłopak wciąż nie miał problemu z rozpoznaniem, z kim mają do czynienia. Ciemna skóra kontrastująca z białymi, krótkimi włosami i z trudem zapuszczona kozia bródka mogły należeć tylko do jednej osoby. Szelmowski uśmiech, który mężczyzna posłał Mitrze, tylko go w tym upewnił.

- Tch! - syknął Ootsutsuki, ponownie się odwracając. Nie zdążył jednak zrobić nawet kroku, bo zauważył, że drogę zagradza mu już kolejny intruz.

Na gałęzi nad nim, otulony czarnym jak noc płaszczem, stał wysoki mężczyzna. Jego średniej długości, spiczaste czarne włosy przechylały się lekko pod wpływem wiatru. Z ponurym wyrazem twarzy odbijającym się w szlachetnych rysach i rękach skrzyżowanych na piersi, patrzył prosto w oczy Mitry.

- Wybierasz się dokądś? - zapytał Ren Uchiha.

Mitra razem z synem wylądowali na ziemi. Gigant upuścił brutalnie Kinseia i cofnął się o krok. Szybko jednak odzyskał pewność siebie i ponownie postąpił do przodu. Soma nie był na tyle odważny. Zmierzył najpierw groźnie wzrokiem przybysza, ale po krótkiej chwili spuścił wzrok i dezaktywował Byakugan. Tymczasem liście ponownie zaszeleściły, a obok Rena zmaterializowały się znajome sylwetki. Trójka postaci, które spotkali wcześniej, stanęła teraz ramię w ramię z senseiem Kinseia.

- Taak...to z pewnością przywołuje wspomnienia - powiedział nostalgicznie Akeru, wciągając nosem świeże powietrze.

- Co to ma znaczyć?! - wykrzyknął Mitra, oburzony niespodziewanymi trudnościami w podróży - Jak śmiesz...

- No właśnie - Ren spiorunował go wzrokiem - jak śmiesz?

Mitra odwzajemnił spojrzenie, zaciskając dłoń w pięść.

- Nie powinniście byli tutaj przychodzić. Nie mam pojęcia, jak nas odszukaliście, ale popełniliście ogromny błąd wchodząc w drogę członkom klanu Ootsutsuki. Nasz cel musi zostać zrealizowany, nieważne jakim kosztem. Jeśli będę musiał w tym celu wszystkich was pozabijać, nie zawacham się ani na moment. Ludzie nie powinni mieszać się w sprawy, które są ponad ich zrozumienie.

- Hej, Kasai - parsknął śmiechem Isao - On nam grozi.

- Hmpf.

Akeru strzelił kośćmi w knykciach i uśmiechnął się zawiadacko. Nie był to jednak ciepły uśmiech, do którego przyzwyczajony był Kinsei. Biła od niego jakaś dziwna powaga, tak rzadko u niego widziana.

- Hej...pamiętacie to miejsce? - zapytał kompanów, kompletnie ignorując wściekłego Mitrę.

- Taa... - odparł po chwili Isao - Chyba tak. To tutaj zabrał nas Kakashi zaraz po skończeniu Akademii. Chodziło chyba o jakiś skradziony towar...pff...to była nasza pierwsza wspólna misja.

- Właśnie dlatego - Akeru uderzył pięścią w otwartą dłoń - to idealne miejsce. Idealne miejsce na powrót Drużyny Czwartej!

Ren vs. Mitra Edytuj

- Mamo - Shori zamrugał oczami - Co ty tu robisz?

- No właśnie - dodał Dai - Skąd...au!

- Stój spokojnie, Daisuke - skarciła go Mei, używając na nim techniki Mistycznej Dłoni - Mogę wiedzieć, co ty sobie zrobiłeś z rękami?!

- To od walki z A i B. Trochę je sobie uszkodziłem.

- Trochę?! Takie rany należy natychmiast opatrzyć. Moja technika zatamuje krwawienie, ale połamane kości śródręcza tak szybko się nie zagoją.

Młodszy z braci stał przez chwilę w milczeniu, obserwując jak ich matka leczy Daia. Emanująca z jej dłoni zielona aura sprawiała, że powoli, ale widocznie krew przestawała lecieć z ran chłopaka. Gdy skończyła, Mei odetchnęła z ulgą i westchnęła:

- A już myślałam, że nigdy więcej nie będę musiała tego robić. Chodźcie, chłopcy. Zaprowadzę was do reszty.

- Do reszty? O co w tym wszystkim chodzi? Skąd właściwie się tu wzięłaś?

- Przybyłam z waszym ojcem - odparła - Podobnie jak Akeru, Isao i Kasai. Nie wiem, co sobie myśleliście wyruszając samodzielnie na taką wyprawę. Mogliście zginąć, a dodatkowo narazić Kinseia na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Dlaczego od razu do nas nie przyszliście?

- Nie chcieliśmy, żebyście z naszego powodu przerwali turniej - burknął starszy z braci - Wszystko, na co zapracowaliśmy z Kinseiem poszłoby na marne. Myśleliśmy, że damy radę sami go odzyskać.

- Macie szczęście, że Ren i reszta zdążyli na czas. Czuliście chakrę tej dwójki? Nie dalibyście im rady, zwłaszcza w takim stanie. Przede wszystkim ten ogromny roztaczał taką aurę, że aż ciarki przechodziły.

Faktycznie, chociaż Dai i Sho nie posiadali sensorycznych zdolności swojej matki, to i oni poczuli wyraźnie bijącą od Ootsutsukich tajemniczą chakrę. Różniła się kompletnie od chakry innych osób, nawet o ogromnych jej zasobach. Ren i Akeru w niektórych przypadkach też potrafili zjeżyć włos na głowie...ale nie w ten sposób. Wrażenie, jakie poczuł Shori podczas rozmowy z Mitrą było zupełnie inne. Jego energia była jakby gęstsza i bardziej skondensowana.

- Chodźcie za mną - powiedziała Mei, wskakując na gałąź - Lepiej nie oddalać się od grupy.

Bliźniacy posłusznie ruszyli za matką, przedzierając się przez kolejne warstwy gęstego lasu. Sho nie mógł wyjść z podziwu, widząc swoją matkę w roli kunoichi. Wiedział, że kiedyś była całkiem niezła w swoim medycznym fachu, ale nigdy nie miała okazji tego przy nim dowieść. Ojciec opowiadał mu, że podczas Piątej Wielkiej Wojny Shinobi, pełniąc rolę medyka, Mei zobaczyła tyle śmierci i cierpienia, że od tamtego czasu nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Właśnie dlatego porzuciła rolę kunoichi i skupiła się na zarządzaniu domem.

- Mamo - odezwał się - co to była za dwójka? Mówili, że są z jakiejś innej planety...a do tego innego wymiaru. Nie kłamali?

- Nie wiem, Sho - Mei zmarszczyła brwi - ale wasz ojciec już podczas drogi tutaj wspominał coś o jakimś klanie Ootsutsuki i alternatywnych wymiarach. Znasz go...zawsze wie o rzeczach, o których ty sam w życiu byś nie usłyszał. Myślę więc, że tak...oni faktycznie mogą pochodzić z innego świata.

- Kosmici? - wtrącił się Dai - Super. Nie mogę się doczekać aż wypróbuję na nich...

- Niczego na nich nie wypróbujesz. Masz grzecznie czekać w ukryciu, aż Ren i reszta z nimi skończą. Wystarczająco już dziś zrobiłeś.

- Ale mamo...

- Żadnych ale. To nie są żarty, Daisuke.

Nagle zielona ściana liści przed nimi otworzyła się, ukazując niewielką przestrzeń okoloną dookoła drzewami. W półmroku, na ziemi stali Mitra, Soma i powalony Kinsei. Pod drugiej stronie, z lewej, znajdowały się same znajome twarze. Ren, Hokage, Szósty Raikage i Kasai Kaguya górowali nad porywaczami ich przyjaciela. W chwili gdy trójka wyskoczyła na polanę pomiędzy obiema stronami, dwie grupy przerwały nagle rozmowę. 

- Właśnie dlatego... - Mitra wycelował palcem w zgromadzonych nad nimi shinobi - Kto...? To znowu te przeklęte bachory?! A ty jesteś...?

- To moja żona - wyjaśnił zimno, ostrzegawczym tonem Ren.

- Żona? No proszę, w takim razie to zapewne muszą być twoje dzieci, mam rację? Oczywiście, że mam...Wasza chakra się zgadza. Tylko połączenie genów Indry i Ashury mogłoby dać taki efekt.

- Skończ ględzić - warknął Akeru - Nie przyszliśmy tutaj na pogawędki.

- Przestań mnie straszyć, Akeru Uzumaki. Dobrze wiem, kim jesteś i co potrafisz. Plotki o tobie musiały być prawdziwie. Ta gęsta chakra w tobie może należeć tylko do Dziewięcioogoniastego Lisa. Was też znam, Isao Yumarana i Kasaiu Kaguya. Nie wątpię, że jak na ludzi jesteście naprawdę potężni. Ale lepiej nie igrajcie z potęgą Ootsutsukich. Jak mówiłem...ludzie nie powinni mieszać się w nieswoje sprawy.

- Mówiłeś, że chcesz porwać Kinseia, by przywrócić Święte Drzewo swojej planecie - Isao pociągnął się za kozią bródkę - Skoro wytrzymaliście tam tyle lat, to chyba nie było tam jednak tak źle?

Mitra zarechotał okropnie.

- Nie tak źle?! Ta planeta jest kompletnie niezdatna do życia. Podczas kataklizmu cudem uszliśmy z życiem. Ja, moja żona Sati, ojciec Rama i Soma, który wtedy był jeszcze niemowlęciem. Mieliśmy ogromne szczęście. Jako generał armi klanu Ootsutsuki miałem łatwiejszy dostęp do środków ucieczki z planety. Siłą wywalczyłem mojej rodzinie zwój z techniką teleportacyjną...i opuściliśmy ten wymiar. Oprócz nas prawdopodobnie nikt nie przeżył. Nie rozumiem, dlaczego nie było żadnych ocalałych, ale przez lata nie natrafiliśmy na żadnego z naszych pobratymców. Przez siedemnaście lat podróżowaliśmy po różnych planetach i wymiarach, starając się przeżyć! Większość z nich nie nadawała się nawet do życia! Nigdzie nie spędzaliśmy czasu dłużej niż tydzień. A ty mi mówisz, że nie było tak źle?!

- Nie oczekuj od nas współczucia - odezwał się z kamienną miną Kasai - Nie po tym, co właśnie zrobiłeś.

- Nie oczekuję współczucia od tak podrzędnych istot jak wy - prychnął Ootsutsuki - Czy wy oczekujecie go od mrówek? One znaczą dla was równie mało, co dla mnie wasza nieudolna rasa. Nie potrafilibyście nawet zrozumieć, co to znaczy opiekować się rodziną podczas takiej podróży. Niezamieszkałe planety nie były nawet najgorsze...co prawda ciężko było tam o jakiekolwiek pożywienie, ale prawdziwym wyzwaniem było przetrwanie na tych zamieszkałych...Jak zapewne widzicie - wskazał palcem na potrójną bliznę przechodzącą przez oko - Przez te siedemnaście lat spotkałem już tyle bestii, że naprawdę nie boję się waszych pustych pogróżek.

Powiał intensywny wicher, szamocząc gałęziami i świszcząc między drzewami. Choć nikt się nie odezwał, to w powietrzu czuć było wyraźne napięcie. Sho odnosił dziwne wrażenie, że Mitra trochę nie docenia jego ojca. Można było powiedzieć o nim wiele, ale na pewno nie to, że rzuca słowa na wiatr.

- Mówisz o swojej rodzinie...podczas gdy ja widzę tutaj tylko tego dzieciaka - zauważył Kasai.

- Tylko on mi pozostał - warknął Ootsutsuki - Mój ojciec, Rama, był niegdyś wielkim wojownikiem, ale podczas kataklizmu najlepsze lata miał już dawno za sobą. Nie potrafił wytrzymać trudów życia, jakie wiedliśmy. Straciliśmy go już na samym początku, około roku po ucieczce. Natomiast Sati...ona zmarła dwa lata później. Zachorowała na nieznaną mi chorobę. Nic nie mogłem zrobić. Od tamtego czasu sam wychowywałem Somę. Przyznaję - nie udało mi się zrobić z niego jeszcze prawdziwego mężczyzny, ale to się wkrótce zmieni.

- Ojcze... - odezwał się śmiało Soma, postępując krok naprzód - ja jestem mężczyzną. Mogę ci to udowodnić w każdej chwili.

- Nie wygłupiaj się, Soma. I nie przerywaj mi, kiedy mówię. Poza tym, na razie nie możesz się z nimi równać. Zwłaszcza z nim...spójrz na niego i powiedz mi, co widzisz.

Chłopak aktywował Byakugan i przyjrzał się stojącemu na gałęzi Renowi.

- Nie-niemożliwe...

- Dokładnie tak. Nie ma co do tego wątpliwości. Renie Uchiha...posiadasz w sobie bardzo interesującą chakrę. Może być ci do nas bliżej niż sądzisz. Hagoromo Ootsutsuki w końcu wywodził się z naszego klanu.

Daisuke i Shori spojrzeli po sobie. Wiedzieli o tym, że ich ojciec jest reinkarnacją Mędrca Sześciu Ścieżek, ale słysząc to z ust kogoś takiego jak Mitra, mimo woli unieśli brwi. Sam Ren tylko mruknął jakby do siebie:

- Wiesz, co robić.

Jego czarny płaszcz poruszył się, jakby zaczynał się topić. Spłynął z ramion mężczyzny i, niczym kałuża smoły z pacnięciem spadł na ziemię. Sho podskoczył i cofnął się. To coś, co jeszcze przed chwilą udawało płaszcz Rena, z całą pewnością nim nie było. Pełzło powoli w ich stronę, kierując ku nim wzrok pustych, żółtych oczu. Wykonał kolejny krok w tył i przez przypadek wpadł na Mei, która wcale nie wyglądała na przestraszoną.

- Braaacia - odezwała się maź chrapliwym głosem, podchodząc bliżej.

- No! - warknął ostrzegawczo Ren - Nie słuchajcie go. On nie jest waszym bratem.

- Nie bójcie się - powiedziała ciepło Mei, popychając ich lekko do przodu - Nie zrobi wam krzywdy. To przyjaciel.

Bliźniacy popatrzyli po sobie z odrazą i mimo obawy wykonali krok naprzód. Mitra, Soma i nawet powalony Kinsei obserwowali to z zaciekawieniem. Czarny glut podpełzł bliżej, oblepiając nogi Daia i Sho, a następnie wspinając się coraz wyżej po ich ciałach.

- Co...co ty robisz?! - warknął Dai.

,,Nic wam nie zrobię. Jestem tu po to, by was chronić" - usłyszał w głowie Shori, a po twarzy brata poznał, że wcale się nie przesłyszał.

,,Czym ty jesteś?" - zapytał starszy z braci.

,,Nazywam się Zetsu. Zostałem stworzony z woli waszego ojca. Moim jedynym celem jest ochrona was, waszej matki i klanu Uchiha. Choć zapewne nie zdajecie sobie z tego sprawy, towarzyszyłem wam już od długiego czasu".

,,Chcesz powiedzieć, że...szpiegowałeś nas?"

,,Podczas misji przylepiałem się do jednego z was, by móc lepiej was chronić. Taki był rozkaz oj...mistrza Rena. Byłem z wami nawet wtedy, gdy omal nie zginąłeś podczas walki z Z, paniczu Daisuke. Wybacz, że nie mogłem cię wtedy ochronić. I...nie, nie śledziłem was w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po prostu pilnowałem waszego bezpieczeństwa. Spełniałem moją misję".

,,Jesteś wolą ojca?" - zdziwił się Sho - ,,Jak to w ogóle możliwe?"

,,Rinne Sharingan oferuje większe możliwości, niż mogłoby wam się zdawać. Ren Uchiha doprawdy jest wyjątkowym shinobi. Zostałem stworzony w czasach, gdy był u szczytu swej potęgi...ale lepiej będzie chyba, jeśli wam to pokażę".

Nie czekając na opinię żadnego z braci, Zetsu oblepił im po połowie twarzy, zostawiając tylko miejsce na oko. Świat przed Shorim zawirował, zupełnie jakby był kompletnie pijany. Mitra, Soma, Ren i reszta jego drużyny zamazali mu się przed oczami. Zniknął nawet gęsty, zielony las, a jego miejsce zastąpiła jałowa, jak okiem sięgnąć pokryta kamieniami pustynia. Szczerze mówiąc, najbardziej przypominało to ogromną strefę po wybuchu. Nierówne, ogromne wgniecenia, którymi usiana była przestrzeń, tylko utwierdzały Uchihę w przekonaniu, że znalazł się na jakimś gigantycznym polu bitwy. Rozejrzał się dookoła i zauważył, że obok niego stoi Daisuke, z równie zadziwioną miną. Gdzieś za nimi pojawił się intensywny błysk, a następnie oślepiające, białe światło zalało okolicę. Sho zmrużył oczy, ale nie był w stanie dostrzec źródła tego tajemniczego fenomenu. Dopiero po kilkunastu sekundach blask zaczął trochę słabnąć i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że emituje on od jakiegoś człowieka. Był to chłopak mniej więcej w ich wieku, ubrany w tajemniczy strój. Spłynął gładko z niebios i wylądował delikatnie na ziemi, dzięki czemu Sho mógł mu się lepiej przyjrzeć.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy, był charakterystyczny ubiór tajemniczej postaci. Wyglądał, jakby zupełnie do siebie nie pasował. Jego lewa połowa wyglądała jak długi płaszcz z szerokim rękawem i wysokim kołnierzem, który zasłaniał jednak tylko połowę twarzy nieznajomego. Prawa część była nastomiast czarna i przypominała bezrękawnik. Wokół szyi ubioru znajdowały się ozdabiające go łezki, odpowiednio białe lub czarne w zależności od połowy, na której się znajdowały. Biegły również wzdłuż piersi bezrękawnika i wokół rękawa oraz dolnej części płaszcza. Skóra chłopaka była biała jak mleko, a z jego czoła wystawały dwa pokryte skórą rogi, podobne do tych Somy. Białe, spiczaste włosy w dwóch miejscach również formowały się w coś bardzo je przypominającego. Na nogach miał czarne jak smoła, bufiaste spodnie składające się jakby z niewielkich łusek lub też piór. Kontrastowało to z białymi butami z zadartymi w górę czubkami, które nosił na stopach.

Shori podszedł bliżej, a zaraz za nim ruszył Daisuke. Gdzieś już widział kogoś bardzo podobnego, choć przy takiej aparycji chłopaka znajome elementy mieszały mu się z tymi zupełnie obcymi. Nie znał na przykład tatuaża na odsłoniętym ramieniu, wyglądającym jak koncentrycznie nakładające się na siebie kręgi. Pod nim znajdował się natomiast drugi, składający się z dziewięciu łezek ułożonych w szeregi po trzy. Mimo to...ta twarz o delikatnych rysach wydawała mu się jakaś znajoma. Podszedł na odległość około metra, przy czym wydawało się, że tajemniczy shinobi kompletnie go ignoruje. Dopiero wtedy zauważył czerwone oczy z okręgami i rozmieszczonymi na nich dziewięcioma łezkami. Trzecie, identyczne, znajdowało się na czole.

- Tata?! - wykrzyknął Daisuke, podchodząc do Shoriego - Jak...jak to możliwe?

- Nie wiem, Dai...ale dzieje się tutaj coś bardzo dziwnego.

Młody Ren trzymał w prawej ręce podejrzanie wyglądający, ciemny kostur. Jego końce przypominały odpowiednio okrąg z zawieszonymi na nim pierścieniami oraz półksiężyc. Dodatkowo, za plecami ich ojca lewitowało dziewięć czarnych kul wielkości dłoni, identycznych jak te wytwarzane przez Kinseia.

- Dlaczego tata jest taki młody? - zapytał podejrzliwie starszy z braci, obchodząc go dookoła i bezwstydnie oglądając ze wszystkich stron.

Tymczasem sam Ren zamrugał oczami, jakby wyrwany z transu. Shakujo w jego dłoniach skróciło się i zwinęło do formy kuli. Przemieściło się za plecy, by dołączyć do reszty Gudoudam. Uchiha podniósł ręce do twarzy i zgiął delikatnie palce, jakby samemu nie wierząc w to, co widzi. Shori zauważył, że na dłoniach miał rękawiczki bez palców. Prawa była czarna, natomiast lewa biała. Na wewnętrznych stronach posiadały odpowiednio symbole słońca i księżyca. Ren spoważniał nagle, jakby podjął jakąś ważną decyzję. Złożył palce w kilka pieczęci, po czym z jego rękawa wydostała się ciemna, smolista maź, upadając na ziemię. Rozejrzała się dookoła pustymi, żółtymi oczami, po czym niczym kret wbiła się w ziemię i zniknęła w wydrążonym tunelu. Obraz przed Shorim ponownie zaczął się zamazywać. Zdążył jeszcze tylko dostrzec lewitującą w powietrzu, gigantyczną kulę wielkości ukrytej wioski, na której znajdowały się jakieś budynki, po czym wszystko kompletnie zniknęło.

,,Tak właśnie się narodziłem" - odezwał się Zetsu, ale jego głos nie dobiegał z żadnego konkretnego punktu. Shori słyszał go po prostu w głowie.

,,Co to miało znaczyć? Dlaczego nasz ojciec był taki młody?" - zapytał podniesionym głosen Dai - ,,Co ty nam pokazujesz?"

,,Paniczu Daisuke, jesteś tak inteligentym młodym człowiekiem. Nie udawaj, że nie wiesz".

,,To...to był koniec wojny, prawda? Wtedy, gdy ojciec został jinchuurikim Dziesięcioogoniastego?"

,,No widzisz, a jednak potrafisz...Tak. To właśnie wtedy się narodziłem".

,,Nie rozumiem" - odezwał się Sho - ,,Dlaczego ojciec miałby stworzyć kogoś takiego jak ty?"

,,Zazwyczaj to twój brat jest w gorącej wodzie kąpany, paniczu Shori. Trochę cierpliwości. Jest jeszcze wiele rzeczy, które chcę wam pokazać".

Przed oczami Uchihy pojawił się kolejny obraz. Znaleźli się teraz w gęstym lesie, bardzo podobnym do tego, w którym odbywał się turniej. Niebo było tak zachmurzone, że wydawało się, jakby dawno zapadła już noc. Nawet pomimo ochronnych koron drzew lał tak ulewny deszcz, że stojąca pośrodku małej polanki postać była cała przemoczona. Ubrana w czarną pelerynę podróżną z wachlarzem Uchiha na plecach, nad czymś lekko się pochylała. Dai i Sho wymienili porozumiewawcze spojrzenia i podeszli bliżej, akurat w momencie gdy rozległ się ogłuszający grzmot burzy. Shori przeszedł obok zakapturzonej postaci i zobaczył leżące na ziemi przed nią zwłoki. Młody chłopak w czarno - czerwonym stroju ze znakiem Uchiha na piersi leżał na plecach z zamkniętymi oczami. Blada jak ściana twarz oraz przebita na wylot pierś były niechybnymi dowodami na to, że nie żył już od jakiegoś czasu. Jakby się nad tym zastanowić, to wyglądał on całkiem znajomo. Sho kojarzył go ze zdjęcia, które wisiało u nich w domu. Wielkie krople deszczu obmywały blade oblicze zmarłego, przylepiając mu włosy do twarzy.

Odwrócił się i zobaczył, że osobą skrytą pod kapturem był nikt inny jak jego ojciec, tym razem jeszcze młodszy niż poprzednio. Nigdy w życiu nie widział go okazującego taką ilość emocji. Z zaciśniętymi zębami i rozpaczą na twarzy nie mógł oderwać wzroku od zwłok. Uchiha dostrzegł w nim nie tylko cierpienie, ale też rozpacz, przerażenie i niewiarygodną ilość smutku. Po policzkach młodzieńca ciekły strumienie łez. Shori objął wzrokiem całą okolicę i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że większość drzew dookoła niego jest połamana, a gdzieniegdzie dopalają się czarne płomienie. Padający na nie deszcz parował z sykiem, zakrywając okolicę ponurą mgłą. Daisuke podszedł do ojca i wyciągnął rękę, prawdopodobnie by go pocieszyć. W tym samym momencie obraz zawibrował, a dłoń przeszła na wylot, jakby chciała dotknąć ducha. Świat zakrzywił się, ponownie odbierając braciom trzeźwość widzenia.

,,Dlaczego nam to pokazałeś?" - warknął Dai - ,,Nie każdy lubi oglądać śmierć swojej rodziny".

,,Wybaczcie mi, ale jeśli macie zrozumieć powód moich narodzin, musicie to zobaczyć".

,,Ech...no dobrze, kontynuujmy. W końcu to i tak przeszłość. Jej już nie zmienimy".

,,Jak sobie życzysz, paniczu Shori".

,,Skończ z tym paniczem. Jestem Shori, a to Dai. Jeśli jesteś wolą ojca, nie ma powodu, żebyś nas tak adresował".

,,Właśnie" - zgodził się Uchiha - ,,W końcu znasz nas od urodzenia, prawda?"

,,Naprawdę jesteście synami swojego ojca" - odezwał się Zetsu swoim głębokim, chropowatym głosem - ,,Dobrze więc. Dai, Sho...oto wasza następna lekcja".

Świat ponownie zawirował, ukazując im kolejną scenerię. Tymczasem Shori sam nie wiedział, co ma myśleć o tym całym Zetsu. Ciężko było mu uwierzyć, że naprawdę jest wolą ich ojca...ale z drugiej strony, miał taki sam sposób mówienia, co on. Niby adresował ich per ,,paniczu", ale Sho czuł, że nie przychodzi mu to naturalnie. Na pierwszy rzut oka widać było, że z trudem odnosi się tak do kogoś, kogo świetnie zna. Wychodziło więc na to, że jego historia była prawdziwa...tym bardziej, że dopiero co na własne oczy ujrzeli jego narodziny.

Tymczasem świat przed bliźniakami zaczął zmieniać się coraz szybciej. Najpierw zobaczyli siedzącego na ziemi, na twardej kamiennej drodze blondwłosego chłopaka, ku któremu rękę wyciągał jakiś zamaskowany człowiek w czarnym płaszczu ozdobionym czerwonymi chmurami. Jego biała maska bardzo przypominała wzór znajdujący się w oczach posiadaczy Rinnegana. Dłoń mężczyzny zbliżała się nieuchronnie do przerażonego młodzieńca, który zamarł w przerażeniu. Klęcząc na ziemi, w odległości kilku metrów znajdował się kolejny shinobi. Po spiczastych czarnych włosach i znaku Uchiha wygrawerowanym na czerwonej, płytowej zbroi Shori bezbłędnie rozpoznał swojego ojca w młodości. Na jego twarzy malowało się niesamowite napięcie. Wodził otwartymi szeroko oczami za zbliżającą się do kompana dłonią. Dwaj Uchiha obserwowali w zdumieniu, jak kształt Sharingana ich ojca ulega powoli zmianie. Łezki zlały się ze sobą, przyjmując kształt trzech złączonych końcami kunai. W prawym oku uwidoczniły się naczynia krwionośne, a chwilę później spod powieki popłynęła krew, cieknąc po policzku chłopaka. Odziana w rękawicę dłoń zajęła się czarnym ogniem, a zamaskowany mężczyzna odskoczył w tył. W tym samym momencie sceneria błyskawicznie się zmieniła.

Bliźniacy stali teraz pośród pylących się gruzów, a dookoła nich biegali w popłochu przerażeni shinobi. Sho poznawał tą okolicę. Choć zapamiętał ją nieco inaczej, to z pewnością było Konohagakure. Razem z bratem rozejrzał się dookoła, nic nie rozumiejąc. Płonące czarnymi płomieniami budynki, walące się domy i porozrzucane wszędzie odłamki skalne sugerowały toczącą się zaciętą bitwę. Daisuke dostrzegł tłoczący się na zrujnowanym placu tłum i podszedł bliżej, ciągnąc za sobą Sho. Przeniknęli przez ustawionych w ciasnym kręgu shinobi, którzy zebrali się tutaj, by oglądać toczące się wydarzenia. Byli jednak tylko duchami przeszłości, więc bliźniakom nie sprawiło trudności przedostanie się do pierwszego rzędu.

- Co to ma znaczyć? - zmarszczył brwi Daisuke.

Ustawiony do nich plecami stał ich ojciec, sporo starszy niż podczas ostatniej wizji. Emanowała od niego charakterystyczna, biała chakra, którą już wcześniej widzieli. Formowała się nad nim w kilkumetrowego, rogatego kościotrupa o czterech rękach i kościstych skrzydłach wystających z pleców. Był on identyczny do tego wytworzonego na stadionie przez Rena podczas konkurencji z monolitem, jednak sporo mniejszy. Naprzeciwko chłopaka, w odległości kilkunastu metrów stał mężczyzna, który, sądząc po wieku, mógłby być jego ojcem. Już na pierwszy rzut oka widać było, że również pochodzi z klanu Uchiha. Spiczaste czarne włosy spływały mu w nieładzie na twarz, zakrywając jedno z oczu. Niechlujne, potargane ubranie, które kiedyś mogło być strojem jounina Konohagakure i przekreślony ochraniacz tejże wioski bez wątpienia wskazywały na jego status nukenina. Emanowała od niego bardzo podobna chakra, co w przypadku Rena, jednak jego była fioletowa w kolorze. Formowany przez nią kościotrup nieco różnił się od tego ojca bliźniaków. Brakowało mu skrzydeł i, choć też posiadał rogi, to jego twarz była zupełnie inna. Sho nie mógł oprzeć się wrażeniu, że tak jak Susanoo ich ojca przypomina rogatego, okrutnego anioła, tak wersja tego tajemniczego mężczyzny to już bez wątpienia demon.

- Zastanawiam się, co chcesz tutaj osiągnąć, Ren - uśmiechnął się krzywo nieznajomy - Czy zabicie mnie przywróci życie twojemu bratu? Zastanów się. Jesteśmy jednymi z ostatnich Uchiha...dlaczego by nie połączyć sił? Uśmiercenie kolejnego kuzyna naprawdę nie przyniesie mi żadnej przyjemności.

- Trzeba było pomyśleć o tym, zanim zabiłeś Hayato - warknął Ren - Teraz nie ma już dla ciebie ratunku. Czeka cię powolna, bolesna śmierć...adekwatna do twojego grzechu.

- Ach, Ren. Jak zwykle pełen wielkich słów, których i tak nie masz szans zrealizować. Wiesz, kiedyś to w tobie nawet podziwiałem...za czasów kiedy bawiliśmy się wspólnie jeszcze przed Akademią. Ale byliśmy wtedy dziećmi. Teraz nadszedł czas, żebyś zaczął wreszcie zachowywać się jak dorosły, drogi kuzynie. Choć wiem, że zostałeś obrabowany z cennego doświadczenia ostatnich kilkudziesięciu lat, to po wszystkim co przeżyłeś, powinieneś mieć już więcej rozumu. Jak możesz nie dostrzegać zepsucia tego miejsca? Po wszystkim, co Konoha zrobiła naszemu klanowi, jak możesz wciąż jej bronić?

- Wydaje mi się, że to ty wciąż pozostajesz dzieckiem, Sasuke - odparł ponuro Ren - Zawsze byłeś naiwny i łatwy do zmanipulowania. Cały czas podążałeś za innymi, chcąc zdobyć ich uznanie. Ja, Hayato, Itachi...byłeś w stanie zrobić wszystko, byle tylko zasłużyć na nasz szacunek. Widzę, że tym razem znowu ktoś tobą manipuluje. Tobi wykorzystuje twoją wściekłość i nienawiść. Kiedy potrzebuje wściekłego psa, wystarczy, że wskaże ci cel, a ty z radością biegniesz wypełnić zadanie. Szczerze mówiąc, teraz nie ma to już większego znaczenia...poza tym sam dobrze wiesz, co się robi ze wściekłymi psami.

,,Zaraz...czy on powiedział...Sasuke?" - pomyślał Sho - ,,Ten Sasuke? Legendarny kryminalista i zabójca wujka Hayato?"

Z kontekstu rozmowy wynikało, że faktycznie, osobą, z którą mierzył się właśnie ojciec bliźniaków był Sasuke Uchiha. Shori zawsze chciał zobaczyć go na własne oczy po tym wszystkim, co się o nim nasłuchał. Ojciec do tej pory szczerze go nienawidził, ale nie mógł odmówić mu respektu. Ta dziwna mieszanka sprzecznych emocji zawsze Shoriego fascynowała. Teraz miał okazję zobaczyć ją na własne oczy.

- Schwytanie Kyuubiego i Nanabiego było wyłącznie moim pomysłem - wyjaśnił Sasuke - Tobi, szczerze mówiąc, był temu przeciwny. Zawsze był za bardzo ostrożny. W takim tempie nigdy nie zdobędziemy wszystkich ogoniastych bestii. Postanowiłem nieco przyspieszyć bieg wydarzeń. No, Ren...odsuń się od jinchuurikich. Dzięki Księżycowemu Oku nasz klan będzie mógł wrócić do dawnej świetności. Będziesz mógł się ponownie spotkać z Hayato...

Shori rozejrzał się, ale w gęstym tłumie gapiów nie mógł dostrzec żadnych jinchuurikich, o których mówił Sasuke. Ren tymczasem, zachowując kamienną twarz, odparł zimno:

- Nie oszukuj się. Plan Księżycowe Oko to jedno wielkie oszustwo. Hayato w tym świecie nie byłby prawdziwy. To jedna wielka iluzja. Jedynym sposobem na spotkanie go jest dla mnie śmierć...tak samo jak dla ciebie Itachiego. Chociaż nie wiem, kto chciałby mieć cokolwiek do czynienia z tym parszywym zdrajcą...

- Nie waż się tak mówić o Itachim! - wybuchnął Sasuke - Itachi poświęcił się dla dobra tej niewdzięcznej wioski! Dla mojego dobra! Był bohaterem, a Liść podstępnie go zdradził, po tym wszystkim, co dla niego zrobił! To dla niego zniszczę to miejsce. Zrównam z ziemią wszystko, co doprowadziło do jego zguby!!

- Z tego, co słyszałem - Ren uśmiechnął się podle - to jesteś pierwszą osobą, którą powinieneś o to obwniać. To ty go zabiłeś, a zrzucanie na kogoś odpowiedzialności nie uciszy twojego sumienia. Ja cię jednak nie winię...gdybyś tego nie zrobił, ja dopadłbym go z pewością. Itachi nie tylko porzucił swoją rodzinę, ale też własnoręcznie ją wymordował. Z jego ręki zginęli nasi rodzice, wujkowie, ciocie i przyjaciele. Na pewno pamiętasz, jak samotny się czułeś, gdy oszczędził tylko ciebie. Czy twoim zdaniem to był akt łaski? Nie, Sasuke. Itachi był złym człowiekiem, człowiekiem który za nic miał uczucia swojego młodszego brata. Rozumiem, że pragniesz zemsty na Liściu...ale ludzie, którzy byli odpowiedzialni za masakrę Uchiha już dawno nie żyją. Gdyby nie to, ja też bym na nich polował. Ale ci ludzie...oni nie mają z tym nic wspólnego. Podczas masakry Uchiha byli tylko dziećmi, jak ja czy ty. Jeśli chodzi natomiast o wioskę, to jest to tylko wielka kupa kamieni. Czy naprawdę jesteś tak głupi, żeby myśleć, że wyrządziła ci jakąś krzywdę?

- Niczego nie rozumiesz - warknął mężczyzna - To już Hayato miał więcej oleju w głowie od ciebie. On przynajmniej rozumiał, jak bardzo spaczone jest to miejsce.

- Nie znałeś Hayato nawet w połowie tak dobrze jak ja. Nie taki był powód, dla którego opuścił Konohę. Po prostu nie czuł się tutaj jak w domu, ale nigdy nie wpadłby na pomysł, żeby ją niszczyć. Coś takiego mogłeś wymyślić tylko ty...albo ktoś, kto tobą steruje.

- Wystarczy. Widzę, że cię nie przekonam, Ren. Szkoda...miło byłoby znowu mieć u boku przyjaciela z dzieciństwa. Cóż, chyba powinienem się tego spodziewać. Hayato zareagował tak samo...zanim go zabiłem.

W tym samym momencie chakra bijąca od Susanoo Rena wzmocniła się, a kościotrup błysnął świecącymi oczami. Odgiął w tył potężną pięść, po czym uderzył nią z całej siły w Sasuke. Uchiha uśmiechnął się perfidnie, po czym jego własny wojownik wykonał identyczny cios. Pięści zderzyły się w połowie drogi, wywołując podmuch wiatru, który zmiótł shinobich stojących w przednich rzędach. Tylko Daisuke i Shori, jako niematerialni obserwatorzy, utrzymali się na nogach. Kości rąk obu Susanoo popękały od ciosu, równoważąc się siłą. Pierwszy wycofał się Sasuke, uśmiechając się maniakalnie.

- Taak, to zdecydowanie przypomina dzieciństwo - wycelował w Rena kataną - Pobawmy się jeszcze, drogi kuzynie.

- Widziałeś to? - zapytał przejęty Daisuke - To miecz taty. On faktycznie należał do Sasuke Uchihy.

- Naprawdę w takim momencie przywiązujesz uwagę do jakiejś broni? - zdziwił się Sho, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej. Świat ponownie wokół nich zawirował, w mgnieniu oka przeistaczając się w zupełnie inną scenerię.

Bliźniacy stali teraz na tafli niewielkiego jeziora, a kilkanaście metrów obok nich pienił się wodospad, uderzając z łoskotem w wodę. Zachmurzone, ciemne niebo nieco psuło ten malowniczy widok. Po obu stronach wodospadu wyryte zostały dwie kamienne figury, wyłaniając się ze zbocza od pasa w górę. Obaj przedstawieni mężczyźni nosili tradycyjne zbroje charakterystyczne dla dawnych shinobi i formowali palce w pieczęcie pojedynku. Ich postacie wyglądały na dość sfatygowane. Hashirama miał w brzuchu ogromną, okrągłą dziurę, natomiast Madarze brakowało połowy ramienia.

- Dai, widzisz to?

- Taa - chłopak zadarł w górę głowę - To muszą być posągi Hashiramy Senju i Madary Uchiha. Więc tak wyglądała Dolina Końca jeszcze przed jej zniszczeniem.

- Chyba zaraz tego zniszczenia doświadczymy. Patrz.

Na tafli wody pod posągami stały dwie znajome osoby. Jedną z nich był blondwłosy chłopak z wcześniejszej wizji. Po białych, pozbawionych źrenicy oczach Shori rozpoznał w nim Akeru Uzumakiego w młodości. Dziwnie się czuł, widząc wielkiego Siódmego Hokage w wieku kilkunastu lat. Nie dało się go jednak z nikim pomylić - charakterystyczny, zacięty wyraz twarzy, który prezentował się na niej zawsze, gdy tylko Hokage się czymś ekscytował, pojawił się na niej i tym razem. Groźnie ściągnięte brwi oznaczały jednak, że nie żartuje. Nie wyglądał najlepiej - miał ogromny guz na czole, a z ust ciekła mu krew. Uchiha przeniósł wzrok na drugą stronę jeziora, koncentrując się na swoim ojcu, tym razem ubranym w nowy, czarno - biały strój. Ren również nie prezentował się zbyt imponująco. Jego peleryna była nadpalona i potargana, a na nosie miał charakterystyczny, lekki ślad jakby po pazurach. Choć jak zwykle zachowywał opanowany, lodowaty wyraz twarzy, to w jego oczach tlił się tajemniczy ogień.

- Mówiłem ci, Akeru - powiedział lekko zrezygnowanym tonem - że to nie jest dobry pomysł. Miałeś już swoje pięć minut na sprawdzenie się. Teraz możemy rozejść się w pokoju. Jak przyjaciele.

- Tak łatwo się z tego nie wykręcisz, Ren - Uzumaki uśmiechnął się z ekscytacją - Zgodziłeś się na ten pojednek. Dotrzymaj teraz słowa i walcz. No...chyba, że się boisz.

Na twarzy Uchihy wykwitł delikatny uśmieszek.

- Nie przeceniaj swoich możliwości - chwycił za rękojeść swojej katany, po czym wyciągnął ją ze szczękiem.

Akeru w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko. Dwaj shinobi nachylili się ku sobie i mignęli tak szybko, ze Dai i Sho ledwo to zarejestrowali. Spotkali się w połowie drogi, krzyżując miecz i kunai. Woda wokół nich wzburzyła się, falując wściekle. Wywołany przez nich podmuch powietrza z całą pewnością był imponujący, ale bliźniacy nie zdążyli zobaczyć wiele więcej, bo coraz szybciej zmieniająca się sceneria uniemożliwiła im oglądanie walki. 

Ponownie wrócili na zdewastowane, bezkresne pole walki, nad którym lewitowała ogromna kamienna kula. Przed nimi nie znajdowało się nic poza przepastnym pustkowiem usłanym ogromnymi, popękanymi głazami.

- No dobra, co my mamy tutaj niby zobaczyć? - zapytał sceptycznie Sho.

- Chyba to - Daisuke złapał go za ramię i odwrócił o sto osiemdziesiąt stopni.

W tej samej chwili Shori ujrzał dziwną scenę. Paskudnie oszpecony na połowie twarzy, czarnowłosy mężczyzna trzymał za szyję kogoś bardzo podobnego do Sakuriego. Aż ciężko było na to patrzeć - z potwornymi ranami kłutymi na całym ciele, duszony shinobi ewidentnie próbował coś powiedzieć. Kilkanaście metrów przed nim stała znajoma już bliźniakom czwórka, składająca się z Rena, Akeru i prawdopodobnie Isao Yumarany oraz Kasaia Kaguyi. Przysłuchiwali się słowom senseia, chociaż bracia znaleźli się w tym miejscu zbyt późno, by również być ich świadkami. Czarnowłosy nieznajomy uśmiechnął się potwornie, po czym cisnął umierające ciało mężczyzny na ziemię. Shori dostrzegł na jego czole trzecie oko, bardzo podobne do Rinne Sharingana jego ojca, ale z całą pewnością nim ono nie było. Wyglądało zupełnie jak Byakugan, chociaż nie miał pojęcia, skąd mogło się wziąć w takim miejscu. Podejrzewał, że miało to coś wspólnego z nienaturalnie bladym kolorem skóry wokółniego, ale miał ważniejsze sprawy na głowie, niż teraz się nad tym zastanawiać.

- Sho - szepnął Daisuke - To chyba nie jest ojciec Sakuriego?

Shori nie odpowiedział, bo wiedział, że jego brat sam zna na to odpowiedź. Tymczasem Kakashi Hatake uniósł po raz ostatni głowę, wyciągnął dłoń w stronę podopiecznych, po czym opadł bez życia na ziemię. Nastała chwila długiego milczenia. Wszyscy się zatrzymali, nawet stojący w oddali, jak Sho podejrzewał, Madara Uchiha. Był identyczny z figurą, którą widział w Dolinie Końca. Przypatrywał się teraz całej sytuacji z ciekawością, z lekkim, pogardliwym uśmieszkiem na twarzy. Uczniowie Kakashiego przyjęli jego śmierć dużo gorzej. Ren i Isao zrobili wielkie oczy, natomiast Kasai skamieniał. Tylko Akeru wykrzyknął głośne: ,,Nie!", gdy Obito nachylał się do ciała ich senseia. Później wszystko się zamazało, rzucając bliźniaków w wit kolejnych zdarzeń. To, co widzieli dalej, następowało zbyt szybko, by mogli się nad tym zastanowić. Co kilka sekund Sho stawał się świadkiem zupełnie nowej sceny. Widział jakiegoś ogromnego ptaka lecącego nad lasem, a na nim siedzącą sporą grupę shinobi. Zaraz potem była płonąca wioska w górach, a następnie jego ojciec walczący z kimś latającym na wielkiej, białej sowie. Widział też Rena wymieniającego ciosy na czarne kostury z jakimś brązowowłosym nieznajomym. Świat wirował coraz szybciej, ukazując mu raz po raz Uchihę opartego o drzewo i kroczącego ku niemu młodzieńca z podejrzanym tatuażem pokrywającym większość ciała. Ujrzał również młodego Kasaia Kaguyę, który kościanym mieczem próbował trafić broniącego się Rena.

,,Dość!!" - wykrzyknął Sho - ,,Przestań! To za wiele, Zetsu!"

Wizje nagle ustały, a Uchiha ponownie zobaczył przed sobą czarną pustkę. W porównaniu do nieustannie zmieniającego się świata, stanowiła ona miłą odmianę.

,,Czy zrozumieliście już, dlaczego wasz ojciec mnie stworzył?"- zapytał głęboki głos Zetsu, dochodząc z wnętrza głowy Shoriego.

,,Tak myślę" - odparł Daisuke, opierając się o ramię brata - ,,Uch...wysłałeś nas w niezłą podróż".

,,To było konieczne, żebyście w pełni pojęli powód mojej egzystencji. Rozumiecie już teraz, co skłoniło mistrza Rena do podjęcia takiej decyzji?"

,,Taa..." - zastanowił się Sho - ,,Biorąc pod uwagę ile śmierci i walki doświadczył tata za czasów młodości...Nic dziwnego, że nie chciał, żeby to się powtórzyło".

,,To również było jego celem" - zgodził się Zetsu - ,,ale przede wszystkim chciał chronić was i waszą matkę. Istnieję po to, aby nigdy nie spotkało was to, co waszego wujka i Kakashiego Hatake...Właśnie dlatego nie musicie się mnie obawiać. Ja was nie śledzę. Po prostu czuwam nad waszym bezpieczeństwem. To moja misja...i wypełnię ją, choćby miało mnie to kosztować moją egzystencję".

,,Nie wiedziałem, że tata przeszedł takie coś" - przyznał mocno zszokowany Daisuke - ,,To znaczy wiedziałem, że nie miał łatwo w młodości. Ale teraz, kiedy zobaczyłem to na własne oczy, to wszystko zaczyna mieć sens".

,,Nie jesteś w tym sam, Dai. Ja też nie miałem pojęcia...Zetsu, rozumiemy już twój cel. Dzięki, że przez cały ten czas nad nami czuwałeś. Powiedz mi tylko, po co się ukrywałeś?"

,,Moja misja polegała również na gromadzeniu poufnych informacji i obserwowaniu najważniejszych wydarzeń świata shinobi. Tylko w ten sposób mogłem uzyskać niektóre z nich. Nie wszystkie powieniem posiadać...i przyznaję, że zarówno ja, jak i wasz ojciec nie jesteśmy z tego powodu szczególnie dumni".

Bliźniacy spojrzeli po sobie i wzruszyli obojętnie ramionami.

,,W tej sprawie akurat ci ufamy" - stwierdził Dai - ,,Co dalej?"

,,Teraz, drodzy Dai i Sho...czas abyście wrócili do rzeczywistości".

Shori zobaczył przed sobą niewielkie światełko, które szybko zaczęło się zbliżać. Zmrużył oczy, oślepiony blaskiem. Kiedy ponownie je otworzył, z powrotem zobaczył polanę, na której stali Mitra i Soma oraz leżący za nimi Kinsei. Poczuł czarną maź spływającą mu po twarzy i całym ciele. To samo działo się ze zdezorientowanym, klęczącym obok Daiem. Smolista substancja zgromadziła się w jednym miejscu na ziemi, po czym wyciągnęła się w górę. Uformowała się w ręce, nogi i ostatecznie głowę, przyjmując humanoidalną postać. Zetsu przypominał teraz sylwetką człowieka, ale pozbawiony był jakiejkolwiek twarzy, nie licząc żółtych, pozbawionych wyrazu oczy. Cały składał się z ciemnej mazi, przez co wyglądał jak ożywiony cień.

- Zetsu - zapytała Mei - co ty im zrobiłeś?

- Pokazałem im przeszłość mistrza - odparł chropowatym głosem - Teraz przynajmniej wiedzą, kim jestem.

- Zetsu! Nie przesadziłeś przypadkiem?

- Wszystko w porządku, mamo - oznajmił Daisuke, podnosząc się z kolan - Teraz już wszystko rozumiemy. Prawda, Sho?

- Taak...Tato, dziękujemy.

Stojący na gałęzi Ren udał, że nie usłyszał słów syna, ale na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Niecierpliwiący się Mitra był natomiast mniej zainteresowany ich problemami.

- Kolejny byt z chakry Onmyotonu...ciebie też wezmę ze sobą - rzucił do Zetsu, po czym zwrócił się ponownie do blokującej mu drogę grupki - A co do was...daję wam ostatnią szansę. Przepuśćcie mnie, a czeka was nagroda. To ironiczne, że osobami, które reprezentują teraz tą planetę są ci, którzy powinni się mnie najmniej obawiać. Nie jestem ślepy. Każdy z was zgromadzonych tutaj posiada w sobie chocaiż cząstkę chakry Ootsutsukich. Pochodzicie z nielicznych klanów, które dostąpiły zaszczytu wywodzenia się od moich dumnych przodków. I choć wasza krew została po drodze spaczona przez ludzką rasę, to nie mam zamiaru wybrzydzać. Nie ma powodu, byśmy tutaj walczyli. Dajcie mi przejść i zabrać ze sobą Kinseia, a pozwolę wam żyć na mojej rodzimej planecie. Jej odbudowa zajmie wiele czasu, a ja potrzebuję rąk do pracy. Czujcie się zaszczyceni. Zawarta w was cząstka mojego klanu przyniesie wam status, o jakim mogliście tylko pomarzyć. To ostateczna oferta. Przyjmijcie ją lub zgińcie.

- Też mam dla ciebie propozycję - odparł Ren bez mrugnięcia okiem - Oddaj nam teraz Kinseia, a obiecuję, że twój klan dziś nie wyginie.

Mitra zaśmiał się szczerym śmiechem, patrząc z politowaniem na stojącą na gałęzi nad nim grupkę.

- Masz czelność w ogóle składać mi jakieś propozycje? Po moim hojnym geście? Jakiś ty naiwny, człowieku. Naprawdę jesteś tak pewny siebie, by oferować darowanie mi życia?

- Och, źle mnie zrozumiałeś - zmarszczył brwi Ren - Ty dzisiaj zginiesz, co do tego nie ma wątpliwości. Porwałeś syna mojego najlepszego przyjaciela, groziłeś moim własnym dzieciom, a na dodatek sabotowałeś turniej, na który moi bliscy bardzo czekali. Możesz jednak uratować swojego syna. Oddaj mi Kinseia, a przysięgam, że go oszczędzę.

- Ojcze - odezwał się Soma - nie pozwól tak do siebie mówić! Pozwól mi...

- Siedź cicho, Soma - warknął Mitra - Już ci mówiłem, że to nie jest przeciwnik, z którym mógłbyś się mierzyć. Renie Uchiha, odrzucam twoją ofertę. Masz niezły tupet, żeby zachowywać się tak po tym, jak wspaniałomyślnie chciałem was oszczędzić. Każda kropla krwi klanu Ootsutsuki jest cenna, ale nie pozostawiasz mi wyboru...

Sho zauważył, że twarz jego ojca przybrała nagle groźny wyraz, po czym on sam zniknął. Rozmazał się w powietrzu, a następne, co Shori poczuł, to mocny podmuch wiatru targający mu włosy i ubranie. Usłyszał szczęk żelaza, któremu towarzyszyła kolejna fala powietrza. Zasłonił się rękawem, ale mimo to potężna siła przesunęła go o kilka centymetrów do tyłu, razem z Mei i Daiem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom - tak potężne uderzenie pochodziło od jednego starcia Rena i Mitry. Uchiha, z wyciągniętą kataną siłował się z trzymającym w ręce własną broń Mitrą. Wyglądała dość podejrzanie, jakby została całkowicie wykonana z chakry. Świeciła na czerwono, podobnie jak lewitująca za plecami mężczyzny dziwna, półkolista formacja wykonana z identycznej chakry. Broń Mitry przypominała ogromny, pasujący do rozmiarów właściciela miecz, zagięty w kształt półksiężyca. Walczący zmierzyli się wzrokami, przy czym Mitra z pewnym siebie uśmieszkiem spojrzał z góry na Uchihę. Następnie napiął mięśnie prawej ręki, aż powychodziły na niej żyły. Ciągnąc wygięty miecz do przodu, odepchnął Rena na kilkanaście metrów w tył. Zarył on butami w ziemię, zatrzymując się z trudem obok Daia, Sho i Mei. Shori zobaczył stojacych na gałęzi Hokage, Raikage i Kasaia Kaguyę wymieniających porozumiewawcze spojrzenia.

Chłopak z niedowierzaniem, szerokimi oczami wpatrywał się w łopoczącą na wietrze koszulę swojego ojca. To był pierwszy raz, kiedy zobaczył go odepchniętego w tył. Nigdy nie podejrzewał, że poza jego dawną drużyną znajdzie się ktoś, kto zablokuje taki cios. Ren tymczasem uniósł powoli dłoń do policzka. Lekkim ruchem dotknął palcem niewielkiego rozcięcia, z którego ciekła małymi kropelkami krew. Uniósł go do oczu i przyjrzał mu się. Choć minimalne, to szkarłatne zabarwienie było na nim dobrze widoczne. Shori poczuł chłód, jakby właśnie nastała zima, a na plecy wystąpił mu pot. Przez chwilę miał ochotę odsunąć się od ojca, od którego wyczuł nagle przeraźliwą rządzę mordu. Choć było to subiektywne, kompletnie irracjonalne uczucie, bo przecież Ren nigdy nic by mu nie zrobił, to mimo woli przełknął ślinę, patrząc na jego wykrzywioną w niemal szaleńczym uśmiechu twarz. Chakra mężczyzny również uległa zmianie, robiąc się tak lodowata i okrutna jak podczas walki z Z.

- Mei - powiedział poważnym głosem Ren - Zostawiam chłopców pod twoją opieką.

W następnej sekundzie, on, jego drużyna, a także Kinsei i jego porywacze natychmiast zniknęli. Sho przekrzywił głowę, nic nie rozumiejąc. Zanim mrugnął, wszyscy jeszcze znajdowali się na polanie. Teraz jednak pozostali na niej tylko on, Dai, ich matka oraz Zetsu. Powiał lekki, zimny wiatr. Zostali sami.

***

Akeru poczuwał, jak gałąź usuwa mu się spod stóp. Stracił równowagę i wylądował plecami na twardej, kamienistej ziemi.

- Uch...

Podparł się dłońmi i wyczuł pod palcami ziarnisty żwir. To było niecodzienne. Przysiągłby, że jeszcze sekundę temu znajdowali się w lesie.

,,Jakie to upokarzające" - Kyuubi pacnął się pazurzastą łapą w pysk - ,,Wstawaj, Akeru. Możnaby pomyśleć, że po tylu latach jako shinobi nauczysz się chodzić".

,,Odwal się, Kurama. Gdzie my jesteśmy?"

Akeru objął wzrokiem kamienistą, górzystą okolicę i wszystko stało się jasne. Choć widział ją niewiele razy, to dokładnie poznawał jednolite, pofalowane wzgórza, wszystkie wykonane z identycznych, pofałdowanych skał. Układały się w przeróżne powyginane i strzeliste formacje, kreując bezkresny, nieziemski krajobraz. Poza wzniesieniami gdzie okiem sięgnąć nie znajdowało się nic innego, sprawiając bardzo monotonne wrażenie. Świecące niemiłosiernie słońce tylko podkreślało to uczucie, sprawiając, że Akeru czuł się na pustyni. Jedno było jednak pewne - nie znajdowali się już na Ziemi.

- Co to za miejsce? - zapytał Isao, który, podobnie jak reszta drużyny, wylądował bezpiecznie na nogach.

- Gdybyś nie bawił się w to całe zostawanie Raikage - odparł Akeru, podnosząc się z ziemi i otrzepując - to też byś je znał. Znajdujemy się w jednym z sześciu wymiarów Rena, do których może się teleportować za pomocą Rinne Sharingana. Z tego, co pamiętam, to ten jest jego ulubionym.

- Och? To coś nowego.

- Taa...opanowanie Rinne Sharingana zajęło mu trochę czasu. Zanim odkrył tą technikę, już dawno siedziałeś za biurkiem w Kumogakure.

- Mimo to, ja też jestem tu dopiero drugi raz - odezwał się Kasai - Ren nie za często używa tej techniki.

Sam Uchiha stał kilkanaście metrów przed nimi, w niewielkiej kotlinie przylegającej do wzgórza, na którym się znajdowali. Przed nim w powietrzu lewitowali spokojnie Mitra oraz, nieco wyżej, Soma. Starszy z Ootsutsukich wciąż dzierżył w ręce swój ogromny miecz, a za jego plecami lewitowała czerwona chakra. Akeru zacisnął zęby. Kinsei leżał tuż obok nich, kompletnie wycieńczony. Miał ochotę załatwić tą sprawę jak najszybciej, żeby szybko znalazł się już przy nim. Musiał jednak wykazać trochę cierpliwości. Ren wiedział, co robi. Nie mylił się ze swoją wcześniejszą teorią - napastnicy faktycznie pochodzili z innego wymiaru, dokładnie tak, jak przewidział.

- No proszę...a jednak na coś jeszcze mi się przydasz - oznajmił Mitra, patrząc z nieukrywaną ekscytacją w oczy Uchihy. Widoczny był w nich kewistoczerwony wzór Rinne Sharingana, podobnie jak w trzecim oku, które otworzyło się na jego czole - Kekkei Mora. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek zobaczę to na własne oczy...i to na takiej planecie. Wspaniała technika. Przeniosłeś nas wszystkich do innego wymiaru. Ale zapewne kosztowało cię to sporą rezerwę chakry, mam rację? - dodał, spoglądając z lekkim uśmieszkiem i aktywnym Byakuganem na nieruchomego Rena.

- Mogę sobie na to pozwolić. Ta technika nazywa się Amenominaka. Ciesz się nią, póki możesz. To właśnie tutaj spocznie twoje ciało. Tamto miejsce jest dla mnie zbyt cenne. Nie mogę ryzykować, żeby uległo zniszczeniu przez kogoś takiego jak ty.

- Hmpf. Zastanawiam się, jak masz zamiar spełnić swoje groźby? Kekkei Mora to istotnie wspaniała umiejętność. Dzięki niej Kaguya władała waszym nędznym światem niczym bogini. Ale jej zdolności nie ograniczały się tylko do Rinne Sharingana. Twoja moc jest niekompletna, Renie Uchiha. Może i posiadasz najpotężniejsze oczy, ale brakuje ci potęgi chakry i idealnego ciała, które składa się na prawdziwe Kekkei Mora. Może jak na człowieka masz ogromne zasoby chakry...ale nie wystarczą one, byś mógł swobodnie posługiwać się pełną mocą Rinne Sharingana. Mam rację?

- Dużo wiesz o tych rzeczach.

- Dla nas, Ootsutsukich, moc chakry nie jest żadną tajemnicą. Rozwikłaliśmy ją stulecia temu. Odkryliśmy wszystkie niesamowite sposoby, na które może być użyta. Odpowiednio wykorzystana, daje nieśmiertelność...ale może posłużyć również do leczenia, przekazywania i gromadzenia informacji oraz jako źródło energii. No i oczywiście do walki.

- Widzę, że zgłębiłeś tajemnicę zwłaszcza zwłaszcza tego ostatniego.

- Mówisz o tym? - Mitra spojrzał przelotnie na trzymany w ręce kontrukt z chakry - To podstawowe jutsu mojego klanu. Każdy żołnierz musi obowiązkowo je opanować, jeśli chce zostać wcielony do armii. Nazywa się Vajra.

Akeru przyjrzał się uważnie jutsu mężczyzny, aktywując Byakugan. Nie pomylił się - w narzędziu płynęła taka sama chakra, jak ta, którą widział wtedy w lesie. Niesamowicie gęsta i intensywna, zupełnie nie przypominała ludzkiej. Można ją było porównać do ekskluzywnego, dojrzałego sake w obliczu taniego alkoholu z jednego ze sklepów w Liściu. Już wcześniej jej obecność zaskoczyła Uzumakiego. Widząc ją wczoraj podczas spaceru, nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że gdzieś ją już widział. Nie pomylił się - była identyczna z chakrą Rena, kiedy ten jeszcze posiadał w sobie Dziesięcioogoniastego.

- Podstawowa technika? - uniósł brew Ren - I używa jej generał armii Ootsutsukich? Myślałem, że dowódca wojskowy jakiejkolwiek armii powinien potrafić więcej niż to.

- Vajra to uniwersalne jutsu. Na podstawowym poziomie wytwarzane przez nią bronie nie różnią się niczym od zwykłych, metalowych...Są równie mało wytrzymałe i bezużyteczne. Prawdziwa moc tej techniki polega na jej wyćwiczeniu. Im lepiej jej użytkownik kontroluje swoją chakrę i im mocniej potrafi ją skompresować, tym potężniejsza staje się broń. Każdy żołnierz mojego klanu używa Vajry...ale nawet nie ma co porównywać jej mocy pomiędzy zwykłymi rekrutami, a dowódcami. Ja, Renie Uchiha, stałem na szczycie całej armii. Mogę cię zapewnić, że wyćwiczyłem tą technikę do perfekcji.

- W takim razie nie będziesz potrzebował...tego? - zapytał Ren, sięgając do kieszonki na spodniach. Wyjął z niej błyszczącą bryłkę pofałdowanego metalu. Uniósł ją w górę, a ta natychmiast poruszyła się, zmieniając raptownie kształt. Na początku zakotłowała się, jakby do końca nie wiedziała, czym chce zostać, po czym ostatecznie ustabilizowała się w postaci kunaia.

Ren cisnął nim pod stopy Mitry, a ten wbił się w ziemię aż po rękojeść. Ootsutsuki schylił się i podniósł broń, oglądając ją ze wszystkich stron.

- Imponujące. Zdołałeś ukształtować ją tak dokładnie pomimo użycia zwykłej, spaczonej chakry. 

- Trochę zajęło mi rozgryzienie, jak to działa - wyjaśnił Uchiha - Podejrzewam, że dla was nie jest to takie trudne? Zważywszy, jaką chakrę posiadacie...

Mitra zmrużył oczy i podał kunaia synowi. 

- Trzymaj, Soma, to chyba należy do ciebie - powiedział, nawet nie patrząc na chłopaka. Ten tylko kiwnął głową i z lekkim wstydem schował przedmiot za pazuchę - A więc się domyśliłeś?

- Te oczy widzą wszystko - odparł Ren, błyskając spod powiek krwistą czerwienią - a już z pewnością kolor chakry. Chakra Sześciu Ścieżek...ten metal zapewne reaguje na nią inaczej?

- Zgadza się. Jesteś nie tylko szybki, ale i inteligentny, Renie Uchiha. Zapamiętam twoje imię.

- Obejdzie się. Dlaczego oddałeś to Somie? Uważasz, że nie potrzebujesz przeciw mnie dodatkowego wyposażenia?

- Już ci mówiłem. Moja Vajra zapewnia mi cały arsenał, jakiego potrzebuję. A to...ta broń to tylko dziecięca zabawka. Młodzi adepci używają jej do trenowania kontroli chakry. Czasami wykorzystują ją też niedoświadczeni żołnierze, których Vajra jest mniej wytrzymała od tego metalu. Ale i tak, to nic imponującego. Soma zabrał go trochę z naszej planety. Choć jego Vajra jest już na zdecydowanie wyższym poziomie, to jakoś nie może się z nim rozstać...To tylko jeden z jego żałosnych nawyków.

- Ojcze... - zaczął chłopak, ale Mitra powstrzymał go ręką.

- Jeśli tyle uwagi przywiązujesz tak nieistotnej zabawce, to nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielkie cuda mógłbyś odkryć na naszej planecie. Wielka szkoda, że odrzuciłeś moją propozycję.

Akeru poczuł, jak ktoś trąca go w bok. Dezaktywował Byakugan i odwrócił głowę ku Isao, który najwyraźniej miał mu coś ważnego do przekazania. Nawet krążący wokół nich w postaci kuli Kuroshi zbliżył się, jakby też chciał posłuchać ich rozmowy.

- Akeru, Kasai - szepnął Yumarana - ta chakra znajdująca się w Mitrze i Somie...jej potencjał jest gigantyczny.

- Wiem, też ją czuję - przyznał Kasai - Takie uczucie miałem tylko raz w życiu. Pamiętacie, gdy Ren zapieczętował w sobie Juubiego?

- Właśnie chciałem to powiedzieć - zgodził się Akeru - Skąd oni wytrzasnęli taką moc?

Rozmowę przerwał im Mitra, który sięgnął do wiszącego u pasa rzemyka. Odpiął od niego jakiś niewielki przedmiot, po czym wystawił go przed siebie, by wszyscy mogli go zobaczyć. Jednocześnie czerwona broń w jego ręce oraz półkolista formacja za plecami rozpadły się niczym szkło, rozpływając się w powietrzu.

- Skoro zainteresowała cię broń Somy - oznajmił mężczyzna, prezentując tajemnicze, sześcienne pudełeczko - to faktycznie nie zdajesz sobie sprawy, jak ogromny jest wszechświat. To, Renie Uchiha jest prawdziwy skarb.

- Wygląda jak zwykłe pudełko - mruknął sam do siebie Kasai, ale Mitra najwyraźniej go usłyszał.

- Cóż, nie winię cię za twoją ignorancję, człowieku. Przecież nigdy się z czymś takim nie spotkałeś. Pozwól, że cię oświecę. To, co trzymam teraz w dłoni, to nie zwykła kostka. To archiwum mojego klanu, a przynajmniej mojej planety. Już wam mówiłem, że chakra może służyć do przechowywania informacji. Właśnie dlatego, na wypadek katastrofy każda z kolonii Ootsutsukich posiada własne archiwum, które w obliczu tragedii może posłużyć jako ostatnia deska ratunku dla ocalałych. Na jego podstawie da się odtworzyć całą cywilizację.

- Potrzebujesz do tego przewodnika? - zakpił Akeru - Myślałem, że znasz się trochę na klanie Ootsutsuki?

- Żartuj do woli, Hokage. Wkrótce nie będzie ci do śmiechu, gdy twój syn posłuży mi do wskrzeszenia mojego świata. Archiwum to nie zwykły przewodnik. Zawarte są w nim wszystkie informacje o mojej planecie. Osiągnięcia technologiczne, historia, sztuka...zarówno ta subtelna, jak i wojenna.

- Interesujące - oznajmił w zamyśleniu Ren, obracając w dłoni kostkę ze wszystkich stron - Taka ilość informacji zawarta w tak małym przedmiocie...no i te zdobienia. Układają się w napisy...

Mitra zamarł w bezruchu, kompletnie przerażony. Powoli spojrzał na swoją otwartą, pustą dłoń, po czym przeniósł wzrok na bawiącego się sześcianem Rena. Soma otworzył szeroko usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa. Sam Mitra wyglądał na jeszcze bardziej zdziwionego. Na czole zapulsowała mu intensywnie żyła, zagryzł zęby, po czym wycedził:

- Oddaj to!

- Hmm...nie - odparł Uchiha, podrzucając przedmiotem niczym zabawką.

- Delikatniej! - ryknął Ootsutsuki - To bardzo wrażliwy mechanizm! Twoje ludzkie ręce nie mają prawda dotykać czegoś tak cennego! Jakim cudem w ogóle archiwum znalazło się w twojej dłoni?

- Amenotejikara - Ren błysnął złośliwie oczami - To kolejna zdolność Rinne Sharingana. Jest całkiem przydatna. Nie zużywa tak wiele chakry, co Amenominaka, więc...jak to powiedziałeś? Będę mógł używać jej z pełną mocą. Hm...muszę przyznać, że twoi klanowicze postarali się z tą kostką. Jest całkiem precyzyjnie wykonana. Ale chyba sama się nie otworzy. Może tak? - postukał w wieko, od czego Mitra tylko zbladł jeszcze bardziej.

- Nie uderzaj w nią! Zniszczysz wszystko, na co mój ród pracował przez tysiąclecia!!

Akeru miał wrażenie, że Ootsutsuki zaraz zacznie obgryzać z nerwów paznokcie. Nie ukrywał, że sprawiało mu to przyjemność. Ren ewidentnie się z nim bawił, a przy okazji mógł wyciągnąć od niego trochę dodatkowych informacji. I tak wiele się już dowiedzieli. Wyjaśniło się na przykład pochodzenie tajemniczego metalu, z którego wykonany został złapany przez Akeru pocisk. Taki pierwiastek faktycznie nie występował na Ziemi, ale kto wie, może w wymiarze Mitry był całkiem pospolity.

,,Akeru" - odezwał się zrzędliwie Kyuubi - ,,na co my właściwie czekamy? Policzmy się z nim szybko i wracajmy na turniej. Chcę zobaczyć jak te dzieciaki poradzą sobie w finale".

,,Wyluzuj, Kurama. Praktycznie nic nie wiemy o tym całym klanie Ootsutsuki. Pozwól Renowi realizować jego plan. Musimy się jeszcze wstrzymać, ale uwierz mi, że też chcę zacisnąć już ręce na szyi tego kolesia".

Lis tylko prychnął pogardliwie w odpowiedzi.

- Oddaj mi to archiwum - oznajmił nieuznającym sprzeciwu głosem Mitra. Wyciągnął przed siebie rękę, która wyraźnie drżała ze stresu - Dogadajmy się. Zwrócę wam Kinseia. Tylko...tylko przestań nim podrzucać!

Ren w odpowiedzi zaczął przerzucać kostkę z jednej dłoni do drugiej, bezczelnie prowokując przeciwnika. Mitra zacisnął groźnie zęby, ale bał się zrobić cokolwiek, by Uchiha nie zniszczył jego bezcennego pudełka.

- Nie trzymaj go tak mocno - odezwał się Soma - Zniszczysz wewnętrzny mechanizm!

- Archiwum za syna Hokage - zaproponował Mitra - To uczciwa oferta.

- Niech pomyślę... - Ren zmrużył oczy, zaciskając palce na kostce - Nie.

- Nie?! Jesteś w stanie poświęcić syna swojego przyjaciela?

Uchiha pokręcił głową i uśmiechnął się okrutnie, posyłając dwóm Ootsutsukim spojrzenie krwistoczerwonych oczu.

- Nie jestem. Za to ty zdajesz się nie rozumieć ludzkich zwyczajów. Wymiana na naszej planecie zazwyczaj odbywa się tak, że każdy z zainteresowanych oferuje coś, co znajduje się w jego posiadaniu.

Mitra otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy doznał nagłego olśnienia. Odwrócił się powoli, jakby bał się tego, co zaraz zobaczy. Obok siebie ujrzał Somę...ale po ich zakładniku nie pozostał żaden ślad. W tej samej chwili Akeru usłyszał obok siebie odgłos upadającego na ziemię ciała.

- Kinsei! - wykrzyknął, podbiegając do syna i podnosząc go na równe nogi.

Chłopak był cały posiniaczony i obdrapany po walce na turnieju. Przede wszystkim w oczy rzucał się ogromny guz na czole, którego zamaskować nie mogła nawet burza jasnych, niemal złotych włosów. Akeru od razu przytulił go z całych sił, czując, jak powoli opada mu adrenalina związana z całą sytuacją. Mając wreszcie przy sobie Kinseia, odetchnął z nieprawdopodobną ulgą. Nie puszczał go przez długi czas, delektując się chwilą, na którą tyle czekał. Dawno nie czuł takiej radości, tym bardziej, że poprzedzona została okresem niewypowiedzianej trwogi.

- Ej...tato, to boli - mruknął Kinsei, wyswabadzając się z jego uścisku. 

Uzumaki zreflektował się, odskakując od poranionego syna i ograniczając się tylko do otrzepania go z pokrywającej go cienkiej warstwy błota.

- Kinsei...nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. Przepraszam, że to wszystko się wydarzyło. Powinienem był cię ochronić. Jako Hokage, jako ojciec...

- Nic się nie stało, tato - uśmiechnął się chłopak - Nie obwiniaj się. Jesteś najlepszym ojcem pod słońcem. Przyszedłeś po mnie i to jest najważniejsze. No i to wejście...napędziłeś im niezłego stracha!

- Jeśli to ci się podobało - Hokage zmrużył oczy - to tylko poczekaj, jak z nimi skończymy...Poza tym, Kinsei, nie wyglądasz najlepiej. Potrzebujesz pomocy medycznej?

Chłopak zerknął po sobie i licznych ranach, które zdobiły jego ciało. Wzruszył ramionami.

- Udało mi się zregenerować już trochę chakry. Dam radę się sam uleczyć.

Akeru kiwnął głową i odwrócił się w kierunku Rena i Mitry. Ootsutsuki wręcz kipiał ze złości, bez słowa wpatrując się to w puste miejsce po zakładniku, to w syna.

- Obawiam się, że resztę rozmowy musimy odłożyć na później, Kinsei. Coś mi się wydaje, że on nie odpuści tak łatwo.

Podczas gdy Isao i Kasai radośnie witali młodego Uzumakiego sprowrotem, Akeru zajęty był już przeciwnikami. Zwłaszcza Mitrą, który wyglądał, jakby zaraz miał dostać jednocześnie zawału i ataku furii.

- Soma - warknął - dlaczego go nie pilnowałeś?!

- Pilnowałem - odparł równie wstrząśnięty młodzieniec - ale...on po prostu zniknął! Ja...nic nie mogłem zrobić.

Mitra zacisnął dłoń w pięść, jakby miał zamiar solidnie przyłożyć synowi, ale szybko się opanował. Przypomniał sobie, kto jest jego prawdziwym przeciwnikiem. Nerwy wokół jego oczu stały się tylko bardziej wyraziste, a Ootsutsuki posłał Renowi pełne nienawiści spojrzenie, które ten zresztą odwzajemnił.

- Akeru - powiedział, nawet się nie odwracając - będę teraz zajęty. Trzymaj.

Wyrzucił za siebie beztrosko archiwum, kompletnie zaskakując przyjaciela. Uzumaki rzucił się do przodu, w ostatniej chwili łapiąc kostkę w dłonie. W chwili, gdy ta znalazła się w powietrzu, Mitra nie wytrzymał. Otworzył szeroko oczy i uniósł się w powietrze. W mgnieniu oka, niczym niepowstrzymany wicher wystartował w kierunku sześcianu, rozpaczliwie próbując go dosięgnąć.

- Nie rzucaj nim!! - ryknął pełen furii.

Zbliżając się do swojego celu, kompletnie zapomniał o obronie. W następnej sekundzie rozległ się grzmot, jakby ktoś uderzył młotem o stalową blachę. Mitra zgiął się w pół, wybałuszając oczy. Wypluł strugę krwi, której kropelki osiadły na wykrzywionej w okrutnym grymasie twarzy Rena. Uchiha, spowity w białą, znajomą Akeru chakrę, wbijał kolano w brzuch Ootsutsukiego. W locie formowały się wokół niego kości, oblepiając jego członki niczym zbroja. Pojawiła się również kościana klatka piersiowa, służąc za swego rodzaju napierśnik. Potężne, pozbawione piór, szkieletowe skrzydła wyrastały z pleców mężczyzny, popychając go i wrzeszczącego z bólu Mitrę do przodu. Na samym końcu przerażająca twarz Uchihy zniknęła, zakryta przez równie bezduszne oblicze kościanej maski. Wyglądała zupełnie jak założona dookoła głowy rogata czaszka, wykrzywiona w bezlitosnym grymasie. Niepokojącego wyglądu tylko dopełniały wydłużone jak u węża kły, zdobiące jej perfidny uśmiech.

- Guah!! - wykrzyknął Mitra, turlając się po ziemi. Zostawił za sobą wybitą własnym ciałem rynnę w litym kamieniu. Oszołomiony uderzeniem, leżał przez chwilę na ziemi, nie poruszając się. Nie zdążył jednak dojść do siebie, bo Ren dopiero się rozkręcał.

Wykorzystując pęd wyskoku, minął Mitrę i zatrzymał się, opierając się nogami o skalną ścianę. Skoczył ponownie, zostawiając na ścianie popękany ślad, po czym zamachał dwa razy skrzydłami. Wzniósł się na kilkanaście metrów w górę, centralnie nad Ootsutsukiego.

- Nie wybaczę ci - warknął, pikując niczym polujący orzeł - tego, co zrobiłeś Kinseiowi!

Mitra otworzył szeroko oczy w chwili, gdy Ren spadł na niego z otwartą dłonią, przyciskając go z potworną siłą do ziemi. Podłoże zadrżało, jakby właśnie nastąpiły wstrząsy sejsmiczne. Akeru zauważył rozchodzące się w odległości kilkunastu metrów od walczących wyraźne pęknięcia. Sekundę później rozległ się ogłuszający łoskot, uniosła się chmura kurzu, po czym Ren i Mitra runęli w powstałą przepaść. Przez chwilę słychać było jeszcze odgłos opadających na dno głazów, ale szybko wszystko się uspokoiło.

Uzumaki sprawdził, czy z jego synem wszystko w porządku. Kinsei, z Kuroshim na ramieniu, wpatrywał się z otwartymi ustami w powstałą wyrwę. Isao i Kasai byli zdecydowanie mniej przejęci. Yumarana niespiesznym krokiem podszedł so skarpy, po czym delikatnie z niej zjechał. Zbliżył się do krawędzi otworu, po czym ujrzał głęboką jak okiem sięgnąć sieć skomplikowanych jaskiń. Światło dochodziło tylko na kilkadziesiąt metrów w dół, ale po odgłosach dochodzących z środka można było stwierdzić, że jest to tylko początek ogromnego kompleksu. Lekkie wstrząsy ziemi sugerowały, że za sprawą walczących może się on wkrótce nawet powiększyć. Raikage westchnął ostentacyjnie i kopnął niewielki kamyczek na brzegu dziury. Nie usłyszał uderzenia o dno.

- No, tyleśmy ich widzieli.

***

Zwycięski reprezentant Piasku wykonywał już drugą rundkę wokół pola bitwy, machając i dziękując dopingującej go widowni. Zaprezentował się faktycznie znakomicie i zasługiwał na każdą sekundę oklasków, jakie otrzymał. Sakuri jednak nie potrafił cieszyć się widowiskiem. Razem z ponurą po porażce Akane siedzieli bezczynnie w loży, czekając na nieuniknione. Daisuke i Shori do tej pory nie wrócili, co mogło oznaczać tylko jedno.

- Będziemy musieli poddać ten pojedynek - westchnął Hatake - Ani ja, ani ty nie możemy nic na to poradzić. Braliśmy już udział w swoich, więc nie możemy drugi raz wystąpić.

- Nie jestem idiotką, wiem to - burknęła dziewczyna.

- Nie przejmuj się tak tą przegraną. Dałaś z siebie wszystko, poza tym dzięki tobie Iwagakure nie wygrało tej konkurencji.

- Na wiele nam się to przydało. Jeśli nie wystawimy zawodnika do tej rundy, Kamień i tak dostanie darmowy punkt.

- Byłaś niesamowita. Nie zaprzeczaj. A na to, że Dai i Sho jeszcze nie wrócili, nic nie poradzimy. Mnie też szkoda dawać Iwagakure fory, ale odbijemy to sobie w finale.

Nic na to nie odpowiedziała, przyjmując tylko jeszcze bardziej ponurą postawę. Po opuszczeniu przez poprzednich zawodników pola bitwy, sędzia wywołał następną parę. Kunoichi z Kamienia stawiła się niemal natychmiast, jednak jej rywal długo się nie pojawiał. Widownia zaczęła między sobą szeptać, nie rozumiejąc przyczyny tej sytuacji. Sakuri tylko zacisnął zęby, czując mieszankę wstydu i złości. Sędzia, wzmocnionym chakrą głosem, oświadczył, że Liść ma trzy minuty na wytypowanie zawodnika, w przeciwnym razie zostanie zdyskwalifikowany z konkurencji. Czas upływał niemiłosiernie, z każdą sekundą coraz bardziej działając chłopakowi na nerwy.

- Co za farsa. Chodźmy im powiedzieć, że się nie doczekają.

- Głupi jesteś, czy co? Czas działa na naszą korzyść. Ta runda już przepadła, ale w każdej chwili Daisuke i Shori mogą wrócić z Kinseiem. Nie mamy pewności, czy zdążą na finał. Każda sekunda się liczy.

Mimo to, nawet po upływie trzech minut przyjaciele Sakuriego się nie pojawili. Sędzia ogłosił więc zwycięstwo Iwagakure, które zrównało się tym samym punktowo z Liściem i Chmurą. Widzowie z Kamienia ryknęli na to entuzjastycznie, zadowoleni z tego niespodziewanego awansu.

- A teraz - rozległ się grzmiący głos podstarzałego sędziego - nadszedł czas na ostatnią, finałową rundę Turnieju Pięciu Wiosek. Będzie to wyzwanie, w którym wezmą udział członkowie wszystkich drużyn! 

Sakuri nadstawił uszu. To, na czym będzie polegało finałowe wyzwanie, mogło przeważyć o zwycięstwie lub porażce Konohy.

- Zasady są proste. Runda będzie przebiegała na zasadzie każdy na każdego. Eliminowanie reprezentantów każdej z wiosek będzie polegało na powaleniu ich na plecy tak, by ich łopatki dotknęły ziemi. W takim przypadku dany zawodnik zostaje wykluczony z konkurencji i jest proszony o opuszczenie pola bitwy.

,,Hej, to nie tak źle" - pomyślał Sakuri - ,,Jestem niezły w taijutsu, ale jeśli wystawimy Akane..."

- Ponadto, by uniknąć kompletnej dewastacji areny - kontynuował staruszek - podczas całej konkurencji każdego z zawodników będzie obowiązywać limit wykorzystywanej chakry. Dozwolone jest użycie jej tylko jeden raz. Poziom ani charakter techniki nie ma znaczenia. W przypadku naruszenia tej zasady, zawodnik zostanie zdyskwalifikowany. 

,,Czyli praktycznie czysta walka taijutsu. Mnie ograniczenie chakry raczej nie urządza, ale Akane...ona może na tym tylko zyskać".

- W finale wziąć udział może więcej niż jeden reprezentant danej wioski. Dołączyć może każdy shinobi zdolny do walki, z wyłączeniem rezerwowych zawodników. Zwycięża drużyna, której reprezentant lub reprezentanci najdłużej utrzymają się na nogach. Nagrodą za zwycięstwo w konkurencji jest jeden punkt.

Sakuri i Akane spojrzeli po sobie z wielkimi oczami. Zdali sobie sprawę, że w dwójkę będą musieli zmierzyć się przeciwko praktycznie pełnym składom pozostałych wiosek.

,,Taa...jesteśmy w szambie" - pomyślał optymistycznie Hatake.

***

Podczas gdy reszta nachylała się nad przepastną dziurą wybitą przez Rena i podziwiała niezliczone podziemne korytarze, Akeru miał inne zajęcie. Uważnie oglądał z każdej strony archiwum klanu Ootsutsuki, raz po raz dziwiąc się jego niecodziennej formie. Kusiło go, by zapytać o nie Somę, ale chłopak dawno temu wyparował. Widział tylko, jak znika w otworze, pędząc za swoim ojcem. Nie miał pojęcia, co dzieje się obecnie pod ziemią, ale delikatne wstrząsy sugerowały, że Ren i Mitra nie znaleźli wspólnego języka.

Kostka, którą Akeru trzymał w ręce, wykonana została z delikatnie ociosanego, jasnego drewna, którego nigdy nie widział. Podejrzewał, że na tak cenny artefakt musiało zostać użyte coś równie prestiżowego i instynkt podpowiadał mu, że było nim drewno Boskiego Drzewa. Byakuganem dostrzegł znajdującą się wewnątrz sporą ilość chakry Sześciu Ścieżek, ale nie był pewny, czy pochodziła ona od samego drewna, czy została tam wcześniej umieszczona. Obracając sześcian w dłoni czuł wyraźną, gładką powierzchnię, poprzecinaną zawijastymi, orientalnymi wzorami - dowód kunsztu, z jakim przedmiot został wykonany. Widać to było zresztą już na pierwszy rzut oka - na dole i górze każdej ze ścian biegły szeregi niewielkich, czarnych łezek. Mimo to strony mocno różniły się zdobieniami. Dwie przeciwległe ściany posiadały wyryte na sobie znaki podobne do wzoru Rinnegana, natomiast pozostała para - wzór identyczny do tego dziwnego, brązowego kwiatu, który Soma i Mitra nosili na ubraniach. Zmarszczył brwi i obrócił kostkę w dłoniach, koncentrując uwagę na otwierającej ją klapce. Zapieczętowana była zazębiającymi się słońcem i księżycem i wątpił, czy da radę ją otworzyć. Według słów Mitry mechanizm nie należał do najbardziej wytrzymałych, a nie chciał przecież czegoś zepsuć pochopnym działaniem. Postanowił więc poczekać z tym, aż wszystko się uspokoi.

- Co to było? - zapytał Kinsei, dopiero teraz dochodząc do siebie.

- Co masz na myśli? - zdziwił się Akeru, chowając archiwum za pazuchę.

- Ee...tato, nie widziałeś tego?

- On chyba mówi o tej dziurze - wyjaśnił Kasai, cofając się od wyrwy - Nigdy nie widziałeś Rena walczącego na poważnie, prawda?

- No, była ta cała sytuacja z Z...

Akeru parsknął śmiechem, przypominając sobie o tym niefortunnym zdarzeniu. Jeśli Kinsei faktycznie wyobrażał sobie, że Ren poszedł na całość podczas walki z takim przeciwnikiem, to nic dziwnego, że okazywał teraz takie zdziwienie.

- Ren nie walczył wtedy na poważnie. Zazwyczaj nie używamy swojej pełnej mocy, nawet w takich sytuacjach. Zniszczenia są zbyt poważne i naprawianie ich bywa problematyczne. Między innymi to właśnie dlatego Ren teleportował nas do tego wymiaru. Tutaj może pójść na całość.

- Tato, jakim cudem w ogóle zdobyliście taką moc? Przecież ja też trenuję już od wielu lat! Mimo to, ani ja, ani nikt z Drużyny Czwartej nie zbliżył się jeszcze do takiej potęgi!

- Wychowujecie się w innych czasach. Kiedyś, aby przetrwać, musiałeś być silny. Ren wie to jak mało kto...ale nie tylko on jest na to przykładem. Jeszcze przed założeniem Wioski Liścia takie legendy jak Hashirama Senju i jego brat Tobirama, a także Madara i Joten Uchiha wybili się ponad swoich pobratymców, zdobywając potęgę, o której mówisz. Wy też macie potencjał, by ją osiągnąć, ale, szczerze mówiąc, nie widzę ku temu powodu. To właśnie dla was staramy się zachować pokój. Żebyście nie musieli walczyć o przetrwanie.

- Odpuść mu, Akeru. Dobrze wiesz, że w jego wieku takie coś musi imponować. 

- Wiem, wiem. Kiedyś to zrozumiesz, Kinsei. Potęga sama w sobie jest tylko narzędziem do osiągnięcia celu. Nie ona decyduje, jakim jesteś człowiekiem. Ale jeśli tak ci na tym zależy...to po powrocie do domu obiecuję, że pokażę ci coś, co zwali cię z nóg.

Chłopak uśmiechnął się szeroko i zajął się siedzącym mu na ramieniu w formie myszy Kuroshim. Po przyjrzeniu się mu, Akeru doszedł do wniosku, że w rzeczywistości przypomina on bardziej szynszylę. 

- To coś, co spełzło z mistrza Rena - domyślił się Kinsei - było zupełnie jak Kuroshi, prawda?

- Taa...nazywa się Zetsu i jest wolą Rena. Szczerze mówiąc, do dziś nie wiedziałem o jego istnieniu. Ren stworzył go, żeby upewnić się, że po śmierci wciąż będzie mógł opiekować się swoim klanem. Nie musisz się go bać. To sojusznik...choć trochę dziwny.

- Jest świetny - Kinseiowi zabłysnęły oczy - Zawsze chciałem, żeby Kuroshi miał przyjaciela.

- Cóż, można na to patrzeć też z tej strony...

- Ej, chłopaki - zawołał Isao, wpatrując się Genshiganem w ziemię pod ich stopami - chyba wolelibyście się stamtąd odsunąć.

Akeru zamarł w bezruchu, wyczuwając pod stopami coraz mocniejsze wibracje. Chwycił syna za rękę i pociągnął go do przodu. Kasai ruszył za nimi, podczas gdy ziemia drżała jakby właśnie rozrywało ją trzęsienie ziemi. Uzumaki zobaczył pod stopami rozchodzące się pęknięcia i rzucił się razem z Kinseiem do przodu. Upadł na twardy grunt, dosłownie kilka metrów od eksplozji. Podłoże wybuchło, zasypując wszystkich drobnymi kamyczkami. Gdy Akeru upewnił się, że z jego synem wszystko w porządku, zerknął w górę i zobaczył splecione w walce postacie. Spowity w zbroję Susanoo Ren trzymał Mitrę mocno za szyję, ciągnąc go ku górze i widocznie rozbijając nim wcześniejsze przeszkody. Ootsutsuki próbował zdjąć jego dłoń z krtani, ale nie potrafił pokonać nadludzko silnego uścisku techniki. Mimo to nie wyglądał na specjalnie poranionego, co najwyżej dość ubrudzonego.

- Jak śmiesz! - ryknął, ostatecznie wyrywając się z pułapki i kopiąc Uchihę z pół obrotu.

Mężczyzna został odrzucony z ogromną prędkością i niczym pocisk wbił się w ścianę jednego ze wzgórz. Nie poruszał się przez parę sekund, jakby lekko zdziwiony. Mitra wykorzystał to, natychmiast pikując ku niemu i materializując w dłoni nabijaną ćwiekami, czerwoną buławę.

,,A więc potrafi wytwarzać broń nawet bez sięgania do tego półokręgu na plecach" - zauważył Akeru - ,,Ale jakoś wcześniej tego nie robił...Pewnie nie jest to takie łatwe".

Mitra zamachnął się i trzasnął Rena maczugą, trafiając bezbłędnie. Uchiha zdążył zasłonić się rękami, ale i tak przebił się przez wzgórze, lecąc jeszcze dalej niż wcześniej. Nie zatrzymało go nawet następne, w którym również wybił bez problemu otwór. Stracił pęd dopiero na trzeciej ścianie, która i tak mocno popękała.

- Mistrzu! - zawołał Kinsei.

- Nie przejmuj się. Nigdy nie widziałeś go takiego, więc ci się nie dziwię, ale Renowi naprawdę nic nie będzie. On się świetnie bawi. Ten cały Mitra to dużo twardszy orzech do zgryzienia niż na przykład Z. W tych czasach rzadko się zdarza, żebyśmy mogli walczyć z kimś na podobnych poziomach. Mam rację, Isao?

- I to jak. Szczerze mówiąc, gdy oferowaliście mi dołączenie do tej misji, miałem nadzieję, że też się na to załapię...ale Ren jak zwykle zgarnia całą śmietankę.

- Wy...wy nie traktujecie tego na poważnie?!

- Ależ traktujemy, Kinsei. Mitra to naprawdę potężny przeciwnik. Po prostu trochę już przywykliśmy do takich sytuacji. Poza tym, Ren go pokona, możesz być spokojny.

- Skąd ta pewność?

- Bo nie idzie jak do tej pory na całość. Mitra zresztą też nie, jak podejrzewam. Testują się nawzajem, ale już po tym mogę ocenić, na jakim są poziomie. Ren będzie musiał użyć przeciwko niemu większość swojej mocy...ale to wciąż tylko większość. 

Akeru kątem oka zobaczył, jak z wybitej przez walczących dziury unosi się spowita w biel postać. Soma rozejrzał się dookoła, ogarniając otoczenie aktywnym Byakuganem. Rzucił im przelotne spojrzenie, po czym ruszył w kierunku swego ojca.

,,Biedny dzieciak. Trafić na taką rodzinę i takie dzieciństwo..." - pomyślał posępnie Uzumaki.

,,Hej, hej, Akeru! Czy ty przypadkiem o czymś nie zapominasz? To on próbował cię zabić w tamtym lesie!" - oburzył się Kyuubi.

,,Wiem, Kurama...nie on pierwszy i zapewnie nie ostatni".

,,Jesteś zbyt miękki".

,,Nie zrozum mnie źle. Nie zapominam o tym, co zrobił...ale widzę też, jak wielki wpływ ma na niego ojciec. Tylko na niego spójrz. Widzisz w jego oczach tą obsesyjną rządzę Mitry? Ja nie. Szkoda mi go. To tylko chłopak podążający za rodzicem".

- Akeru - odezwał się Kasai, podążając wzrokiem za spadającym na ziemię niczym kometa Ootsutsukim - oddalają się. Jeszcze trochę i ich zgubimy. Powinniśmy się stąd ruszyć, chyba że masz ochotę na zwiedzanie innego wymiaru.

- No, ma trochę racji - przyznał Isao - Najlepiej podążajmy za Somą. On nas do nich doprowadzi.

Uzumaki kiwnął głową.

- Kinsei, jesteś w stanie biec?

- Chyba tak. Udało mi się już zagoić najgorsze rany.

Cała czwórka ruszyła za jaśniejącym na niebie punktem, który w rzeczywistości był młodszym z Ootsutsukich. Co pewien czas słyszęli niedalekie stukoty spadających kamieni lub odgłosy uderzających o ziemię Rena i Mitry. Walące się dookoła skalne formacje przypominały trochę miniaturowy kataklizm. Lecący Soma co pewien czas przystawał w powietrzu, rozglądał się, po czym ruszał dalej. Akeru postanowił, że to dobra okazja, by choć trochę zbadać sposób, w jaki on i jego ojciec lewitują. Nigdy nie słyszał o technice, która by to umożliwiała. Aktywował Byakugan i zdziwił się tym, co zobaczył. Spodziewał się skomplikowanego jutsu, a tymczasem było ono niemal identyczne z podstawową sztuką chodzenia po wodzie, której uczono w Akademii. By lewitować w jednym miejscu, również należało przesłać chakrę do stóp, natomiast by poruszać się, wystarczyło wypuścić jej niewielkie ładunki z odpowiedniego tenketsu. Napędzała ona użytkownika w sposób bardzo podobny do tego, jak poruszały się mątwy, wytryskując z siebie wodę w odpowiednim momencie. Jej zużycie okazało się zaskakująco małe, co pozwalało użytkownikowi utrzymywać lot przez niemal nieograniczony czas. Akeru musiał przyznać, że to bardzo sprytna i przydatna technika, jednak dostępna tylko dla nielicznych. Cały haczyk polegał na tym, że lewitację zapewniała chakra Sześciu Ścieżek, której zwykli shinobi nie posiadali. 

- Tato - odezwał się w drodze Kinsei - chciałem cię jeszcze spytać...jakim cudem właściwie mnie znaleźliście?

- To zasługa Zetsu - wyjaśnił Uzumaki - cały czas mieliście na sobie jego fragmenty, które potrafi wyśledzić. Nie patrz tak na mnie, to nie był mój pomysł. Podziękuj Renowi i jego nadopiekuńczości...Chociaż może dopiero, jak się stąd wydostaniemy.

Isao zachichotał pod nosem.

- A mi wydaje się, że Ren miał całkiem niezły pomysł z tym Zetsu. Oczywiście pomijając pewne...ekhm...nadużycia, których się dopuścił. To w końcu dzięki niemu tu jesteśmy. Gdyby nie on, moglibyśmy przybyć za późno.

- Wiem o tym. Właśnie dlatego tym razem mu to przepuszczę...ale niech tylko spróbuje czegoś takiego ponownie.

Dotarli do ciągnącego się stromo pod górę wzniesienia. Kinsei, który wciąż nie wrócił do pełni sprawności, mocno zwolnił, opóźniając całą grupę. Nie musieli się jednak bać o zgubienie kierunku - nawet jeśli Soma zniknąłby im z oczu, to hałas, jaki powodowała walka Rena i Mitry, spokojnie wystarczyłby im do znalezienia drogi.

- Co za fascynujące miejsce - oznajmił oczarowany Isao, zerkając Genshiganem pod nogi - Ta gleba...oprócz standardowych pierwiastków składa się też z takich, które widzę pierwszy raz w życiu. Niektórych nawet brakuje...

- Faktycznie fascynujące - przewrócił oczami Kasai - Od kiedy to stałeś się geologiem, Isao?

- Od kiedy wylądowałem w obcym, nieznanym mi wymiarze. Nic dziwnego, że ten krajobraz wygląda tak dziwnie. Z takimi składnikami podłoże pewnie kształtuje się w zupełnie inny sposób.

- To wyjaśniałoby przynajmniej ten dziwny, pofalowany grunt.

Faktycznie, Akeru również przeszkadzało stąpanie po falistej ziemi. Musiał uważnie stawiać stopy, by nie skręcić kostki. Wzgórze przypominało wzburzone morze, które ktoś nagle zatrzymał w czasie, a wodę zastąpił twardym gruntem. Mimo to ostatecznie cała grupka dotarła na szczyt, gdzie mieli okazję rozejrzeć się po okolicy. Zdążyli akurat na czas, by ujrzeć niewielką sylwetkę Rena zdzielającego Mitrę prosto po twarzy. Ootsutsuki spadł na ziemię, chowając się za szczytem spiczastej, wygiętej górki. Uchiha natychmiast zapikował za nim. Z takiej odległości, spowity w oślepiającą biel, wyglądał zupełnie jak anioł...bardzo okrutny anioł. W następnej sekundzie Akeru usłyszał głuchy łoskot, który niewątpliwie nie oznaczał nic dobrego dla Mitry. Kasai osłonił oczy dłonią, chroniąc je przed intensywnym słońcem i mruknął:

- Widzicie to? 

- Łaał... - pokiwał głową Kinsei, oczarowany spektakularną walką.

- On chyba nie mówi o nich - Isao bezceremonialnie chwycił głowę Uzumakiego i przekręcił ją o dziewięćdziesiąt stopni - Patrz.

- Co...? To wygląda zupełnie jak...zamek?

Istotnie, na wysuniętym na zachód wzgórzu piętrzył się sporej wielkości, wykonany z piaskowca pałacyk. Nawet z takiej odległości Akeru mógł zauważyć, że miewał on już lepsze dni. Wiele ścian było pokruszonych, a niektórych w ogóle brakowało. Mimo to liczne wieżyczki zdobiące szczyt fortecy nieustannie przypominały o czasach jej świetności. Bez wątpienia kiedyś stanowiła luksusową rezydencję, ale teraz pozostało po niej niewiele więcej jak cień jej dawnej urody.

- Co on robi w takim miejscu?

- Ten wymiar należał kiedyś do Kaguyi Ootsutsuki - wyjaśnił Akeru, głośno myśląc - To ona była pierwszą użytkowniczką Rinne Sharingana. Ren tylko odziedziczył po niej to miejsce. Kaguyę w czasach jej świetności nazywano Boginią lub też Demonem...wątpię, żeby osoba o takiej randze zadowoliła się tylko naszym światem. Kiedy odwiedzała pozostałe, musiała pewnie gdzieś mieszkać.

- Nie przypomina pałacu godnego księżniczki - ocenił Kasai - Przecież to ruina. Sądząc po wyglądzie to w ogóle cud, że jeszcze stoi.

- Przynajmniej wiek się zgadza. Kaguya żyła w niepamiętanych czasach. Ta budowla już dawno powinna była się zawalić... ale jeśli zbudowano ją z tych samych skał, które tworzą podłoże, to nic dziwnego. Nie wiemy, jak zachowują się wykonane z nich budynki.

- A ty wciąż o tych skałach, Isao...Mnie bardziej interesuje to, co jest w środku.

- To znaczy?

- To znaczy, że mamy przed sobą siedzibę księżniczki klanu Ootsusuki. Kto wie, jakie tajemnice mogą kryć się wewnątrz. Tak mało wiemy o jej klanie...Może tam znajdziemy coś na ten temat?

Jakby w odpowiedzi na jego słowa, spod góry, na której stał zamek, uniosła się gigantyczna kula buzującego ognia. Sądząc po rozmiarach, spokojnie dałaby radę spalić dzielnicę Konohy. Ryczące płomienie Akeru poczuł nawet z takiej odległości. Sfera zajaśniała przez chwię na niebie, wpadając prosto w zachodnią ścianę pałacu i kompletnie ją anihilując. Topiący się i walący kamień wydał spektakularny łoskot, gdy wiekowy pałac w jednym momencie zaczął obracać się w perzynę. Ściany złożyły się jak w domku z kart, a strop zawalił się do środka, podnosząc widoczną z daleka chmurę pyłu. Imponujące jeszcze przed chwilą baszty przybrały teraz znikształconą postać, przypominającą topiące się lody na patyku. Kasai wytrzeszczył w zdumieniu oczy, a szczęka opadła mu niemal do kolan.

- ...Albo i nie.

- Hmm...no proszę - zdziwił się Akeru - Temu całemu Mitrze udało się chyba wkurzyć Rena. 

- Tylko dlaczego musiał celować w ten pałac? Kasai ma rację. Mogliśmy się tam wiele dowiedzieć - jęknął Isao, zerkając tęsknym wzrokiem na dymiące ruiny.

- Znacie go tak dobrze jak ja. Kiedy walczy, zdarza się, że go trochę...ponosi.

- Tak było za czasów przed wojną. Pff...myślałem,  że ponad dwadzieścia lat to wystarczająco, żeby z tego wyrósł.

- Tacy jak on nigdy z tego nie wyrastają.

- Ekhm - odchrząknął Kinsei - Czy tylko ja zauważyłem tą gigantyczną kulę ognia na niebie?

- Nie - odparł Akeru, unosząc brwi - co z nią nie tak?

- Eee...Nieważne.

Grupka ześlizgnęła się po zboczu, zmierzając do podnóża góry, u którego toczyła się walka. Dzieląca ich od niej równina była płaska, ale równie pofałdowana co reszta podłoża. Pokonanie jej zajęło im dużo mniej czasu niż wzgórza. Kinsei czuł się o wiele pewniej na takim terenie, więc mogli poruszać się szybciej. Palące słońce atakowało ich niemiłosiernie i już po krótkiej chwili cała grupka zlała się potem. Przemierzając połacia popękanej ziemi, Akeru czuł się prawia jak na pustyni. Miał kilka razy okazję odwiedzić Sunagakure i były to jedne z najgorszych podróży jego życia. Nie znosił upałów, a ten Kraju Wiatru bardzo przypominał panujący obecnie klimat. Korzystając z tego, że grupka trochę się rozciągnęła, Kinsei zbliżył się do niego i zapytał niepewnie:

- Tato...widziałeś mój pojedynek?

Akeru kiwnął głową, ocierając pot z czoła.

- I...?

- I świetnie się spisałeś, Kinsei. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak bardzo się rozwinąłeś. Znokautowałeś członka Jinchuuriki 10, do jasnej cholery. To chyba mówi samo za siebie?

- Ale...ja przegrałem.

- Przegrałem - warknął - A co to ma za znaczenie? To była przecież konkurencja na szczególnych zasadach. Kiedy się skończyła, wszyscy mówili tylko o tobie, a nie o Takumie. 

- Przeze mnie spadliśmy na drugie miejsce. Nie tylko nie pomogłem mojej drużynie, ale wręcz zniweczyłem to, co do tej pory zdobyła. Akane i Sakuri wygrali swoje konkurencje, przy czym Sakuri dwukrotnie. Zawiodłem was, tato!

- Nikogo nie zawiodłeś. Nie opowiadaj nawet takich głupot. Zwycięstwo nie jest najważniejsze. Godnie zaprezentowałeś siebie, naszą wioskę i całą drużynę przed resztą świata shinobi. Tym razem szczęście nie stanęło po twojej stronie. I co z tego? Wszyscy byli z ciebie dumni. Gdyby nie Mitra, miałbyś okazję sam to zauważyć.

- Spadliśmy na drugie miejsce. Nie przeszkadza ci to?

- Ależ oczywiście, że mi przeszkadza. A w zasadzie przeszkadzało, bo Dai i Sho wygrali swój pojedynek, więc znów wskoczyliśmy na pierwsze...ale nie o to mi teraz chodzi. Sęk w tym, Kinsei, że nie zawsze musisz wygrywać. Życie to nie tylko pasmo zwycięstw.

- Dai i Sho wygrali? - chłopakowi zaświeciły się oczy - Z kim walczyli?

- Z Duetem A-B z Kumogakure.

- I udało im się ich pokonać?! To świetnie! To przecież byli ich najwięksi rywale o tytuł najlepszego duetu shinobi. Jak to wyglądało?

- Spektakularnie - przyznał Akeru - Naprawdę pokazali klasę. A i B nie wiedzieli, co ich uderzyło. Zwłaszcza wtedy, gdy w trakcie pojedynku przez przypadek mocno zranili Shoriego. Dai załatwił ich niemal w pojedynkę. Szczerze mówiąc, to była dość jednostronna walka.

- Słyszałem to! - krzyknął zza ich pleców Isao.

- No i dobrze, że słyszałeś! Szkoda, że tego nie widziałeś, Kinsei. Oni...zaraz. Nie o tym przecież mówiłem - odchrząknął Uzumaki, po czym kontynuował - Chodzi mi o to, że musisz nauczyć się godzić z porażką. Nie tylko ty masz ten problem...Reszta twojego zespołu też chyba na niego cierpi. Nie wiem, co ten Ren wkłada wam do głowy...

- Mistrz Ren nie uczy nas niczego złego - chłopak zrobił naburmuszoną minę - Chcieliśmy po prostu dla was wygrać, tato. Wiem, jak bardzo zależało wam na organizacji tych egzaminów na chuunina.

Uzumaki parsknął śmiechem.

- A więc to tak. W takim przypadku nie potrafię się na ciebie gniewać. Po prostu pamiętaj, że nawet porażka w pięknym stylu też jest powodem do dumy.

- Dokładnie - oznajmił złośliwie Isao, podchodząc do nich i zarzucając Akeru po przyjacielsku dłoń na ramię - Twój staruszek nauczył się tego podczas tych niezliczonych cięgów, które zawsze dostawał od Rena.

- Hę?

- Ty dwulicowy padalcu! Nie przy moim synu! Chyba za dużo przebywasz z tymi swoimi jaszczurkami. Zaczynasz przejmować od nich niektóre cechy!

- Mówisz, że kłamię? Może powinienem opowiedzieć Kinseiowi o Dolinie Końca, hm?

Kinsei patrzył to na jednego, to na drugiego z nich, zupełnie nie rozumiejąc, o czym oni mówią. Akeru, cały czerwony na twarzy, zrzucił dłoń Yumarany ze swojego ramienia, po czym oskarżycielsko wycelował w niego palcem.

- To było nierozstrzygnięte - warknął - Pamiętam to, jakby to było wczoraj. Miałem go już na widelcu, ale wtedy ty się wtrąciłeś i wszystko popsułeś!

- Och, doprawdy? Ja pamiętam to inaczej - Isao uśmiechnął się podstępnie - Zresztą to nie jedyny przykład, który mógłbym tutaj przytoczyć.

- Skończcie błaznować, oboje - odezwał się idący z tyłu Kasai - Jesteśmy prawie na miejscu.

Do objeścia została im już tylko góra, na której wznosił się jeszcze przed chwilą pałac Kaguyi. Zerkając smętnie na płonące zgliszcza, Akeru poprowadził grupę dookoła podnóża wzniesienia. Zajęło to dłuższą chwilę, bo okazało się ono sporo wyższe i szersze niż poprzednia przeszkoda. 

- I jeszcze jedno - syknął do Kinsei Akeru - Jeśli myślisz, że nie zauważyłem, że znowu nadużyłeś swoich zdolności, to grubo się mylisz.

Chłopak przełknął ślinę.

- Zdolności? O czym ty mówisz?

- Nie udawaj głupszego niż jesteś. Mówię o pojedynku. Chyba wyraźnie zakazałem ci przesadzać z mocą Onmyotonu?

- Ale...zrobiłem to, żeby wygrać!

- To tylko głupi turniej. Nie jest wart twojego zdrowia. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale wtedy podczas walki z Z, gdy leżałeś na wpół martwy, to Zetsu uratował ci życie. Był z wami cały czas, chociaż go nie widzieliście. Tylko dlatego tak szybko doszedłeś do siebie.

- Co? Masz na myśli...wolę mistrza Rena?

Akeru kiwnął głową.

,,Mistrza Rena" - pomyślał z satysfakcją - ,,Bardzo dobrze".

- Właśnie tak. Zważywszy na okoliczności, ten jeden raz ci przepuszczę...ale nie rób tego więcej. Pamiętaj, że nie nałożyłem na ciebie tych limitów dla własnej przyjemności.

Blondyn nic na to nie odpowiedział, ale sprawiał wrażenie poruszonego. Akeru wiedział jednak, że to tylko tymczasowa reakcja.

,,Ciekawe kiedy znowu je złamie".

,,Chłopak dużo potrafi" - odezwał się Kyuubi - ,,To nic złego, że korzysta ze swoich zdolności".

,,Ech, może masz rację, Kurama. Po prostu nie chcę, żeby coś mu się kiedyś przez nie stało".

Gdy tylko minęli wzgórze, ukazały im się kolejne, bezkresne przestrzenie usiane powyginanymi nienaturalnie górami. Zauważyli również walczących w powietrzu nad nimi Rena i Mitrę. Uchiha trzymał teraz w ręce duchowy przedmiot swojego Susanoo - Wadatsumi no Shinju. Tym razem nie był on w domyślnej postaci idealnie okrągłej kuli, tylko prostej katany. Ren zapewne nie chciał narażać miecza Sasuke na uszkodzenie w starciu z Vajrą Mitry, więc zdecydował się na o wiele potężniejszą broń. Dwójka latała w powietrzu niczym przerośnięte muchy. Zderzali się orężem tak szybko, że Akeru bez włączonego Byakugana mógł ledwo nad nimi nadążyć. Widział tylko jasne smugi przecinające z każdą chwilą niebo, a następnie odskakujące od siebie, by zaraz znów zetrzeć się w morderczej walce. Każdemu uderzeniu towarzyszyła fala wiatru, która nawet z takiej odległości utrudniała Uzumakiemu utrzymanie równowagi.

- Imponujące - przyznał Mitra, a broń w jego ręce rozpadła się niczym szkło - Jesteś w stanie przetrwać cios mojej Vajry.

- Imponujące - odparł Ren - Jesteś w stanie przetrwać cios Wadatsumi no Shinju.

Ootsutsuki zmarszczył brwi i chyba chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Usłyszał z oddali znajomy głos:

- Ojcze!

- Soma - mężczyzna zerknął przelotnie na zbliżającego się syna - Co robiłeś cały ten czas?

- Ja...szukałem cię, ojcze.

- W takim razie nie szukałeś mnie wystarczająco szybko. Zresztą jak zawsze. A teraz odsuń się. Vajra na niego nie wystarczy. Muszę sięgnąć po coś bardziej zaawansowanego.

- Ale...

- Powiedziałem odsuń się! Chyba, że też chcesz oberwać!

Soma posłusznie przelewitował za plecy ojca, który złożył dłonie w jakąś dziwaczną pieczęć. Przycisnął do siebie palce, nie licząc wysuniętych w górę środkowych. Akeru nigdy nie widział czegoś takiego i z ciekawości aktywował Byakugana. Podczas gdy Mitra kontynuował używanie coraz to nowych znaków, zaobserwował niesamowitą technikę, z jaką mieszał chakrę. Używał on zupełnie obcych ręcznych pieczęci, co dawało dość zaskakujące skutki. Niektóre rozwiązania Akeru przyjął z podziwem. Wyglądały prawie jak dzieło jakiegoś geniusza. Sam, konserwatywnie używając wyuczonych znaków, nigdy nie wpadłby na to, że można w ten sposób manipulować i kompresować chakrę. Mimo to niektóre fragmenty pieczęci Mitry wydały mu się zaskakująco prymitywne. To, co on sam uważał za banalne i oczywiste, najwyraźniej nie było takie dla Ootsutsukiego.

- Hej, Akeru - odezwał się Isao - widzisz to?

- Taa...Używa zupełnie innych ręcznych pieczęci. Ten przepływ chakry...to dość odkrywcze podejście do tematu. Mimo to, robi to trochę w archaiczny sposób. W sumie to nic dziwnego. Klan Ootsutsuki nigdy nie miał styczności z naszą wersją. Rozwinął się tam, gdzie my kulejemy, ale nie pozostaliśmy im najwyraźniej dłużni.

Ich rozmowę przerwał Mitra, który skończył manipulować chakrą. Złożył wertykalnie dłonie, w których zaczęła kotłować się gęsta masa powietrza. Wirujące, szare tornado skompresowało się w formie kuli, buzując, jakby w każdej chwili mogło wystrzelić. Akeru Byakuganem zobaczył niezwykle intensywną dawkę chakry skompresowaną niemal do postaci bomby. Już wiedział jak będzie wyglądała ta technika, choć wcale mu się to nie podobało.

- Futon - wyszeptał niemal z nabożną czcią Mitra - Kamisabaki.

Rozłożył delikatnie ręce, a kula chakry pomiędzy nimi uległa dekompresji. Wirujące wściekle tornado wystrzeliło do przodu, poszerzając się z każdą sekundą. Nim dotarło do celu, osiągnęło gigantyczne rozmiary. Miało co najmniej piętnaście metrów średnicy, a posuwało się z taką predkością, że Ren nawet nie zdążył zareagować. Spomiędzy szczelin jego rogatej maski Akeru zobaczył, jak otwiera szeroko oczy, po czym znika w leju. Wiatr poniósł go daleko na drugi koniec doliny, wbijając brutalnie w ścianę wzgórza. Kamień popękał, wydając niebezpieczne odgłosy, gdy tornado bezlitośnie zaczęło drążyć w nim otwór. Powoli osłabło, ostatecznie znikając i ukazując wgniecionego głęboko Uchihę. 

- Mistrzu! - zawołał przerażony Kinsei.

Ren otworzył oczy, wyrywając unieruchomione w skale dłonie. Po czaszce Susanoo z trzaskiem rozeszły się długie pęknięcia. Po chwili cała lewa strona rozsypała się w drobny mak, ukazując poważną jak śmierć twarz Uchihy. Pod spodem prezentowała się równie demonicznie.

- Dokładnie tak jak podejrzewałem. Chakra Sześciu Ścieżek to nie przelewki.

- Co masz myśli, tato?

- Chakra Sześciu Ścieżek jakością kompletnie odstaje od ludzkiej - wyjaśnił zamiast niego Isao - To tak jakby kropla nafty potrafiła wywołać pożar. Technika, którą właśnie zobaczyłeś, wcale nie była specjalnie skomplikowana. Co najwyżej rangi B, nie lepiej. Gdyby wykonał ją normalny człowiek i włożył w to tyle samo chakry, co Mitra, to co najwyżej powaliłaby drzewo. Ale użyta do niej chakra Sześciu Ścieżek...ona zwiększyła jej moc kilkukrotnie. 

- Czy to znaczy, że mistrz Ren ma kłopoty?!

- Nie...spokojnie. Jestem przekonany, że sobie z nim poradzi, ale nie przypuszczałbym, że twój porywacz będzie dysponował taką mocą. Akeru...teraz naprawdę chętnie bym się do nich dołączył.

- Mnie to mów. Na razie niech sobie walczą, ale nie ma szans, że Ren zgarnie mi sprzed nosa zakończenie tego wszystkiego. 

Uchiha tymczasem odpadł już od skalnej ściany i, unosząc się w powietrzu, przyglądał się ponuro przeciwnikowi. Maska Susanoo już się regenerowała, ponownie pokrywając mu twarz warstwą grubej kości. Na tym się jednak się skończyło - wokół zbroi zaczęły wić się niezliczone, cienkie pasemka mięśni, okalając dokładnie całe ciało użytkownika.

,,Kompletna forma Suanoo Rena" - pomyślał Akeru - ,,Forma pancerza. To wciąż niewiele...ale nie użyłby tego, gdyby Mitra sobie na to nie zasłużył".

Może i powienien się zmartwić, ale poczuł tylko ukłucie escytacji. Wreszcie znaleźli przeciwnika, który prezentował zbliżony do nich poziom.

***

- Serio? W takim momencie? Co ty właściwie pijesz?

Sakuri z lekkim zażenowaniem wprowadzał razem z Akane ostatnie poprawki do ich strategii. Choć konkurencja miała się lada chwila rozpocząć, dziewczyna ze stoickim spokojem popijała z bidonu jakiś napój. Hatake nie podzielał jej nastroju. Cały gotował się z nerwów, nie mogąc oderwać wzroku od bladego światła areny na końcu tunelu.

- Mleko - wyjaśniła, potrząsając bidonem i ocierając z twarzy białe wąsy - Dobre na kości.

- Ha-ha. Bardzo śmieszne. Bo to był żart, prawda?

Akane nie odpowiedziała i tylko ruszyła przed siebie. 

- Hej, poczekaj. Nie ustaliliśmy jeszcze wszystkich szczegółów.

- Zapowiadają nas na arenie. Chyba nie chcesz kolejnego walkovera?

- Ee...nie. Nie słyszałem. Odnośnie taktyki...

- Absolutna obrona. Walczymy tylko, kiedy musimy, oszczędzamy maksymalnie siły. Czekamy, aż nasi przeciwnicy sami siebie wykończą. Nie używamy chakry, chyba że będzie to konieczne. Coś pominęłam?

- W sumie to nie. Po prostu pamiętaj, że czekamy na powrót reszty drużyny. Nie wiem nawet, czy w ogóle sędzia pozwoliłby im dołączyć w trakcie, ale to nasza ostatnia nadzieja.

- Porzuciłam ją dawno temu. Jeśli jeszcze do tej pory nie wrócili, to znaczy, że nie możemy na nich liczyć. Jeśli nie wygramy tego sami, nikt tego za nas nie zrobi.

- Ale zasady nie określają dokładnie, że cała drużyna musi stawić się od razu na początku wyzwania. Każdy członek ma prawo to zrobić, ale nikt nie sprecyzował kiedy.

- Zmierz się z rzeczywistością. Zostaliśmy tylko we dwójkę, nawet Tenrou nie może nam pomóc. Szanse na zwycięstwo są minimalne.

Sakuri spuścił głowę. Rozmawiał już z sędzią pomocniczym, ale ten kategorycznie zabronił ninkenom uczestnictwa w tej konkurencji. Nie podobało mu się to, ale ciężko było odmówić takiej decyzji logiki. Jeśli Tenrou jako ostatni zostałby na polu bitwy, byłoby to trochę niesprawieliwe wobec rywali. Pomimo wyeliminowania wszystkich przeciwników, musieliby zmierzyć się jeszcze z rozwścieczonym psem, nim otrzymaliby punkt.

- Więc chcesz się po prostu poddać?

- Tego nie powiedziałam - Akane potrząsnęła gwałtownie włosami - Shinobi często muszą mierzyć się z niemal niemożliwym wyzwaniem. To jedna z podstawowych reguł naszego fachu. Misja to misja i trzeba ją wykonać, nieważne jak skomplikowana się wydaje.

- Takie podejście wolę zdecydowanie bardziej.

- W takim razie szkoda, że nie jesteś kapitanem. Wtedy może obchodziłoby mnie, czy podoba ci się moje nastawienie.

- Dlaczego taka jesteś? Wobec mnie i reszty? Nikt z nas nie zrobił nic, żeby cię urazić ani nic z tych rzeczy. No, nikt oprócz Daia. A mimo to traktujesz nas jak worki do bicia. Dlaczego?

Przez chwilę przez jej twarz przebiegła nutka zdziwienia, którą szybko zastąpił lekki uśmieszek.

- To zabawne patrzyć jak się płaszczycie.

- No wiesz?!

- Sam spytałeś. No chodź już, nikt nie będzie na nas czekał.

- Mówisz to jako mój kapitan?

- Oj, chodź...Jak z dzieckiem. Naprawdę musimy się pospieszyć. Jeśli to cię pocieszy...nie jesteś znowu taki zły, Sakuri Hatake.

Stanął jak wryty, po raz pierwszy słysząc coś miłego z ust dziewczyny. Lekko oszołomiony, ale też bardzo szczęśliwy dogonił ją, teraz dużo optymistyczniej patrząc w przyszłość. Zbliżające się światło na końcu tunelu nie budziło w nim już takiego przerażenia. Teraz naprawdę poczuł, że Akane jest jego kompanką...że może na niej polegać. To była wyjątkowa chwila...aż przerwało ją ciche siorbanie.

- Znowu to mleko? O co z nim w ogóle chodzi?

- Mówiłam ci przecież. Jest dobre na kości.

- Ty tak na poważnie?! I ja mam niby uwierzyć, że twoje kości potrafią wytrzymać cios miecza tylko dlatego, że dziennie pijesz sobie szklaneczkę mleka?!

- To nie działa w ten sposób.

- W takim razie jak?

- Ciało niektórych członków klanu Kaguya potrafi kontrolować wzrost swoich osteoklastów i osteoblastów. To tak w skrócie...generalnie wiesz, na czym polega moje Kekkei Genkai. Tworzenie i kontrola kości. Sęk w tym, że w pełni korzystać z tego mogą tylko dorośli Kaguya.

- To znaczy?

- Shikotsumyaku nie działa tak jak wasz Sharingan. W klanie Uchiha przebudzić go potrafiły nawet dzieci. Nasze Kekkei Genkai działa zupełnie inaczej. Nim będziemy mogli go swobodnie używać, nasz organizm musi się odpowiednio rozwinąć. Wykształcenie tych umiejętności zajmuje wiele lat. Do tego czasu wytwarzanie kości jest ograniczone i po przekroczeniu pewnego limitu zaczyna wycieńczać organizm. Mój sześcioletni brat ledwo potrafi wyjąć i ukształtować sztylet z kości strzałkowej. Cokolwiek więcej kompletnie go wykańcza. Dopiero po osiągnięciu dorosłości można swobodnie korzystać z Shikotsumyaku, nie zważając na ograniczenia. Aż do tego czasu limit stopniowo wzrasta, aż ostatecznie kompletnie zanika. 

- Rozumiem, że ty jeszcze tam nie dotarłaś. Ale po co ci to mleko? - Sakuri uniósł brwi.

- Uzupełnianie wapnia odciąża organizm z jego produkcji i w rezultacie przyspiesza regenerację. Podczas tamtej walki na palach użyłam Tańca Paproci, przez co niebezpiecznie zbliżyłam się do mojego limitu. Jeśli chcę jeszcze używać pełni zdolności podczas finału, muszę sobie trochę pomóc.

Sakuri zadumał się i pokiwał głową. 

- Nie miałem pojęcia, że tak to u was wygląda. Jeśli do tej pory brodziliśmy po kolana w błocie, to teraz sięga nam ono do szyi.

- Nie przesadzaj. Wciąż jestem w stanie wytwarzać kości, a poza tym nie robiłam dużego użytku z poziomu drugiego Shikotsumyaku. Wciąż mogę syntezować mięśnie bez żadnej obawy.

- Hm, no tak - zgodził się, nie do końca przekonany - ale pomyśl o tym, z kim mamy do czynienia. Wszyscy ci, których do tej pory pokonaliśmy, zyskali właśnie szansę na rewanż. Jak nic staniemy się ich pierwszym celem.

- Pierwsza pada zawsze najsłabsza zwierzyna. Czy jesteś słaby, Sakuri Hatake?

- Nie! Nie to miałem na myśli! Ale pomyśl tylko o tym, ile osób chciałoby się na tobie odegrać. Najbardziej oczywisty przykład to Kouta. Naprawdę myślisz,że w takim stanie dasz mu radę?

- Oczywiście. Teraz i tyle razy ile będzie trzeba. Jeśli bym z nim przegrała, to znaczyłoby to, że nie zasługiwałam na tamto zwycięstwo.

- Ech...no to miejmy nadzieję, że jednak zasługiwałaś.

Zobaczyli zbliżające sie ku nim światło stadionu. Mogli już usłyszeć stłumiony ryk widowni, która z niecierpliwością oczekiwała rozstrzygnięcia turnieju.

- Akane?

- Co znowu?

- Chcę tylko powiedzieć, że...że niezależnie od wyniku tego pojedynku, cieszę się, że mieliśmy okazję należeć do jednej drużyny.

- Znowu uderzasz w te dramatyczne tony.

- Heh, przepraszam. Tak po prostu wpadło mi to do głowy. Sam nie wiem, o czym ja myślę w takiej chwili...

Dziewczyna westchnęła.

- Nie tłumacz się. Ja też się z tego cieszę. 

Sakuri zamrugał oczami i odwrócił się ku niej, ale w tej samej chwili zalało ich oślepiające światło stadionu. Od razu zajął się bardziej doraźnymi sprawami. Po raz ostatni wyszli na uklepaną ziemię areny, na której czekała już reszta zawodników. Tak jak podejrzewali, przywitały ich burza oklasków i nieprzychylne spojrzenia ze strony rywali.

- Proszę, proszę - odezwała się Junko Kagane z Iwy - kogo to niesie. A już myślałam, że znowu ominie nas zaszczyt goszczenia zespołu Konohy.

Akane tylko łypnęła na nią groźnie.

- Kinsei jest niedysponowany - wyjaśnił Sakuri - To dlatego nie mógł stawić się na pojedynek z wami. A co do naszego spóźnienia...przepraszamy, że musieliście czekać.

- Całkiem wygodna wymówka, ale widzę, że brakuje wam nie tylko jego. Co stało się z Bliźniaczymi Smokami? Po ich ostatnim przedstawieniu chciałabym mieć okazję zmierzyć się z nimi sam na sam.

- Przykro mi, ale nie masz z nimi szans, Junko - odezwał się znajomy głos z grupki Kumo - Ci dwaj przewyższają cię o lata świetlne.

Zaskoczony Hatake ujrzał w tłumie Kirę, która uśmiechnęła się wesoło i pomachała mu ręką.

- Kira Yumarana - pufnęła reprezentantka Kamienia - Ze wszystkich osób, które mogłyby stanąć w ich obronie, ciebie spodziewałam się najmniej. Czy Kumogakure nie rywalizuje z Iwą i Konohą o pierwsze miejsce?

- Rywalizuje. Nie znaczy to jednak, że musimy być dla siebie wrogami. Ideą tego turnieju jest nawiązywanie więzi między wioskami.

- Dobrze powiedziane, młoda damo - zgodził się sędzia - Skoro wszyscy już się zebrali, możemy chyba przejść do sedna?

Junko tylko założyła ręce na piersi i odwróciła się, obrażona. Zbiło to staruszka nieco z tropu, w wyniku czego konkurencja wciąż się nie rozpoczynała. Podrapał się po głowie, zastanawiając się, czy kunoichi tylko udaje.

- Spotykamy się już po raz trzeci, Akane - odezwał się ciepło Kouta - To chyba przeznaczenie.

- Chciałbyś - syknęła dziewczyna.

- Skąd to chłodne przywitanie? W przeciwieństwie do niektórych tutaj, nie jestem waszym wrogiem.

- Rozumiem, że w takim razie nie będziesz próbował nas wyeliminować?

- Tego nie powiedziałem - zaśmiał się - Wszyscy chcemy przecież wygrać. Ale obiecuję, że na pewno nie traficie na mój celownik w pierwszej kolejności.

- Jakież to szczodre z twojej strony.

- Doceniamy to - wtrącił się Sakuri - Ty też możesz liczyć od nas na to samo.

Akane spojrzała na niego z wyrzutem, ale Hatake dobrze wiedział, co robi. We dwójkę potrzebowali każdego sojusznika, którego mogli zdobyć. Mimo to, ich sytuacja nie prezentowała się tak tragicznie, jak na początku podejrzewał. Mało która drużyna występowała w pełnym składzie. Właściwie to tylko Kirigakure i Iwagakure obyły się bez strat w zawodnikach, przy czym Takuma z Kamienia wyglądał, jakby miał się zaraz przewrócić. Sunie brakowało Pakiego Kagiro, którego wyeliminował wcześniej Sakuri razem z Kirą. Nic dziwnego - bez swojej zbroi nie nadawał się do jakejkolwiek walki. Nieobecni byli również A i B z Chmury. Po takim łomocie, jaki spuścili im Dai i Sho, w ogóle go to nie zdziwiło. Na ich miejscu w ogóle cieszyłby się, jeśli dałby radę wziąć udział w przyszłym turnieju.

- Brakuje kilku osób - szepnął do Akane - To dobrze.

Drużyny zerkały po sobie, nieraz z nieukrywaną wrogością. Nie dało się nie zauważyć, że większość zawodników wciąż ma porachunki, które chciałaby wyrównać. Niektóre z nich dotyczyły najwyraźniej nawet samego Sakuriego. Przekłnął ślinę, gdy zobaczył ogromnego jak góra, pokrytego bliznami shinobi patrzącego mu prosto w oczy. Mężczyzna splunął w bok, co z pewnością nie było gestem przyjaźni.

,,Pospieszcie się, chłopaki".

- Czy możemy już wreszcie zaczynać? - zapytał Haru Terumi - Jeśli Junko nie chce brać udziału, to niech po prostu zrezygnuje.

- Jak śmiesz - warknęła dziewczyna, podchodząc niebezpiecznie blisko shinobiego - Tobie to pewnie i tak wszystko jedno. Mgła i tak nie ma już nic do stracenia.

- Wciąż mamy do stracenia cenny czas. Jak na razie robisz wszystko, żeby nas z niego obrabować.

- Jakoś nie narzekałeś, gdy czekaliśmy na zespół Liścia.

- To było już jakiś czas temu. Za to teraz, kiedy nic już nas nie powstrzymuje, robisz awanturę z byle powodu.

- Czy to nie oczywiste, że oni coś planują? Tylko spójrz. Brakuje im trzech zawodników. Nie sądzisz, że to podejrzane? Nie pozwolę, żeby powtórzyła się sytuacja z monolitem.

- Mistrz Ren nie bierze udziału w tej konkurencji - uśmiechnął się złośliwie Sakuri - Możesz spać spokojnie.

- Nie boję się ani was, ani Rena Uchihy. 

- A powinnaś - wtrąciła ni stąd, ni zowąd Akane.

Hatake popatrzył po niej dziwnie, ale nic już więcej nie powiedział.

- Dopilnuję, żebyście znowu nie próbowali żadnych sztuczek - ostrzegła ich dziewczyna - Do tej pory może udało wam się zdobyć to pięć punktów, ale tym razem już przed nami nie uciekniecie. Zobaczycie, jak wielka różnica dzieli Kamień od Liścia.

- Lepiej bym tego nie ujęła - Kaguya spiorunowała ją wzrokiem zimnych, jasnych oczu - Przepaść doprawdy jest ogromna.

,,Rany, ale z tej Junko jędza" - zdał sobie sprawę Sakuri - ,,Ktoś tutaj bardzo chce wygrać".

- Prawie tak ogromna, jak ta, w którą spadłaś, byle by tylko pociągnąć za sobą Toshiego - zakpiła kunoichi.

- Hyahaha! - zaśmiał się wspomniany shinobi - To faktycznie było sprytne. A jakie ekscytujące!

- Ugh...nie pomagasz, matołku.

- A więc teraz przeszkadzają ci członkowie twojej własnej drużyny, co? Żałosne.

- Hej, uważaj jak mówisz do Junko! - warknął nieznajomy, barczysty shinobi z Kamienia.

- Ojej, a jeśli nie przestanę? Co wtedy zrobisz?

,,Akane" - pomyślał błagalnie Hatake - ,,Proszę cię, nie prowokuj ich..."

Było już jednak za późno. Shinobi zacisnął rękę w pięść i podszedł do dziewczyny. Przewyższał ją o głowę, ale mimo to patrzyła na niego jak wilk na przyszłą ofiarę.

- Ej, cofnij się - oznajmił stanowczo Sakuri, starając się ignorować fakt, że i od niego przeciwnik wyższy był o dobre pół głowy - Nie chcesz mieć w niej wroga.

Gruba jak pyton ręka automatycznie powędrowała ku jego karkowi, ale zatrzymała się w pół ruchu. Akane złapała ją z taką siłą, że aż zatrzeszczały kości. Wykręciła ją w łokciu tak mocno, że shinobi zapiszczał jak mała dziewczynka.

- Hej! - zaprotestowała Junko i, podobnie tak jak cała drużyna, postąpiła krok do przodu.

- Puść go!

- Chcesz walki tu i teraz?!

Sakuri w odpowiedzi sięgnął po odziedziczony po ojcu miecz, trzymając czujnie dłoń na rękojeści.

- Puść! - zawył shinobi z Iwagakure.

- Dlaczego miałabym to zrobić? Zaatakowałeś mojego kompana. Działałam w samoobronie.

- Pusć tego człowieka - rozkazał sędzia, mocno poirytowany całym zajściem - Liczę do trzech. W przeciwnym wypadku drużyna Liścia zostanie zdyskwalifikowana!

Kaguya prychnęła i odepchnęła przeciwnika do przodu, prosto w grupkę jego sojuszników. Kiedy już odetchnął, rzucił jej jeszcze buńczuczne spojrzenie, ale więcej się nie odezwał.

- To nie Akane pierwsza zaatakowała - zaprotestowała Kasumi Mochizuki - Jeśli ktoś ma być tutaj zdyskwalifikowany, to Kamień za prowokowanie przeciwników.

- Coś ty powiedziała...?! - warknęła Junko.

- Z drugiej strony, ta samoobrona była mocno przesadzona - odezwał się ze stoickim spokojem Yuji. Brzmiał tak, jakby ta sytuacja nie mogła mniej go interesować. - Nazwałbym to obupólną winą. A teraz...czy możemy wreszcie zaczynać?

- Doskonały pomysł! - podchwycił sędzia - Drużyny...rozejść się na wyznaczone pozycje!

Zawodnicy spojrzeli jeszcze po sobie spode łba, w dużo bardziej bojowych nastrojach niż wcześniej. Nikt jednak nie zaprotestował.

,,Pięknie" - westchnął w myślach Sakuri - ,,To by było na tyle, jeśli chodzi o nie przyciąganie uwagi...Ech, ta Akane. Jest zbyt dumna, zupełnie jak mistrz Ren".

- Ekhm - sędzia odchrząknął - Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, odbędzie się teraz finalna runda Turnieju Pięciu Wiosek. Zasady są wam znane. Za ich złamanie karą jest dyskwalifikacja z konkurencji. Czy wszyscy są gotowi? - rozejrzał się po zawodnikach - Doskonale. Walczcie!

Sakuri niczym w zwolnionym tempie obserwował opadającą rękę staruszka.

,,Teraz albo nigdy" - pomyślał.

***

- Oraah! - ryknął Mitra, zamierzając się do ciosu przypominającą buławę Vajrą.

Ren w odpowiedzi machnął guan dao Susanoo, rozbijając broń w drobny mak. Wykonane ze zbitej chakry, szklane odłamki posypały się na wszystkie strony. W następnej sekundzie na twarzy Ootsutsukiego wylądowała odziana w ciężki but stopa.

- Ugh!

Wpadł w ścianę wzgórza, wybijając w niej sporą dziurę. Na tym się jednak nie skończyło. Uchiha machnął pierzastymi skrzydłami i dobił go kolanem, wciskając jeszcze głębiej i sprawiając, że z ust Mitry trysnęła krew. Zamierzył się do kolejnego ciosu, ale w tym samym momencie usłyszał:

- Katon: Hirokeihatsu!

Z otworu eksplodował dość cienki, ale niezwykle intensywny strumień ognia. Technika z całą pewnością wymagała dobrej kontroli chakry, bo płomienie nie zachowywały się tak jak zazwyczaj. Przypominały raczej skoncentrowany promień niż normalną technikę Katonu. Ren przyjął je prosto na zasłoniętą maską twarz. Rozległ się dźwięk przypominający skwierczące ognisko, po czym metr po metrze, Uchiha został powoli przesunięty w tył. Zaparł się nogami o ziemię, ale jutsu było tak intensywne, że potrafiło oprzeć się nawet sile poziomu drugiego zbroi Susanoo. Guan dao zafalowało i przybrało ponownie formę perły trzymanej w trzeciej ręce, przy czym sam Ren skrzyżował przed sobą pozostałe dwa ramiona.

,,Znowu" - zauważył Akeru - ,,Znowu ratuje go chakra Sześciu Ścieżek. Kto by pomyślał, że technika Uwolnienia Ognia rangi A wystarczy, by oprzeć się potędze Susanoo".

,,Ren wciąż nie dał z siebie wiele. Nie przesadzaj z tym dramatyzmem. To wciąż nie jest nawet pełna forma Susanoo...nie mówiąc już o perfekcyjnej".

,,Tak, wiem...ale pamiętasz może ostatni raz, kiedy ktoś sprawił Renowi tyle problemów? Od dawna nie widziałem walki na takim poziomie".

Ziemia wokół stóp Uchihy zaczęła się topić, rozpływając się w parującą papkę. Mitra wygramolił się z dziury, cały czas utrzymując strumień skoncentrowanych płomieni. Wydawało się, że powoli zdobywa przewagę. Ren bez przerwy powoli się cofał, przyjmując całą technikę na ręce. Ostatecznie uniósł je nad głowę, odbijając jutsu pod kątem niemal dziewięćdziesięciu stopni. Gorejąca flara wystrzeliła w niebo, gdzie rozrzedziła się, przypominając spektakularne fajerwerki.

- Tch - Mitra przerwał technikę i otarł krew z ust - Co za niespodzianka. Udało ci się złamać moją Vajrę. Chyba będę musiał utwardzić ją jeszcze bardziej.

Ren tylko postąpił krok do przodu. Na zbroi Susanoo nie pozostał nawet ślad po ataku. Odziany w kompletną wersję tej techniki, Uchiha w ogóle nie przypominał dawnego siebie. Susanoo pokryło całe jego ciało orientalną zbroją upstrzoną zawijastymi wzorami. Twarzy również nie było widać. Jedynie prześwitujące przez otwory w masce oczy i odbijający się w krysztale na czole trzeci Rinne Sharingan wskazywały na to, że w środku faktycznie znajduje się człowiek. Sama maska, bardziej podobna do hełmu, przypominała pysk węża z wystającymi, długimi kłami. Odchodząca od niej grzywa falujących dziko, spiętych po dwóch stronach twarzy włosów okalała resztę głowy użytkownika.

- Zachowujesz się jak nie wiadomo kto, a w rzeczywistości chowasz się w przestrachu za tą swoją zbroją - zakpił Mitra - Chyba nie jestem aż tak przerażający?

- Jak do tej pory użyłem przeciw tobie tylko jednego jutsu - oznajmił Ren, idąc pewnym krokiem przed siebie. Pierzaste skrzydła na plecach nadawały mu dziwnego majestatu - Mimo to już teraz próbujesz grać na czas. Na twoim miejscu solidnie bym się zastanowił. Jeśli taki problem sprawia ci Susanoo, to nie masz co myśleć o pokonaniu mnie.

- Ach, Ren - pokręcił głową Ootsutsuki - Chyba naprawdę nie uważasz, że to wszystko, co potrafię? Wszyscy mamy swoje małe sztuczki...a ja wciąż trzymam w rękawie kilka asów.

- On nie blefuje - szepnął do Akeru Isao - Widzę Genshiganem jego ruchy. Są dość nonszalanckie i w żadnym wypadku nie desperackie. Ren zaskoczył go kilka razy, ale to wciąż nie jest prawdziwa moc Mitry.

- Nawet jeśli tak, to z Renem jest tak samo.

- Wciąż testują się nawzajem. Heh...to naprawdę przypomina dawne czasy.

Widząc kroczącego ku niemu, kompletnie niewzruszonego przeciwnika, Ootsutsuki najwyraźniej postanowił działać. Wzniósł się wysoko w powietrze i stanął na szczycie wzgórza, które wciąż dymiło od techniki Katonu Rena. Złożył dłonie w kilka kolejnych dziwnych pieczęci, po czym klasnął nimi w charakterystyczny sposób. Pomimo użytych nieznanych mu znaków, po tym geście Akeru rozpoznał jutsu Uwolnienia Ziemi.

- Doton: Yamanadare!

Rozległ się donośny trzask, jakby góra pod Mitrą nagle ożyła. Przez jej środek przeszła długa, sięgająca podstawy szczelina, rozdzielając ją na dwie części. Ootsutsuki uśmiechnął się paskudnie, gdy jedna z połówek zaczęła powoli przechylać się w ich stronę. Rozmiarami niemal dorównywała dolinie, w której się znajdowali. Ucieczka była więc niemożliwa. Ren zerknął na siebie i zza maski popatrzył Akeru prosto w oczy. Uzumaki kiwnął głową i w tym samym momencie Uchiha zniknął. Góra nachyliła się jeszcze bardziej, akurat na czas, by zasłonić swym cieniem zdumionego Mitrę.

- Huh...?

Kątem oka zdążył zobaczyć jeszcze stojącego na szczycie przepołowionego wzgórza Rena, który obserwował to wszystko z założonymi na piersi rękami.

- Niech ci... - nie dokończył, bo w tej samej chwili nakryła go upadająca warstwa kamieni.

Akeru usłyszał krzyk Kinseia i uśmiechnął się sam do siebie.

,,No, najwyższy czas pokazać chłopakowi coś godnego zapamiętania" - pomyślał - ,,Najdalej ode mnie stoi Kasai...Jakieś pięć metrów średnicy powinno wystarczyć".

Aktywował Byakugan i skupił się. W chwili, gdy całą czwórkę nakryła gigantyczna, upadająca skała, wykrzyknął:

- Hakkesho Kaiten!

W wyuczony sposób przybrał odpowiednią pozycję i rozpędził się, obracając się na pięcie. Ze wszystkich tenketsu wypuścił duży ładunek chakry, bo powstała bariera objęła również jego sojuszników. Wirując, Byakuganem zobaczył jak kamień ustępuje technice, która zadziałała bardzo podobnie do wiertła. W uszach dędniło mu od kruszących się i rozrzucanych na wszystkie strony odłamków, ale uznał, że biorąc pod uwagę obecną sytuację, mogło być zdecydowanie gorzej.

,,No i co, Kurama? Kto niby wyszedł z wprawy?!"

,,Uważaj, bo się potkniesz" - odparł z przekąsem lis.

,,Bardzo śmieszne. Widziałeś wyraz twarzy Mitry, jak zwaliła się na niego ta góra? Chciałbym to uwiecznić".

,,Fakt, użycie Amenotejikary było niezłym pomysłem...Pytanie tylko, czy to wystarczy, żeby go pogrzebać?"

Odpowiedź na to pytanie musiała jeszcze trochę poczekać. Przewiercenie się przez resztę upadającej góry zajęło Akeru trochę czasu. Kiedy przestał słyszeć odgłosy roztrzaskujących się głazów, powoli zwolnił wirowanie. Dezaktywował Byakugan i rozejrzał się dookoła. Dolina zamieniła się w istne pobojowisko, usiane grubą warstwą ogromnego gruzu. Tylko w niewielkiej odległości od nich wszystko wyglądało tak jak przedtem. W wyniku tego znaleźli się w swoistym dołku, otoczeni ze wszystkim stron stromymi ścianami odłamków. Uzumaki wspiął się na jedną z nich i dał znak przyjaciołom, by za nim podążyli.

- Nie idziesz? - zapytał Kasai, wyciągając rękę ku trzęsącemu się Kinseiowi.

Chłopak wyglądał na przerażonego. Akeru nie mógł patrzeć na niego w takim stanie. Najchętniej podszedłby do niego i go pocieszył, ale jeśli Kinsei rzeczywiście miał być prawdziwym shinobi, to w takich chwilach musiał wziąć się w garść.

- Kinsei!

- C...co to było, tato? - zapytał, podnosząc na niego wielkie oczy - Cała góra...zawaliła się na nas! Jak...?

- Ochroniłem nas. A teraz wstawaj. Nie wiemy, czy to już koniec.

- Ale...jakim cudem powstrzymałeś coś takiego?!

- Myślałeś, że tylko Ren potrafi walczyć na takim poziomie? - prychnął Akeru - No wiesz? Miej trochę wiary we własnego ojca.

- Swoją drogą dzięki za wyręczenie mnie - Isao strzelił kilka razy knykciami - Chociaż nie musiałeś tego robić.

- Lepiej bym tego nie ujął - zgodził się Kasai.

- Dajcie spokój. To nie konkurs. Lepiej powiedzcie mi, czy widzicie gdzieś Mitrę.

Cała czwórka rozejrzała się, ale po mężczyźnie nie było ani śladu. Co prawda wszędzie unosił się jeszcze pył po upadku, ale z dużą dozą pewności mogli stwierdzić, że Ootsutsuki zginął pod gruzami.

- Więc...to koniec? - zapytał Kinsei.

W chwili, gdy to mówił, przez warstwę kamieni przebił się ostry, długi kształt. Czerwona klinga wykonała okrężny ruch, a następnie zniknęła. Kilka sekund później głazy poruszyły się, a z dziury wygramolił się nikt inny, jak sam Mitra Ootsutsuki. Nie wyglądał najlepiej – jego szata była potargana, a jednego z rękawów kompletnie brakowało. Akeru ze zdziwieniem zauważył, że zaczyna się ona jakby regenerować. Powoli z powrotem pokryła naznaczone głębokimi bliznami ramię Ootsutsukiego.

- Byłby z ciebie dobry żołnierz, Ren – Mitra wzniósł się powoli w powietrze, rozcierając obolałe miejsca – Potrafisz myśleć pod presją. Choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że za bardzo polegasz na mocach Rinne Sharingana. Czy naprawdę nic innego sobą nie prezentujesz?

- Posiadam tą moc tylko dzięki mojemu bratu. To jego oczy...a Hayato mówi, że też chciałby odpłacić ci za podnoszenie ręki na jego bratanków.

- No proszę. Zabiłeś własnego brata, żeby zabrać mu oczy? Bezwzględne, ale godne podziwu.

Nawet z takiej odległości Akeru zobaczył tężniejącą twarz Uchihy.

- Lepiej dobrze waż słowa. Nie masz prawa mówić o Hayato. Nie zabiłem swojego brata...tylko wy Ootsutsuki bylibyście do czegoś takiego zdolni. Te oczy to pamiątka...wkład Hayato w ochronę odradzającego się klanu Uchiha.

- Cóż, na dłuższą metę nie ma to większego znaczenia, czyje to oczy. Rinne Sharingan posiada ogromną moc. Podobnie jak Kinsei, nie potrafisz zrobić z niej pełnego użytku. Brak ci chakry, żeby wykorzystać boską potęgę, którą oferuje. Właśnie dlatego zabiorę ze sobą te oczy, Renie Uchiha. Z ich pomocą odbudowa mojej planety będzie zdecydowanie łatwiejsza. Myślę, że twój brat też byłby zadowolony. Jego oczy posłużą sprawie jeszcze większej, niż wskrzeszenie waszego nędznego klanu.

Ren już nie słuchał. Zeskoczył z przeciętego klifu, nawet nie próbując hamować skrzydłami. Wbił się opancerzonymi stopami w ziemię, tworząc pod spodem popękany krater. Rozległ się gromki huk, jakby jakiś zabłąkany głaz z opóźnieniem trzasnął o ziemię. Z opuszczoną głową i zaciśniętymi pięściami, Uchiha zaczął powoli iść ku lewitującemu Mitrze.

- Nie! - rozległ się głos zza Akeru – Nie pozwolę ci!

Obok ich grupki przemknął biały kształt, który wylądował przed Renem. Soma machnął długim jak lanca mieczem, wywołując tnący podmuch wiatru. Uchiha uchylił się od niechcenia, a atak trafił w skały za nim, zostawiając w nich metrową bruzdę.

- Soma? Czy nie mówiłem ci, że masz się nie wtrącać?!

- Przepraszam, ojcze, ale nie mogę stać bezczynnie, gdy on próbuje cię skrzywdzić – odparł z zadziwiającą pewnością siebie chłopak – Ochronię cię.

- Zwariowałeś? Nie masz z nim szans!

- Przestań traktować mnie jak dziecko. Opanowałem każdą technikę, którą do tej pory chciałeś mnie nauczyć. Jestem gotowy!

- Jeśli nie chcesz, żebym cię tak traktował, to się tak nie zachowuj! Dobry żołnierz nie kwestionuje rozkazów swojego dowódcy.

- W takim razie może nie będę dobrym żołnierzem – odparł Ootsutsuki – ale mam zamiar być dobrym synem.

- Co ty...Soma! Wracaj tu natychmiast!

Było już jednak za późno. Chłopak, z aktywowaną za plecami Vajrą i świecącym mieczem w dłoni, poszybował ku przeciwnikowi. Aktywował Byakugan i wycelował od razu w głowę Rena. Również i ten cios nie doszedł celu. Ren tylko wygiął się płynnie, kompletnie ignorując Somę. Postąpił kolejny krok do przodu, jakby zamierzał minąć napastnika. Ten przystanął z niedowierzaniem, jakby nie wierząc w to, że został tak bezczelnie zignorowany. Następnie rzucił się do przodu, zasypując Uchihę gradem niecelnych ciosów.

- Hej - krzyknął do Somy Isao - To chyba nie jest najlepszy...

Kasai powstrzymał go ręką i pokręcił głową. Nie było sensu próbować przemówić do rozsądku chłopakowi. Działał pod wpływem emocji. Emocji, które ostudzić mogło tylko jedno.

Podczas burzy ataków Ren nie został trafiony ani razu. Podmuchy wiatru zostawiały na skalnej ścianie za nim długie, głębokie ślady, która wyglądała, jakby miała się zaraz pokruszyć. Postępował krok za krokiem, nie okazując nawet najmniejszego zainteresowania chłopakiem. Poruszał się niezwykle płynnie, unikając nadciągających ciosów bez żadnych zbędnych ruchów. Soma latał wokół niego coraz bardziej zdesperowany, próbując trafić go od góry, a nawet od tyłu. Trwało to dłuższą chwilę, przez co zrobił się nieco zbyt śmiały. Machnął klingą niebezpiecznie blisko zasłoniętej hełmem twarzy Rena, który skulił się i odgiął zaciśniętą w pięść rękę. Ootsutsuki popełnił błąd.

,,Auu..." - pomyślał Akeru, mrużąc oczy.

Wokół zaciśniętej dłoni zawibrowało powietrze, otaczając ją jakby kulistym polem siłowym.

- Zjeżdżaj! - warknął Ren, poirytowany. Odgiął pięść i trzasnął przeciwnika na odlew prosto w brzuch. - To nie o ciebie mi chodzi!

Akeru widział ten bolesny moment jakby w zwolnionym tempie. Nerwy wokół Byakugana Somy cofnęły się pod skórę, a on sam wybałuszył oczy. Tęczówki zniknęły z tyłu głowy, a ciało zwiotczało jak galareta.

- Guah!!

Oszołomiony, wypluł ślinę, po czym potężna jak pędzący powóz technika odrzuciła go w tył. Lecąc niczym pocisk balistyczny, wygięty w nienaturalnej pozycji, Soma trzasnął w kamienną ścianę. Wokół niego natychmiast popękała skała, a on, przylepiony jak rozgnieciona mucha, trwał w bezruchu przez kilka sekund. Kompletnie się nie poruszał. Po chwili rozległ się niepokojący dźwięk i z góry ściany posypała się lawina kamieni, pogrzebując chłopaka pod lawiną.

- Skoncentrowana wokół ręki Shinra Tensei - skrzywił się Akeru - Mógł być bardziej delikatny.

- Nie użył nawet połowy pełnej mocy - nie zgodził się Kasai - Somie nic nie będzie. Niedługo powinien się obudzić.

Akeru zerknął na Kinseia i zobaczył go z oczami równie wybauszonymi co przed chwilą Ootsutsuki. 

,,Pewnie następnym razem dwa razy pomyśli, nim sprzeciwi się znowu swojemu mistrzowi" - zażartował Kurama.

,,To nie jest śmieszne. Nie widzisz, że jest przerażony?"

,,Ty też byś był, gdybyś widział to pierwszy raz. Przyzwyczai się".

Mitra tymczasem bez większych emocji spoglądał na kurzącą się kupę gruzu. Nie wyglądało na to, by specjalnie obchodziło go to, co przed chwilą się stało.

- Mówiłem mu - wzruszył ramionami - że tak się stanie. Zawsze był słaby.

Ren wcale nie wyglądał na zadowolonego swoim osiągnięciem. Spojrzał na Mitrę spode łba i zapytał:

- Czy on nie jest twoim synem?

- Jest. I co z tego? Sprzeciwił się rozkazowi. Taką cenę płacą ci, którzy nie wykonują poleceń dowódcy. Próbowałem zrobić z niego żołnierza...ale to chyba ostateczny dowód na to, że nic z niego nie będzie.

- Próbował cię bronić - warknął Ren - Ciebie, mimo że traktujesz go ja śmiecia. Mógł zginąć, a ty nie poświęcasz temu nawet odrobiony uwagi. Co z ciebie za ojciec?

- Wpajam mu podstawowe zasady przetrwania. Nie mam zamiaru się nad nim użalać. To oznaka słabości, a słabość to prosta droga do zguby na tym świecie. Też byś to wiedział, gdybyś przeżył to samo, co ja.

- Dopiero co naraził dla ciebie życie. To ma być oznaka słabości?!

- Nie obchodzą mnie jego intencje. Przyniósł mi wstyd tym, jak łatwo dał się pokonać. Nie potrzebuję takiego syna. I pomyśleć, że razem z Sati liczyliśmy na to, że pewnego dnia to on